Pocztówka ze śmietnika

Tę wia­do­mość prze­czy­ta­łem cał­kiem nie­daw­no w czerw­cu – bio­gra­fia napi­sa­na przez Łuka­sza Gar­ba­la Wań­ko­wicz. Życie na kra­te­rze zna­la­zła się w dwu­dzie­st­ce ksią­żek nomi­no­wa­nych do Nike! Podob­nie jak bio­gra­fia Roma­na Brat­ne­go pió­ra Emi­la Mara­ta, wyda­na nie­daw­no rów­nież przez Czar­ne, co naj­mniej cie­ka­wie uka­zu­je swo­je­go boha­te­ra w bar­wach bar­dziej zróż­ni­co­wa­nych niż czar­na i bia­ła.

O ile Marat, pisząc o Brat­nym, któ­ry postrze­ga­ny był od czter­dzie­stu plus lat jako jaru­zel­ski pro­pa­gan­dzi­sta – wście­kle wręcz anty­so­li­dar­no­ścio­wy – w książ­ce o nim przy­ta­czał chęt­nie nie­zna­ne pozy­ty­wy, Gar­bal Wań­ko­wi­cza raczej odbrą­za­wia, ale nie demo­ni­zu­je.

Jego boha­ter nie za bar­dzo miał dotych­czas szczę­ście do obiek­tyw­ne­go opi­su swe­go życia – albo­wiem publi­ka­cje bio­gra­ficz­ne na jego temat zdo­mi­no­wa­ła Alek­san­dra Ziół­kow­ska-Boehm. Była dla Wań­ko­wi­cza wię­cej niż sekre­tar­ką – a ponie­kąd tro­chę i bene­fi­cjent­ką jego testa­men­tu – więc kolej­ne edy­cje ksią­żek o „Melu” raczej pomi­ja­ły spra­wy kon­tro­wer­syj­ne albo czy­tel­ni­cy znaj­do­wa­li w nich domyśl­nie wręcz roz­strzy­gnię­cia na jego korzyść. I w ich cie­niu pozo­sta­wa­ły na przy­kład kry­tycz­ne uwa­gi ze wspo­mnień, opu­bli­ko­wa­nych kil­ka­na­ście lat temu w Sta­ro­rze­czach przez Anto­nie­go Kro­ha, dla któ­re­go Wań­ko­wicz był przy­szy­wa­nym wujem i dla któ­re­go jako mło­dzie­niec we wcze­snych latach 90. wyko­ny­wał nie­zbyt twór­cze zle­ce­nia natu­ry sekre­tar­skiej, głów­nie prze­pi­sy­wa­nie wybra­nych tek­stów na maszy­nie (skąd­inąd o tym zapo­mnia­nym już wyna­laz­ku i rodza­jach uży­wa­nych do kopio­wa­nia kalek – czy kalk? – i prze­bi­tek sam Wań­ko­wicz napi­sał parę stron w poświę­co­nej rów­nież tech­nicz­nym aspek­tom repor­ter­skie­go zawo­du książ­ki Karaf­ka La Fontaine’a).

Z książ­ką Wań­ko­wi­cza, któ­rej tytuł spa­ra­fra­zo­wał, tytu­łu­jąc wła­sną, Łukasz Gar­bal, mam pew­ne związ­ki oso­bi­ste. W Zie­lu na kra­te­rze stoi:

Strach rósł pod noga­mi jak tra­wa, strach wdzie­rał się do płuc jak zaduch, strach leżał na żołąd­ku jak kamień, strach palił oczy, drą­żył uszy, czer­nił pierw­szy­mi zmierz­cha­mi, rżnął wsta­ją­cą świa­do­mość pierw­szym brza­skiem. Na Żoli­bo­rzu robi­ło się coraz groź­niej. Do Oświę­ci­mia wzię­to z rodzi­ca­mi Krzy­sia Wąso­wi­cza, kole­gę uni­wer­sy­tec­kie­go Kry­si.

Tak, to mój ojciec (zmar­ły w 2013 roku), któ­ry w Domecz­ku Wań­ko­wi­czów na wykła­dach taj­ne­go UW bywał. Wań­ko­wicz fini­szo­wał swe dzie­ło w USA, gdzie w 1951 roku uka­za­ło się po raz pierw­szy, więc nie mógł spraw­dzić, że Wąso­wi­czów wzię­li na Pawiak, skąd dziad­ko­wie na dwa dni przed powsta­niem zosta­li zwol­nie­ni (naj­pew­niej za spra­wą sta­rań Wła­dy­sła­wa Bar­to­szew­skie­go, z któ­rym współ­pra­co­wa­li w akcjach Żego­ty).

