„Świat jest przytłaczający, widzowie są zgnębieni i przestraszeni, […] czy są jeszcze gotowi na mroczne teatralne doświadczenia, które nie oferują rekonstrukcji możliwości afirmacji życia?”1 – odpowiedzi na to pytanie Krzysztof Warlikowski szuka już od dwudziestu lat, ale niezmiennie na pierwszym miejscu stawia siebie i swoją wizję teatru, a nie gusta i potrzeby publiczności.
Trigger warning!
Na stronie z informacjami na temat najnowszego (premiera w styczniu 2026 roku) przedstawienia Warlikowskiego Europa przeczytamy:
Trigger warnings: treść spektaklu to tematy: traumy, wojny, poronienia, śmierci samobójczej; naturalistyczne i drastyczne opisy: zabójstw, aktów kanibalistycznych, przemocy seksualnej (w tym pedofilskiej); przemoc fizyczna, przemoc seksualna, przemoc na tle etnicznym/narodowościowym; środki sceniczne – papierosy, głośne dźwięki, głośna muzyka2.
W 2007 roku Warlikowski narzekał: „W Niemczech często przed naszymi przedstawieniami wieszano tabliczki «spektakl zawiera głośne momenty» albo «w przedstawieniu występują nadzy aktorzy». A dla mnie są to rzeczy tajemne i mogą się objawić tylko wtajemniczonym”3. Tymczasem dzisiejszy internet ocenzurowałby większość tragedii, poinformował o wszystkim, odebrał możliwość odczucia zaskoczenia, a może i oczyszczenia? Przedstawił menu – i dał odbiorcom możliwość zdecydowania, co chcą z niego wybrać. Wydaje się, że to dobrze. Trigger warnings mają zapobiec poczuciu silnego dyskomfortu, lęku lub niechcianemu powrotowi wspomnień traumatycznych wydarzeń. Nie dopuścić do wytrącenia widza z równowagi. Uśmiecham się na myśl, że dwadzieścia lat temu reżyser takie właśnie zadanie stawiał otwarcie przed sobą i przed swoim zespołem: wejść w dialog z widownią i wytrącić ją z równowagi.
„Katastrofa następuje wtedy, kiedy po spektaklu [widz – M.J.N.] idzie do restauracji albo na spotkanie i zostaje mu tylko jedna myśl «fajne było przedstawienie»”4 – to zdanie z cytowanego w tym tekście Szekspira i uzurpatora, wywiadu rzeki Piotra Gruszczyńskiego z Krzysztofem Warlikowskim, zapadło mi w pamięć najbardziej. Jeśli idę z kimś do teatru, pytam: „Czy wiesz, że to dobrze, gdy przedstawienie nie będzie «fajne»”?
Najnowszy Warlikowski jest najkrótszym Warlikowskim, jakiego widziałam, doświadczyłam. Zwykle jego przedstawienia to serie silnych nokautów. Czy w ogóle można je lubić? Czy pewne doznania się lubi czy też może po prostu się ich dogłębnie, fizycznie, cieleśnie potrzebuje? Oczyszczeni to pierwsza sztuka Warlikowskiego, której doświadczyłam. Dziś jestem ósmy raz widzem w teatrze tego reżysera. Mam dostąpić wtajemniczenia. Ale moją rolą nie jest tylko patrzeć. Jako widz w teatrze Warlikowskiego mam wiele obowiązków. Powinnam zapomnieć o telefonie komórkowym, słuchać tekstu, a po spektaklu myśleć, przyjmować, pozwolić, by spektakl we mnie buzował, a później się z tym jakoś rozprawić. Nie pozostać obojętną.
