I. Człowiek, który zamienił bagnet w ołówek
W upalne czerwcowe przedpołudnie schroniłam się w cieniu grubych murów krakowskiego Instytutu Cervantesa. Powietrze drgało od gorąca, bruk placu oddawał ciepło, a przed wejściem trwał cotygodniowy targ antykwariuszy. Drewniane skrzynki uginały się pod ciężarem starych książek, pożółkłych map i czasopism, których nikt nie otwierał od dziesięcioleci. Pośród stoisk spotkałam trzech kuratorów wystawy: Michela Lefebvre’a Peñę, Juana Manuela Boneta i Aku Estebaranza. Byliśmy umówieni. Zamiast rozmawiać o ekspozycji, przeglądali książki, jeden z nich pochwalił się komiksem o Koziołku Matołku, który kupił dla wnuka.
Pomyślałam wtedy: „to chyba najlepszy możliwy początek opowieści o człowieku, który całe życie wierzył, że książki potrafią zmieniać świat”.
Nazywał się Mauricio Amster.
Jeśli nie kojarzycie tego nazwiska, nie jesteście wyjątkiem. Sam fakt, że projektant tej klasy pozostaje niemal nieobecny w powszechnej świadomości, jest jedną z tych historycznych niesprawiedliwości, które zdarzają się zaskakująco często. Pamiętamy generałów, zapominamy typografów. Pamiętamy dyktatorów, nie pamiętamy ludzi projektujących alfabet przeciwko nim.
I właśnie dlatego ta wystawa jest tak ważna. Nie dlatego, że odkrywa zapomnianego grafika. Takich wystaw powstaje wiele. Ta pokazuje coś znacznie ciekawszego – moment, w którym sztuka, polityka, edukacja i wojna zlewają się w jeden przedmiot wielkości niewielkiego notesu.
Elementarz.
Nie byle jaki.
„Elementarz antyfaszystowski”.
Już sam tytuł brzmi dziś zaskakująco współcześnie. Przywodzi na myśl zin wydany przez grupę młodych ilustratorów z Berlina. Albo publikację sprzedawaną na stoisku niezależnego wydawnictwa podczas targów książki dziecięcej. I właśnie to uderzyło mnie najmocniej.
Najpierw patrzyłam. Patrzyłam na mocne płaskie kolory. Na odważne kadrowanie. Na fotomontaże. Na typografię potraktowaną nie jako służebny nośnik tekstu, lecz pełnoprawny bohater strony. Wszystko wyglądało tak, jakby dopiero co zeszło z maszyny risograficznej albo zostało odbite sitodrukiem przez kolektyw grafików z Lipska czy Kijowa. Gdyby wyjąć kilka rozkładówek z kontekstu i położyć je na stole podczas tegorocznych targów ilustracji w Bolonii, nikt nie uznałby ich za historyczne. Przeciwnie. Pewnie zachwycano by się ich świeżością. To chyba największy komplement, jaki można zrobić projektantowi. Nie postarzeć się. Amsterowi udało się to w stopniu niemal niewiarygodnym. A przecież nie projektował luksusowego albumu dla kolekcjonerów.
Projektował narzędzie przetrwania.
A Europa właśnie się rozpadała.
Kwiecień roku 1937. Hiszpania była wówczas poligonem, na którym faszyzm testował swoją przyszłość. Franco otrzymywał wsparcie Hitlera i Mussoliniego. Republika próbowała przetrwać dzięki pomocy ochotników z całego świata: Brygad Międzynarodowych, intelektualistów, poetów, anarchistów, robotników, fotografów, drukarzy. Wszyscy zdawali się rozumieć, że jeśli Madryt upadnie, zagrożona będzie nie tylko Hiszpania. Broniono całej Europy.
Dzisiaj wiemy, że mieli rację. Patrzymy na hiszpańską wojnę domową jak na preludium drugiej wojny światowej, ale oni żyli jeszcze w chwili, kiedy nic nie było przesądzone. Nie wiedzieli, że za chwilę nadejdzie Auschwitz. Nie wiedzieli, czym okaże się Holokaust. Wiedzieli tylko jedno: faszyzm rośnie w siłę szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał.