Ojciec i stryj – który skądinąd żyje i w marcu obchodził setne urodziny – pojechali z Pawiaka nie do Oświęcimia, lecz do Sztutowa, czego Wańkowicz nie sprostował jednak po powrocie do Polski ani zrobił tego od pół wieku żaden z edytorów „Ziela…”, więc do dziś w nowych wydaniach ciągle jest ten błędny Oświęcim, pewnie metaforycznie od Stutthofu bardziej sugestywny.

Ojciec zapro­wa­dził mnie kie­dyś, bar­dzo nie­do­ro­słe­go (nie pamię­tam: jesz­cze pod­sta­wów­ka czy już liceum?), w miej­sce, gdzie stał Dome­czek. I od tych czter­dzie­stu paru lat się ono nie zmie­ni­ło.

Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska.
Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska.

Stoi tam nadal śmiet­nik blo­ku posta­wio­ne­go w latach 50. w miej­scu wysa­dzo­ne­go po powsta­niu war­szaw­skim domu zbio­ro­we­go spół­dziel­ni dzien­ni­kar­skiej – jego podwór­ko obej­mu­je tak­że miej­sce po cegla­nym boha­te­rze Zie­la… – bo był prze­cież boha­te­rem książ­ki na rów­ni z Wań­ko­wi­cza­mi: rodzi­ca­mi i dwie­ma cór­ka­mi.

Pod wzglę­dem lite­rac­kim ta książ­ka Mel­chio­ra Wań­ko­wi­cza jest jego najam­bit­niej­szą kre­acją. Z wła­snych rodzin­nych histo­rii skle­ił prze­my­śla­ną kon­struk­cję – u świ­tu nie­pod­le­gło­ści giną żoł­nier­ską śmier­cią dwaj bra­cia Zofii Wań­ko­wi­czo­wej, czy­li szwa­gro­wie auto­ra, ale odży­wa­ją nie­ja­ko w jej cór­kach – pierw­szym poko­le­niu zro­dzo­nym w odzy­ska­nej Pol­sce.

Międzywojnie ukazane jest jako idylla – familijne bytowanie w dostatku i pięknie, autor w opisach rozpływa się nad przypomnieniem swego dobrego gustu.

Budo­wa­ny z pie­nię­dzy ze sprze­da­ży resz­tów­ki na Litwie Kowień­skiej (innych źró­deł finan­so­wa­nia Zie­le… nie poda­je, to paso­wa­ło do cią­gło­ści dwo­ru) dom przy Dzien­ni­kar­skiej 3 miał w sute­re­nie pomiesz­cze­nia gospo­dar­cze, kuch­nię i służ­bów­ki, repre­zen­ta­cyj­ny par­ter, sypial­nie rodzi­ców (domo­we imio­na King i Kró­lik) na pierw­szym pię­trze, a na dru­gim córek: Kry­sty­ny i Mar­ty zwa­nej Tili. Wań­ko­wicz pisze:

w dal­szym opo­wia­da­niu dom będzie żył razem z nami. Na każ­dym pię­trze była woda zim­na i gorą­ca, z kuch­ni szła win­da kuchen­na przez czte­ry pozio­my: do jadal­ne­go, Mamy poko­ju i poko­ju dzie­ci. Wszyst­kie poko­je były cen­tral­nie ogrze­wa­ne i połą­czo­ne tele­fo­na­mi. Na sku­tek tego wszyst­kie czte­ry pozio­my mogły żyć swo­im życiem oddziel­nym: służ­by, gości, rodzi­ców, dzie­ci. Drze­wo w drzwiach było dobie­ra­ne w pió­ro, jadal­ny i biblio­te­ka mia­ły wymyśl­ne boaze­rie, dywa­ny i por­tie­ry były sto­no­wa­ne, poszcze­gól­ne poko­je pla­no­wa­li poszcze­gól­ni arty­ści, było wie­le komin­ków, szaf w ścia­nach, nie­któ­re poko­je były wyło­żo­ne kor­kiem, szy­by w dzie­cin­nym poko­ju były ze szkła prze­pusz­cza­ją­ce­go pro­mie­nie ultra­fioł­ko­we.