Nie pozostałam. Nie wiem, jakim cudem wciąż żyję po ośmiu Warlikowskich. Po każdym jestem „zmiażdżońsza”. Albo chcę być. Taki przedziwny masochizm artystyczno-emocjonalny. Przybita, czasem lekka, zamyślona, zderzona z tym silnym doświadczeniem wszystkimi zmysłami. Chłonę zapach tytoniu i stroboskopowe błyski. Rozpoznaję powtarzalne elementy scenografii, nieoczywistą i charakterystyczną muzykę Pawła Mykietyna. Misterium czas zacząć. To sensualne, bardzo intensywne doświadczenie.
Voyeryzm Warlikowskiego
Cielesność sztuk Warlikowskiego jest bowiem odczuwalna zarówno przez tych, którzy są na scenie, jak i tych podglądających. Bo tak właściwie można nazwać to doświadczenie – nie patrzeniem, a podglądaniem. Podglądaniem, jak ktoś się przebiera, przeżywa, przedziera przez wymagające emocjonalnie odgrywanie roli i własne trudne wspomnienia jednocześnie. Podglądaniem, jak ktoś przepoczwarza się na chwilę na scenie we wrzeszczącego szaleńca, oszalałą z rozpaczy, miłości lub nienawiści wersję samego siebie. Idziesz do teatru, żeby oglądać grupę tych samych aktorów, która nie gra na scenie, tylko jakimś cudem naprawdę tę scenę przeżywa.
Ta grupa aktorów, ten organizm aktorski, działa według sprawdzonej metody Warlikowskiego, który jest z nim połączony wspólnotą doświadczeń. Na próbach wszyscy spędzają razem kilka – jak mówi sam reżyser – traumatycznych miesięcy z tekstem, ze sobą nawzajem i ze swoimi problemami, które zaczynają się mieszać z problemami postaci. Poszczególne części organizmu zlewają się z rolami rozpisanymi w tekście przedstawienia. Organizm pracuje. Myśli. Czuje. Przetwarza.
Co zrobić, by widz mógł doświadczyć tego, co aktor, przeżyć to samo co on, wspólnie z nim dotknąć traumy, tragedii, winy w czasie ograniczonym do długości przedstawienia? Warlikowski mówi: zgiń razem ze mną, ubrudź się, usmaruj traumą i wydzielinami – jak aktor na scenie. Wstań z krzesła, zaklaszcz, wyjdź i pomyśl – nie mów: „fajne przedstawienie”. Współtwórz je swoim odbiorem, dodaj do tragedii swoją opowieść. Podglądaj performerów i ich poczuj.
Od miesięcy zastanawiam się nad różnicą między aktorem a performerem. Słowo to, rzadko używane w polszczyźnie, w języku w angielskim dotyczy artystów (takich jak Marina Abramović, która wraz ze swoim wieloletnim partnerem Ulayem wyszła z różnych krańców Wielkiego Muru Chińskiego, by spotkać się pośrodku i zakończyć tam ich trwającą dwanaście lat relację) lub osób pracujących seksualnie (na przykład Bonnie Blue, nowej seksualnej rekordzistki świata) – nie odtwarzają one, ale przeżywają lub próbują przeżyć na oczach milionów rozpacz lub ekstazę na żądanie, w danym momencie. Performer to osoba, która na żywo i publicznie robi coś, w przypadku czego ryzyka nie da się uniknąć, a pewnych emocji – zagrać; nie da się w pełni zabezpieczyć przed wszelkimi możliwymi konsekwencjami performance’u i związanymi z nim odczuciami. W podobnych kategoriach postrzegam najnowszą rolę Magdaleny Cieleckiej, której stu mężczyzn w ciągu doby będzie mogło wyznać miłość na tegorocznym Malta Festival. Przed kulminacyjnym punktem tegorocznego festiwalu nie będzie prób ani wcześniejszych ustaleń – to, co wydarzy się na scenie, zależy od nieznanych aktorce ludzi i tego, co powiedzą, zrobią.