I właśnie wtedy na scenę wchodzi Mauricio Amster. Polski Żyd ze Lwowa. Miasta, które samo jest dziś metaforą Europy. Miasta zmieniającego granice, języki i państwa, ale nie pamięć. Dorastał w Austo-Węgrzech, potem w tym samym miejscu w Polsce. Wyjechał na studia do Wiednia i Berlina, nasiąkał konstruktywizmem, Bauhausem, nowoczesną typografią. Zanim trafił do Hiszpanii, zdążył zrozumieć coś, co dla projektanta książek brzmi niemal jak wyznanie wiary: książka nie jest pojemnikiem na tekst. Jest sposobem myślenia.
Słuchałam opowieści kuratorów o burzliwym życiu lwowskiego emigranta i im dłużej oglądałam wystawę, tym mocniejsze miałam poczucie, że dla Amstera projektowanie nigdy nie było zawodem.
Było postawą.
Rzadko wspomina się o jego młodzieńczych fascynacjach anarchizmem i syndykalizmem. A przecież bez nich trudno zrozumieć późniejszą drogę Amstera. Jeszcze przed wyjazdem do Hiszpanii projektował okładki dla wydawnictw związanych z ruchem anarchistycznym, sięgał po teksty Bakunina i Kropotkina, obracał się w środowiskach wierzących, że druk nie służy jedynie rozpowszechnianiu idei. Druk może je współtworzyć. To subtelna, ale zasadnicza różnica. Dobra książka nie jest przecież tylko przedmiotem, jest propozycją świata.
Kiedy patrzyłam na dzieło Amstera, widziałam w nim coraz mniej wybitnego typografa, a coraz więcej człowieka, który uważał, że projektowanie jest odpowiedzialnością. Może dlatego ta historia poruszyła mnie również prywatnie. Wychowywałam się w latach 90., kiedy anarchizm pachniał farbą drukarską i kserokopiarką. Kultura undergroundowa, koncerty punkowe, wytarte ziny przekazywane z rąk do rąk, zszywane ręcznie, liternictwo wycinane nożyczkami, pieczątki, sitodruk. Wtedy wydawało mi się, że odkrywamy coś nowego.
Patrząc na „Elementarz antyfaszystowski”, zrozumiałam, że Mauricio Amster zrobił to wszystko sześćdziesiąt lat wcześniej. I zrobił to lepiej! Nasze ziny miały swojego pradziadka. Nagle Amster przestaje być muzealnym eksponatem. Staje się żywym przodkiem całej kultury DIY.
To był moment, w którym przestałam oglądać wystawę jak zwiedzająca. Zaczęłam rozmawiać z kolegą po fachu. Między nami było dziewięćdziesiąt lat różnicy. Nie mogłam oderwać wzroku od plansz. Nie dlatego, że są historyczne. Wręcz przeciwnie. Dlatego, że są niewiarygodnie współczesne. Dzisiaj zachwycamy się estetyką risografu. Uwielbiamy nierówne płaszczyzny koloru, odważne kontrasty, ograniczoną paletę barw, fotomontaże, ręczne liternictwo i świadome niedoskonałości druku. Zachwycamy się publikacjami niezależnych oficyn, które wracają do języka awangardy lat 20. i 30.
Zauważyłam coś jeszcze. Znam to uczucie kiedy przesuwa się zdjęcie o dwa milimetry, zmienia krój pisma, wyrównuje światło strony i nagle projekt zaczyna oddychać. Kiedy godzinami walczy się o coś, czego większość odbiorców nigdy świadomie nie zauważy. Patrząc na drugie wydanie „Elementarza antyfaszystowskiego”, miałam wrażenie, że obserwuję Amstera właśnie w tej chwili – gdy już wie, co w pierwszej wersji chciał powiedzieć, ale jeszcze nie ujął tego wystarczająco wyraźnie. Patrzyłam na marginesy tej książki tak, jak patrzy się na pracę innego grafika. Z tym osobliwym uczuciem zazdrości, które pojawia się tylko wtedy, kiedy ktoś rozwiązał problem prościej i piękniej, niż zrobiłabym to sama.
II. Protozin przeciw faszyzmowi
Zawsze bardziej wierzyłam w drukarnie niż w pomniki. Może dlatego największym bohaterem tej wystawy nie jest dla mnie nawet Mauricio Amster.
Jest nim… strona.
Brzmi absurdalnie. Ale wystarczy zatrzymać się przed gablotą z „Elementarzem antyfaszystowskim”, żeby przestać myśleć o nim jak o podręczniku. To nie jest podręcznik. To nie jest broszura propagandowa. To nawet nie jest tylko książka. To kompletny projekt. Projekt w takim znaczeniu, w jakim rozumieją go graficy.
Obiekt.
System.
Doświadczenie.
Drugie wydanie, pokazane na wystawie niemal w całości, składało się przecież nie tylko z samego elementarza. W eleganckim etui znajdowała się książeczka do nauki czytania, osobna książeczka do arytmetyki, zeszyt ćwiczeń, niewielki ołówek, wsuwany w specjalnie zaprojektowaną kieszonkę oraz drukowana karta, pocztówka od ministra edukacji. Wszystko miało swoje miejsce. Wszystko zostało pomyślane jako jeden organizm.
Pomyślmy o tym przez chwilę. Walencja. 1937 rok. Hiszpańska wojna domowa. Bombardowania. Braki papieru. Chaos logistyczny. Pierwszy konflikt w Europie, w którym bombardowania ludności cywilnej stały się świadomą strategią wojenną. To właśnie w Hiszpanii Niemcy i Włosi testowali metody, które kilka lat później zastosowali podczas drugiej wojny światowej. A ktoś podejmuje decyzję, że nawet w takich warunkach warto dopracować tekturowe etui. Zaprojektować miejsce na ołówek. Wydrukować całość w kilku kolorach. Zadbać o jakość reprodukcji fotografii. Zastanowić się nad światłem strony.
To jest gest niemal wzruszający. Bo mówi coś bardzo prostego. Człowiek zasługuje na dobrze zaprojektowaną książkę również wtedy, kiedy świat się kończy. Może właśnie wtedy najbardziej.
Fascynujące jest to, że autor nie zatrzymał się na pierwszym wydaniu. Większość projektantów zna to uczucie. Książka wychodzi z drukarni. Jest dobra. Ale już po kilku dniach zaczynamy widzieć wszystko, co można było zrobić lepiej. Większy oddech. Lepszy krój. Mocniejszy kontrast. Inny rytm. Więcej światła. Mniej światła. Jeszcze raz.
Mauricio Amster dostał niezwykle rzadką szansę. Mógł zaprojektować swoją książkę po raz drugi. I w pełni tę okazję wykorzystał. Drugie wydanie Cartilla escolar antifascista nie jest dodrukiem, jest rezultatem ponownego przemyślenia całego projektu. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda podobnie, ale wystarczy przyjrzeć się detalom, żeby dostrzec różnice. Typografia staje się spokojniejsza, marginesy zaczynają oddychać, hierarchia informacji jest czytelniejsza, fotomontaże dostają więcej przestrzeni, kolor przestaje być ozdobą, zaczyna prowadzić czytelnika. To jedna z tych rzeczy, których większość odbiorców nigdy sobie nie uświadomi. A przecież właśnie na tym polega prawdziwe projektowanie.
Zachwyciła mnie zmiana sposobu myślenia o literze. W pierwszym wydaniu część tekstów była składana wysokim, mechanicznym krojem, przypominającym zapis z maszyny do pisania. W drugim Amster porządkuje całą typografię, ale przede wszystkim robi coś znacznie ciekawszego – oddaje część strony pismu odręcznemu. Nie jako dekoracji. Jako narzędziu.
To olśniewający pomysł. Przecież odbiorcami nie były dzieci. To byli dorośli robotnicy. Chłopi. Żołnierze. Ludzie, którzy pierwszy raz w życiu mieli nauczyć się pisać własne imię. Amster doskonale rozumiał, że człowiek nie będzie przepisywał liter zecerskich – będzie naśladował ruch ręki. Dlatego kaligrafia staje się częścią projektu. Nie ilustracją. Instrukcją.
Im dłużej oglądałam plansze, tym lepiej zaczynałam rozumieć, że kolor również jest tutaj językiem. Na pierwszy rzut oka wydaje się po prostu pięknie dobrany. Po chwili okazuje się, że pełni funkcję pedagogiczną. Każdy barwnik prowadzi odbiorcę.
Czerń porządkuje tekst.
Czerwień akcentuje najważniejsze treści.
Błękit pojawia się tam, gdzie ręka ma powtórzyć dany wzór. To właśnie nim zapisano litery przeznaczone do ćwiczeń.
Kolor nie dekoruje – kolor uczy.
To projektowanie empatyczne na długo przed tym, zanim ktoś wymyślił określenie human-centered design.
Te same mocne kolory funkcjonują na stronach jako tła i wypełnienia ilustrujących tekst fotomontaży. Fotomontaż polityczny był jedną z charakterystycznych cech propagandy lat 30. XX wieku. Kiedy zwróciłam na to uwagę podczas oprowadzania, pojawiła się historia drugiego autora elementarza.
Aku Estebaranz zaczął opowiadać o Walterze Reuterze.
Fotografie wykorzystane przez Amstera nie były przypadkowymi zdjęciami wyciągniętymi z archiwum. Powstały specjalnie dla „Elementarza antyfaszystowskiego”. Reuter fotografował żołnierzy uczących się czytać, aranżował sceny przeznaczone do przyszłych fotomontaży, a Amster rozcinał te obrazy, kadrował je, zestawiał z typografią i budował z nich nowy język wizualny.
Nie była to relacja grafika i fotografa.
To było współautorstwo.
Przekraczające zwykłą współpracę. Mauricio Amster – Żyd urodzony we Lwowie, wychowany w mieście wielu języków i kultur. Walter Reuter – niemiecki fotograf zmuszony do opuszczenia kraju po dojściu Hitlera do władzy. Spotkali się w Hiszpanii, aby walczyć z faszyzmem nie tylko bronią, ale również obrazem i książką, która jak wierzyli, może być równie celna jak karabin. Ich przyjaźń jest portretem przedwojennej Europy – kontynentu, na którym ludzie różnych języków i narodowości potrafili spotkać się w obronie wspólnych wartości.
Przez dziesięciolecia wydawało się jednak, że część tej historii zaginęła bezpowrotnie. Negatywy Reutera uznawano za stracone. Dopiero po latach zostały przypadkowo odnalezione.
Kiedy Aku o tym wspomniał, jego głos wyraźnie się zmienił. Nie opowiadał już jak kurator, mówił jak człowiek, który odnalazł brakujący fragment pamięci.
Pomyślałam, że dla projektanta odnalezienie tych negatywów jest tym, czym dla historyka sztuki odkrycie szkicownika Leonarda. Nagle można zobaczyć nie tylko gotowe dzieło. Można zobaczyć proces. Moment wyboru. Wahanie. Korektę. Decyzję. Można niemal zajrzeć Amsterowi przez ramię. To jeden z największych przywilejów, jakie można dostać, pracując w tym zawodzie. Obserwować, jak myślał drugi projektant.
Coraz mniej myślałam o „Elementarzu antyfaszystowskim” jak o podręczniku. Coraz bardziej przypominał mi zin. Nie dlatego, że był wydawany niezależnie – przecież powstał z inicjatywy republikańskiego Ministerstwa Oświaty, ale dlatego, że miał w sobie tę samą bezkompromisowość. To samo przekonanie, że grafika nie służy wyłącznie estetyce. Ma prowokować. Mobilizować. Uczyć. Budować wspólnotę. Fotomontaż przestaje być ilustracją. Staje się manifestem. Każda rozkładówka krzyczy. Każdy kontrast ma znaczenie. Każda litera bierze udział w walce.
Nic dziwnego, że w 2016 roku Europeana, cyfrowa biblioteka Unii Europejskiej, umieściła Cartilla escolar antifascista wśród piętnastu najważniejszych dzieł hiszpańskiego dziedzictwa kulturowego. Nie dlatego, że przetrwało zaledwie kilka egzemplarzy. Nie dlatego, że publikacja jest muzealnym rarytasem, ale dlatego, że pokazuje coś niezwykle rzadkiego – moment, w którym projektowanie przestaje być usługą, a staje się postawą etyczną.
III. Broń, która uczy czytać
Dochodzimy do momentu w którym można przestać patrzeć na „Elementarz Antyfaszystowski” jak na pięknie zaprojektowaną książkę – popatrzmy na niego jak na broń.
Nie metaforycznie. Dosłownie. Bo wojna jest przecież przede wszystkim logistyką. Przywykliśmy wyobrażać sobie front jako wybuchy, okopy, karabiny, ataki o świcie. Tymczasem każda armia działała wtedy dzięki papierowi. Dzięki mapom. Meldunkom. Rozkazom. Wykazom. Hasłom. Współrzędnym. Każda wojna jest nieustannym przepływem informacji.
A żeby informacja mogła uratować życie, trzeba ją najpierw umieć przeczytać. To uświadomiłam sobie dopiero tutaj. Republikańska Hiszpania nie walczyła wyłącznie z armią Franco, walczyła również z analfabetyzmem. Ponad połowa żołnierzy nie potrafiła czytać. To liczba, która dzisiaj brzmi niemal niewiarygodnie. Wyobraźmy sobie dowódcę próbującego przekazać rozkaz człowiekowi, który nie odróżnia liter od przypadkowych znaków. Wyobraźmy sobie mapę, której nie można odczytać. Nazwę miejscowości. Godzinę ataku. Komunikat o odwrocie. Instrukcję obsługi karabinu. List od dziewczyny. Gazetę. Ulotkę. Książkę. Nagle okazuje się, że nauka alfabetu nie jest dodatkiem do wojny, jest jednym z warunków jej prowadzenia.
Ale Republika zrobiła coś znacznie ciekawszego – nie stworzyła zwykłego podręcznika, stworzyła narzędzie do nauki czytania, które jednocześnie pokazywało, dlaczego warto walczyć.
To właśnie tutaj objawia się geniusz Fernanda Sáinza Ruiza, autora metody pedagogicznej, i Mauricia Amstera, który nadał jej wizualną formę.
Nie zaczynają od litery A. Nie ma tu dziecinnego: „Ala ma kota”.
Pierwsze są zdania, hasła, slogany. Zdania, które coś znaczą. Zdania, o których można rozmawiać. Zdania, które prowokują. Dopiero później rozkładają się na sylaby, na litery, na dźwięki. To metoda zaskakująco nowoczesna. I zaskakująco anarchistyczna. Bo anarchizm, wbrew temu, jak przedstawia go popkultura, nigdy nie był kultem chaosu. Jego podstawowym celem było wyzwolenie człowieka spod przymusu niewiedzy. Bakunin pisał, że wolność bez edukacji jest iluzją. Amster musiał znać te słowa, w końcu zanim przyjechał do Hiszpanii, projektował okładki książek anarchistycznych autorów. Może właśnie dlatego ten elementarz nie przypomina wojskowego regulaminu. Bardziej przypomina rozmowę. Albo… właśnie zin.
Każda strona jest zaproszeniem do dyskusji. Komisarz polityczny nie miał przecież jedynie nauczyć żołnierza pisać, miał rozmawiać. Pytać. Prowokować. To nie jest bierna edukacja, to edukacja obywatelska prowadzona w okopie.
I nagle dociera do mnie coś jeszcze. To właściwie ostatnia rzecz, jakiej oczekiwalibyśmy w czasie wojny. Wyobrażamy sobie okop jako miejsce, gdzie człowiek czeka na śmierć. Republika próbowała zamienić je…
…w szkolną klasę.
Trudno o bardziej poruszający obraz. Między jednym ostrzałem a drugim ktoś uczy się pisać własne nazwisko. Ktoś pierwszy raz zapisuje słowo „wolność”. To dlatego wciąż wraca do mnie jedno zdanie.
Faszyzm zawsze boi się ludzi, którzy umieją czytać.
Bo człowiek, który umie przeczytać rozkaz, potrafi również przeczytać gazetę. A człowiek, który czyta gazetę, zaczyna zadawać pytania. Może się na coś nie zgodzić. Może zaprotestować. Może sięgnąć po książkę. Może odkryć, że świat da się urządzić inaczej. Właśnie dlatego edukacja jest zawsze polityczna. I właśnie dlatego faszyzm niemal zawsze zaczyna od podporządkowania sobie szkoły.
Najbardziej spektakularnym wizualnym przykładem tego myślenia są fotomontaże.
Patrzę na planszę, na której trzy symbole europejskiego totalitaryzmu – swastyka, rzymskie fasces i falangistowskie jarzmo ze strzałami – zostają przebite bagnetami. To jedna z najmocniejszych kompozycji całej wystawy. Jest w niej coś z awangardowego kolażu, coś z radzieckiego konstruktywizmu i coś z plakatu ulicznego. Przekaz jest bardzo wyrazisty i jasny. Ale najbardziej fascynuje mnie to, że Amster nie był z niej do końca zadowolony. Wrócił do niej w drugim wydaniu. Przeprojektował ją. I wtedy wydarzyło się coś niezwykle interesującego.
Bagnety znikają. Ich miejsce zajmują trzy karabiny Mauser. Czerwony, żółty i fioletowy – barwy republikańskiej flagi. To już nie jest przypadkowy zabieg formalny, to świadoma decyzja projektanta. Bagnet jest dodatkiem, przedłużeniem broni. Mauser jest całością. Symbole faszyzmu nie zostają już tylko przebite. Zostają dosłownie rozbite przez broń republiki. Ale jest jeszcze drugi poziom tej ilustracji. Znacznie ciekawszy, Mauser ma przecież własną historię.
To jedna z najbardziej rozpoznawalnych broni pierwszej połowy XX wieku. Karabin obecny prawie we wszystkich europejskich konfliktach, narzędzie zarówno rewolucji, jak i kontrrewolucji. W kulturze lewicowej urósł niemal do rangi symbolu. Włodzimierz Majakowski pisał przecież w słynnym wierszu rewolucyjnym Lewą marsz: „Ciszej tam, mówcy! / Dzisiaj / ma głos / towarzysz Mauzer”1.
Amster doskonale znał tę symbolikę, ale zrobił z nią coś przewrotnego. Mauser nie przemawia sam, znajduje się na kartce papieru, jest elementem książki. Podporządkowany typografii, podporządkowany alfabetowi. To nie karabin jest tutaj najważniejszy. Najważniejsza pozostaje strona.
I myślę, że właśnie dlatego ten fotomontaż działa do dziś. Bo nie gloryfikuje przemocy, pokazuje, że nawet broń zostaje podporządkowana edukacji. Najpierw trzeba nauczyć człowieka czytać, dopiero później można wręczyć mu karabin, jeśli jest taka konieczność. Bo karabin bardzo łatwo odmienia nieświadomego właściciela. Natomiast człowieka, który nauczył się myśleć, znacznie trudniej ubezwłasnowolnić.
IV. Matematyka w okopie
Spośród wszystkich rzeczy pokazanych na wystawie najdłużej zostałam przy tej, której chyba najmniej się spodziewałam. Nie przy fotomontażach. Nie przy plakatach. Nie przy zachwycającej typografii. Przy… książeczce do arytmetyki.
Nigdy wcześniej nie widziałam podręcznika do matematyki, w którym odejmowałoby się wystrzelone naboje, dodawało działa, dzieliło brygady, mnożyło racje żywnościowe. A jednak właśnie tak jest w przypadku „Antyfaszystowskiej książeczki do arytmetyki”.
