Anna Arno zaczyna swoją książkę od gestu osobliwego, od wyszukania na archiwalnej fotografii dwóch chłopców, których łączyło doświadczenie nauki w Cesarsko-Królewskiej Szkole Realnej w Linzu: Adolfa Hitlera i Ludwiga Wittgensteina. Wytłumaczeniem dla tego ćwiczenia z logiki historycznej nie jest jednak sensacyjna paralela ani prowokacyjna publicystyka. Autorkę interesuje przede wszystkim spotkanie, do którego nie doszło: nieodbyte rozmowy, przerwane trajektorie, ludzie mijający się o kilka tygodni, kilka ulic albo o całe epoki. W centrum tego literackiego asamblażu znajduje się Wittgenstein, filozof, który być może wsławił się cytowaną najbardziej bezrefleksyjnie maksymą XX wieku: „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”.
To właśnie Wittgenstein uczynił z milczenia kategorię filozoficzną, która odcisnęła swoje piętno nie tylko na filozofii języka, ale także na poezji i literaturze nowoczesnej. I tu pojawia się pierwsza zagadka książki Arno: do kogo i w jaki sposób filozof kieruje swoje milczenie?
Anna Arno, znana wcześniej przede wszystkim jako biografka Paula Celana, Konstantego Jeleńskiego, Pauli Modersohn-Becker czy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, tym razem wyraźnie odchodzi od klasycznej biografii. Pisarka, eseistka, tłumaczka literatury niemieckiej i anglojęzycznej, związana intelektualnie z tradycją środkowoeuropejskiego modernizmu, tworzy książkę osobną także na tle własnej twórczości. Nie rekonstruuje jednego życia, lecz sieć napięć między życiem, tekstami i epokami.
Nie jest to klasyczna biografia. Nie jest także historią idei ani esejem filozoficznym w ścisłym sensie. A jednak Arno korzysta ze wszystkich tych form. Przesuwa granice gatunków: z biografki staje się eseistką, z rekonstruktorki życia – montażystką europejskiej nowoczesności.
Wittgenstein nie jest tu wyłącznie bohaterem książki. Jest raczej punktem obserwacyjnym, pryzmatem, przez który ogląda się rozpad dawnej Europy: Wiedeń u schyłku monarchii habsburskiej, pierwszą wojnę światową, narodziny totalitaryzmów, ale także kryzys języka, poezji i doświadczenia.
To książka zbudowana na negatywności, niemal jak fotograficzny negatyw epoki, której już nie ma. Materiałem staje się to, czego nie było, czego nie wypowiedziano, czego nie można już odzyskać albo co nigdy nie mogło się wydarzyć. I właśnie dlatego jej naturalnym patronem staje się myśl wittgensteinowska z Traktatu logiczno-filozoficznego. Arno nie wykłada filozofii Wittgensteina powstającej podczas jego służby wojskowej na froncie pierwszej wojny światowej, ale subtelnie przesuwa jej sens. Tutaj nie chodzi o zakaz mówienia o rzeczach niewyrażalnych, a raczej o konieczność znalezienia nowego języka dla tego, co wymyka się faktom i prostym narracjom historycznym, również w materiale biografii.
W tym sensie książka Arno wpisuje się w tradycję filozofii milczenia, ciągnącej się od Kierkegaarda i Nietzschego po Heideggera i Wittgensteina. Günter Wohlfart pisał, że wielcy filozofowie języka dochodzili ostatecznie do granicy, gdzie język musi zawierać w sobie milczenie. Milczenie nie jako brak mowy, lecz jej udoskonalenie. Nie pustka, ale „wymowne milczenie”. Kierkegaard rozumiał milczenie jako warunek słuchania; Nietzsche pisał, że największe wydarzenia przychodzą „gołębim krokiem”, w ciszy. Heidegger przeciwstawiał milczenie „gadaninie” nowoczesności, a Wittgenstein sugerował, że niewypowiadalne może zostać zawarte w tym, co wypowiedziane, nie bezpośrednio, lecz jako ślad albo napięcie.
W książce Arno podobnie: najważniejsze rzeczy rozgrywają się pomiędzy słowami, w niewypowiedzianych relacjach i hipotetycznych trajektoriach historii. Spotkanie Wittgensteina z Georgiem Traklem – spotkanie, którego właściwie nie było, choć mogło się wydarzyć w Krakowie tuż przed samobójczą śmiercią poety. Popołudnie, gdy poznali się Rilke i Tołstoj, które okazało się rozczarowaniem, bo wielki rosyjski moralista potraktował poetę chłodno i protekcjonalnie. Początek wieku, kiedy młody Hitler chodził do szkoły z Wittgensteinem: koncept chwytliwy, ale użyty przez Arno nie po to, by budować sensacyjną paralelę, lecz by pokazać, jak niejednorodnym i niestabilnym miejscem był pięciojęzyczny obszar kulturowy przedwojennej Europy.