Organizm aktorski
Uważam, że organizm aktorski Warlikowskiego jest złożony ze świetnych performerów. Jego trupa nie gra, nie odtwarza, a przeżywa to, co tu i teraz. W Europie Andrzej Chyra, Magdalena Cielecka, Maja Ostaszewska, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Bartosz Gelner pokazują swój ból jak drogocenny eksponat, doświadczając ekshibicjonistycznej terapii zbiorowej. Na nieszczęście dla emocjonalnych masochistów do takiego otwarcia, jakiego dokonała Renate Jett w swoim miłosnym monologu w Oczyszczonych, wychodząc ze swoim uczuciem do widzów w sposób dla niektórych ludzi za szczery, za trudny, a przez to wręcz niebezpieczny, nie do przyjęcia, dochodzi w Europie tylko raz. Dzieje się to wtedy, gdy Maja Ostaszewska, grająca rolę Jovette, podczas seansu u hipnoterapeuty zaczyna mówić fikcyjnym językiem, docierając do głębi swojej podświadomości i śniąc sen-nie-sen, który mógłby przyśnić się całemu organizmowi Warlikowskiego. Reżyser kocha takie monologi, a jego aktorzy kochają tak grać: móc rozbłysnąć poprzez swoją traumę, wykrzyczeć swoją prawdę o bólu, o rozpaczy, o beznadziei. Zapomnieć o scenie i zrobić z niej przedłużenie świadomości człowieka na skraju załamania nerwowego. Człowieka, który pęka. Pęknąć na żywo.
Częścią organizmu jest też tancerz. Tancerz i choreograf Claude Bardouil wciela się w rolę ośmioletniej Europy, milczącej dziewczynki w masce i peruce. Skrada się on po scenie niczym ranne zwierzę, przetrącona marionetka. Sposobem poruszania się przypomina ożywioną lalkę, którą grał we wcześniejszych Francuzach (2015). Jego rozedrgany taniec w przestrzeni zamkniętej klasy można obserwować w powiększeniu na ekranie i na żywo. Claude nie mówi, używa za to obrazów i ruchów, które wyglądają, jakby pochodziły z języka ruchu gaga, stworzonego przez izraelskiego choreografa Ohada Naharina. Znów, tak jak w przypadku tańca Stanisławy Celińskiej w Oczyszczonych, podglądamy – tylko że tam peep show razem z przerażającym doktorem Tinkerem, a tu – szamoczącego się Bardouila, który, utkwiony w niechcianej przestrzeni, również pod sceną, usiłuje uciec przed wspomnieniem, gwałtem, przeznaczeniem. Jako widzowie jesteśmy świadkami, jak próbuje znaleźć wyjście, którego nie ma.
„Kolejny rok, a Liban płonie. Obłędny taniec nad własnym grobem”
Po szekspirowskiej spirali zła i dramatach Sarah Kane oraz nigdy niekończącym się zainteresowaniu Holocaustem Warlikowski wraca do korzeni – wraca do korzeni wszystkich tekstów, czyli do tragedii greckich. Na warsztat bierze, nie pierwszy raz, tekst Wajdiego Mouawada, którego sztuki są zakorzenione w tradycji antycznej i charakterystycznych dla tragedii kategoriach, takich jak rozpoznanie, wina tragiczna, katastrofa. To historia fragmentaryczna, rozdrobniona, nielinearna, z brakiem związku przyczynowo-skutkowego między scenami. Europa to pierwszy po dwudziestu latach spektakl Warlikowskiego oparty na jednym tekście – nie kolaż, jak poprzednio – tekście, w którym słychać przyspieszony nienawiścią oddech wojny, dotyczącym symbolicznej masakry w nieistniejącym kraju. Utwór jest złożony z wielu podobnych historii, z wielu mitów, masakr i klątw – a jednak niepowtarzalny. Tekst Mouawada jest fragmentaryczny, achronologiczny i niesceniczny – niczym dramaty Juliusza Słowackiego. Swoją drogą, jako osoba, która poświęciła naszemu narodowemu wieszczowi dziesięć lat życia, nie mogę się doczekać, aż Krzysztof Warlikowski i jego organ grająco-tańcząco-śpiewający wspólnie zasiądą podczas prób w terapeutycznym kole nad tekstami autora Lilli Wenedy i Balladyny.