Oto­czo­ny ogród­kiem dom sty­kał się jed­ną ścia­ną ze sto­ją­cym przy Kra­siń­skie­go blo­kiem spół­dziel­ni dzien­ni­kar­skiej, co iry­to­wa­ło dzie­ci: „Albo go odle­pl­cie, albo odcep­cie, albo odklej­cie, albo odłąc­cie, albo ode­tnij­cie, albo ode­dzyj­cie, albo odłam­cie – recy­to­wa­ła Tili, lubią­ca się w danej epo­ce życia popi­sy­wać bogac­twem syno­ni­mów”.

Znaj­du­ją się więc w Zie­lu… żywe opi­sy życia na przed­wo­jen­nym Żoli­bo­rzu: skan­da­licz­ne pró­by han­dlu róża­mi z domo­we­go ogród­ka podej­mo­wa­ne na Pla­cu Wil­so­na przez Kry­sty­nę i Mar­tę oraz zacią­ga­nie przez nie cukier­ko­wych kre­dy­tów w naj­słyn­niej­szym skle­pie dziel­ni­cy – u pana Płat­ka. Domo­wym zwie­rzę­tom poświę­ca Wań­ko­wicz obszer­niej­sze opi­sy, któ­rych boha­te­ra­mi są kot­ka Mal­win­ka i pies Gaweł. O tym dru­gim pisze:

Otóż tak pięk­ny kawa­ler miał sza­lo­ne powo­dze­nie u wszyst­kich wła­ści­cie­li air­del-suczek i był zapra­sza­ny na gościn­ne wystę­py. Po raz pierw­szy zda­rzy­ło mu się to u Wład­ka Bro­niew­skie­go; wró­cił z wiel­kim bia­łym, ślub­nym ban­tem uwią­za­nym doko­ła szyi przez panią Bro­niew­ską, w pysz­nej for­mie, ale bez głęb­szych prze­żyć moral­nych.

Dzia­ło się tak w odróż­nie­niu od god­ne­go macie­rzyń­stwa Mal­win­ki (Jani­na Bro­niew­ska zło­śli­wie dystan­so­wa­ła się od tych prze­ka­zów we wła­snych pamięt­ni­kach).

Wań­ko­wicz tak wspo­mi­nał Dome­czek:

Dobrze było sie­dzieć na jego tara­sie zacie­nio­nym winem i szpa­ra­mi zie­lo­ne­go listo­wia i patrzeć przez żół­te oku­la­ry na pły­ną­ce nie­bem obło­ki. […] Dobrze było har­co­wać bosy­mi pię­ta­mi po nie­ogro­dzo­nym jesz­cze par­ku, zapusz­czać się na pusta­cie wiśla­ne, błą­dzić w wypra­wach odkryw­czych ulicz­ka­mi Mary­mon­tu, napo­ty­kać pod Bie­la­na­mi jakieś pała­cy­ki z cza­sów Kró­la Sta­sia, o któ­rych nikt nie wie, pała­cy­ki wpół zruj­no­wa­ne, z okna­mi zabi­ty­mi deska­mi, na któ­rych ganecz­kach roz­kła­da­ło się przy­nie­sio­ne wik­tu­ały.

Gdy po wybu­chu woj­ny Mar­cie uda­je się wyje­chać z oku­po­wa­nej Pol­ski – Mel­chior zna­ny z anty­nie­miec­kiej książ­ki Na tro­pach Smęt­ka pozo­stać w niej w żaden spo­sób nie mógł w Domecz­ku kon­spi­ru­ją żona i star­sza cór­ka. Kul­mi­na­cyj­ną sce­ną są imie­ni­ny tej dru­giej 24 lip­ca 1944 roku – z ośmio­ma tań­czą­cy­mi mazu­ra para­mi.

Wszyscy tancerze i tancerki zginą w powstaniu – w tym poległa na Woli jako łączniczka Krystyna Wańkowiczówna – zaś Domeczek zostanie zburzony.

Zofia Wań­ko­wi­czo­wa, powra­ca­jąc w 1945 roku do znisz­czo­nej War­sza­wy, „prze­cho­dzi przez bary­ka­dę wprost w roz­wa­lo­ną fur­tę ogro­du. Czy to moż­li­we, aby do tego stop­nia nie było domu?” Ale klam­rę histo­rii otwar­tą śmier­cią wujów zamy­ka­ją naro­dzi­ny Anny Kry­sty­ny, cór­ki Mar­ty – w przed­dzień nowe­go roku 1946, w Ame­ry­ce.