Szczególnie ważną figurą tej książki pozostaje Trakl. Austriacki poeta ekspresjonistyczny pojawia się w publikacji Arno jako patron wojennego rozpadu języka. Doświadczenie wojny galicyjskiej, praca sanitariusza pod Gródkiem, załamanie psychiczne i pobyt w krakowskim szpitalu garnizonowym w przypadku Trakla zostają wpisane w tę samą historię kryzysu nowoczesności, w której dojrzewa Wittgenstein.
Trakl jest dla Arno poetą katastrofy jeszcze przed katastrofą europejską.
Jego poezja, pełna milknących pejzaży, rozpadających się obrazów i ciemnych wizji, staje się jednym z ukrytych języków książki. Niedoszłe spotkanie Trakla i Wittgensteina nie ma więc znaczenia anegdotycznego. Chodzi raczej o symboliczne przecięcie dwóch sposobów reagowania na kryzys wojny poprzez zmianę języka: filozoficznego i poetyckiego.
Podobnie dzieje się z Rilkem. Arno nie rekonstruuje całego życia autora Elegii duinejskich, ale wydobywa momenty duchowego i historycznego przesilenia. Rilke pojawia się jako poeta schyłku starej Europy, człowiek nieustannego wycofania, ucieczki i duchowej emigracji. Szczególnie interesuje Arno jego spotkanie z Tołstojem, które zamiast doświadczeniem inicjacyjnym okazało się bolesnym rozminięciem. To kolejny przykład „spotkania, które się nie wydarzyło”, choć rzeczywiście do niego doszło. W książce Arno prawdziwe spotkanie nie oznacza bowiem fizycznego kontaktu, lecz możliwość duchowego rozpoznania.
W tym właśnie miejscu ujawnia się osobliwość gatunkowa książki. Co zmieniłoby dopisanie na okładce słowa „biografia”? Prawdopodobnie wiele. Biografia zobowiązuje do ciągłości, do rekonstrukcji życia podporządkowanej chronologii i dokumentowi. Arno wybiera inną drogę, bliższą esejowi biograficznemu, może nawet modernistycznemu kolażowi. Zestawia fakty, listy, fragmenty dzienników, archiwalne ślady, wspomnienia i obrazy, ale nie prowadzi ich ku syntezie. Raczej otwiera przestrzeń interpretacji.
Ta metoda bywa ryzykowna. Momentami można odnieść wrażenie, że autorka zbyt łatwo ulega literackości własnej narracji, dopowiada emocje tam, gdzie źródła pozostają niejednoznaczne. Szczególnie wtedy, gdy rekonstruuje stany duchowe Wittgensteina lub sugeruje emocjonalne i erotyczne napięcia w jego relacjach. Niepewność historyczna zostaje chwilami wygładzona dla płynności opowieści. Ale zarazem właśnie ta strategia pozwala Arno wydobyć z materii biografii coś, czego często brakuje tekstom teoretycznym: doświadczenie atmosfery epoki.
Bo Do Pana kieruję moje milczenie jest przede wszystkim książką o schyłku świata. Wiedeń, Linz, Kraków, Galicja, Jasna Polana, miejsca pojawiające się w tej narracji tworzą mapę Europy stojącej na granicy katastrofy. Nieprzypadkowo nad książką unosi się duch Wiedeńskiej apokalipsy… Ewy Kuryluk.
Arno interesuje moment przejścia: między XIX a XX wiekiem, między kulturą mieszczańską a nowoczesnością, między dawnym rozumieniem języka a doświadczeniem jego rozpadu po wojnie.
Dlatego tak ważna okazuje się tutaj poezja. I właśnie ona prowadzi do najtrudniejszego pytania książki: czy Arno traktuje Wittgensteina bardziej jako filozofa czy poetę? A może, co byłoby jeszcze ciekawsze, jako jednego z najważniejszych modernistów?