Przez chwilę nie wiem, czy się uśmiechnąć, czy zamilknąć. Bo jest w tym coś z okrutnego dowcipu historii. Matematyka oparta na śmierci, a jednocześnie będąca pierwszą lekcją liczenia dla ludzi, którzy wcześniej nie mieli dostępu do szkoły. Wyobrażam sobie trzydziestoletniego żołnierza, który nigdy nie siedział w szkolnej ławce jako dziecko. Nie dlatego, że nie chciał się uczyć. Po prostu urodził się w świecie, w którym arbitralnie uznano, że jego ręce bardziej przydadzą się w polu niż nad zeszytem. Potem wybuchła wojna. Dostał karabin. I nagle państwo przypomniało sobie, że ten człowiek powinien jednak umieć liczyć. Ale nie na jabłkach – na nabojach. Czy można wymyślić bardziej gorzki paradoks? Wojna odbiera ludziom niemal wszystko. Wolność. Dom. Rodzinę. Spokój. Czas. A jednocześnie w tym jednym przypadku daje coś, czego wcześniej odmówiło im społeczeństwo – szkołę. To brzmi jak ponury żart, a jednak republikańska Hiszpania naprawdę próbowała zamienić okopy w sale lekcyjne. To jedno z tych zdań, które wydają się literacką metaforą, dopóki nie uświadomimy sobie, że odnosi się do rzeczywistych wydarzeń.
Między jednym ostrzałem a drugim odbywały się lekcje. Powołano Milicję Kultury. Nauczyciele zgłaszali się na ochotnika. Komisarze polityczni organizowali biblioteki, wykłady, gazetki ścienne. Po froncie jeździły ruchome biblioteki.
W czasie wojny.
To jest chyba najbardziej wzruszająca definicja cywilizacji, jaką znam. Cywilizacja to moment, w którym ktoś uznaje, że człowiekowi siedzącemu w okopie potrzeba książki.
Nieprzypadkowo zestaw przygotowany przez Ministerstwo Oświaty nie kończył się na samym elementarzu.
Im dłużej oglądałam gablotę, tym bardziej zachwycała mnie jego kompletność.
Czerwone etui. Dwie książeczki. Zeszyt ćwiczeń. Karta ministra. Maleńki ołówek wsunięty w specjalnie zaprojektowane miejsce.
To nie jest detal – to manifest.
Projektanci wiedzą, że człowiek inaczej traktuje przedmiot, który został zaprojektowany z troską. Jeżeli coś jest piękne, chcemy tego dotykać. Jeżeli dobrze leży w dłoni, częściej po to sięgamy. Jeżeli ołówek ma swoje miejsce, odruchowo odkładamy go właśnie tam. Projektowanie jest cichą pedagogiką. Uczy zachowań, zanim człowiek zdąży je nazwać.
Myślę o tym małym ołówku częściej, niż powinnam. Nie dlatego, że był ładny. Dlatego, że ktoś w 1937 roku stwierdził: człowiek jadący na front powinien dostać własny ołówek.
To przecież gest niewiarygodnej czułości.
Mauricio Amster zawstydza wielu współczesnych projektantów. W środku wojny projektuje komplet edukacyjny dla ludzi, którzy nigdy wcześniej nie chodzili do szkoły. To nie była estetyka dla estetyki. To było projektowanie godności.
Być może bohaterem tej wystawy nie jest nawet Amster. Bohaterem jest wiara. Wiara, że człowiek potrafi się zmienić. Że trzydziestoletni robotnik może nauczyć się pisać. Że pasterz pierwszy raz przeczyta gazetę. Że chłop napisze list do żony. Że żołnierz zrozumie rozkaz bez pomocy przełożonego.
To była pedagogika radykalnie demokratyczna. Nie było za późno. Nie było ludzi „nienadających się”. Nie było „za starych na naukę” – wszyscy mogli nauczyć się czytać.
W tym sensie „Elementarz antyfaszystowski” okazuje się czymś o zdecydowanie większym znaczeniu niż zwykła książka. Jest projektem społeczeństwa. Społeczeństwa, które wierzy, że wiedza nie jest przywilejem – jest prawem.
