Monciak–Lizbona–Brasilia–Maputo. Maraton, który daje radę

Kto był na festi­wa­lu Lite­rac­ki Sopot, ten wie, że rze­tel­ną rela­cję z tego wyda­rze­nia mogli­by napi­sać Haru­ki Mura­ka­mi lub tria­th­lo­no­wa szta­fe­ta w skła­dzie Mał­go­rza­ta Leb­da, Piotr Flor­czyk, Jakub Korn­hau­ser. Być może im uda­ło­by się zna­leźć wszę­dzie tam, gdzie w cią­gu kil­ku sierp­nio­wych dni war­to dobiec, doje­chać lub dopły­nąć. Moja rela­cja będzie mia­ła cha­rak­ter wycin­ko­wy, zawrę w niej wnio­ski z wybra­nych spo­tkań i ich „świa­tów rów­no­le­głych”.

Znaki szczególne

Co wyróż­nia Lite­rac­ki Sopot spo­śród kil­ku­set (zda­niem Justy­ny Sobo­lew­skiej ponad stu pięć­dzie­się­ciu!) odby­wa­ją­cych się w Pol­sce festi­wa­li lite­rac­kich? Zanim przej­dę do kwe­stii mniej oczy­wi­stych, dla porząd­ku odno­tuj­my: co roku głów­ną boha­ter­ką festi­wa­lu jest lite­ra­tu­ra z inne­go obsza­ru języ­ko­we­go lub geo­gra­ficz­ne­go1, zaś naj­gło­śniej­szy­mi wyda­rze­nia­mi (odby­wa­ją­cy­mi się w Pań­stwo­wej Gale­rii Sztu­ki) – roz­mo­wy z przy­by­ły­mi z tych wła­śnie obsza­rów oso­ba­mi autor­ski­mi. Ich twór­czość w róż­nych momen­tach zaist­nia­ła na pol­skim ryn­ku wydaw­ni­czym, cza­sem poprzez poje­dyn­cze tłu­ma­cze­nie, nie­kie­dy dzię­ki wie­lo­let­niej współ­pra­cy trans­la­tor­skiej. W roz­mo­wach pisar­kom i pisa­rzom towa­rzy­szą autor­ki i auto­rzy tłu­ma­czeń, badacz­ki i bada­cze lite­ra­tu­ry oraz dzien­ni­kar­ki i dzien­ni­ka­rze od lat snu­ją­cy wła­sne opo­wie­ści o kul­tu­rze w autor­skich pro­gra­mach. Dyna­mi­ka spo­tkań ma więc dla sze­ro­kiej publicz­no­ści cha­rak­ter oswo­jo­ny i dale­ki od her­me­ty­zmu.

Kolej­nym pasmem wyróż­nia­ją­cym festi­wal są Powro­ty – spo­tka­nia szcze­gól­nie mi bli­skie, bo przy­wra­ca­ją­ce moż­li­wość dys­ku­sji o tek­stach wyda­nych kilkanaście–dwadzieścia lat temu. Cykl roz­bi­ja dycho­to­mię nowo­ści i skost­nia­łych kano­nów jako tego, cze­mu war­to poświę­cić uwa­gę. Jest tu też miej­sce dla osób debiu­tu­ją­cych – gościn­na księ­gar­nia „Smak Sło­wa”, jed­na z mniej­szych prze­strze­ni festi­wa­lo­wych, wpro­wa­dza­ją­ca do wyda­rze­nia atmos­fe­rę kame­ral­no­ści i dużo swo­bo­dy w roz­mo­wach z czy­tel­ni­ka­mi i auto­ra­mi.

Jed­nym z pomy­słów na wyko­rzy­sta­nie prze­strze­ni miej­skiej są spo­tka­nia wokół nowo­ści wydaw­ni­czych oraz pane­le dys­ku­syj­ne w Par­ku na Goy­ki przy samo­rzą­do­wej insty­tu­cji kul­tu­ry Goy­ki 3 Art Inku­ba­tor – to dzię­ki nim moż­na poczuć atmos­fe­rę lata i kina ple­ne­ro­we­go. To rów­nież tam odby­wa­ją się przed­po­łu­dnio­we spo­tka­nia dla dzie­ci i ich rodzi­ców, warsz­ta­ty, audy­cje radio­we oraz noc­ne pro­jek­cje fil­mo­we. Nie­któ­rzy uczest­ni­cy z sen­ty­men­tem wspo­mi­na­ją nie­gdy­siej­sze spo­tka­nia na pla­ży, z któ­rych zre­zy­gno­wa­no ze wzglę­du na pro­blem z nagło­śnie­niem, zastę­pu­jąc szum morza szu­mem naj­czę­ściej uczęsz­cza­nej w Pol­sce linii kole­jo­wej.

W ramach ewo­lu­cji festi­wa­lu trze­ba odno­to­wać obec­ność – już od dwóch lat – spo­tkań wokół prze­strze­ni Book­to­ka oraz lite­ra­tu­ry young adult. To bar­dzo istot­ny prze­łom i jed­na z lep­szych decy­zji mar­ke­tin­go­wych – kto pozo­sta­je w kon­tak­cie z ucznia­mi szkół śred­nich lub stu­den­ta­mi (obec­nie poko­le­nie Z), ten z pew­no­ścią zauwa­żył, że współ­cze­sne życie lite­rac­kie toczy się w dwóch prze­strze­niach rów­no­le­głych, któ­rych spe­cy­fi­ka nie spro­wa­dza się do odmien­ne­go medium (media spo­łecz­no­ścio­we oraz tra­dy­cyj­ne cza­so­pi­sma i plat­for­my lite­rac­kie). Po obu stro­nach znaj­du­je się armia myślą­cych kry­tycz­nie pasjo­na­tów i znaw­ców trak­tu­ją­cych inne pyta­nia jako zasad­ni­cze, spo­glą­da­ją­ca w stro­nę „tych dru­gich” z pew­ną dozą nie­uf­no­ści, ana­li­zu­ją­ca ich prak­ty­ki jako rodzaj feno­me­nu. Dobrze, że pod­czas Lite­rac­kie­go Sopo­tu obie gru­py mają szan­sę się spo­tkać, przy­naj­mniej poprzez udział w tym samym wyda­rze­niu.