Na razie jednak Wajdi Mouawad.
Trauma, wojna, intensywność, narracja, historia to tematy interesujące zarówno dla Warlikowskiego, jak i dla Mouawada, autora Przysięgi Europy. Myślę, że wiele ich łączy i że wspólnie mogliby grać w grę pod tytułem „Czy to «promujący przemoc», pełen niepotrzebnie brutalnych scen spektakl współczesny czy fragment mitu greckiego?”.
Gdy w dramacie Mouawada czytam, że syn pozbawiony przez ojca zębów zaczyna się śmiać, wyrywa sobie język i pluje nim ojcu w twarz, a następnie (mimo braku zębów) gryzie go, wciąż się śmiejąc, wiem, jak zagra to na scenie organizm Warlikowskiego. Thomas Schweiberer, który w Oczyszczonych wcielił się w postać Carla, wyznaczył tu pewien standard. Nawet bez rąk, nóg i języka Carl mógł odtańczyć taniec miłości przed Rodem i zrobił to, nim padł trupem.
Czy właśnie ten temat pociąga obu twórców? Moc uczucia silniejsza niż prawa fizyki i biologii? W tragedii chodzi o ofiarę i krew, która w pewnym momencie musi zostać przelana, przemoc jest tu nieodzownym elementem. I oni to wiedzą.
Wojna i miłość to stany zawieszenia obowiązujących praw. Wajdi Mouawad urodził się w roku 1968 w Libanie, gdzie od 1975 roku trwa wojna – nie wojna, walki gangów, których nie powstrzymują prywatne milicje ani wojska Stanów Zjednoczonych. W dzieciństwie przyszły pisarz na co dzień mógł więc być świadkiem zabójstw, czuł stały niepokój oraz zapach stężonej nienawiści, towarzyszące wojnie domowej.
Miejsce akcji, fikcyjny Hafeztan, tak jak Liban leży między Europą a Azją, więc mogłaby go dotyczyć podobna sytuacja polityczna. Tu w 1952 roku wydarzyła się tragedia, którą widziała i „współtworzyła” ośmioletnia dziewczynka, Europa. Czy jeśli tkwimy w miejscu naznaczonym krwią, stajemy się naznaczeni winą, chociaż obiektywnie jesteśmy niewinni? – zdaje się pytać Warlikowski.
Czy to konsensualne porwanie?
Liban – ojczyzna Mouawada – był areną mitologicznych zdarzeń (jak „polski korytarz” i teren praktycznie całej Polski podczas drugiej wojny światowej). To tu doszło do porwania Europy.
Porwanie Europy, czyli co? Przemocowy Zeus w micie o domniemanej zgodzie? Czy to było konsensualne porwanie? Czy może jednak gwałt? Co właściwie wiemy?
Jan Parandowski pisze:
Onego czasu ze wszystkich kobiet na ziemi najurodziwsza była Europa, córka Agenora, władcy fenickiego miasta Sydonu. Lubiła chodzić nad brzeg morza, gdzie bawiła się z rówieśnicami. Dziewczęta […] razu pewnego zobaczyły na łące pięknego białego byka. Miał sierść lśniącą, rozłożyste rogi i bardzo rozumne spojrzenie. Przechadzał się wśród kwiatów, a stąpał tak delikatnie, że nie zgniótł ani łodyżki, szczypiąc wonną trawę. Dziewczęta oblegały go dokoła, podawały mu zioła soczyste, a on jadł i szerokim językiem lizał ich białe dłonie. W końcu oplotły go wieńcami i królewna Europa usiadła mu na karku. Wtedy jednym susem skoczył i porwał się do ucieczki. Wpadł do morza, popłynął5.
Tak się kończy mit – kolejne zdanie informuje o przygotowaniach do ślubu Zeusa, którego byczy fortel miał w ciele Europy ciąg dalszy pod postacią dwóch synów tej pary: Minosa i Radamantysa.
Parandowski zapisał to, co kiedyś funkcjonowało w pamięci jako zbiór archetypów i było przekazywane z ust do ust, opowiedział znaną historię, istniejący w zbiorowej świadomości mit – ale swoimi słowami. Z opisów i przemilczeń zbudował świat bogów greckich, nie wiecznych, ale nieśmiertelnych, bosko sprawnych i śmiertelnie poważnie podchodzących do kwestii natychmiastowej realizacji swojego pożądania. Zostawił mnóstwo miejsca na domysły i interpretacje.
„Europa narodziła się z jaja o wielu punktach widzenia”6 – powie Wajdi Mouawad w wykładzie poprzedzającym tekst przedstawienia, zatytułowanym Wewnętrzny cień, który pisze. Czy uwzględni głos i punkt widzenia Europy? Byłby to głos, a właściwie wielogłos traumy; Europa jest bowiem spektaklem o dziedziczeniu międzypokoleniowych traum.
Terapia traumą
Europa Jaj-Marjaman, rewelacyjnie groźnie grana przez Andrzeja Chyrę w żałobnym szalu i czarnych okularach zasłaniających twarz, zdecydowała się złożyć zeznania, pod warunkiem że będą przy tym jej trzy córki: Wediaa, Jovette i Mégara. Wediaa ma syna, Zachariasza (Bartosz Gelner), oskarżonego o to, że zgwałcił i zjadł swoją dziewczynę. Mégara odkrywa, że miesiąc, w którym roni wszystkie ciąże, jest miesiącem jej przedwczesnych narodzin. Jovette chce poczuć się przydatna i potrzebna, ale jej dobre intencje nie wystarczają, by uchronić ją przed traumą – w ramach wolontariatu kobieta trafia do pracy z psami przewodnikami, choć bardzo boi się tych zwierząt. Nie rozumie natury swojego strachu. Być może ma on związek z tym, że kilkadziesiąt lat wcześniej z winy Europy, jej prawdziwej matki, psy pożarły żywcem osiemnaścioro dzieci w Aksaï-Jali-Handan.
Warlikowski, uciekając od binarnych opozycji i sztywnego podziału na katów i ofiary, opowiada w Europie o… bezradności wobec traumy. O próbie jej pokonania i porażkach w tym zakresie, a nie o sukcesie i uzyskanym efekcie. Może wszyscy jesteśmy winni? Może z powodu mitycznej klątwy, a może zupełnie współczesnej traumy utknęliśmy w błędnym kole winy, jak wąż Uroboros, gryzący się w ramach zemsty we własny ogon? Może Europa to przypowieść o cyklu. O tym, czy trauma przekazywana z pokolenia na pokolenie w ogóle kiedyś wygasa? Co mogłoby przerwać, zneutralizować klątwę? Jakich słów należałoby użyć, by ją oswoić?
Na pewno nie takich, jakich używają bohaterowie spektaklu.
Europa mówi do Zachariasza: „jesteś drobnym wytryskiem masakry, która posłużyła się tobą, by skorzystać z ciała dziewczyny, którą zabiłeś, i by w ten sposób powtórzyć akt, o którym ty sam nie masz pojęcia”. To nie są pokojowe słowa. Te słowa utrwalają traumę, podkreślają cykliczność wydarzeń i bezwolne uczestnictwo w powtarzaniu schematu, którego istnienia nie jesteśmy świadomi. Taki język nie jest łagodny, bohaterowie nie opiekują się swoimi historiami, a wymuszają reakcję. Również na widzach. Traumatyczna, krzykliwa, gorączkowa forma opowieści Warlikowskiego i Mouawada nie prowadzi do uzdrowienia i spokoju. Język zaognia sytuację, „rozmowy” nie przynoszą ulgi, a dobór słów ujawnia, jak łatwo ranić, gdy na cudzą historię odpowiadamy swoją własną, gdy gramy traumami w ping-ponga.
