Nie jest to w oczywisty sposób fotogeniczna okolica. Mój ulubiony widok Szczebrzeszyna – parterowe domy z ogródkami, w tle wyniosły spadzisty dach różowej synagogi, żółta wieża kościoła i doskonale pusty wał wzgórz na horyzoncie widziany z okolicy cmentarza żydowskiego – nie daje się zmieścić w zgrabnym pionowym kadrze gotowym do wrzucenia na instagramowe stories. Wzgórze nie jest pewnie wystarczająco wyniosłe, obiekty za bardzo na siebie zachodzą i giną stłoczone w środku obrazu. Wiele razy próbowałem tam zrobić zdjęcie, by wreszcie uznać, że najlepsze z nich przechowuję w pamięci.
Pejzaż
Lubię tu wracać i jest w tym lubieniu jakaś sympatia dla zwyczajności tego miasteczka na Roztoczu. Zwyczajności, w której – jeśli tylko uda nam się zatrzymać choćby na chwilę pospolitą pogoń umysłu za bodźcami – objawia się oczywiście ogromna niezwyczajność. Rzeka jest chłodna i rozkoszna w upały. Piętrowe kamieniczki, oprószone pyłem z głównej drogi, która nadal przechodzi przez centrum, zachęcają do wyobrażania sobie albo przeszłości, kiedy więcej niż połowa mieszkańców nazywała to miejsce „Szebreszin”, albo inaczej – spoglądania w przyszłość i tego, co by tu można kiedyś zrobić z niespodziewanym już raczej nadmiarem czasu i pieniędzy. Porośnięte skrzypem, ukryte wśród wzgórz wąwozy wyglądają jak nie z tej planety. W maleńkim trójkącie bermudzkim pomiędzy wspomnianym renesansowym kościołem i renesansową synagogą oraz przytuloną obok, także renesansową cerkwią można przypomnieć sobie o tym, skąd wyszedł ten kraj i czym był, zanim dwudziestowieczne wichury dziejów przeobraziły go w przestrzeń kwadratową kształtem i do niedawna w nienaturalny sposób jednolitą etnicznie.
Język
Twórcy festiwalu obrali za jego główny temat język, co jest dość naturalnym nawiązaniem do klasycznego wiersza łamańca Jana Brzechwy, będącego standardowym elementem formacji szkolnej w Polsce. Dźwięki chrząszcza dopadły uszu poety podczas wycieczki do niedalekiego Zwierzyńca, jaką odbył w okresie międzywojennym ze swoim zamieszkałym wówczas w Zamościu bratem stryjecznym – Bolesławem Leśmianem. W 2025 roku z charakterystycznym dla siebie przekąsem, pod którym dało się zarazem wyczuć podziw, Łukasz Orbitowski uznał historię szczebrzeszyńskiego festiwalu za „najbardziej spektakularny przykład kapitalizacji jednego wiersza, jaki zna w swoim życiu”. Jeśli miał na myśli także kapitał symboliczny, to zgodzę się z nim bez wahania.
Obranie za główny temat festiwalu języka, a nie literatury można postrzegać jako gest włączający, zapraszający. Powiem więcej – decyzja sprzed kilkunastu lat wydaje się z roku na rok nabierać coraz większego sensu. Jeśli w czasach galopującej i prawdopodobnie niemożliwej już do zatrzymania polaryzacji cokolwiek łączy jeszcze trzydzieści siedem milionów ludzi zamieszkujących kraj między Odrą a Bugiem (oraz kolejnych przeszło dziesięć milionów poza nim), to niewątpliwie jest to język. I dla mnie taka identyfikacja przez język (żyjemy w języku, śnimy w języku – rekapitulowanie dorobku myśli mniej lub bardziej bliskiej tradycji Ludwiga Wittgensteina będzie tu raczej zbędne) jest neutralna i możliwa do zaakceptowania, a zarazem wskazuje na pewną niekwestionowaną wspólnotę doświadczeń. Jeśli spojrzymy chociażby na własne początki, zakorzenianie się w świecie poprzez język, ale także przemiany tego własnego języka wraz z dorastaniem i wchodzeniem w kolejne społeczne kręgi, to zobaczymy, że jako społeczeństwo ciągle mamy o czym ze sobą rozmawiać.