Innym mło­dym pasmem (o dwu­let­niej her­sto­rii), któ­re pod wzglę­dem fre­kwen­cji oka­za­ło się strza­łem w dzie­siąt­kę, są mode­ro­wa­ne przez Pau­li­nę Mało­chleb Gene­alo­gie femi­ni­zmu. Ich dotych­cza­so­wy­mi boha­ter­ka­mi były Gigant­ki: Jolan­ta Brach-Cza­ina i Anna Świrsz­czyń­ska, zaś roz­mów­czy­nia­mi – Agniesz­ka Graff, Sła­wo­mi­ra Wal­czew­ska, Joan­na B. Bed­na­rek, w tym roku nato­miast – Anna Mar­chew­ka, Kata­rzy­na Szo­pa i Joan­na Muel­ler. Gro­no roz­mów­czyń za punkt wyj­ścia dys­ku­sji obra­ło trzy wier­sze Świrsz­czyń­skiej i w pół­to­rej godzi­ny stwo­rzy­ło wspa­nia­łą trój­gło­so­wą mono­gra­fię doty­czą­cą tej wyjąt­ko­wej posta­ci – poet­ki, któ­ra w gomuł­kow­skiej Pol­sce wypra­co­wa­ła nie­za­po­ży­czo­ny (nie­po­wta­rzal­ny?) model femi­ni­zmu i zara­zem poezji. Jak mówi Anna Mar­chew­ka: „Budu­jąc wspól­no­tę nas, bab, Świrsz­czyń­ska uka­zu­je doświad­cze­nie kobie­ce jako sys­te­mo­we, wska­zu­je miej­sca, gdzie porzą­dek miło­ści jest mylo­ny z porząd­kiem prze­mo­cy, nazy­wa­nej przez poet­kę po imie­niu. W poezji Świrsz­czyń­skiej macie­rzyń­stwo jest pra­cą, sta­rze­nie się – pięk­nem, a doj­rza­ła miłość – eks­ta­tycz­nym doświad­cze­niem”. W jaki spo­sób ta opo­wieść współ­gra z tema­tem tego­rocz­ne­go festi­wa­lu? Zaska­ku­ją­co sil­nie, jeśli – za Kata­rzy­ną Szo­pą – spoj­rzy­my na Świrsz­czyń­ską jak na poet­kę Glo­bal­ne­go Połu­dnia, któ­rej uwa­dze nie umy­ka cier­pie­nie kobiet inter­sek­cjo­nal­nie wyklu­czo­nych. Wśród nich są boha­ter­ki tomu Czar­ne sło­wa, wykoń­czo­ne katorż­ni­czą pra­cą przy obrób­ce manio­ku.

Fot. Barbara Piegdoń
Fot. Barbara Piegdoń.

War­to odno­to­wać, że od począt­ku pięt­na­sto­let­niej histo­rii festi­wa­lu twór­cy pro­gra­mu Lite­rac­kie­go Sopo­tu nie ogra­ni­cza­ją się do spo­tkań wokół pro­zy i poezji – są tu obec­ne rów­nież powie­ści gra­ficz­ne i lite­ra­tu­ra non-fic­tion. W tym roku tej ostat­niej doty­czy­ła mię­dzy inny­mi dys­ku­sja o bio­gra­fii. Nie­zna­ne twa­rze zna­nej kul­tu­ry, czy­li Mira Micha­łow­ska w opo­wie­ści Moni­ki Ksie­nie­wicz-Mil i Marian Walen­ty­no­wicz w por­tre­cie Mar­ka Gór­li­kow­skie­go, to fascy­nu­ją­ce posta­ci o wie­lu talen­tach i boga­tych życio­ry­sach. Micha­łow­ska – dzien­ni­kar­ka, pisar­ka, tłu­macz­ka (Sylvii Plath, Aga­thy Chri­stie), ste­no­ty­pist­ka (w Sta­nach Zjed­no­czo­nych prze­pi­sy­wa­ła Kwia­ty pol­skie Julia­na Tuwi­ma), saty­rycz­ka, felie­to­nist­ka „New Yor­ke­ra” i roz­chwy­ty­wa­ne­go w PRL „Prze­kro­ju”, oprócz tego mat­ka dwóch synów i żona dyplo­ma­ty. Koja­rzo­na głów­nie jako autor­ka pier­wo­wzo­ru sce­na­riu­sza kul­to­we­go seria­lu Woj­na domo­wa, w któ­rym Ksie­nie­wicz-Mil dostrze­ga ele­men­ty ame­ry­kań­skiej popkul­tu­ry. Walen­ty­no­wicz – ułan, archi­tekt, foto­re­por­ter i kore­spon­dent wojen­ny, autor oko­ło tysią­ca rysun­ków do gazet i stu okła­dek przed­wo­jen­nych płyt, pierw­szy arty­sta rysu­ją­cy w tele­wi­zji w pro­gra­mach na żywo. Jako rysow­nik – jeden z „trzech ojców Kozioł­ka Matoł­ka” (obok Kor­ne­la Maku­szyń­skie­go i Jana Gebe­th­ne­ra – wydaw­cy i mar­ke­tin­gow­ca-pomy­sło­daw­cy pol­skie­go odpo­wied­ni­ka Mysz­ki Miki). Oba życio­ry­sy to „samo­gra­je”, cze­kam jed­nak na moment, kie­dy pane­le poświę­co­ne bio­gra­fiom (obec­nie skon­cen­tro­wa­ne na boha­te­rach i ich uwi­kła­niach poli­tycz­no-towa­rzy­skich) zosta­ną wzbo­ga­co­ne reflek­sją nad gatun­kiem i stra­te­gia­mi twór­czy­mi poszcze­gól­nych auto­rów.