Zmień psychoanalityka
Mégara: Przez dwadzieścia pięć lat wydałam fortunę na psychoanalityka, który mówił mi, że wszystkie moje problemy pochodzą od matki i przez dwadzieścia pięć lat drążyłam nie tę matkę co trzeba!
Europa: Zmień psychoanalityka…
Żadna z postaci nie ma w Europie wystarczająco dobrej relacji z matką, podstawową postacią i podstawowym punktem odniesienia podczas terapii. Ponownie myślę o Juliuszu Słowackim, porównującym swoją matkę do królowej na wyspie ludożerców. Ile lat Słowacki, jeden z pierwszych psychoanalizowanych polskich twórców, drążyłby kwestię Salomei na terapii?
Przedziwny seans terapeutyczny, za jaki uznać można spektakle Warlikowskiego, nie przynosi ulgi. Warlikowski jako terapeuta i antyterapeuta porusza i wzrusza, nie uspokaja, a drażni, męczy, dźga. W swoich spektaklach domaga się reakcji, żartuje z poważnych tematów i pokazuje to, co niewygodne. Zaczepia. Warlikowski tworzy zaczepną formę sztuki. To nie tylko zasługa performerów – zaczepne są również sama forma spektaklu, ekrany i niepokojąca muzyka Mykietyna. Jak zauważa Wiesław Kowalski w swojej recenzji, scena jest tu polem transmisji7. Widz nie tyle ogląda historię, ile zostaje wciągnięty w jej obieg. Obieg jest tu i teraz, organizm aktorski pracuje.
Nietypowe, że na wolności. W Europie brak charakterystycznej klatki, w której Małgorzata Szczęśniak, partnerka artystyczna Warlikowskiego, umieszcza czasowo wybranych bohaterów sztuk. Ta zamknięta przestrzeń do podglądania wnętrzności emocjonalnych performerów, ich straumatyzowanych kiszek, to jeden z najbardziej rozpoznawalnych elementów scenografii w spektaklach reżyserowanych przez Krzysztofa Warlikowskiego. Metalowa, półprzezroczysta konstrukcja w Odysei. Historii dla Hollywoodu jest miejscem traumy, w Elizabeth Costello – korytarzem, w którym Maja Komorowska żegna się z postacią i z widzami.
Opuszczeni przez bogów – moja bardzo wielka wina
W Europie nie ma klatki, ale są inne miejsca zamknięte. Klasa, w której wystawia się oceny i koślawymi literkami pisze swoją – być może źle ocenioną, bo zbyt prawdziwą – historię na tablicy, i sala sądowa, gdzie również dokonuje się próby oceny, próby osądu. Najłatwiej sądzić w kategoriach winnych i ofiar. Pozycja ofiary jest bardzo wygodna, tymczasem Warlikowski w swoim spektaklu miesza te role i przeciwstawia się binarnym opozycjom. Wykreowane przez niego postaci nie budzą ani jednoznacznego współczucia, ani pogardy.
Gruszczyński z Warlikowskim rozmawiają o winie już prawie ćwierć wieku. Ten drugi zastanawia się, czy jesteśmy skazani na bycie winnymi. Poczucie winy jest dla niego czynnikiem determinującym porozumienie, czymś, co może otworzyć dialog. Próbą dialogu z winą nazwałabym i spowiedź, i terapię, i – wciąż – sztukę. A na pewno – sztukę Warlikowskiego.
Sztukę, w której bohaterowie mierzą się z winą i samotnością, a reżyser świadomie omija boskie interwencje. Warlikowski sam przyznaje: „Nie chciałem, by bogowie byli motorem działania ludzi. Więc zostawiałem ludzi opuszczonych przez bogów, samotnych”8. Winnych i być może bez szans na przebaczenie.