Nie inaczej rzecz ujmuje prof. Iwona Hofman – medioznawczyni, przewodnicząca rady programowej festiwalu, z którą spotykam się w Zamościu pierwszego dnia tegorocznej, dwunastej już, odsłony imprezy. Z niezachwianą pewnością mówi o Stolicy Języka Polskiego jako przestrzeni świadomego posługiwania się słowem. Jednocześnie przywołuje słowa Jerzego Giedroycia, którego dorobek bada i popularyzuje przez całe zawodowe życie, o odpowiedzialności za Słowo (przez duże „S”).
Słowa mogą doceniać, ale mogą też ranić. Ich brak może również wyrażać zaniedbanie. Współczesny język przestaje nazywać emocje, a staje się językiem manipulacji. Mamy coraz większe przyzwolenie na bylejakość, nadużywamy wulgaryzmów i mowy nienawiści – oraz obojętniejemy na to.
– mówi. Praca wkładana w festiwal stała się dla prof. Hofman nauką etycznego posługiwania się słowem. Zapytana o to, czy otrzymuje zwrotne potwierdzenie skuteczności tej pracy, odpowiada bez wahania, że dla niej uczestnicy i uczestniczki festiwalu stają się w naturalny sposób ambasadorami polszczyzny. Opowiada też o satysfakcji faktycznego wyjścia z tematem poza mury akademii. I o nowym pokoleniu analogowym, zdystansowanym wobec papki serwowanej przez tak zwane duże modele językowe – tym, które, jak ma nadzieję, na nowo odkryje także dla siebie język i jego możliwości.
Publiczność
Obecność wspomnianego pokolenia na festiwalu na ten moment pozostaje jednak raczej stanem pożądanym, a mniej faktycznym. W publiczności gromadzącej się co roku przez pierwszy pełny tydzień sierpnia przy scenie przy Zespole Szkół nr 2 w Szczebrzeszynie, nad brzegiem Wieprza, od lat dominuje bowiem przedział wiekowy pięćdziesiąt plus. Nie mówię o tym z perspektywy oceniającej. Jeśli już, byłaby to wręcz ocena pozytywna. W mojej opinii w ostatnich dekadach w umownie rozumianym środowisku literackim w Polsce znacząco pogłębiły się podziały pokoleniowe. Figura dziadersa ma się dobrze, także w literaturze – i często nie jest czuła na odcienie szarości. Raporty dotyczące czytelnictwa pokazują utrzymującą się tendencję niskiego poziomu zaangażowania w praktyki czytelnicze wśród seniorów, co negatywnie wyróżnia Polskę na tle wielu innych krajów Europy. Niewiele festiwali literackich robi coś faktycznie po to, żeby przyciągnąć do siebie publiczność w sile wieku. Tymczasem wśród siwej części głów w Szczebrzeszynie (zauważmy, co stało się z naszym językiem – określenie „siwa głowa” brzmi jednoznacznie pejoratywnie!) jest wiele osób, które przyjeżdżają tutaj od samego początku. Spróbujmy oddać głos kilku z nich.
Pani Ewa i pani Alicja z Mrągowa, z którymi rozmawiałem drugiego dnia, przyjechały na przykład dziesiąty raz. Koleżanka znalazła festiwal w internecie, czynnikiem decydującym była uwielbiana przez nie Wisława Szymborska – wraz z Kornelem Filipowiczem patronująca ówczesnej edycji. Obie panie lubią czytać, ale zawsze marzyły, żeby móc z kimś o książkach porozmawiać. Wszystko to znalazły w Szczebrzeszynie. Doceniają luz, swobodę, koncentrację wydarzeń w jednej lokalizacji, brak wejściówek, program rozłożony na cały tydzień tak, że zachęca do wzięcia dłuższego urlopu.
Alicja, Barbara, Teresa i Ireneusz, których zagaduję nad rzeką przy okazji zrobienia zdjęcia, przyjeżdżają od jedenastu lat. Są z Bydgoszczy i spod Gdańska.
Panuje tu specyficzna atmosfera, cisza, spokój. Jest to spory festiwal, ale bez hałasu, jaki robią tłumy, i na ograniczonej przestrzeni. Co roku spotykamy tu rozmaite ważne dla nas postaci, które jak gdyby nigdy nic przechadzają się po trawie między nami
– mówi Alicja. Nie zapomną spotkań z Korą, co roku cieszą się na widok Mai Komorowskiej. „No i te lody u Garbatego” – dodają.