Zwycięstwo potencjału krytycznego

Przejdź­my jed­nak do kwe­stii mniej oczy­wi­stych. Im dłu­żej przy­słu­chi­wa­łam się kolej­nym roz­mo­wom festi­wa­lo­wym, tym czę­ściej odno­si­łam wra­że­nie, że jed­ną z cie­kaw­szych cech Lite­rac­kie­go Sopo­tu jest brak hasła prze­wod­nie­go – swo­iste­go zada­nia wyzna­czo­ne­go pro­wa­dzą­cym i gościom. Oczy­wi­ście orga­ni­za­to­rzy festi­wa­li z hasłem robią, co mogą, by uczy­nić ową myśl prze­wod­nią wie­lo­znacz­ną, inspi­ru­ją­cą i tak dalej, jej brak przy­no­si jed­nak inte­re­su­ją­ce rezul­ta­ty. War­tość wie­lo­gło­so­wo­ści, róż­no­rod­no­ści czy sze­ro­kiej ofer­ty kul­tu­ral­nej jest oczy­wi­sta; naj­cie­kaw­szy oka­zu­je się feno­men rów­no­cze­sne­go wyła­nia­nia się wspól­nych roz­po­znań i postu­la­tów ze stro­ny dys­ku­tu­ją­cych na z pozo­ru odmien­ne tema­ty. To dzię­ki nim festi­wal pul­su­je od środ­ka, cza­sa­mi w spo­sób cringe’owy i nie­wy­god­ny. Ze scen festi­wa­lo­wych pada­ją zarzu­ty pod adre­sem poszcze­gól­nych gra­czy na mię­dzy­na­ro­do­wym polu lite­rac­kim, z kolei więk­sze pola – przede wszyst­kim wła­dzy – zosta­ją auto­ma­tycz­nie przy­wo­ła­ne w cha­rak­te­rze nie­obec­nych w dys­ku­sji. Komer­cyj­na impre­za nie­mal nie­zau­wa­żal­nie zmie­nia się w nie­prze­wi­dy­wal­ną deba­tę o potrze­bach zmian.

W tym roku wybrzmia­ło to szcze­gól­nie moc­no, bowiem obszar por­tu­gal­sko­ję­zycz­ny to lite­ra­tu­ra nie tyl­ko por­tu­gal­ska i bra­zy­lij­ska (co już wpro­wa­dza odbior­ców w realia dwóch kon­ty­nen­tów), ale tak­że powsta­ją­ca w kra­jach afry­kań­skich: Mozam­bi­ku, Ango­li, na Wyspach Zie­lo­ne­go Przy­ląd­ka czy Wyspach Świę­te­go Toma­sza i Ksią­żę­cej.

Twór­czy­nie i twór­cy pro­gra­mu nie są zacho­waw­czy – wybra­ne roz­mo­wy nie tyle „zaha­cza­ją” o tema­ty zwią­za­ne z prze­mo­cą wiel­kiej poli­ty­ki, ile wysu­wa­ją je na pierw­szy plan, o czym może świad­czyć doty­czą­ca (post)kolonializmu dys­ku­sja Duchy naszych przod­ków, do któ­rej zapro­szo­no Michel­le Sales, Raqu­el Limę, Kac­pra Dzie­ka­na oraz Joan­nę Cichoc­ką-Gulę (mode­ra­tor­ka).

Fot. Zofia Ulańska
Fot. Zofia Ulańska.

O poten­cja­le kry­tycz­nym festi­wa­lu może świad­czyć sam fakt, że naj­więk­szą fre­kwen­cją cie­szy­ła się wła­śnie roz­mo­wa, w któ­rej pod­da­no dekon­struk­cji zarów­no „por­tu­gal­sko­ję­zycz­ność” jako kate­go­rię geo­gra­ficz­ną czy toż­sa­mo­ścio­wą, jak i fetysz książ­ki jako nośni­ka wie­dzy o kul­tu­rze. Uczest­ni­cy spo­tka­nia zazna­cza­li, że dekon­struk­cja mitów luzo­fo­nii i luzo­tro­pi­ka­li­zmu jest nie­zwy­kle waż­na. W ojczyź­nie Raqu­el Limy spo­łe­czeń­stwo posłu­gu­je się ponad pięć­dzie­się­cio­ma języ­ka­mi, dobie­ra­jąc je w zależ­no­ści od potrzeb komu­ni­ka­cyj­nych. Nie­któ­re ze wspo­mnia­nych języ­ków tra­cą przy pró­bie zapi­su – stąd ini­cja­ty­wa nagry­wa­nia audio­bo­oków reje­stru­ją­cych opo­wie­ści mamy autor­ki oraz pio­sen­ki śpie­wa­ne w języ­ku tibun­du przez jej dwu­ipół­let­nie­go syna. Michel­le Sales pod­kre­śla, że język por­tu­gal­ski, któ­rym posłu­gu­je się spo­łe­czeń­stwo bra­zy­lij­skie, róż­ni się od języ­ka miesz­kań­ców Lizbo­ny czy Por­to. Ma on też wie­le odmian, w któ­rych zacho­wa­ło się słow­nic­two zarów­no rdzen­nej lud­no­ści, jak i imi­gran­tów z kra­jów afry­kań­skich.

Oba­la­nie mitów roz­po­wszech­nio­nych w kra­jach euro­pej­skich to jed­nak tyl­ko wierz­cho­łek góry lodo­wej. W swo­ich ojczy­znach obie gości­nie – zarów­no jako badacz­ki, jak i kura­tor­ki, akty­wist­ki i per­for­mer­ki – wyko­nu­ją pra­cę u pod­staw. Bada­ją archi­wa muze­al­ne – szcze­gól­nie te nigdy nie­udo­stęp­nia­ne (nie­wy­god­ne dla obroń­ców nar­ra­cji o por­tu­gal­skich kolo­niach jako naj­mniej opre­syj­nych), dba­ją o zmia­ny w edu­ka­cji, aby ludzie wyko­nu­ją­cy pra­cę nie­wol­ni­czą prze­sta­li funk­cjo­no­wać jako zasób robo­czy. Dla Limy szcze­gól­nie waż­ne jest bada­nie prze­ka­zów ust­nych i pio­se­nek jako form opo­ru, dla Sales – ana­li­za post­ko­lo­nial­ne­go kina. W przy­pad­ku tego ostat­nie­go jed­nym z naj­więk­szych wyzwań oka­zu­je się odpo­wiedź na pyta­nie: po któ­rej stro­nie usta­wić kame­rę, by sku­tecz­niej wal­czyć ze ste­reo­ty­pa­mi? Choć zda­niem Limy i Sales „sztu­ka wyprze­dza uni­wer­sy­te­ty i świat postę­pu”, obie zazna­cza­ją, że sama dzia­łal­ność arty­stów sprze­ci­wia­ją­cych się impe­ria­li­zmo­wi i euro­cen­try­zmo­wi to za mało – potrze­ba sys­te­mo­wej zmia­ny w obsza­rze orga­ni­za­cji i finan­so­wa­nia kul­tu­ry, a ta nie­ste­ty czę­sto pozo­sta­je zależ­na od nie­wiel­kie­go gro­na uprzy­wi­le­jo­wa­nych. Jak twier­dzi Lima, akty­wizm zwią­za­ny z dekon­struk­cją kolo­nia­li­zmu to potrój­na pra­ca: ist­nie­nia, współ­ist­nie­nia i prze­mia­ny spo­łecz­nej.

Nie mniej istot­ny oka­zał się moment dys­ku­sji z publicz­no­ścią zada­ją­cą pyta­nia; wśród zgro­ma­dzo­nych poja­wił się głos ape­lu­ją­cy o poru­sze­nie kwe­stii „kolo­ni­za­cji umy­słów” przez Kościół kato­lic­ki. Gości­nie z pew­nym zdzi­wie­niem odno­to­wa­ły zało­że­nie, jako­by Kościół był głów­nym kolo­ni­za­to­rem obsza­rów por­tu­gal­sko­ję­zycz­nych. Pod­kre­śli­ły, że nie nar­ra­cja o „koniecz­no­ści nawra­ca­nia” rdzen­nych miesz­kań­ców, ale pod­bój ziem i pozy­ska­nie siły robo­czej były głów­ny­mi cela­mi kolo­ni­za­to­rów. Spo­łecz­no­ściom kra­jów afry­kań­skich i Bra­zy­lii uda­ło się zacho­wać róż­no­rod­ność wie­rzeń i ducho­wych inspi­ra­cji – do dziś nale­żą (lub nie) do róż­nych wspól­not reli­gij­nych. Gości­nie pod­kre­śli­ły też, że życie ducho­we (róż­no­rod­nie rozu­mia­ne) jest sil­nie potrzeb­ne w spo­łe­czeń­stwach wal­czą­cych o mini­mum god­no­ści. Ducho­wość to nie tyl­ko część toż­sa­mo­ści, ale i siła pozwa­la­ją­ca iść naprzód w wal­ce z kse­no­fo­bią i maczy­zmem. Dzię­ki wspo­mnia­ne­mu pyta­niu moż­na zauwa­żyć, że zarów­no goście, jak i pol­scy gospo­da­rze wypo­wia­da­li się z per­spek­tyw nazna­czo­nych pamię­cią o odmien­nym rodza­ju kolo­ni­za­cji, co sil­nie oddzia­łu­je na wyobra­że­nia o mecha­ni­zmach prze­mo­cy w innych obsza­rach kul­tu­ro­wych.

Mia Couto w roz­mo­wie z Rena­tą Díaz-Schmidt stwier­dził, że jeste­śmy edu­ko­wa­ni w zakre­sie udzie­la­nia odpo­wie­dzi, przez co tra­ci­my umie­jęt­ność zada­wa­nia pytań. Tym­cza­sem spo­tka­nia festi­wa­lo­we nie pozo­sta­wi­ły nie­do­sy­tu pod wzglę­dem pytań kry­tycz­nych jako punk­tu kul­mi­na­cyj­ne­go dys­ku­sji i mapo­wa­nia tere­nów dal­szych poszu­ki­wań.

Czę­sto powra­ca­ją­cy­mi pyta­nia­mi były te doty­czą­ce (nie)przekładalności. Uczest­ni­cy pane­lu o adap­ta­cji por­tu­gal­sko­ję­zycz­nej lite­ra­tu­ry na język komik­su (André F. Mor­ga­do, Pedro Vie­ira de Moura i André Oli­ve­ira) zasta­na­wia­li się nad prze­kła­dem opo­wie­ści na kre­skę. Czy komiks musi być uprosz­cze­niem histo­rii, pozba­wio­nym budo­wa­nia napię­cia, zamie­nia­ją­cym opi­sy w akcję? A może ist­nie­je oddziel­ny język komik­su? Jak za pomo­cą tego medium opo­wie­dzieć o wie­lo­kul­tu­ro­wej histo­rii, zaadap­to­wać poezję lub far­sę sprzed pię­ciu­set lat?

Woj­ciech Char­cha­lis i Gabriel Borow­ski – auto­rzy prze­kła­dów i popu­la­ry­za­to­rzy twór­czo­ści Cla­ri­ce Lispec­tor w Pol­sce – opo­wie­dzie­li Dagny Kur­dwa­now­skiej o doświad­cze­niu pra­cy z nie­oczy­wi­sty­mi meta­fo­ra­mi, sko­ja­rze­nia­mi i tro­pa­mi kul­tu­ro­wy­mi obec­ny­mi w tek­stach jed­nej z naj­słyn­niej­szych por­tu­gal­sko­ję­zycz­nych pisa­rek. Kie­dy „wro­ta logo­su otwie­ra­ją się przed nami, wcho­dzi­my w gęstwi­nę i zaczy­na­my głu­pieć” (Lite­rac­ki Sopot to też skarb­ni­ca cyta­tów pere­łek), tłu­macz sta­je przed wybo­rem stra­te­gii auto­ma­tycz­nej, „na czu­ja” lub ana­li­tycz­nej. Roz­mo­wa roz­wi­ja­ła się tym cie­ka­wiej, że każ­dy z tłu­ma­czy oka­zał się zwo­len­ni­kiem innej stra­te­gii.