Zie­le na kra­te­rze od daw­na bywa­ło zale­ca­ne jako lek­tu­ra szkol­na – obec­nie znaj­du­je się wśród kil­ku­dzie­się­ciu pozy­cji, z któ­rych mogą wybie­rać nauczy­cie­le siód­mej i ósmej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej jako lek­tu­ry uzu­peł­nia­ją­ce. Po prze­czy­ta­niu bio­gra­fii pió­ra Łuka­sza Gar­ba­la mam wra­że­nie, że decy­du­ją­cy się na to bel­fro­wie powin­ni łączyć taką decy­zję z zale­ce­niem jed­no­cze­snej lek­tu­ry jego dzie­ła, skąd­inąd co naj­mniej dwa razy grub­sze­go (zale­ży od stop­nia pisma i gru­bo­ści papie­ru, ale w każ­dym razie sie­dem­et stron tek­stu autor­skie­go net­to), a przy­naj­mniej wycią­gu z jego spo­strze­żeń. Sta­no­wi­ło­by to nie­zły pre­tekst o gra­ni­cach gatun­ków lite­rac­kich. Józef Mac­kie­wicz miał stwier­dzić: „Tyl­ko praw­da jest cie­ka­wa”. Mój ulu­bio­ny pisarz Piotr Woj­cie­chow­ski (rocz­nik 1938) mówi nato­miast: „Tyl­ko fik­cja jest praw­dzi­wa”.

Bio­graf prze­strze­ga we wstę­pie:

nale­ży powścią­gać chęć prze­kła­da­nia wań­ko­wi­czow­skich opo­wie­ści na jego fak­tycz­ną bio­gra­fię w ska­li jeden do jed­ne­go (co jed­nak nie zna­czy, że pisarz kła­mał – po pro­stu czę­sto ogra­ni­czał się do opi­sy­wa­nia jedy­nie jaśniej­szej stro­ny rze­czy­wi­sto­ści). Waż­ne są prze­cież tak­że prze­mil­cze­nia.

Gar­bal dowo­dzi, że prze­mil­cze­niem w Zie­lu… jest brak con­ti­nu­um zamiesz­ki­wa­nia rodzi­ny Wań­ko­wi­czów w Domecz­ku. Mimo że jego autor był współ­wła­ści­cie­lem jed­ne­go z naj­pręż­niej­szych wydaw­nictw war­szaw­skich – Roju – to

Dome­czek oka­zał się zbyt dro­gi w utrzy­ma­niu i rodzi­nę nie zawsze było stać na to, by w nim miesz­kać. Aby obsłu­żyć kre­dyt zacią­gnię­ty na jego budo­wę w Ban­ku Gospo­dar­stwa Kra­jo­we­go, już kil­ka lat przed woj­ną Wań­ko­wi­czo­wie musie­li swój wyma­rzo­ny dom wynaj­mo­wać, sami zaś prze­nie­śli się z pre­sti­żo­wej Dzien­ni­kar­skiej do tań­sze­go, choć nadal nowo­cze­sne­go, posta­wio­ne­go w latach dwu­dzie­stych miesz­ka­nia na Ocho­cie, przy Mia­now­skie­go 16/1.

Anto­ni Kroh w roz­mo­wie z Gar­ba­lem posta­wił nawet tezę, że być może przy­czy­ną prze­mil­cze­nia było roz­sta­nie Kin­ga z Kró­li­kiem – nie­wy­klu­czo­ne, że Zofia opu­ści­ła na pewien czas Mela dla wuja Anto­nie­go – Lech­nic­kie­go. Autor bio­gra­fii stwier­dza jed­nak, że „Wań­ko­wicz po pro­stu się prze­li­czył […]. Wypro­wadz­ka z wyma­rzo­ne­go domu rani­ła i nic dziw­ne­go, że mało kto o niej wie­dział”. Zauwa­ża zara­zem, że frag­men­ty książ­ki były publi­ko­wa­ne w pra­sie kra­jo­wej jako oku­pa­cyj­ne wspo­mnie­nia Zofii – nie daje odpo­wie­dzi jed­no­znacz­nej, czy dzia­ło się tak z przy­czyn tak­tycz­nych, czy Mel­chior prze­pi­sał je sobie i sobie też przy­pi­sał autor­stwo. Fik­cją lite­rac­ką ma być też ponoć sce­na tanecz­na z imie­nin.