Tutaj
W tym samym czasie słyszę ze sceny, jak Antonina Tosiek opowiada o swoich spotkaniach z Wiesławem Myśliwskim na pierwszych edycjach festiwalu. Rozmowa krąży wokół relacji między prowincją a centrum i wokół symbolicznego przejścia „od pana do chama”, które rozpoczęło się w polskiej literaturze lata temu także za sprawą tego szczególnie cenionego w Szczebrzeszynie pisarza, jednego z pierwszych laureatów przyznawanej przez festiwal nagrody „Człowieka Słowa”. Z Antoniną zamienię jeszcze tego dnia słowo, ale chciałbym zatrzymać się na chwilę przy tej lokalności.
Nazwa „stolica” symbolicznie nobilituje położone na dalekim wschodzie dzisiejszej Polski miasteczko, o którym wspomniany wcześniej Filipowicz nie zawahałby się powiedzieć „moja kochana, dumna prowincja”. Organizatorzy, prowadzący, kuratorzy pasm, wolontariusze (wśród nich uwagę zwraca Mikołaj, lat jedenaście, pseudonim The Black Killer) – to w ogromnej większości mieszkańcy Lubelszczyzny, z epizodycznymi lub stałymi doświadczeniami emigracji, ale także osoby, które nigdy nie opuściły tych stron, a już na pewno nie zrobiły tego duchem. Nie jest to może sytuacja niezwykła, ale mocne zakorzenienie festiwalu w regionie pozostaje warte odnotowania. Na wieczorne spotkania i koncerty z zainteresowaniem zaglądają miejscowi. Burmistrz, o którym na pierwszy rzut oka – zgodnie z pokutującą logiką plemienną – powiedzielibyśmy w myślach „z innej bajki”, z wyraźną tremą i dumą wita publiczność na otwarciu.
Jeszcze przed festiwalem spotykam przy scenie innego nietuzinkowego lokalsa – Marcina Piotrowskiego, który wraz z ekipą uwija się przy montażach. Zapytany, co twórca znanego w całej chłopolubnej Polsce i nie tylko znakomitego festiwalu Folkowisko w Gorajcu, a także zasłużony społecznik i działacz humanitarny robi z wkrętarką w ręku w Szczebrzeszynie, odpowiada:
To jest bratnia idea. Trzeba to braterstwo i siostrzeństwo festiwali, szczególnie dobrych na sercu wydarzeń, takich, które łączą, pielęgnować. Tu czuć energię w Szczebrzeszynie, ten festiwal chce zmieniać przestrzeń i dlatego my go wspieramy. Nie ma zbyt dużo wydarzeń tak ważnych kulturotwórczo na wschodzie Polski, a to jest jedno z fajniejszych, gdzie można spotkać przyjaciół, gdzie czuć, że jest to robione dla idei, a nie dla komerchy, i że współtworzymy coś ważnego. My też się tutaj dużo uczymy, także produkcji, a ja mogę się wreszcie poruszać, odchodzę od komputera. Ja to lubię, ja jestem robol, pracowałem w fabrykach, sklepach, innych miejscach. Jestem raczej człowiekiem czynu, a nie tworzenia idei.
Z Marcinem żegnam się zdjęciem z plakatem z wizerunkiem patrona tegorocznej edycji festiwalu – Władysława Broniewskiego. Późnym popołudniem na koniec długiego dnia pracy zawiesza go na płocie przed terenem festiwalu.