Wiele wskazuje na to, że wybiera tę drugą możliwość, choć nigdy nie mówi tego wprost. Kluczowa dla książki wydaje się wskazywana w tekście myśl Marjorie Perloff, jednej z najważniejszych badaczek modernizmu, która wielokrotnie opisywała związek między Wittgensteinem a literaturą modernistyczną. W Wittgenstein’s Ladder Perloff pokazywała, że autor Traktatu… oddziaływał na poezję XX wieku jako radykalny reformator myślenia o języku. Interesowało ją szczególnie wittgensteinowskie przekonanie, że znaczenie słowa nie istnieje poza użyciem i kontekstem. To właśnie dlatego jego myśl okazała się tak istotna dla Samuela Becketta, Gertrude Stein czy poetów awangardy.
Jeszcze ważniejsza wydaje się jednak książka Ostrze ironii. Modernizm w cieniu monarchii habsburskiej. W tej publikacji Perloff wpisywała Wittgensteina w szeroką panoramę wiedeńskiego modernizmu obok Karla Krausa, Roberta Musila czy Adolfa Loosa. Filozof przestaje tu być wyłącznie analitykiem języka, a staje się figurą kryzysu nowoczesności: człowiekiem, który próbuje odnaleźć etyczną formę życia po rozpadzie dawnych struktur kultury. Perloff wielokrotnie podkreślała też, że dla Wittgensteina język był praktyką duchową, a nie jedynie narzędziem logicznym. W jej interpretacji Traktat… staje się dziełem niemal ascetycznym, projektem samoprzemiany poprzez dyscyplinę języka.
Arno wyraźnie podąża tym tropem. Interesuje ją nie tyle logiczna architektura Traktatu… czy Dociekań filozoficznych, ile prywatne zapiski Wittgensteina, jego wojenne notatniki, listy i sposób pracy nad sobą.
Brian McGuinness, biograf młodego filozofa, zwracał uwagę, że abstrakcyjne problemy logiki były dla Wittgensteina zawsze splecione z pytaniami etycznymi i egzystencjalnymi.
Arno bardzo mocno ten aspekt podkreśla. Jej Wittgenstein jest człowiekiem duchowego napięcia, ascetycznego eksperymentu, kimś, kto traktuje język jak formę pracy nad własnym życiem.
To przesunięcie ma istotne konsekwencje. Filozofia przestaje być tutaj systemem pojęć, a staje się praktyką egzystencji. Dlatego w książce tak ważne są anegdoty, gesty, niedopowiedzenia. Można wręcz powiedzieć, zgodnie z tradycją zapoczątkowaną przez Diogenesa Laertiosa i jego Żywoty i poglądy słynnych filozofów, że filozofia żyje tu bardziej anegdotą niż doktryną. Arno nie rekonstruuje myśli Wittgensteina poprzez historię filozofii analitycznej. Rekonstruuje raczej jego obecność w kulturze nowoczesnej. Biografie są dla poetów, anegdoty są dla filozofów. Arno pozostaje pomiędzy, szuka innej drogi.
Stąd bierze się również szczególna rola Krakowa. Wątek krakowski, związany z wojennym pobytem Trakla i obecnością Wittgensteina w Galicji, nie jest jedynie lokalnym epizodem. Kraków pojawia się jako miejsce graniczne: między centrum a peryferiami Europy, między wojną a rozpadem starego porządku. To przestrzeń, w której modernistyczna kultura doświadcza własnego pęknięcia. A jednocześnie zaprasza autorkę w przestrzeń tekstu przez własne biograficzne doświadczenia.
A jednak prawdziwy duch tej książki objawia się chyba dopiero wtedy, gdy Wittgenstein zaczyna znikać, a pojawia się Paul Celan. Nie zostali wspomniani z imienia, Wittgenstein zostaje uwewnętrzniony w jego poezji: przestaje być postacią historyczną, staje się sposobem myślenia o języku poetyckim. Wtedy też najpełniej ujawnia się sens tytułowego milczenia.
Bo Arno nie pisze książki o tym, że istnieją rzeczy niewyrażalne. To byłoby zbyt proste. Pisze raczej o tym, że nowoczesność nauczyła się mówić przez brak, niedomknięcie i nieobecność. Że czasem więcej znaczą spotkania, do których nie doszło, niż te rzeczywiście odbywane. O tym, że historia kultury składa się również z potencjalności.
„Do Pana kieruję moje milczenie” najlepiej czytać nie jako biografię Wittgensteina, lecz jako medytację nad losem europejskiej nowoczesności. Książkę o języku w obliczu jego własnej granicy. O poezji, która rodzi się tam, gdzie filozofia nie potrafi już mówić wprost.
I może właśnie dlatego Arno wybiera formę eseju zamiast biografii. Biografia wymaga domknięcia. Esej pozwala pozostawić ciszę.