Podobnie jak Europa, mówiąca wyraźnie: „Nie jestem niewinna”, Warlikowski stawia się po stronie poczuwających się do winy, a nie tych, którzy tę winę wypierają. Wina w utworze Wajdiego Mouawada jest oczywista, istotniejsze jest, czy spada na potomków morderców. Czy przecieka do krwi z krwi, przenosi się w DNA, ukrywa się w rzeczach i miejscach, jak diabeł tkwi w szczegółach? Czy jesteśmy skażeni przez to, czego dopuścili się nasi przodkowie, czy mamy prawo powiedzieć: „Nie mam z tym nic wspólnego”? Jaka będzie nasza narracja wobec winy?
Czy nasza narracja, nasza historia, może kogoś uratować? Może wzbudzi w kimś potrzebę przekazania jego własnej opowieści? Gdy dusi nas wina, opowiadanie może przynieść ulgę – przynajmniej takie jest założenie. Jednak Warlikowski, przeprowadzając intersekcję traumy, pozwala nam poczuć grozę, dotknąć cudzej tragedii, ale nie zapewnia ani ulgi, ani gotowych rozwiązań.
Antyczne obozy
A czy może je zapewnić antyczna tragedia? Niemiecki historyk sztuki, Johann Joachim Winckelmann, widział w starożytności pełnię i harmonię, wzniosły ideał piękna absolutnego, czas najprężniejszego rozwoju cywilizacji. Uważał, że po antyku ludzkość już tylko się cofała.
Na teorię Winckelmanna nasz poeta Mieczysław Jastrun odpowiadał, że antyk to początek obozów koncentracyjnych, wyidealizowany świat, który w rzeczywistości jest tak okrutny jak nasz i tak jak nasz nie daje gotowych rozwiązań. W eseju Mit śródziemnomorski autor dowodził, że ci wszyscy bogom podobni bohaterowie dopuszczają się czynów ohydnych, powodowani egoizmem, chciwością łupu, zazdrością i nienawiścią. W wojnie peloponeskiej dostrzegł zaś Jastrun nie tylko obłęd tłumu, lecz także ludobójstwo i pierwowzór obozów koncentracyjnych. Dlaczego?
Z opisu Tukidydesa wynika, że sposobów postępowania z jeńcami podczas wyprawy sycylijskiej Ateńczyków (415–413 p.n.e.) nie powstydziliby się współcześni terroryści i nieprzestrzegający podstawowych praw człowieka żołnierze z Guantanamo, Buczy, Gazy czy dowolnego miejsca objętego w ostatnich latach stanem wojny.
Ateńczyków, umieszczonych w ciasnych i zapadłych kamieniołomach, dręczonych przez upał za dnia i dokuczliwe zimno nocą, traktowali Syrakuzańczycy surowo. Siedem tysięcy wziętych do niewoli ludzi cierpiało z powodu chorób, głodu i pragnienia – otrzymywali oni około jednej kotyli wody (około 0,3 litra) i odrobinę zboża, aby przetrwać. Stale przebywali i umierali wśród trupów swoich bliskich.
„Było to najważniejsze wydarzenie w tej wojnie […], najwspanialsze dla zwycięzców i najżałośniejsze dla zwyciężonych”9, podsumowuje Tukidydes, a za nim Jastrun. Co oznacza żałosna sytuacja zwyciężonych, jeśli nie sadystyczną przyjemność zwycięzców?
Jak zakończyć tragedię?
Jak się wyrwać z tego błędnego koła? Jak można się przeciwstawić tym, którzy mają władzę? Ani śmierć dzieci, ani śmierć cywilów, ani niewinność zakładników, ani szacunek należny zmarłym, ani prawo regulujące traktowanie więźniów – nic nie powoduje, że wojna ustaje.
Jak? Warlikowski i Mouawad dają nie tyle odpowiedź, ile wskazówkę: zaczynając od uznania niepodległości Palestyny. „Jeśli narody eksterminujące inne narody odnajdują w sobie siłę, aby uznać swoją winę, to znaczy, że mogą odzyskać człowieczeństwo” – mówi Zachariasz w Europie. Ale nie tak kończy się tragedia.