Ufność
Po dłuższej chwili na podpisywanie książek udaje mi się złapać na chwilę przywołaną wcześniej Antoninę Tosiek. Już ze sceny zdradziła, że na Stolicę Języka Polskiego zaczęła przyjeżdżać lata temu jako studentka. Wraz z przyjaciółkami z poznańskiej polonistyki, mając dwieście złotych do podziału, pakowały śpiwory do plecaków i pielgrzymowały do Szczebrzeszyna pociągiem, czasami autostopem. Na swoje pierwsze spotkanie z Myśliwskim przyniosła egzemplarz Nagiego sadu. W późniejszej bezpośredniej rozmowie wspomina też spotkanie z Ryszardem Krynickim. „To, jak opowiadał o sensie wiersza, było bardzo kojące. Mówił o tym, że wiersz jest konieczny i że warto wierszowi zaufać. Na pewno w jakiejś mierze ośmieliło mnie to później do tego, by także pisać” – mówi. Próbuję podejść moją rozmówczynię i zapytać o staroświeckość (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) festiwalu, którego credo wyznaczają słowa autora Traktatu o łuskaniu fasoli: „Ufam językowi. Wszystko jest w języku. To język ustanawia świat”. Jesteśmy ponad pół wieku po rewolucji postmodernizmu i siedem lat po książce, w której Jacek Dukaj przedstawił prognozę świata po piśmie. Społeczne zaufanie do języka w służbie halucynującej sztucznej inteligencji szoruje po dnie, tego samego dnia na paśmie językowym Magda Gacyk w rozmowie z Mirosławem Oczkosiem przywołuje wyniki badań dotyczące zdolności koncentracji uwagi człowieka scrollującego – dwanaście sekund, porównując je z trzydziestoma sekundami skupienia u złotych rybek. Czy Antonina Tosiek ufa jeszcze językowi?
Oczywiście, że nie ufam. I także pamiętniki wiejskich kobiet, które badałam, mnie tego nauczyły. Autorki mogły same siebie oszukiwać i często to robiły. Dopiero kiedy stajemy sam na sam ze swoimi życiorysami, to zaczynamy się obierać z tego, jaki wizerunek sobie przypisujemy. Ważna jest także kwestia tego, jakim językiem do siebie mówimy. Często budujemy dystans konwenansem używanego języka.
Tutaj jednak przechodzimy do przeciwwagi, jaką daje język mówiony – a także przestrzeni, jaką oferuje dla takiego języka kontekst festiwalu poświęconego językowi.
W spotkaniu, w rozmowie, w gadaniu używamy języka „z ciała”, organicznego, takiego, któremu można bardziej zaufać. Zdarzało się, że ludzie przychodzili do mnie po festiwalu z książką i wspominali imiona swoich wiejskich rodziców z użyciem zdrobnień – wykonując gest, który samym wypowiadającym te słowa wydawał się przekroczeniem pewnej granicy intymności. A jednak, z nieskrywanym wzruszeniem, robili to
– mówi Tosiek.
Podobne wnioski płyną z porannej, wspominanej już wcześniej rozmowy z Mirosławem Oczkosiem. „Myślę, że w tej chwili tylko spotkanie osobiste daje pełen obraz, kto jakim jest człowiekiem” – słyszę. Czy rzeczywiście daje, to już inna para kaloszy. Bardziej interesujące jest, czego (jako mocno uogólnione i uśrednione „my”) zdajemy się coraz bardziej potrzebować i szukać. Także na festiwalach.
Wybory
Z takimi myślami idę na spotkanie z szefem i spiritus movens szczebrzeszyńskiej inicjatywy, Piotrem Dudą. To animator kultury i producent teatralny. Urodził się w Szczebrzeszynie, a wychował w pobliskim Bodaczowie, gdzie pracowali jego rodzice, na małym wiejskim osiedlu, „w blokach na wsi”, gdzie wszyscy się znali i przez długi czas nawzajem odwiedzali. Ukończył zawodową szkołę budowlaną i technikum budowlane. Kiedy pewnego razu w niedalekim kościele w Klemensowie usłyszał, jak Maja Komorowska czyta na głos wiersze, zapragnął zostać aktorem. Ze studiów aktorskich niewiele wyszło, ale na całe życie związał się z teatrem – już w roli producenckiej. Przez lata był związany między innymi z warszawskim Teatrem Montownia. Do Szczebrzeszyna wrócił w 2012 roku, kiedy dyrektor miejscowego domu kultury zaproponował mu zainicjowanie wydarzenia kulturalnego promującego miasteczko. Impreza na początku nazywała się „Art Szczebrzeszyn”, a pierwszym pomysłem była aktywizacja środowiska lokalnych malarzy i malarek – kilkudziesięcioosobowej kolonii artystów, która od kilku dekad tworzy w mieście chrząszcza. Literatura i język przyszły później.
Na dorobku szczebrzeszyńskiego festiwalu przez lata odcisnęła się praca bardzo wielu osób. Na zaproszenie Piotra dyrektorem artystycznym pierwszej edycji został Tomasz Brzozowski, znany szerzej jako twórca popularnego w owym czasie wydawnictwa i kawiarnio-księgarni Czuły Barbarzyńca, człowiek pewnych zasług i wielu kontrowersji. Inną postacią, która dołączyła w ten sposób do inicjatywy na tamtym etapie jej rozwoju, był Tomasz Pańczyk, miejscowy wydawca i tłumacz, osoba, która podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych odnalazła ostatniego polsko-żydowskiego mieszkańca przedwojennego Szczebrzeszyna, Philipa Bibela i namówiła go na spisanie wspomnień. Ogromny wkład w rozkwit festiwalu w kolejnych latach mieli inni ówcześni członkowie rady programowej: Grzegorz Gauden, Justyna Sobolewska, Michał Rusinek czy prof. Ryszard Koziołek. A spotkania prowadzone przez Michała Nogasia przyciągały tłumy czytelników i czytelniczek.
Piotr Duda jako formacyjne dla siebie słowa przywołuje powiedzenie jego babci Felicji. Wypowiedział je kiedyś na Gali Mistrzów Mowy Polskiej i od tego czasu wracają do niego jak bumerang: „Nigdy w życiu nie powiedziałam brzydkiego słowa”. Wracamy zatem do etycznej roli języka i odpowiedzialności za Słowo. Korci mnie jednak, żeby zapytać Piotra o pewien moment w historii Stolicy Języka Polskiego. Dla osób śledzących życie literackie w Polsce nie jest bowiem tajemnicą, że wspomniani w poprzednim akapicie czterej członkowie i członkinie rady festiwalu oraz również zasiadający w niej wówczas Tomasz Pańczyk wystąpili z gremium w 2023 roku. W tle decyzji były różnice programowe, ale także nagranie udostępnione w mediach społecznościowych festiwalu, w którym na kolejną edycję zapraszali Piotr i ówczesny marszałek województwa lubelskiego, Michał Mulawa. Marszałek kierujący urzędem od lat wspierającym festiwal w Szczebrzeszynie był w przeszłości jednym z istotnych propagatorów tworzenia tak zwanych stref wolnych od LGBT. Kres haniebnej praktyce położyła rezolucja Parlamentu Europejskiego z 2021 roku i powiązana z nią zapowiedź zamrożenia funduszy unijnych dla samorządów wprowadzających dyskryminujące uchwały. Choć wydarzyło się to parę lat przed tamtą edycją, przeprosin ze strony Mulawy nigdy nie było.
Oświadczenie odchodzących członków rady programowej było dyplomatycznie oszczędne, zaznaczano w nim troskę o dobro festiwalu i jego przyszłość. Teraz pytam Piotra o jego być może nigdy niewyartykułowaną publicznie perspektywę na te wypadki.
Od początków Stolicy Języka Polskiego w swojej roli organizatorskiej kieruję się dwiema głównymi zasadami. Pozostawiam pełną wolność programową kuratorom pasm festiwalowych – i takiej wolności oczekuję również od dysponentów funduszy wspierających festiwal, bez względu na reprezentowaną przez nich opcję polityczną
– odpowiada Piotr. W ten sposób udaje mu się funkcjonować od już kilkunastu lat. I dodaje:
System finansowania kultury w Polsce opiera się na pojedynczych instytucjach publicznych z ograniczonymi budżetami oraz wymagającymi i bardzo zbiurokratyzowanymi procedurami, a także nielicznymi podmiotami sektora prywatnego cechującymi się dobrą wolą i uwagą dla tematu. Szczególnie poza dużymi ośrodkami zabezpieczenie zadowalającego budżetu nie daje za dużego pola manewru, a także wymaga sporej ekwilibrystyki. Bez niej nie moglibyśmy zaoferować na festiwalu tak szerokiego spektrum poruszanych zjawisk i otwartości na rozmowę na różne ważne społecznie tematy, do jakiej przywykliśmy w Szczebrzeszynie.
Uchwały „strefowe” postrzega Piotr – nie trzeba dodawać – jako kardynalny błąd minionych władz regionu. Ówczesnego marszałka widział jednak zarazem przede wszystkim jako dysponenta wspólnych – publicznych – pieniędzy, a wspieranie festiwalu przez Urząd Marszałkowski jako realizację oczywistego, ważnego dla regionu celu społecznego. W słowach Piotra słyszę też pewną autentyczną i – znowu użyję tego słowa – w pewnym sensie staroświecką wiarę, że poprzez wprowadzanie w krąg oddziaływania festiwalu także osób, z których niektórymi poglądami w życiu byśmy się nie zgodzili, dajemy im także szansę na zrewidowanie tych poglądów albo przynajmniej oswojenie się przez te osoby z tak obcą wielu wartością tkwiącą w różnorodności. Czy są znane przypadki, w których przyniosło to jakieś skutki i ile ich było, to już inna sprawa.
Moją rolą nie jest i nie powinno być ocenianie z myślą o czytelnikach i czytelniczkach tego tekstu tamtych wyborów i ich konsekwencji. Z pewnością mamy tu do czynienia z dwiema dość często skonfliktowanymi w dzisiejszym świecie postawami: pryncypialną, opartą na konieczności bezwarunkowego wyłączania z życia publicznego jednostek, które hołdują szkodliwym ideom wykluczającym współobywateli, oraz (nie mam złudzeń, że dojdę tutaj do satysfakcjonującego określenia) – bardziej elastyczną, opartą na nadziei wywołania progresywnej zmiany w świadomości poprzez dialogowanie i włączanie. Mamy też bez wątpienia indywidualne oceny skutków wynikających z takiego czy innego wyboru dla sprawy, która jest dla nas długofalowo ważna. W Polsce, a na pewno i w wielu innych krajach na świecie toczą się wokół tych rozróżnień i dylematów intensywne połajanki polityczne i jest moją ostatnią potrzebą, żeby się do nich dokładać. Ograniczam się więc do tego, co postrzegam jako opis. A wracając do literatury – „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.
Pani Alicja z Bydgoszczy ocenia decyzję Piotra z 2023 roku jako błąd. W późniejszych rozmowach z przyjaciółmi z Lubelszczyzny intensywnie zastanawiała się jednak, jaki los spotka festiwal, który stał się dla niej taki ważny: „Co zostanie w Szczebrzeszynie, jeśli zabraknie festiwalu?”. W 2024 roku zdecydowali się przyjechać jeszcze raz. I zostali do dziś.
Miasto książki
Częścią, by nie powiedzieć – horyzontem – długofalowej wizji Piotra i zespołu Fundacji Sztuki Kreatywna Przestrzeń, która organizuje szczebrzeszyński festiwal, jest utworzenie w miasteczku Centrum Języka Polskiego. Dystans wobec festiwali rozumianych jako jednorazowe zrywy i spiętrzenia energii ludzkiej jest u niego wyraźny. Już podczas pierwszej edycji Stolicy Języka Polskiego w wywiadzie dla lokalnego portalu z Zamościa podkreślał:
Generalnie jestem przeciwnikiem festiwali. Brzmi to trochę paradoksalnie, a może bardziej przeciwnikiem eventów artystycznych czy kulturalnych, które są tylko eventami. W Polsce namnożyło się eventów. To moim zdaniem plaga, marnowanie pieniędzy, budowanie złych gustów. Powiedziałem, że jeżeli mamy coś myśleć, to musi być wydarzenie, które będzie pączkować, zacznie budować jakąś jakość, zacznie być elementem edukacji młodzieży1.
W wizji Piotra Centrum będzie miejscem, które w przyjazny sposób pokaże bogactwo współczesnej polszczyzny w jej różnych wymiarach. Wystawa, pracownie i przestrzenie warsztatowe, miejsca rezydencjalne i dom pracy twórczej, archiwum społeczne, wydawnictwo i centrum produkcji audiowizualnej – a wszystko w miasteczku, które na wzór brytyjskich book towns przeznaczy niewykorzystane lokale usługowe na księgarnie i podobnie jak Wigtown w Szkocji czy Hay-on-Wye w Walii przeistoczy się w całoroczny cel weekendowej turystyki literackiej.
W swojej dwuletniej zaledwie obecności na festiwalu widziałem już podpisywanie listów intencyjnych z ważnymi tego świata i tej części świata, deklaracje burmistrza zapowiadające rychłe nadanie sprawie biegu i łapałem się na mniej lub bardziej uzasadnionym marzycielstwie, gdy oglądałem prezentacje. Trzymam kciuki i wyrażam uznanie dla uporu Piotra, bo sam wiem, jak wiele wody w Wiśle upłynęło w moim rodzinnym, wydawałoby się ciut większym, Krakowie, zanim ziściły się starania o podobne, acz bardziej sprofilowane na samą literaturę centrum.