W ewen­tu­al­nym wycią­gu z pra­cy Łuka­sza Gar­ba­la na uży­tek uczniów – nie wiem, czy trzy­na­sto­lat­ko­wie pora­dzą sobie z kry­tycz­nym myśle­niem o lek­tu­rze włą­czo­nej w kanon ze wzglę­dów patrio­tycz­no-mar­ty­ro­lo­gicz­nych; suge­ro­wał­bym prze­nie­sie­nie do seg­men­tu lice­al­ne­go – zawarł­bym jesz­cze dwie wia­do­mo­ści.

Po pierw­sze, w mili­cyj­nym kry­mi­na­le Alber­ta Woj­ta Dzwo­nek z Napo­le­onem z 1981 roku zwło­ki mło­dej biblio­te­kar­ki zosta­ją zna­le­zio­ne wła­śnie w śmiet­ni­ku przy Tuchol­skiej, a o tym, co sta­ło się wcze­śniej w tym miej­scu, autor (pseu­do­nim czyn­ne­go jesz­cze dzie­sięć lat temu pro­ku­ra­to­ra) naj­wy­raź­niej nie miał świa­do­mo­ści.

Po dru­gie, w odle­gło­ści w linii pro­stej jed­ne­go kilo­me­tra od miej­sca-po-Domecz­ku, pod szu­bie­ni­cą na Cyta­de­li tytu­ło­wy boha­ter powie­ści Juliu­sza Kade­na-Ban­drow­skie­go Gene­rał Barcz z 1922 roku duma o rado­ści z odzy­ska­ne­go śmiet­ni­ka – czy­li nie­pod­le­gło­ści z dobro­dziej­stwem inwen­ta­rza.

Z przecieków z rady dzielnicy wiem, że były pomysły na umieszczenie na rogu Tucholskiej i Dziennikarskiej adekwatnej tablicy pamiątkowej, rozważano też rozbiórkę śmietnika i przeniesienie go w inne miejsce, ale jak na razie nic się nie zmieniło.

Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska.
Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska.

Radość z odzyskanego śmietnika

Śmiet­nik na ogro­dzo­nym podwór­ku banal­ne­go socre­ali­stycz­ne­go blo­ku – oto co znaj­dzie na rogu Dzien­ni­kar­skiej i Tuchol­skiej czy­tel­nik pra­gną­cy naj­więk­szą żoli­bor­ską legen­dę lite­rac­ką Zie­la na kra­te­rze skon­fron­to­wać z rze­czy­wi­sto­ścią. Swój Dome­czek Mel­chior Wań­ko­wicz wysta­wił czę­ścio­wo z pie­nię­dzy uzy­ska­nych ze sprze­da­ży udzia­łów w odzie­dzi­czo­nej posia­dło­ści na Litwie Kowień­skiej, spła­cał zaś z docho­dów, jakie przy­no­si­ło pręż­ne wydaw­nic­two Rój, któ­re­go był współ­wła­ści­cie­lem.

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska. Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska. Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska. Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska. Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska. Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska. Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska. Śmietnik przy skrzyżowaniu ulic Tucholskiej i Dziennikarskiej na Żoliborzu w Warszawie. W jego miejscu do 1944 roku stał Domeczek, jeden z bohaterów „Ziela na kraterze” – była to willa Melchiora Wańkowicza, jego żony Zofii i córek – Krysi i Marty. Fot. Martyna Kloska.

Czytaj także

24.05.2026 Recenzje

Glossa do kolekcji

Przywołując publikacje krytyczne Aleksandra Fiuta i Lidii Burskiej, Urbanowski używa przeciw nim amunicji patriotycznej. Stwierdza, że autorom nie podobał się „przede wszystkim zbyt pochlebny ich zdaniem obraz polskiego społeczeństwa, jaki wyłaniał się z literatury stanu wojennego” – o książce Macieja Urbanowskiego pisze Paweł Dunin-Wąsowicz.

01.03.2026 Recenzje

Poza morderczą akcją

Wesołych Świąt wszystko jest ze sobą tak precyzyjnie powiązane, że kiedy czytelnik kończy lekturę, w jego sercu wręcz narasta tęsknota za jakąś dłuższą ślepą uliczką dysfunkcjonalną wobec fabuły! – o debiutanckiej powieści Wojtka Sokoła pisze Paweł Dunin-Wąsowicz.

13.08.2026 Laba

Pocztówka znaleziona w trzcinie

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Krzysztofa Żwirskiego z festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie.