Każdy elementarz jest książką o przyszłości. A jak Antyfaszyzm. Anarchia. Alfabet. Amster

I. Człowiek, który zamienił bagnet w ołówek

W upal­ne czerw­co­we przed­po­łu­dnie schro­ni­łam się w cie­niu gru­bych murów kra­kow­skie­go Insty­tu­tu Cervan­te­sa. Powie­trze drga­ło od gorą­ca, bruk pla­cu odda­wał cie­pło, a przed wej­ściem trwał coty­go­dnio­wy targ anty­kwa­riu­szy. Drew­nia­ne skrzyn­ki ugi­na­ły się pod cię­ża­rem sta­rych ksią­żek, pożół­kłych map i cza­so­pism, któ­rych nikt nie otwie­rał od dzie­się­cio­le­ci. Pośród sto­isk spo­tka­łam trzech kura­to­rów wysta­wy: Miche­la Lefebvre’a Peñę, Juana Manu­ela Bone­ta i Aku Este­ba­ran­za. Byli­śmy umó­wie­ni. Zamiast roz­ma­wiać o eks­po­zy­cji, prze­glą­da­li książ­ki, jeden z nich pochwa­lił się komik­sem o Kozioł­ku Matoł­ku, któ­ry kupił dla wnu­ka.

Pomy­śla­łam wte­dy: „to chy­ba naj­lep­szy moż­li­wy począ­tek opo­wie­ści o czło­wie­ku, któ­ry całe życie wie­rzył, że książ­ki potra­fią zmie­niać świat”.

Nazy­wał się Mau­ri­cio Amster.

Jeśli nie koja­rzy­cie tego nazwi­ska, nie jeste­ście wyjąt­kiem. Sam fakt, że pro­jek­tant tej kla­sy pozo­sta­je nie­mal nie­obec­ny w powszech­nej świa­do­mo­ści, jest jed­ną z tych histo­rycz­nych nie­spra­wie­dli­wo­ści, któ­re zda­rza­ją się zaska­ku­ją­co czę­sto. Pamię­ta­my gene­ra­łów, zapo­mi­na­my typo­gra­fów. Pamię­ta­my dyk­ta­to­rów, nie pamię­ta­my ludzi pro­jek­tu­ją­cych alfa­bet prze­ciw­ko nim.

I wła­śnie dla­te­go ta wysta­wa jest tak waż­na. Nie dla­te­go, że odkry­wa zapo­mnia­ne­go gra­fi­ka. Takich wystaw powsta­je wie­le. Ta poka­zu­je coś znacz­nie cie­kaw­sze­go – moment, w któ­rym sztu­ka, poli­ty­ka, edu­ka­cja i woj­na zle­wa­ją się w jeden przed­miot wiel­ko­ści nie­wiel­kie­go note­su.

Ele­men­tarz.

Nie byle jaki.

„Ele­men­tarz anty­fa­szy­stow­ski”.

Już sam tytuł brzmi dziś zaska­ku­ją­co współ­cze­śnie. Przy­wo­dzi na myśl zin wyda­ny przez gru­pę mło­dych ilu­stra­to­rów z Ber­li­na. Albo publi­ka­cję sprze­da­wa­ną na sto­isku nie­za­leż­ne­go wydaw­nic­twa pod­czas tar­gów książ­ki dzie­cię­cej. I wła­śnie to ude­rzy­ło mnie naj­moc­niej.

Naj­pierw patrzy­łam. Patrzy­łam na moc­ne pła­skie kolo­ry. Na odważ­ne kadro­wa­nie. Na foto­mon­ta­że. Na typo­gra­fię potrak­to­wa­ną nie jako słu­żeb­ny nośnik tek­stu, lecz peł­no­praw­ny boha­ter stro­ny. Wszyst­ko wyglą­da­ło tak, jak­by dopie­ro co zeszło z maszy­ny riso­gra­ficz­nej albo zosta­ło odbi­te sito­dru­kiem przez kolek­tyw gra­fi­ków z Lip­ska czy Kijo­wa. Gdy­by wyjąć kil­ka roz­kła­dó­wek z kon­tek­stu i poło­żyć je na sto­le pod­czas tego­rocz­nych tar­gów ilu­stra­cji w Bolo­nii, nikt nie uznał­by ich za histo­rycz­ne. Prze­ciw­nie. Pew­nie zachwy­ca­no by się ich świe­żo­ścią. To chy­ba naj­więk­szy kom­ple­ment, jaki moż­na zro­bić pro­jek­tan­to­wi. Nie posta­rzeć się. Amste­ro­wi uda­ło się to w stop­niu nie­mal nie­wia­ry­god­nym. A prze­cież nie pro­jek­to­wał luk­su­so­we­go albu­mu dla kolek­cjo­ne­rów.

Pro­jek­to­wał narzę­dzie prze­trwa­nia.

A Euro­pa wła­śnie się roz­pa­da­ła.

Kwie­cień roku 1937. Hisz­pa­nia była wów­czas poli­go­nem, na któ­rym faszyzm testo­wał swo­ją przy­szłość. Fran­co otrzy­my­wał wspar­cie Hitle­ra i Mus­so­li­nie­go. Repu­bli­ka pró­bo­wa­ła prze­trwać dzię­ki pomo­cy ochot­ni­ków z całe­go świa­ta: Bry­gad Mię­dzy­na­ro­do­wych, inte­lek­tu­ali­stów, poetów, anar­chi­stów, robot­ni­ków, foto­gra­fów, dru­ka­rzy. Wszy­scy zda­wa­li się rozu­mieć, że jeśli Madryt upad­nie, zagro­żo­na będzie nie tyl­ko Hisz­pa­nia. Bro­nio­no całej Euro­py.

Dzi­siaj wie­my, że mie­li rację. Patrzy­my na hisz­pań­ską woj­nę domo­wą jak na pre­lu­dium dru­giej woj­ny świa­to­wej, ale oni żyli jesz­cze w chwi­li, kie­dy nic nie było prze­są­dzo­ne. Nie wie­dzie­li, że za chwi­lę nadej­dzie Auschwitz. Nie wie­dzie­li, czym oka­że się Holo­kaust. Wie­dzie­li tyl­ko jed­no: faszyzm rośnie w siłę szyb­ciej, niż kto­kol­wiek przy­pusz­czał.

I wła­śnie wte­dy na sce­nę wcho­dzi Mau­ri­cio Amster. Pol­ski Żyd ze Lwo­wa. Mia­sta, któ­re samo jest dziś meta­fo­rą Euro­py. Mia­sta zmie­nia­ją­ce­go gra­ni­ce, języ­ki i pań­stwa, ale nie pamięć. Dora­stał w Austo-Węgrzech, potem w tym samym miej­scu w Pol­sce. Wyje­chał na stu­dia do Wied­nia i Ber­li­na, nasią­kał kon­struk­ty­wi­zmem, Bau­hau­sem, nowo­cze­sną typo­gra­fią. Zanim tra­fił do Hisz­pa­nii, zdą­żył zro­zu­mieć coś, co dla pro­jek­tan­ta ksią­żek brzmi nie­mal jak wyzna­nie wia­ry: książ­ka nie jest pojem­ni­kiem na tekst. Jest spo­so­bem myśle­nia.

Słu­cha­łam opo­wie­ści kura­to­rów o burz­li­wym życiu lwow­skie­go emi­gran­ta i im dłu­żej oglą­da­łam wysta­wę, tym moc­niej­sze mia­łam poczu­cie, że dla Amste­ra pro­jek­to­wa­nie nigdy nie było zawo­dem.

Było posta­wą.

Rzad­ko wspo­mi­na się o jego mło­dzień­czych fascy­na­cjach anar­chi­zmem i syn­dy­ka­li­zmem. A prze­cież bez nich trud­no zro­zu­mieć póź­niej­szą dro­gę Amste­ra. Jesz­cze przed wyjaz­dem do Hisz­pa­nii pro­jek­to­wał okład­ki dla wydaw­nictw zwią­za­nych z ruchem anar­chi­stycz­nym, się­gał po tek­sty Baku­ni­na i Kro­pot­ki­na, obra­cał się w śro­do­wi­skach wie­rzą­cych, że druk nie słu­ży jedy­nie roz­po­wszech­nia­niu idei. Druk może je współ­two­rzyć. To sub­tel­na, ale zasad­ni­cza róż­ni­ca. Dobra książ­ka nie jest prze­cież tyl­ko przed­mio­tem, jest pro­po­zy­cją świa­ta.

Kie­dy patrzy­łam na dzie­ło Amste­ra, widzia­łam w nim coraz mniej wybit­ne­go typo­gra­fa, a coraz wię­cej czło­wie­ka, któ­ry uwa­żał, że pro­jek­to­wa­nie jest odpo­wie­dzial­no­ścią. Może dla­te­go ta histo­ria poru­szy­ła mnie rów­nież pry­wat­nie. Wycho­wy­wa­łam się w latach 90., kie­dy anar­chizm pach­niał far­bą dru­kar­ską i kse­ro­ko­piar­ką. Kul­tu­ra under­gro­un­do­wa, kon­cer­ty pun­ko­we, wytar­te ziny prze­ka­zy­wa­ne z rąk do rąk, zszy­wa­ne ręcz­nie, liter­nic­two wyci­na­ne nożycz­ka­mi, pie­cząt­ki, sito­druk. Wte­dy wyda­wa­ło mi się, że odkry­wa­my coś nowe­go.

Patrząc na „Ele­men­tarz anty­fa­szy­stow­ski”, zro­zu­mia­łam, że Mau­ri­cio Amster zro­bił to wszyst­ko sześć­dzie­siąt lat wcze­śniej. I zro­bił to lepiej! Nasze ziny mia­ły swo­je­go pra­dziad­ka. Nagle Amster prze­sta­je być muze­al­nym eks­po­na­tem. Sta­je się żywym przod­kiem całej kul­tu­ry DIY.

To był moment, w któ­rym prze­sta­łam oglą­dać wysta­wę jak zwie­dza­ją­ca. Zaczę­łam roz­ma­wiać z kole­gą po fachu. Mię­dzy nami było dzie­więć­dzie­siąt lat róż­ni­cy. Nie mogłam ode­rwać wzro­ku od plansz. Nie dla­te­go, że są histo­rycz­ne. Wręcz prze­ciw­nie. Dla­te­go, że są nie­wia­ry­god­nie współ­cze­sne. Dzi­siaj zachwy­ca­my się este­ty­ką riso­gra­fu. Uwiel­bia­my nie­rów­ne płasz­czy­zny kolo­ru, odważ­ne kon­tra­sty, ogra­ni­czo­ną pale­tę barw, foto­mon­ta­że, ręcz­ne liter­nic­two i świa­do­me nie­do­sko­na­ło­ści dru­ku. Zachwy­ca­my się publi­ka­cja­mi nie­za­leż­nych ofi­cyn, któ­re wra­ca­ją do języ­ka awan­gar­dy lat 20. i 30.

Zauwa­ży­łam coś jesz­cze. Znam to uczu­cie kie­dy prze­su­wa się zdję­cie o dwa mili­me­try, zmie­nia krój pisma, wyrów­nu­je świa­tło stro­ny i nagle pro­jekt zaczy­na oddy­chać. Kie­dy godzi­na­mi wal­czy się o coś, cze­go więk­szość odbior­ców nigdy świa­do­mie nie zauwa­ży. Patrząc na dru­gie wyda­nie „Ele­men­ta­rza anty­fa­szy­stow­skie­go”, mia­łam wra­że­nie, że obser­wu­ję Amste­ra wła­śnie w tej chwi­li – gdy już wie, co w pierw­szej wer­sji chciał powie­dzieć, ale jesz­cze nie ujął tego wystar­cza­ją­co wyraź­nie. Patrzy­łam na mar­gi­ne­sy tej książ­ki tak, jak patrzy się na pra­cę inne­go gra­fi­ka. Z tym oso­bli­wym uczu­ciem zazdro­ści, któ­re poja­wia się tyl­ko wte­dy, kie­dy ktoś roz­wią­zał pro­blem pro­ściej i pięk­niej, niż zro­bi­ła­bym to sama.

II. Protozin przeciw faszyzmowi

Zawsze bar­dziej wie­rzy­łam w dru­kar­nie niż w pomni­ki. Może dla­te­go naj­więk­szym boha­te­rem tej wysta­wy nie jest dla mnie nawet Mau­ri­cio Amster.

Jest nim… stro­na.

Brzmi absur­dal­nie. Ale wystar­czy zatrzy­mać się przed gablo­tą z „Ele­men­ta­rzem anty­fa­szy­stow­skim”, żeby prze­stać myśleć o nim jak o pod­ręcz­ni­ku. To nie jest pod­ręcz­nik. To nie jest bro­szu­ra pro­pa­gan­do­wa. To nawet nie jest tyl­ko książ­ka. To kom­plet­ny pro­jekt. Pro­jekt w takim zna­cze­niu, w jakim rozu­mie­ją go gra­fi­cy.

Obiekt.

Sys­tem.

Doświad­cze­nie.

Dru­gie wyda­nie, poka­za­ne na wysta­wie nie­mal w cało­ści, skła­da­ło się prze­cież nie tyl­ko z same­go ele­men­ta­rza. W ele­ganc­kim etui znaj­do­wa­ła się ksią­żecz­ka do nauki czy­ta­nia, osob­na ksią­żecz­ka do aryt­me­ty­ki, zeszyt ćwi­czeń, nie­wiel­ki ołó­wek, wsu­wa­ny w spe­cjal­nie zapro­jek­to­wa­ną kie­szon­kę oraz dru­ko­wa­na kar­ta, pocz­tów­ka od mini­stra edu­ka­cji. Wszyst­ko mia­ło swo­je miej­sce. Wszyst­ko zosta­ło pomy­śla­ne jako jeden orga­nizm.

Pomyśl­my o tym przez chwi­lę. Walen­cja. 1937 rok. Hisz­pań­ska woj­na domo­wa. Bom­bar­do­wa­nia. Bra­ki papie­ru. Cha­os logi­stycz­ny. Pierw­szy kon­flikt w Euro­pie, w któ­rym bom­bar­do­wa­nia lud­no­ści cywil­nej sta­ły się świa­do­mą stra­te­gią wojen­ną. To wła­śnie w Hisz­pa­nii Niem­cy i Wło­si testo­wa­li meto­dy, któ­re kil­ka lat póź­niej zasto­so­wa­li pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej. A ktoś podej­mu­je decy­zję, że nawet w takich warun­kach war­to dopra­co­wać tek­tu­ro­we etui. Zapro­jek­to­wać miej­sce na ołó­wek. Wydru­ko­wać całość w kil­ku kolo­rach. Zadbać o jakość repro­duk­cji foto­gra­fii. Zasta­no­wić się nad świa­tłem stro­ny.

To jest gest nie­mal wzru­sza­ją­cy. Bo mówi coś bar­dzo pro­ste­go. Czło­wiek zasłu­gu­je na dobrze zapro­jek­to­wa­ną książ­kę rów­nież wte­dy, kie­dy świat się koń­czy. Może wła­śnie wte­dy naj­bar­dziej.

Fascy­nu­ją­ce jest to, że autor nie zatrzy­mał się na pierw­szym wyda­niu. Więk­szość pro­jek­tan­tów zna to uczu­cie. Książ­ka wycho­dzi z dru­kar­ni. Jest dobra. Ale już po kil­ku dniach zaczy­na­my widzieć wszyst­ko, co moż­na było zro­bić lepiej. Więk­szy oddech. Lep­szy krój. Moc­niej­szy kon­trast. Inny rytm. Wię­cej świa­tła. Mniej świa­tła. Jesz­cze raz.

Mau­ri­cio Amster dostał nie­zwy­kle rzad­ką szan­sę. Mógł zapro­jek­to­wać swo­ją książ­kę po raz dru­gi. I w peł­ni tę oka­zję wyko­rzy­stał. Dru­gie wyda­nie Car­til­la esco­lar anti­fa­sci­sta nie jest dodru­kiem, jest rezul­ta­tem ponow­ne­go prze­my­śle­nia całe­go pro­jek­tu. Na pierw­szy rzut oka wszyst­ko wyglą­da podob­nie, ale wystar­czy przyj­rzeć się deta­lom, żeby dostrzec róż­ni­ce. Typo­gra­fia sta­je się spo­koj­niej­sza, mar­gi­ne­sy zaczy­na­ją oddy­chać, hie­rar­chia infor­ma­cji jest czy­tel­niej­sza, foto­mon­ta­że dosta­ją wię­cej prze­strze­ni, kolor prze­sta­je być ozdo­bą, zaczy­na pro­wa­dzić czy­tel­ni­ka. To jed­na z tych rze­czy, któ­rych więk­szość odbior­ców nigdy sobie nie uświa­do­mi. A prze­cież wła­śnie na tym pole­ga praw­dzi­we pro­jek­to­wa­nie.

Zachwy­ci­ła mnie zmia­na spo­so­bu myśle­nia o lite­rze. W pierw­szym wyda­niu część tek­stów była skła­da­na wyso­kim, mecha­nicz­nym kro­jem, przy­po­mi­na­ją­cym zapis z maszy­ny do pisa­nia. W dru­gim Amster porząd­ku­je całą typo­gra­fię, ale przede wszyst­kim robi coś znacz­nie cie­kaw­sze­go – odda­je część stro­ny pismu odręcz­ne­mu. Nie jako deko­ra­cji. Jako narzę­dziu.

To olśnie­wa­ją­cy pomysł. Prze­cież odbior­ca­mi nie były dzie­ci. To byli doro­śli robot­ni­cy. Chło­pi. Żoł­nie­rze. Ludzie, któ­rzy pierw­szy raz w życiu mie­li nauczyć się pisać wła­sne imię. Amster dosko­na­le rozu­miał, że czło­wiek nie będzie prze­pi­sy­wał liter zecer­skich – będzie naśla­do­wał ruch ręki. Dla­te­go kali­gra­fia sta­je się czę­ścią pro­jek­tu. Nie ilu­stra­cją. Instruk­cją.

Im dłu­żej oglą­da­łam plan­sze, tym lepiej zaczy­na­łam rozu­mieć, że kolor rów­nież jest tutaj języ­kiem. Na pierw­szy rzut oka wyda­je się po pro­stu pięk­nie dobra­ny. Po chwi­li oka­zu­je się, że peł­ni funk­cję peda­go­gicz­ną. Każ­dy barw­nik pro­wa­dzi odbior­cę.

Czerń porząd­ku­je tekst.

Czer­wień akcen­tu­je naj­waż­niej­sze tre­ści.

Błę­kit poja­wia się tam, gdzie ręka ma powtó­rzyć dany wzór. To wła­śnie nim zapi­sa­no lite­ry prze­zna­czo­ne do ćwi­czeń.

Kolor nie deko­ru­je – kolor uczy.

To pro­jek­to­wa­nie empa­tycz­ne na dłu­go przed tym, zanim ktoś wymy­ślił okre­śle­nie human-cen­te­red design.

Te same moc­ne kolo­ry funk­cjo­nu­ją na stro­nach jako tła i wypeł­nie­nia ilu­stru­ją­cych tekst foto­mon­ta­ży. Foto­mon­taż poli­tycz­ny był jed­ną z cha­rak­te­ry­stycz­nych cech pro­pa­gan­dy lat 30. XX wie­ku. Kie­dy zwró­ci­łam na to uwa­gę pod­czas opro­wa­dza­nia, poja­wi­ła się histo­ria dru­gie­go auto­ra ele­men­ta­rza.

Aku Este­ba­ranz zaczął opo­wia­dać o Wal­te­rze Reu­te­rze.

Foto­gra­fie wyko­rzy­sta­ne przez Amste­ra nie były przy­pad­ko­wy­mi zdję­cia­mi wycią­gnię­ty­mi z archi­wum. Powsta­ły spe­cjal­nie dla „Ele­men­ta­rza anty­fa­szy­stow­skie­go”. Reu­ter foto­gra­fo­wał żoł­nie­rzy uczą­cych się czy­tać, aran­żo­wał sce­ny prze­zna­czo­ne do przy­szłych foto­mon­ta­ży, a Amster roz­ci­nał te obra­zy, kadro­wał je, zesta­wiał z typo­gra­fią i budo­wał z nich nowy język wizu­al­ny.

Nie była to rela­cja gra­fi­ka i foto­gra­fa.

To było współ­au­tor­stwo.

Prze­kra­cza­ją­ce zwy­kłą współ­pra­cę. Mau­ri­cio Amster – Żyd uro­dzo­ny we Lwo­wie, wycho­wa­ny w mie­ście wie­lu języ­ków i kul­tur. Wal­ter Reu­ter – nie­miec­ki foto­graf zmu­szo­ny do opusz­cze­nia kra­ju po doj­ściu Hitle­ra do wła­dzy. Spo­tka­li się w Hisz­pa­nii, aby wal­czyć z faszy­zmem nie tyl­ko bro­nią, ale rów­nież obra­zem i książ­ką, któ­ra jak wie­rzy­li, może być rów­nie cel­na jak kara­bin. Ich przy­jaźń jest por­tre­tem przed­wo­jen­nej Euro­py – kon­ty­nen­tu, na któ­rym ludzie róż­nych języ­ków i naro­do­wo­ści potra­fi­li spo­tkać się w obro­nie wspól­nych war­to­ści.

Przez dzie­się­cio­le­cia wyda­wa­ło się jed­nak, że część tej histo­rii zagi­nę­ła bez­pow­rot­nie. Nega­ty­wy Reu­te­ra uzna­wa­no za stra­co­ne. Dopie­ro po latach zosta­ły przy­pad­ko­wo odna­le­zio­ne.

Kie­dy Aku o tym wspo­mniał, jego głos wyraź­nie się zmie­nił. Nie opo­wia­dał już jak kura­tor, mówił jak czło­wiek, któ­ry odna­lazł bra­ku­ją­cy frag­ment pamię­ci.

Pomy­śla­łam, że dla pro­jek­tan­ta odna­le­zie­nie tych nega­ty­wów jest tym, czym dla histo­ry­ka sztu­ki odkry­cie szki­cow­ni­ka Leonar­da. Nagle moż­na zoba­czyć nie tyl­ko goto­we dzie­ło. Moż­na zoba­czyć pro­ces. Moment wybo­ru. Waha­nie. Korek­tę. Decy­zję. Moż­na nie­mal zaj­rzeć Amste­ro­wi przez ramię. To jeden z naj­więk­szych przy­wi­le­jów, jakie moż­na dostać, pra­cu­jąc w tym zawo­dzie. Obser­wo­wać, jak myślał dru­gi pro­jek­tant.

Coraz mniej myśla­łam o „Ele­men­ta­rzu anty­fa­szy­stow­skim” jak o pod­ręcz­ni­ku. Coraz bar­dziej przy­po­mi­nał mi zin. Nie dla­te­go, że był wyda­wa­ny nie­za­leż­nie – prze­cież powstał z ini­cja­ty­wy repu­bli­kań­skie­go Mini­ster­stwa Oświa­ty, ale dla­te­go, że miał w sobie tę samą bez­kom­pro­mi­so­wość. To samo prze­ko­na­nie, że gra­fi­ka nie słu­ży wyłącz­nie este­ty­ce. Ma pro­wo­ko­wać. Mobi­li­zo­wać. Uczyć. Budo­wać wspól­no­tę. Foto­mon­taż prze­sta­je być ilu­stra­cją. Sta­je się mani­fe­stem. Każ­da roz­kła­dów­ka krzy­czy. Każ­dy kon­trast ma zna­cze­nie. Każ­da lite­ra bie­rze udział w wal­ce.

Nic dziw­ne­go, że w 2016 roku Euro­pe­ana, cyfro­wa biblio­te­ka Unii Euro­pej­skiej, umie­ści­ła Car­til­la esco­lar anti­fa­sci­sta wśród pięt­na­stu naj­waż­niej­szych dzieł hisz­pań­skie­go dzie­dzic­twa kul­tu­ro­we­go. Nie dla­te­go, że prze­trwa­ło zale­d­wie kil­ka egzem­pla­rzy. Nie dla­te­go, że publi­ka­cja jest muze­al­nym rary­ta­sem, ale dla­te­go, że poka­zu­je coś nie­zwy­kle rzad­kie­go – moment, w któ­rym pro­jek­to­wa­nie prze­sta­je być usłu­gą, a sta­je się posta­wą etycz­ną.

III. Broń, która uczy czytać

Docho­dzi­my do momen­tu w któ­rym moż­na prze­stać patrzeć na „Ele­men­tarz Anty­fa­szy­stow­ski” jak na pięk­nie zapro­jek­to­wa­ną książ­kę – popa­trz­my na nie­go jak na broń.

Nie meta­fo­rycz­nie. Dosłow­nie. Bo woj­na jest prze­cież przede wszyst­kim logi­sty­ką. Przy­wy­kli­śmy wyobra­żać sobie front jako wybu­chy, oko­py, kara­bi­ny, ata­ki o świ­cie. Tym­cza­sem każ­da armia dzia­ła­ła wte­dy dzię­ki papie­ro­wi. Dzię­ki mapom. Mel­dun­kom. Roz­ka­zom. Wyka­zom. Hasłom. Współ­rzęd­nym. Każ­da woj­na jest nie­ustan­nym prze­pły­wem infor­ma­cji.

A żeby infor­ma­cja mogła ura­to­wać życie, trze­ba ją naj­pierw umieć prze­czy­tać. To uświa­do­mi­łam sobie dopie­ro tutaj. Repu­bli­kań­ska Hisz­pa­nia nie wal­czy­ła wyłącz­nie z armią Fran­co, wal­czy­ła rów­nież z anal­fa­be­ty­zmem. Ponad poło­wa żoł­nie­rzy nie potra­fi­ła czy­tać. To licz­ba, któ­ra dzi­siaj brzmi nie­mal nie­wia­ry­god­nie. Wyobraź­my sobie dowód­cę pró­bu­ją­ce­go prze­ka­zać roz­kaz czło­wie­ko­wi, któ­ry nie odróż­nia liter od przy­pad­ko­wych zna­ków. Wyobraź­my sobie mapę, któ­rej nie moż­na odczy­tać. Nazwę miej­sco­wo­ści. Godzi­nę ata­ku. Komu­ni­kat o odwro­cie. Instruk­cję obsłu­gi kara­bi­nu. List od dziew­czy­ny. Gaze­tę. Ulot­kę. Książ­kę. Nagle oka­zu­je się, że nauka alfa­be­tu nie jest dodat­kiem do woj­ny, jest jed­nym z warun­ków jej pro­wa­dze­nia.

Ale Repu­bli­ka zro­bi­ła coś znacz­nie cie­kaw­sze­go – nie stwo­rzy­ła zwy­kłe­go pod­ręcz­ni­ka, stwo­rzy­ła narzę­dzie do nauki czy­ta­nia, któ­re jed­no­cze­śnie poka­zy­wa­ło, dla­cze­go war­to wal­czyć.

To wła­śnie tutaj obja­wia się geniusz Fer­nan­da Sáin­za Ruiza, auto­ra meto­dy peda­go­gicz­nej, i Mau­ri­cia Amste­ra, któ­ry nadał jej wizu­al­ną for­mę.

Nie zaczy­na­ją od lite­ry A. Nie ma tu dzie­cin­ne­go: „Ala ma kota”.

Pierw­sze są zda­nia, hasła, slo­ga­ny. Zda­nia, któ­re coś zna­czą. Zda­nia, o któ­rych moż­na roz­ma­wiać. Zda­nia, któ­re pro­wo­ku­ją. Dopie­ro póź­niej roz­kła­da­ją się na syla­by, na lite­ry, na dźwię­ki. To meto­da zaska­ku­ją­co nowo­cze­sna. I zaska­ku­ją­co anar­chi­stycz­na. Bo anar­chizm, wbrew temu, jak przed­sta­wia go popkul­tu­ra, nigdy nie był kul­tem cha­osu. Jego pod­sta­wo­wym celem było wyzwo­le­nie czło­wie­ka spod przy­mu­su nie­wie­dzy. Baku­nin pisał, że wol­ność bez edu­ka­cji jest ilu­zją. Amster musiał znać te sło­wa, w koń­cu zanim przy­je­chał do Hisz­pa­nii, pro­jek­to­wał okład­ki ksią­żek anar­chi­stycz­nych auto­rów. Może wła­śnie dla­te­go ten ele­men­tarz nie przy­po­mi­na woj­sko­we­go regu­la­mi­nu. Bar­dziej przy­po­mi­na roz­mo­wę. Albo… wła­śnie zin.

Każ­da stro­na jest zapro­sze­niem do dys­ku­sji. Komi­sarz poli­tycz­ny nie miał prze­cież jedy­nie nauczyć żoł­nie­rza pisać, miał roz­ma­wiać. Pytać. Pro­wo­ko­wać. To nie jest bier­na edu­ka­cja, to edu­ka­cja oby­wa­tel­ska pro­wa­dzo­na w oko­pie.

I nagle docie­ra do mnie coś jesz­cze. To wła­ści­wie ostat­nia rzecz, jakiej ocze­ki­wa­li­by­śmy w cza­sie woj­ny. Wyobra­ża­my sobie okop jako miej­sce, gdzie czło­wiek cze­ka na śmierć. Repu­bli­ka pró­bo­wa­ła zamie­nić je…

…w szkol­ną kla­sę.

Trud­no o bar­dziej poru­sza­ją­cy obraz. Mię­dzy jed­nym ostrza­łem a dru­gim ktoś uczy się pisać wła­sne nazwi­sko. Ktoś pierw­szy raz zapi­su­je sło­wo „wol­ność”. To dla­te­go wciąż wra­ca do mnie jed­no zda­nie.

Faszyzm zawsze boi się ludzi, któ­rzy umie­ją czy­tać.

Bo czło­wiek, któ­ry umie prze­czy­tać roz­kaz, potra­fi rów­nież prze­czy­tać gaze­tę. A czło­wiek, któ­ry czy­ta gaze­tę, zaczy­na zada­wać pyta­nia. Może się na coś nie zgo­dzić. Może zapro­te­sto­wać. Może się­gnąć po książ­kę. Może odkryć, że świat da się urzą­dzić ina­czej. Wła­śnie dla­te­go edu­ka­cja jest zawsze poli­tycz­na. I wła­śnie dla­te­go faszyzm nie­mal zawsze zaczy­na od pod­po­rząd­ko­wa­nia sobie szko­ły.

Naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nym wizu­al­nym przy­kła­dem tego myśle­nia są foto­mon­ta­że.

Patrzę na plan­szę, na któ­rej trzy sym­bo­le euro­pej­skie­go tota­li­ta­ry­zmu – swa­sty­ka, rzym­skie fasces i falan­gi­stow­skie jarz­mo ze strza­ła­mi – zosta­ją prze­bi­te bagne­ta­mi. To jed­na z naj­moc­niej­szych kom­po­zy­cji całej wysta­wy. Jest w niej coś z awan­gar­do­we­go kola­żu, coś z radziec­kie­go kon­struk­ty­wi­zmu i coś z pla­ka­tu ulicz­ne­go. Prze­kaz jest bar­dzo wyra­zi­sty i jasny. Ale naj­bar­dziej fascy­nu­je mnie to, że Amster nie był z niej do koń­ca zado­wo­lo­ny. Wró­cił do niej w dru­gim wyda­niu. Prze­pro­jek­to­wał ją. I wte­dy wyda­rzy­ło się coś nie­zwy­kle inte­re­su­ją­ce­go.

Karta z „Elementarza antyfaszystowskiego” autorstwa Mauricia Amstera i Waltera Reutera
Mauricio Amster, Walter Reuter, „Cartilla Escolar Antifascista” („Elementarz antyfaszystowski”).

Bagne­ty zni­ka­ją. Ich miej­sce zaj­mu­ją trzy kara­bi­ny Mau­ser. Czer­wo­ny, żół­ty i fio­le­to­wy – bar­wy repu­bli­kań­skiej fla­gi. To już nie jest przy­pad­ko­wy zabieg for­mal­ny, to świa­do­ma decy­zja pro­jek­tan­ta. Bagnet jest dodat­kiem, prze­dłu­że­niem bro­ni. Mau­ser jest cało­ścią. Sym­bo­le faszy­zmu nie zosta­ją już tyl­ko prze­bi­te. Zosta­ją dosłow­nie roz­bi­te przez broń repu­bli­ki. Ale jest jesz­cze dru­gi poziom tej ilu­stra­cji. Znacz­nie cie­kaw­szy, Mau­ser ma prze­cież wła­sną histo­rię.

To jed­na z naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych bro­ni pierw­szej poło­wy XX wie­ku. Kara­bin obec­ny pra­wie we wszyst­kich euro­pej­skich kon­flik­tach, narzę­dzie zarów­no rewo­lu­cji, jak i kontr­re­wo­lu­cji. W kul­tu­rze lewi­co­wej urósł nie­mal do ran­gi sym­bo­lu. Wło­dzi­mierz Maja­kow­ski pisał prze­cież w słyn­nym wier­szu rewo­lu­cyj­nym Lewą marsz: „Ciszej tam, mów­cy! / Dzi­siaj / ma głos / towa­rzysz Mau­zer”1.

Amster dosko­na­le znał tę sym­bo­li­kę, ale zro­bił z nią coś prze­wrot­ne­go. Mau­ser nie prze­ma­wia sam, znaj­du­je się na kart­ce papie­ru, jest ele­men­tem książ­ki. Pod­po­rząd­ko­wa­ny typo­gra­fii, pod­po­rząd­ko­wa­ny alfa­be­to­wi. To nie kara­bin jest tutaj naj­waż­niej­szy. Naj­waż­niej­sza pozo­sta­je stro­na.

I myślę, że wła­śnie dla­te­go ten foto­mon­taż dzia­ła do dziś. Bo nie glo­ry­fi­ku­je prze­mo­cy, poka­zu­je, że nawet broń zosta­je pod­po­rząd­ko­wa­na edu­ka­cji. Naj­pierw trze­ba nauczyć czło­wie­ka czy­tać, dopie­ro póź­niej moż­na wrę­czyć mu kara­bin, jeśli jest taka koniecz­ność. Bo kara­bin bar­dzo łatwo odmie­nia nie­świa­do­me­go wła­ści­cie­la. Nato­miast czło­wie­ka, któ­ry nauczył się myśleć, znacz­nie trud­niej ubez­wła­sno­wol­nić.

IV. Matematyka w okopie

Spo­śród wszyst­kich rze­czy poka­za­nych na wysta­wie naj­dłu­żej zosta­łam przy tej, któ­rej chy­ba naj­mniej się spo­dzie­wa­łam. Nie przy foto­mon­ta­żach. Nie przy pla­ka­tach. Nie przy zachwy­ca­ją­cej typo­gra­fii. Przy… ksią­żecz­ce do aryt­me­ty­ki.

Nigdy wcze­śniej nie widzia­łam pod­ręcz­ni­ka do mate­ma­ty­ki, w któ­rym odej­mo­wa­ło­by się wystrze­lo­ne nabo­je, doda­wa­ło dzia­ła, dzie­li­ło bry­ga­dy, mno­ży­ło racje żyw­no­ścio­we. A jed­nak wła­śnie tak jest w przy­pad­ku „Anty­fa­szy­stow­skiej ksią­żecz­ki do aryt­me­ty­ki”.

Karta z „Elementarza antyfaszystowskiego” autorstwa Mauricia Amstera i Waltera Reutera.
Mauricio Amster, Walter Reuter, „Cartilla Aritmética Antifascista” („Antyfaszystowska książeczka do arytmetyki”).

Przez chwi­lę nie wiem, czy się uśmiech­nąć, czy zamilk­nąć. Bo jest w tym coś z okrut­ne­go dow­ci­pu histo­rii. Mate­ma­ty­ka opar­ta na śmier­ci, a jed­no­cze­śnie będą­ca pierw­szą lek­cją licze­nia dla ludzi, któ­rzy wcze­śniej nie mie­li dostę­pu do szko­ły. Wyobra­żam sobie trzy­dzie­sto­let­nie­go żoł­nie­rza, któ­ry nigdy nie sie­dział w szkol­nej ław­ce jako dziec­ko. Nie dla­te­go, że nie chciał się uczyć. Po pro­stu uro­dził się w świe­cie, w któ­rym arbi­tral­nie uzna­no, że jego ręce bar­dziej przy­da­dzą się w polu niż nad zeszy­tem. Potem wybu­chła woj­na. Dostał kara­bin. I nagle pań­stwo przy­po­mnia­ło sobie, że ten czło­wiek powi­nien jed­nak umieć liczyć. Ale nie na jabł­kach – na nabo­jach. Czy moż­na wymy­ślić bar­dziej gorz­ki para­doks? Woj­na odbie­ra ludziom nie­mal wszyst­ko. Wol­ność. Dom. Rodzi­nę. Spo­kój. Czas. A jed­no­cze­śnie w tym jed­nym przy­pad­ku daje coś, cze­go wcze­śniej odmó­wi­ło im spo­łe­czeń­stwo – szko­łę. To brzmi jak ponu­ry żart, a jed­nak repu­bli­kań­ska Hisz­pa­nia napraw­dę pró­bo­wa­ła zamie­nić oko­py w sale lek­cyj­ne. To jed­no z tych zdań, któ­re wyda­ją się lite­rac­ką meta­fo­rą, dopó­ki nie uświa­do­mi­my sobie, że odno­si się do rze­czy­wi­stych wyda­rzeń.

Mię­dzy jed­nym ostrza­łem a dru­gim odby­wa­ły się lek­cje. Powo­ła­no Mili­cję Kul­tu­ry. Nauczy­cie­le zgła­sza­li się na ochot­ni­ka. Komi­sa­rze poli­tycz­ni orga­ni­zo­wa­li biblio­te­ki, wykła­dy, gazet­ki ścien­ne. Po fron­cie jeź­dzi­ły rucho­me biblio­te­ki.

W cza­sie woj­ny.

To jest chy­ba naj­bar­dziej wzru­sza­ją­ca defi­ni­cja cywi­li­za­cji, jaką znam. Cywi­li­za­cja to moment, w któ­rym ktoś uzna­je, że czło­wie­ko­wi sie­dzą­ce­mu w oko­pie potrze­ba książ­ki.

Nie­przy­pad­ko­wo zestaw przy­go­to­wa­ny przez Mini­ster­stwo Oświa­ty nie koń­czył się na samym ele­men­ta­rzu.

Im dłu­żej oglą­da­łam gablo­tę, tym bar­dziej zachwy­ca­ła mnie jego kom­plet­ność.

Czer­wo­ne etui. Dwie ksią­żecz­ki. Zeszyt ćwi­czeń. Kar­ta mini­stra. Maleń­ki ołó­wek wsu­nię­ty w spe­cjal­nie zapro­jek­to­wa­ne miej­sce.

To nie jest detal – to mani­fest.

Pro­jek­tan­ci wie­dzą, że czło­wiek ina­czej trak­tu­je przed­miot, któ­ry został zapro­jek­to­wa­ny z tro­ską. Jeże­li coś jest pięk­ne, chce­my tego doty­kać. Jeże­li dobrze leży w dło­ni, czę­ściej po to się­ga­my. Jeże­li ołó­wek ma swo­je miej­sce, odru­cho­wo odkła­da­my go wła­śnie tam. Pro­jek­to­wa­nie jest cichą peda­go­gi­ką. Uczy zacho­wań, zanim czło­wiek zdą­ży je nazwać.

Myślę o tym małym ołów­ku czę­ściej, niż powin­nam. Nie dla­te­go, że był ład­ny. Dla­te­go, że ktoś w 1937 roku stwier­dził: czło­wiek jadą­cy na front powi­nien dostać wła­sny ołó­wek.

To prze­cież gest nie­wia­ry­god­nej czu­ło­ści.

Mau­ri­cio Amster zawsty­dza wie­lu współ­cze­snych pro­jek­tan­tów. W środ­ku woj­ny pro­jek­tu­je kom­plet edu­ka­cyj­ny dla ludzi, któ­rzy nigdy wcze­śniej nie cho­dzi­li do szko­ły. To nie była este­ty­ka dla este­ty­ki. To było pro­jek­to­wa­nie god­no­ści.

Być może boha­te­rem tej wysta­wy nie jest nawet Amster. Boha­te­rem jest wia­ra. Wia­ra, że czło­wiek potra­fi się zmie­nić. Że trzy­dzie­sto­let­ni robot­nik może nauczyć się pisać. Że pasterz pierw­szy raz prze­czy­ta gaze­tę. Że chłop napi­sze list do żony. Że żoł­nierz zro­zu­mie roz­kaz bez pomo­cy prze­ło­żo­ne­go.

To była peda­go­gi­ka rady­kal­nie demo­kra­tycz­na. Nie było za póź­no. Nie było ludzi „nie­na­da­ją­cych się”. Nie było „za sta­rych na naukę” – wszy­scy mogli nauczyć się czy­tać.

W tym sen­sie „Ele­men­tarz anty­fa­szy­stow­ski” oka­zu­je się czymś o zde­cy­do­wa­nie więk­szym zna­cze­niu niż zwy­kła książ­ka. Jest pro­jek­tem spo­łe­czeń­stwa. Spo­łe­czeń­stwa, któ­re wie­rzy, że wie­dza nie jest przy­wi­le­jem – jest pra­wem.

Jak wspo­mi­na­łam, czło­wiek wykształ­co­ny prze­sta­je być jedy­nie wyko­naw­cą roz­ka­zów. I może wła­śnie dla­te­go wyznaw­cy wszel­kich tota­li­ta­ry­zmów zawsze zaczy­na­ją od edu­ka­cji. Zmie­nia­ją pod­ręcz­ni­ki, zaka­zu­ją ksią­żek, palą biblio­te­ki, fał­szu­ją histo­rię, kon­tro­lu­ją język. Dosko­na­le wie­dzą, że alfa­bet jest bar­dziej wybu­cho­wy niż dyna­mit. Bo z alfa­be­tu rodzi się pamięć. Z pamię­ci rodzi się wspól­no­ta. A ze wspól­no­ty rodzi się opór.

Boha­te­rem wysta­wy jest też żoł­nierz. Nie znam jego nazwi­ska. Nie zacho­wa­ło się jego zdję­cie. Nie wie­my nawet, czy prze­żył woj­nę. Wie­my tyl­ko, że miał oko­ło trzy­dzie­stu lat i że pew­ne­go dnia dostał książ­kę.

Histo­rię tę zapi­sał nie­miec­ki poeta Erich Arendt, żoł­nierz Bry­gad Mię­dzy­na­ro­do­wych. Latem 1937 roku na fron­cie pod Tar­dien­tą spo­tkał mili­cjan­ta, któ­ry ści­skał w rękach swój „Ele­men­tarz anty­fa­szy­stow­ski”. Nie opo­wia­dał o zwy­cię­stwach. Nie mówił o boha­ter­stwie, mówił o książ­ce.

Arendt zapi­sał jego sło­wa nie­mal bez komen­ta­rza:

Nie wie­rzę już w sło­wa i prze­mó­wie­nia. Obie­ca­no nam tysią­ce rze­czy, któ­re nigdy nie zosta­ły speł­nio­ne. […] Ale spójrz na tę książ­kę, towa­rzy­szu. Pewien mini­ster pomy­ślał o nas. Pomy­ślał o mnie – bied­nym, nie­pi­śmien­nym chło­pie – i przy­słał mi tę książ­kę. Nie zwró­cił się do nas pięk­ny­mi sło­wa­mi; dzia­łał2

Oka­zu­je się, że naj­bar­dziej rewo­lu­cyj­nym gestem repu­bli­ki nie było wezwa­nie do wal­ki – było nim wysła­nie do oko­pu… książ­ki, zeszy­tu i ołów­ka.

Nie kara­bi­nu. Nie meda­lu. Nie sztan­da­ru. Książ­ki i ołów­ka.

I chy­ba wła­śnie dla­te­go „Ele­men­tarz anty­fa­szy­stow­ski” jest tak przej­mu­ją­cy. Bo opo­wia­da o świe­cie, w któ­rym wie­rzo­no, że nawet pod­czas woj­ny czło­wiek nie prze­sta­je być uczniem. A może przede wszyst­kim wte­dy.

V. Miejsce po ołówku

Kie­dy wycho­dzi­łam z Insty­tu­tu Cervan­te­sa, Kra­ków był dokład­nie taki sam jak kil­ka godzin wcze­śniej. Anty­kwa­riu­sze oku­po­wa­li plac przed budyn­kiem. Tury­ści jedli lody, kry­jąc się w cie­niu przed upa­łem. Mia­sto żyło swo­im ryt­mem.

Zmie­ni­ło się tyl­ko coś we mnie, bo trud­no obej­rzeć tę wysta­wę i nie myśleć o Euro­pie. Nie tej z pod­ręcz­ni­ków. Nie tej z prze­mó­wień. Tej praw­dzi­wej. Euro­pie ludzi, któ­rzy ucie­ka­li przed dyk­ta­tu­ra­mi z jed­ne­go kra­ju do dru­gie­go, zabie­ra­jąc ze sobą jedy­nie zawód, talent i prze­ko­na­nia. Jest w tej histo­rii coś nie­zwy­kle wzru­sza­ją­ce­go. Pol­ski Żyd ze Lwo­wa. Nie­miec­ki foto­graf ucie­ka­ją­cy przed Hitle­rem. Hisz­pań­ska Repu­bli­ka. Anar­chi­ści. Socja­li­ści. Komu­ni­ści. Poeci. Dru­ka­rze. Nauczy­cie­le. Ludzie, któ­rzy w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach pew­nie spie­ra­li­by się bez koń­ca. A jed­nak w pew­nym momen­cie uzna­li, że ist­nie­je coś waż­niej­sze­go od wszyst­kich róż­nic – faszyzm. To on był wspól­nym prze­ciw­ni­kiem.

Dzi­siaj czę­sto zapo­mi­na­my, że hisz­pań­ska woj­na domo­wa nie była wyłącz­nie woj­ną Hisz­pa­nów. Była ostat­nim momen­tem, kie­dy Euro­pa pró­bo­wa­ła zatrzy­mać faszyzm, zanim ten ogar­nął cały kon­ty­nent. Plan­sza na któ­rej trzy sym­bo­le tota­li­ta­ry­zmu – swa­sty­ka, fasces i falan­gi­stow­skie jarz­mo ze strza­ła­mi – zosta­ją roz­trza­ska­ne przez trzy kara­bi­ny w kolo­rach repu­bli­kań­skiej fla­gi, to nie ilu­stra­cja. To dekla­ra­cja. Euro­pa nie koń­czy się na gra­ni­cach państw. Euro­pa zaczy­na się tam, gdzie ludzie uzna­ją, że wol­ność dru­gie­go czło­wie­ka jest rów­nież ich spra­wą. Mau­ri­cio Amster dosko­na­le to rozu­miał. Nie wal­czył o Pol­skę. Nie wal­czył o Hisz­pa­nię. Wal­czył prze­ciw­ko faszy­zmo­wi. To ogrom­na róż­ni­ca.

Może wła­śnie dla­te­go jego pro­jekt wyda­je się dziś tak bole­śnie aktu­al­ny. Żyje­my prze­cież w cza­sie, kie­dy znów uczy­my się języ­ka wyklu­cza­nia. Znów sły­szy­my, że jed­ni ludzie są mniej war­ci od innych. Znów poli­ty­cy pró­bu­ją prze­ko­nać nas, że histo­ria zaczy­na się dopie­ro od nich. Znów wra­ca­ją książ­ki zaka­zy­wa­ne w szko­łach. Znów poja­wia­ją się listy lek­tur „wła­ści­wych” i „nie­wła­ści­wych”. Znów pamięć sta­je się polem bitwy.