„Czy w ciągu ostatnich kilkunastu lat udało się przekształcić Szczebrzeszyn w drugi Kazimierz Dolny?” – pytam na koniec naszej rozmowy Piotra. „I tak, i nie” – odpowiada z właściwym sobie spokojem. I wraca do tego, co chciałby zrobić, żeby znów jeszcze trochę przybliżyć się do wyznaczonego celu.
Wioska bez murów
Tegoroczna edycja Stolicy Języka Polskiego minęła w dużej mierze pod znakiem utraty. Organizatorzy i publiczność żegnali Wiesława Myśliwskiego, Magdę Umer, tragicznie zmarłą Katarzynę Stoparczyk. Przyjemnością było słuchanie rozmów z pasma językowego przygotowanego przez prof. Pawła Nowaka. Na dostrzeżenie zasługuje pasmo poświęcone patronowi dwunastej edycji, którego kuratorem był Krzysztof Siwczyk. Poza spotkaniem o ekstremalnie niejednoznacznych spuściznach i skomplikowanych biografiach: samego Broniewskiego i urodzonej w Zamościu Róży Luksemburg (6 sierpnia, uczestnicy i uczestniczki: Mariusz Urbanek, Weronika Kostyrko, Anna Marchewka) zostaną ze mną na długo rozmowy wychodzące od różnych obszarów dorobku autora Bagnetu na broń, takie jak dyskusja o przekładzie literackim z Magdą Heydel i Krzysztofem Florczykiem (3 sierpnia). Z pasma „Po sąsiedzku” zapamiętam niektóre książkowe wybory Grażyny Lutosławskiej. Wydarzenia wieczorne – koncerty, spektakle – tak jak rok temu zaskakiwały różnorodnością.
Na scenie wybrzmiewały echa nierokujących tendencji w życiu publicznym. Rezonowało zaniepokojenie antyukraińską nagonką nakręcaną przez skrajną prawicę i bezmyślne, uwięzione w logice atencji media ku uciesze oprawców z Moskwy, jak też wtórnym analfabetyzmem, w jaki wpędza społeczeństwo niepohamowane użycie technologii. A także pułapką zamknięcia w wiosce Galów. Profesor Józef Olejniczak, na uboczu festiwalu od lat pracujący z młodzieżą przy tekstach patronów kolejnych edycji, przywołał dyskusję na ostatnim Międzynarodowym Festiwalu Brunona Schulza w Drohobyczu z udziałem Serhija Żadana. „Nie ma wyjścia z pułapki karnawału. Świat poza przestrzenią karnawału upada” – miał tam powiedzieć wielki charkowski pisarz.
Jak dla mnie Szczebrzeszyn, ze wszystkimi zakrętami swoich losów, niespotykaną nigdzie indziej publicznością i garbatą dolą imprezy z peryferii coraz bardziej centralizującego się kraju, wychodzi obronną ręką. Nie wszystkie proponowane przez organizatorów wydarzenia mógłbym nazwać moją bajką. Z nie wszystkimi uczestnikami zgodziłbym się pewnie w różnych sprawach, gdyby zdarzyło się, że spędzimy wieczór na rozmowie. O wiele większą duszność czuję jednak niekiedy na imprezach, których twórcy usilnie starają się mnie przekonać, że reprezentują wyłącznie coś bliskiego „mojej bajce” – czymkolwiek ona jest. Dlatego sądzę, że warto mieć oko i ucho dla tego, co się wydarza w Szczebrzeszynie. A przynajmniej raz spróbować zobaczyć, jak wygląda teraz ta jedna z największych literackich imprez w Polsce, która od kilku lat niekoniecznie znajduje się w centrum uwagi polskiego środowiska literackiego. Na dobre i na złe.
1 T. Madej, Duda o sobie i o festiwalu Stolica Języka Polskiego, „Zamość Online”, 11.08.2015, online: https://www.zamosconline.pl/text.php?id=11482&rodz=fot&tt=duda-o-sobie-i-o-festiwalu-szczebrzeszyn-stolica-jezyka-polskiego-[dostęp: 13.08.2026].