Ajschylos, Sofokles i Eurypides sami mieli trudności z kończeniem swoich tragedii i nieraz posługiwali się chwytem deus ex machina, aby wybrnąć z zawiłości dramatycznych – w sposób nieracjonalny, ale jednak narzucić bohaterom swych utworów pokój, będący poza zasięgiem śmiertelników. Patrząc na wojnę w Ukrainie i Strefie Gazy, można pomyśleć, że twórca tej tragedii już dawno powinien był skorzystać ze wspomnianego rozwiązania.
Jednak Europa wyraźnie pokazuje, że w rzeczywistości nie istnieje deus ex machina – nikt nie rozwiąże za nas naszych problemów. Jest to szczególnie wymowny przekaz dziś, gdy kryzysy w Europie narastają. Bohaterowie dalej są opuszczeni przez bogów.
Jak zakończyć tragedię, kiedy jej koniec oznacza unicestwienie dwóch narodów? Przypowieść o Hafeztanie, którego mieszkańcy nie mogą uciec przed traumą, odzwierciedla sytuację polityczną pomiędzy Palestyną a Izraelem. Palestyna może zniknąć fizycznie, a Izrael – zniknąć moralnie, stracić miano narodu wybranego, jeśli ulega pokusie zemsty i dokonuje masakry na innych narodach10.
Warlikowski kończy tragedię wymarszem bohaterek na obcasach.
Europa: Assui, czas zająć się najsłabszym punktem tej historii. Wkrótce przyjdzie czas empatii. Musimy być gotowe. Nauczcie się chodzić w czyichś butach. Chodzić na szpilkach bólu. Wedio! Jovette! Mégaro!
Tak kończy się tekst.
Europa wręcza swoim córkom szpilki, które mają w spektaklu znaczenie symboliczne. Louboutiny, warte miliony, a może śmierci milionów, są symbolem i winy, i ofiary, i przemocy symbolicznej, i próby poradzenia sobie z nią. Tylko wysłanniczka ONZ, Assia, grana przez Magdalenę Cielecką, umie poruszać się w nich z gracją. Pozostałe córki wychodzą, kołysząc się nieporadnie; próbują dojść do siebie i zakończyć ten antyterapeutyczny spektakl z godnością.
Wykorzystany w śródtytule czwartym cytat „Kolejny rok, a Liban płonie. Obłędny taniec nad własnym grobem” pochodzi z piosenki „Liban” zespołu KSU.
1 Grecka szkoła myślenia. Z Krzysztofem Warlikowskim rozmawiają Piotr Gruszczyński i Anna Lewandowska [w:] W. Mouawad, Europa, Warszawa: Teatr Nowy, 2026, s. 135.
2 „Europa”, Wajdi Mouawad, Krzysztof Warlikowski. Informacje, online: https://nowyteatr.org/pl/kalendarz/europa [dostęp: 31.07.2026].
3 P. Gruszczyński, K. Warlikowski, Szekspir i uzurpator. Z Krzysztofem Warlikowskim rozmawia Piotr Gruszczyński, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2007, s. 36–37.
4 Tamże, s. 144.
5 J. Parandowski, Mitologia, Warszawa: Czytelnik, 1975, s. 226.
6 W. Mouawad, Wewnętrzny cień, który pisze [w:] tegoż, Europa, s. 22.
7 W. Kowalski, „Europa” nie chce nas poruszyć. Chce nas wciągnąć, online: https://e‑teatr.pl/europa-nie-chce-nas-poruszyc-chce-nas-wciagnac-65139 [dostęp: 31.07.2026].
8 Grecka szkoła myślenia…, s. 132.
9 M. Jastrun, Podobny do bogów [w:] tegoż, Mit śródziemnomorski, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1962, s. 15.
10 Zob. W. Mouawad, Europa, s. 127.