Histo­ria uczy, że faszyzm nigdy nie zaczy­na od obo­zów. Zaczy­na od języ­ka. Od żar­tu. Od komen­ta­rza. Od sło­wa „obcy”. Od prze­ko­na­nia, że jed­ni ludzie zasłu­gu­ją na mniej współ­czu­cia niż inni. Sło­wa sta­ją się narzę­dziem wyklu­cze­nia zamiast poro­zu­mie­nia.

I wła­śnie dla­te­go zna­cze­nie nie­wiel­kie­go „Ele­men­ta­rza anty­fa­szy­stow­skie­go” znacz­nie wykra­cza poza war­tość muze­al­ne­go eks­po­na­tu. Ta książ­ka nie opo­wia­da o prze­szło­ści. Ona zada­je pyta­nie teraź­niej­szo­ści.

Czy jesz­cze pamię­ta­my, po co wła­ści­wie uczy­my dzie­ci czy­tać? Czy edu­ka­cja jest dla nas dro­gą do samo­dziel­ne­go myśle­nia? Czy jedy­nie przy­go­to­wa­niem do wyko­ny­wa­nia pole­ceń? To pyta­nia, któ­re nie zesta­rza­ły się ani o jeden dzień.

Kie­dy zamy­ka­łam za sobą drzwi Insty­tu­tu Cervan­te­sa, myśla­łam o gra­fi­ce z okład­ki i o małym ołów­ku, a raczej o miej­scu po nim.

Okładka „Elementarza antyfaszystowskiego” autorstwa Mauricia Amstera i Waltera Reutera.
Mauricio Amster, Walter Reuter, „Cartilla Escolar Antifascista” („Elementarz antyfaszystowski”).

Żoł­nierz klę­czy na zie­mi. Bagne­tem zapi­su­je tytuł książ­ki. To nie­zwy­kły obraz. Bagnet, któ­ry zwy­kle prze­bi­ja cia­ło, sta­je się narzę­dziem do pisa­nia. Dopie­ro po chwi­li zro­zu­mia­łam, że to nie jest ostat­nia sce­na tej histo­rii. Póź­niej ktoś odkła­da bagnet, wyj­mu­je z etui mały ołó­wek i zaczy­na pisać już nie na pia­sku. Na papie­rze.

W dru­gim wyda­niu „Ele­men­ta­rza anty­fa­szy­stow­skie­go” ołó­wek miał wła­sną kie­szon­kę. Pro­jek­tant prze­wi­dział dla nie­go dokład­nie tyle miej­sca, ile potrze­ba. Ani mili­me­tra wię­cej, ani mniej. Więk­szość tych ołów­ków oczy­wi­ście znik­nę­ła. Zosta­ły zuży­te, zła­ma­ne, zgu­bio­ne. Może ktoś zapi­sał nimi list do mat­ki. Może ktoś pierw­szy raz nakre­ślił wła­sne nazwi­sko. Może ktoś zano­to­wał adres uko­cha­nej. Nie wie­my. I wła­śnie ta nie­wie­dza poru­sza mnie naj­bar­dziej. Bo miej­sce po ołów­ku oka­zu­je się pięk­niej­sze od same­go ołów­ka. Jest śla­dem obec­no­ści czło­wie­ka. Dowo­dem, że książ­ka nie była muze­al­nym obiek­tem. Że żyła. Że była uży­wa­na. Że ktoś napraw­dę się z niej uczył.

Pro­jek­tan­ci wie­dzą, że przed­miot osią­ga peł­nię swo­je­go sen­su dopie­ro wte­dy, kie­dy nosi śla­dy użyt­ko­wa­nia. Histo­ria dobrze zapro­jek­to­wa­nej książ­ki nie koń­czy się w dru­kar­ni. Wów­czas publi­ka­cja dopie­ro zaczy­na swo­je życie. Myślę, że Mau­ri­cio Amster dosko­na­le to rozu­miał. Nie pro­jek­to­wał prze­cież rze­czy do oglą­da­nia, pro­jek­to­wał rze­czy do uży­wa­nia. Do ście­ra­nia, do zagi­na­nia rogów, do nosze­nia w kie­sze­ni mun­du­ru. Woj­na zamie­nia się w lek­cję pisa­nia, a autor „Ele­men­ta­rza anty­fa­szy­stow­skie­go” poka­zu­je, że praw­dzi­we zwy­cię­stwo nie zaczy­na się od kara­bi­nu, tyl­ko od lite­ry.

Ten tekst koń­czę pierw­sze­go sierp­nia. Za chwi­lę w War­sza­wie zawy­ją syre­ny. Na minu­tę zatrzy­ma się mia­sto, z któ­re­go pocho­dzę, gdzie pamięć o woj­nie jest czę­ścią urba­ni­stycz­nej tkan­ki. Pomy­ślę wte­dy nie tyl­ko o powstań­cach. Pomy­ślę rów­nież o Mau­ri­ciu Amste­rze. O ludziach, któ­rzy wie­rzy­li, że Euro­py nie da się obro­nić wyłącz­nie kara­bi­nem. Że potrzeb­ne jest narzę­dzie komu­ni­ka­cji do wyra­ża­nia myśli i uczuć. Bo może przy­szłość zaczy­na się od lite­ry A.

 

1 W. Maja­kow­ski, Lewą marsz, tłum. A. Sło­nim­ski, „Prze­krój” 1945, nr 30.

2 Kata­log wysta­wy Arcy­dzie­ło Mau­ri­cio Amste­ra i Wal­te­ra Reu­te­ra (29.06.2026–25.09.2026), Insty­tut Cervan­te­sa w Kra­ko­wie. Tłum. cyta­tu – M.S.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

08.09.2026 Laba

Tu nie ma żadnego Sikornika

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Jakuba Korhnausera.

07.09.2026 Recenzje

Dunham vs „Dunham”

Famesick, czyli (w wolnym tłumaczeniu, bo książka nie ukazała się jeszcze po polsku) „Chora na sławę”, jest autobiograficzną opowieścią o odzyskiwaniu własnej historii – o książce Leny Dunham pisze Marcin Wilk.

06.09.2026 Hiperteksty

Karuzela z morderstwami

Narracja powieści jest polifoniczna, rozciągnięta w czasie na piętnaście lat i podzielona pomiędzy Kingston, Montego Bay, Miami i Nowy Jork, a mimo że niemal bez przerwy ktoś kogoś morduje i wszyscy mówią do nas naraz, nie mamy poczucia zagubienia: rządzi nią żelazna dyscyplina – o Krótkiej historii siedmiu zabójstw Marlona Jamesa pisze Elżbieta Binczycka-Gacek.