Bywa też, że autor­ki i auto­rzy mie­rzą się z innym zada­niem – quasi­tran­sla­tor­skim. Mag­da­le­na Tul­li i Kuba Kula­sa posta­no­wi­li zmie­nić akcen­ty w swo­ich utwo­rach i spraw­dzić, jak wpły­nie to na wymo­wę tek­stów. Tul­li od dłuż­sze­go cza­su pla­nu­je stwo­rze­nie nowej wer­sji Ska­zy, Kula­sa pra­cu­je nad nega­ty­wem debiu­tanc­kiej Szczę­śli­wej ręki (frag­men­ty ze zmie­nio­ny­mi puen­ta­mi autor opu­bli­ko­wał na łamach „Cza­su Lite­ra­tu­ry”).

Nie­po­zba­wio­ne pazu­ra kry­tycz­ne­go były też reflek­sje o warsz­ta­cie lite­rac­kim. Roz­mo­wa Mar­ci­na Zwierz­chow­skie­go z Olą Zie­liń­ską i Rad­kiem Rakiem, czy­li My wszy­scy z Wiedź­mi­na?, doty­czy­ła nie tyl­ko wspo­mnień z pisa­nia pierw­szych fan­fi­ków wiedź­miń­skich, czy­ta­nych pisa­rzy czy dojaz­dów do naj­bliż­sze­go kio­sku po nowy numer „Fan­ta­sty­ki”. Roz­mów­cy zasta­na­wia­li się nad tym, jak pisać, by nie powie­lać sche­ma­tów Andrze­ja Sap­kow­skie­go czy J.R.R. Tol­kie­na, i czy da się unik­nąć two­rze­nia hybry­dy zna­nych lite­rac­kich świa­tów przed­sta­wio­nych. Czy nie­wiel­ka repre­zen­ta­cja fan­ta­sty­ki kome­dio­wej to spraw­ka cie­ni Sta­ni­sła­wa Lema i Janu­sza A. Zaj­dla? A może – jak stwier­dził nie­gdyś Wit Szo­stak – zada­niem pisa­rza jest wypi­sa­nie się ze swo­ich mistrzów?

Całą skarb­ni­cę pytań otwo­rzy­ła deba­ta poświę­co­na festi­wa­lom lite­rac­kim. „Ota­cza nas rze­czy­wi­stość obfi­to­ści, któ­ra jest bar­dzo kru­cha” – dia­gno­zu­je traf­nie zja­wi­sko festi­wa­lo­zy Justy­na Sobo­lew­ska. Czy festi­wa­li lite­rac­kich nie jest w Pol­sce za dużo? Jak wyso­ka była­by to licz­ba, gdy­by wziąć pod uwa­gę rów­nież nie­wiel­kie festi­wa­le biblio­tecz­ne? Jaki jest cel udzia­łu w festi­wa­lach? Kogo (lub co) pro­mu­je się w cza­sie tych wyda­rzeń? Czy festi­wa­le powin­ny powsta­wać w mia­stach o boga­tej tra­dy­cji i ofer­cie kul­tu­ral­nej czy wręcz prze­ciw­nie? Gości­nie: Mar­ta Czar­nec­ka (Lite­rac­ki Sopot), Kata­rzy­na Komar-Macyń­ska (Mia­sto z Rze­ką) i Kata­rzy­na Kraw­czyk (Gra­na­to­we Góry) opo­wie­dzia­ły o pomy­słach na festi­wa­le oraz o spe­cy­fi­ce pra­cy zwią­za­nej z ich orga­ni­za­cją. Otwo­rzy­ło to dys­ku­sję na kwe­stie lokal­no­ści (atrak­cyj­ność ślą­skie­go pasma w Gra­na­to­wych Górach ver­sus potrze­ba odcię­cia się od góral­sko­ści w pro­gra­mie Zako­piań­skie­go Festi­wa­lu Lite­rac­kie­go), pogra­nicz­no­ści (czy marze­nie o spo­koj­nym dia­lo­gu w „mie­ście z gra­ni­cą” ma szan­se się zre­ali­zo­wać pod­czas nara­sta­ją­ce­go kry­zy­su uchodź­cze­go i mimo kse­no­fo­bii?), fre­kwen­cji (spa­ce­ry połą­czo­ne ze słu­cha­niem pta­ków tra­cą rację bytu, gdy bie­rze w nich udział trzy­sta osób), róż­nic w doto­wa­niu wyda­rzeń (czy war­to wystę­po­wać o dofi­nan­so­wa­nie do mini­ster­stwa?; co zysku­je Lite­rac­ki Sopot jako festi­wal miej­ski?) i wyzwań orga­ni­za­cyj­nych (doku­po­wa­nych kalo­szy, odwo­ła­nych lotów, wresz­cie – słu­cha­czy festi­wa­lo­wych two­rzą­cych panel w zastęp­stwie za gości).

Oprócz pytań nie zabra­kło na Festi­wa­lu zło­tych myśli ulu­bień­ców publicz­no­ści. Jed­na z gwiazd festi­wa­lu, Mia Couto – mozam­bic­ki pisarz i bio­log, autor Luna­tycz­nej kra­inyKobiet z popio­łu, zdra­dził swo­ją recep­tę na dobrą lite­ra­tu­rę: „Gatu­nek ludz­ki wyra­ża się nie tyl­ko języ­kiem, ale i obec­no­ścią – wzro­kiem, gesta­mi, pła­czem, śmie­chem. Jeśli język książ­ki przy­wo­łu­je te inne spo­so­by wyra­ża­nia bytu ludz­kie­go, książ­ka jest dobra”.

Por­tu­gal­ski poeta i pro­za­ik José Luís Peixo­to, zna­ny w Pol­sce mię­dzy inny­mi jako autor powie­ści Puste spoj­rze­nie, w roz­mo­wie z Alek­san­drem Hudzi­kiem opo­wie­dział o eks­pe­ry­men­tal­nej sadze rodzin­nej zaty­tu­ło­wa­nej Księ­ga. Do opo­wie­ści o wiel­kiej emi­gra­cji Por­tu­gal­czy­ków do Fran­cji w latach 60. XX wie­ku i efek­tach doświad­czo­nej przez nich rewo­lu­cji kul­tu­ral­nej dołą­czył for­mu­larz doty­czą­cy toż­sa­mo­ści czy­tel­ni­ków, tym samym zapro­sił ich do współ­dzie­le­nia pro­ce­su twór­cze­go. Wyznał:

Piszę książ­ki, któ­re pró­bu­ją słu­żyć czy­tel­ni­kom do budo­wa­nia. To my wyko­nu­je­my ruch, nie nar­ra­cja. Książ­ka to mecha­nizm, któ­ry powi­nien być funk­cjo­nal­ny. Ta książ­ka, któ­ra jest w naszej gło­wie, dzie­je się tu i teraz. Jest jedy­na i nie­po­wta­rzal­na.

Wróć­my jed­nak do spe­cy­fi­ki festi­wa­lu.

Gdzie są wydawnictwa?

Prze­glą­da­jąc media spo­łecz­no­ścio­we bywal­ców Lite­rac­kie­go Sopo­tu czy spa­ce­ru­jąc w del­cie Mon­cia­ka, nie spo­sób nie zauwa­żyć, że przy­cią­ga­ją­cym publicz­ność ele­men­tem festi­wa­lu są towa­rzy­szą­ce mu tar­gi książ­ki. Choć moż­na wró­cić z Sopo­tu z ape­tycz­nym sto­sem róż­no­rod­nych nowo­ści, nie ozna­cza to, że w sfe­rze kapi­ta­łu sym­bo­licz­ne­go wydaw­cy są wygra­ny­mi. Wręcz prze­ciw­nie – oka­zu­je się, że nie wszyst­kie ofi­cy­ny współ­pra­cu­ją­ce z gość­mi festi­wa­lu mają tu swo­je sto­iska, a o wzno­wie­niach czy wyprze­da­ży nakła­dów star­szych ksią­żek, któ­rych doty­czą deba­ty, moż­na tyl­ko poma­rzyć. To jed­nak zale­d­wie drob­ny dys­kom­fort w zesta­wie­niu z pro­ble­ma­mi nagła­śnia­ny­mi przez gości.

Pod­czas wspo­mnia­nej dys­ku­sji Pasja według Cla­ri­ce. O pisar­stwie kobiet w świe­cie języ­ka por­tu­gal­skie­go Woj­ciech Char­cha­lis – nagra­dza­ny autor ponad dzie­więć­dzie­się­ciu prze­kła­dów z języ­ków por­tu­gal­skie­go, hisz­pań­skie­go i angiel­skie­go – opo­wie­dział o wal­ce, któ­rą toczy z wydaw­ca­mi o to, żeby w Pol­sce uka­zy­wa­ło się wię­cej tłu­ma­czeń lite­ra­tu­ry bra­zy­lij­skiej, szcze­gól­nie two­rzo­nej przez kobie­ty. W odpo­wie­dzi miał sły­szeć mię­dzy inny­mi, że wydaw­ców nie inte­re­su­je lite­ra­tu­ra o uni­wer­sal­no­ści doświad­cze­nia; jeśli mia­ła­by uka­zać się kolej­na książ­ka z tego obsza­ru (a prze­cież kil­ka już jest na ryn­ku), jej tema­tem musia­ła­by być sama Bra­zy­lia. W dodat­ku aby zapew­nić sprze­daż, nale­ża­ło­by połą­czyć pro­mo­cję z jed­nym z wyda­rzeń spor­to­wych z Bra­zy­lią w roli głów­nej, powiedz­my – z mistrzo­stwa­mi świa­ta w pił­ce noż­nej (miło, gdy­by tema­ty­ka książ­ki była pokrew­na). Char­cha­lis zga­dza się z Gabrie­lem Borow­skim (tłu­ma­czem powie­ści Lispec­tor) w kwe­stii potrze­by poja­wie­nia się na pol­skim ryn­ku twór­czo­ści mozam­bic­kiej pisar­ki Pau­li­ny Chi­zia­ne. „Wyku­puj­cie pra­wa, bo po Noblu dla pisar­ki nie będzie was na nie stać” – ape­lu­je Borow­ski, a badacz­ka Nata­lia Inês Kli­dzio doda­je, że w Pol­sce wyraź­nie bra­ku­je tar­gów w sty­lu frank­furc­kim, pod­czas któ­rych zakup praw do tłu­ma­czeń jest moż­li­wy dzię­ki bez­po­śred­nim spo­tka­niom twór­ców, tłu­ma­czy i wydaw­ców z róż­nych zakąt­ków świa­ta. „Bra­ku­je mostu mię­dzy Pol­ską a Bra­zy­lią” bez pośred­nic­twa kra­jów Euro­py Zachod­niej. Most taki umoż­li­wił­by tak­że dotar­cie do Bra­zy­lii naj­now­szej lite­ra­tu­ry pol­skiej – do dziś naj­więk­szą jej gwiaz­dą, wie­lo­krot­nie tłu­ma­czo­ną i wyda­wa­ną, pozo­sta­je Bru­no Schulz. To sła­wa porów­ny­wal­na z poczyt­no­ścią Lispec­tor w Pol­sce; pol­scy wydaw­cy nie decy­du­ją się jed­nak na wzno­wie­nie wyda­nia jej kul­to­we­go zbio­ru opo­wia­dań w tłu­ma­cze­niu Char­cha­li­sa. W kon­se­kwen­cji egzem­pla­rze tomu biją rekor­dy cen na Alle­gro.

O cie­ka­wych doświad­cze­niach z wydaw­ca­mi opo­wia­da­li też Łuka­szo­wi Woj­tu­si­ko­wi twór­cy adap­ta­cji komik­so­wych lite­ra­tu­ry por­tu­gal­skiej, mię­dzy inny­mi w ramach cyklu Kla­sy­cy lite­ra­tu­ry por­tu­gal­skiej w komik­sie: André F. Mor­ga­do, Pedro Vie­ira de Moura i André Oli­ve­ira. O tym, kto nosi zaszczyt­ne mia­no kla­sy­ka, wydaw­cy zade­cy­do­wa­li, przy­go­to­wu­jąc listę nazwisk. „Nie mie­li­śmy zbyt wie­le do powie­dze­nia” – pod­su­mo­wu­je Mor­ga­do.

Nie mniej cie­ka­wie jest na pol­skim podwór­ku. Pau­li­na Mało­chleb jako autor­ka auto­fik­cji Mię­śnie mam od miło­ści. O macie­rzyń­stwie usły­sza­ła od kil­kor­ga poten­cjal­nych wydaw­ców, że jej opo­wieść może się wydać nie­au­ten­tycz­na ze wzglę­du na rze­ko­me uprzy­wi­le­jo­wa­nie: „masz zdro­we dzie­ci, któ­re ci wszyst­ko mówią, masz męża, pra­cu­jesz w eli­tar­nych insty­tu­cjach”. Marek Gór­li­kow­ski, autor bio­gra­fii rysow­ni­ka Maria­na Walen­ty­no­wi­cza, musiał nego­cjo­wać kwe­stię obec­no­ści ilu­stra­cji w książ­ce (dla wydaw­nic­twa to rosną­ce kosz­ty).

Temat rela­cji z wydaw­ca­mi powró­cił pod­czas dys­ku­sji o festi­wa­lach lite­rac­kich. „Czy za udział w festi­wa­lach powin­no się pła­cić?” – spy­ta­ła słu­chacz­ka z publicz­no­ści, przy­wo­łu­jąc przy­kład festi­wa­lu Góry Lite­ra­tu­ry, fir­mo­wa­ne­go nazwi­skiem noblist­ki. Do dys­ku­sji włą­czy­ła się Anda Rot­ten­berg, stwier­dza­jąc, że jeśli kil­ka­dzie­siąt tysię­cy osób zapła­ci­ło za udział w festi­wa­lu, naj­wy­raź­niej wie­dzia­ło, za co pła­ci. Choć pane­list­ki (Czar­nec­ka, Komar-Macyń­ska, Kraw­czyk, Sobo­lew­ska) nie chcia­ły­by pobie­rać tego rodza­ju opła­ty, ich zda­niem w spo­łe­czeń­stwie „trze­ba wyra­biać przy­zwy­cza­je­nie do tego, że za kul­tu­rę się pła­ci”. Dys­ku­tant­ki były zgod­ne co do trzech wnio­sków: zarów­no uczest­ni­cy festi­wa­lu, jak i spon­so­rzy ze świa­ta biz­ne­su są goto­wi zapła­cić, gdy w grę wcho­dzą naj­gło­śniej­sze nazwi­ska; obec­nie to festi­wa­le słu­żą wspar­ciu i pro­mo­cji wydaw­nictw (nie odwrot­nie); autor jako uczest­nik debat festi­wa­lo­wych bie­rze na sie­bie zada­nie zadość­uczy­nie­nia za nega­tyw­ne skut­ki ukła­dów na ryn­ku książ­ki.

Wisien­ką na tor­cie w mapo­wa­niu pro­ble­mów z wydaw­nic­twa­mi było spo­tka­nie autor­skie Kuby Kula­sy, któ­ry do swo­jej debiu­tanc­kiej, eks­pe­ry­men­tal­nej pro­zy Szczę­śli­wa ręka wpro­wa­dził wątek naj­więk­szych wydaw­nictw „roz­szar­pu­ją­cych spu­ści­znę” po auto­rach, z czym mie­rzy się czy­tel­nicz­ka w roli detek­tyw­ki. Moż­na odnieść wra­że­nie, że pod­czas Lite­rac­kie­go Sopo­tu sami odnaj­du­je­my nie­co tro­pów w śledz­twie doty­czą­cym mecha­ni­zmów dzia­ła­nia pola lite­rac­kie­go.

W stronę wspólnot

„Jed­no­cze­śnie czu­ła i pra­co­wi­ta”, „ele­ganc­ka i pro­wa­dzą­ca zwy­czaj­ne życie”, „piszą­ca pro­sto, ale meta­fo­rycz­nie”, „dba­ją­ca o język i prze­ła­mu­ją­ca go”, „obec­na w życiu wie­lu kobiet”, „two­rzą­ca język fizjo­lo­gicz­ne­go doświad­cze­nia matek”. „Uka­za­ła macie­rzyń­stwo jako pra­cę”. „Jej twór­czo­ści się nie zapo­mi­na, z nią się doj­rze­wa”. „Każ­dy ma takie prze­ży­cia, o któ­rych ona pisze”.

O kim mowa w powyż­szych cyta­tach? O Cla­ri­ce Lispec­tor, Annie Świrsz­czyń­skiej, Mirze Micha­łow­skiej, a może Pau­li­nie Mało­chleb? Odpo­wiedź brzmi oczy­wi­ście: o każ­dej z nich, choć przy­wo­ła­ne sło­wa pocho­dzą z róż­nych sopoc­kich dys­ku­sji. Spo­tka­nia poświę­co­ne twór­czo­ści dwóch pierw­szych auto­rek mogły się wydać nie­co pomni­ko­we, jed­nak zarów­no fre­kwen­cja, jak i aktyw­ny udział publicz­no­ści w deba­tach poka­za­ły, że były to wyda­rze­nia wręcz nie­zbęd­ne. Dostrzec tu moż­na nie­ga­sną­cą potrze­bę two­rze­nia wspól­not czy­tel­ni­czych wobec doświad­czeń trud­nych do nazwa­nia, a jed­no­cze­śnie powszech­nych.

„Język mówio­ny to nie tyl­ko histo­ria” – stwier­dza Raqu­el Lima. Mag­da­le­na Tul­li po latach od wyda­nia swo­jej powie­ści pod­kre­śla z kolei: „Ska­za nie opo­wia­da o kon­kret­nym wyda­rze­niu histo­rycz­nym. Głów­nym tema­tem jest kul­tu­ra pogar­dy, z któ­rą do dziś mamy do czy­nie­nia”. „Piszę żeby się wyga­dać, sło­wa mnie mało inte­re­su­ją. Uży­wam ich, bo jak ina­czej?” – doda­je autor­ka, któ­rą lata temu pró­bo­wa­no zamknąć w szu­flad­ce post­mo­der­ni­zmu. „Lubię szu­kać w tere­nie punk­tu obser­wa­cyj­ne­go, nie piszę oto­czo­na książ­ka­mi”; „Musi być ostro. Nie jestem malar­ką na dwo­rze kró­la” – wyzna­je Zyta Rudz­ka. Słu­cha­jąc tych gło­sów, nabie­ram pew­no­ści, że nie uczest­ni­czę w lek­cji histo­rii lite­ra­tu­ry ani w warsz­ta­tach pisar­skich, ale jestem świad­kiem wytrwa­łych gestów prze­kra­cza­nia, son­do­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści, wie­lu samot­nych rewo­lu­cji ini­cjo­wa­nych w róż­nym cza­sie w róż­nych miej­scach i oko­licz­no­ściach. Z opo­wie­ści przed­sta­wia­nych w ramach Lite­rac­kie­go Sopo­tu nie wyła­nia się obraz wspól­not pro­jek­to­wa­nych odgór­nie. Dzie­je się tu coś inne­go: wsłu­chu­jąc się we wspo­mnia­ną Pieśń kobiet…, któ­rych cia­ła i dusze tłu­ką maniok nawet po śmier­ci, czy w opo­wieść Raqu­el Limy, bada­ją­cej tafua, czy­li ryt­micz­ne pie­śni śpie­wa­ne przez nie­wol­ni­ków na Wyspie Świę­te­go Toma­sza i Ksią­żę­cej, dostrze­gam wspól­ną pra­cę, jaką wyko­nu­ją pisar­ki i poet­ki na pozio­mie fun­da­men­tal­nym: wal­ki z dehu­ma­ni­za­cją Glo­bal­ne­go Połu­dnia, nor­ma­ty­wi­za­cją języ­ków i kano­nów, tabu­iza­cją form życia trud­nych do opo­wie­dze­nia. Boha­ter­ka­mi są tu rów­nież orga­ni­za­tor­ki festi­wa­li, zgod­nie wska­zu­ją­ce ową wspól­ną pra­cę jako jed­no z naj­cen­niej­szych doświad­czeń. Jak ape­lu­je Kata­rzy­na Kraw­czyk: „Klu­czo­wa rzecz to sieć ludzi. Jeśli masz zespół, to rób rze­czy i twórz wspól­no­ty”.

 

1 2025 – Rumu­nia, 2024 – Region bał­tyc­ki, 2023 – Niem­cy, 2022 – Irlan­dia, 2020 – Kana­da, 2019 – Wiel­ka Bry­ta­nia, 2018 – Fran­cja, 2017 – lite­ra­tu­ra hisz­pań­sko­ję­zycz­na, 2016 – lite­ra­tu­ra izra­el­ska, 2015 – lite­ra­tu­ra cze­ska, 2014 – lite­ra­tu­ra rosyj­ska, 2013 – lite­ra­tu­ra skan­dy­naw­ska i islandz­ka, 2012 – pol­ski repor­taż.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Fot. Barbara Piegdoń Fot. Zofia Ulańska Fot. Zofia Ulańska Fot. Zofia Ulańska Fot. Zofia Ulańska Fot. Zofia Ulańska Fot. Zofia Ulańska

Czytaj także

07.10.2025 Przez gender

Przemiany Orlanda nad Wisłą

Jestem przekonana, że dzisiaj nie ma już podstaw do powielania popularnej dziesięć–dwadzieścia lat temu narracji o literaturze lesbijskiej jako „tej gorszej”, niemal nieistniejącej lub słabej literacko, za mało lub zbyt cielesnej – o krajobrazie polskiej literatury po Orlandzie, czyli o wpływie słynnej powieści Virginii Woolf na polską literaturę, pisze Zofia Ulańska.

09.09.2026 Szkice

Każdy elementarz jest książką o przyszłości. A jak Antyfaszyzm. Anarchia. Alfabet. Amster

Właśnie dlatego ta wystawa jest tak ważna. Nie dlatego, że odkrywa zapomnianego grafika. Takich wystaw powstaje wiele. Ta pokazuje coś znacznie ciekawszego: moment, w którym sztuka, polityka, edukacja i wojna zlewają się w jeden przedmiot wielkości niewielkiego notesu – o wystawie w Instytucie Cervantesa poświęconej Elementarzowi antyfaszystowskiemu pisze Maria Strzelecka.

08.09.2026 Laba

Tu nie ma żadnego Sikornika

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Jakuba Korhnausera.

07.09.2026 Recenzje

Dunham vs „Dunham”

Famesick, czyli (w wolnym tłumaczeniu, bo książka nie ukazała się jeszcze po polsku) „Chora na sławę”, jest autobiograficzną opowieścią o odzyskiwaniu własnej historii – o książce Leny Dunham pisze Marcin Wilk.