Jak wspominałam, człowiek wykształcony przestaje być jedynie wykonawcą rozkazów. I może właśnie dlatego wyznawcy wszelkich totalitaryzmów zawsze zaczynają od edukacji. Zmieniają podręczniki, zakazują książek, palą biblioteki, fałszują historię, kontrolują język. Doskonale wiedzą, że alfabet jest bardziej wybuchowy niż dynamit. Bo z alfabetu rodzi się pamięć. Z pamięci rodzi się wspólnota. A ze wspólnoty rodzi się opór.
Bohaterem wystawy jest też żołnierz. Nie znam jego nazwiska. Nie zachowało się jego zdjęcie. Nie wiemy nawet, czy przeżył wojnę. Wiemy tylko, że miał około trzydziestu lat i że pewnego dnia dostał książkę.
Historię tę zapisał niemiecki poeta Erich Arendt, żołnierz Brygad Międzynarodowych. Latem 1937 roku na froncie pod Tardientą spotkał milicjanta, który ściskał w rękach swój „Elementarz antyfaszystowski”. Nie opowiadał o zwycięstwach. Nie mówił o bohaterstwie, mówił o książce.
Arendt zapisał jego słowa niemal bez komentarza:
Nie wierzę już w słowa i przemówienia. Obiecano nam tysiące rzeczy, które nigdy nie zostały spełnione. […] Ale spójrz na tę książkę, towarzyszu. Pewien minister pomyślał o nas. Pomyślał o mnie – biednym, niepiśmiennym chłopie – i przysłał mi tę książkę. Nie zwrócił się do nas pięknymi słowami; działał2…
Okazuje się, że najbardziej rewolucyjnym gestem republiki nie było wezwanie do walki – było nim wysłanie do okopu… książki, zeszytu i ołówka.
Nie karabinu. Nie medalu. Nie sztandaru. Książki i ołówka.
I chyba właśnie dlatego „Elementarz antyfaszystowski” jest tak przejmujący. Bo opowiada o świecie, w którym wierzono, że nawet podczas wojny człowiek nie przestaje być uczniem. A może przede wszystkim wtedy.
V. Miejsce po ołówku
Kiedy wychodziłam z Instytutu Cervantesa, Kraków był dokładnie taki sam jak kilka godzin wcześniej. Antykwariusze okupowali plac przed budynkiem. Turyści jedli lody, kryjąc się w cieniu przed upałem. Miasto żyło swoim rytmem.
Zmieniło się tylko coś we mnie, bo trudno obejrzeć tę wystawę i nie myśleć o Europie. Nie tej z podręczników. Nie tej z przemówień. Tej prawdziwej. Europie ludzi, którzy uciekali przed dyktaturami z jednego kraju do drugiego, zabierając ze sobą jedynie zawód, talent i przekonania. Jest w tej historii coś niezwykle wzruszającego. Polski Żyd ze Lwowa. Niemiecki fotograf uciekający przed Hitlerem. Hiszpańska Republika. Anarchiści. Socjaliści. Komuniści. Poeci. Drukarze. Nauczyciele. Ludzie, którzy w normalnych okolicznościach pewnie spieraliby się bez końca. A jednak w pewnym momencie uznali, że istnieje coś ważniejszego od wszystkich różnic – faszyzm. To on był wspólnym przeciwnikiem.
Dzisiaj często zapominamy, że hiszpańska wojna domowa nie była wyłącznie wojną Hiszpanów. Była ostatnim momentem, kiedy Europa próbowała zatrzymać faszyzm, zanim ten ogarnął cały kontynent. Plansza na której trzy symbole totalitaryzmu – swastyka, fasces i falangistowskie jarzmo ze strzałami – zostają roztrzaskane przez trzy karabiny w kolorach republikańskiej flagi, to nie ilustracja. To deklaracja. Europa nie kończy się na granicach państw. Europa zaczyna się tam, gdzie ludzie uznają, że wolność drugiego człowieka jest również ich sprawą. Mauricio Amster doskonale to rozumiał. Nie walczył o Polskę. Nie walczył o Hiszpanię. Walczył przeciwko faszyzmowi. To ogromna różnica.
Może właśnie dlatego jego projekt wydaje się dziś tak boleśnie aktualny. Żyjemy przecież w czasie, kiedy znów uczymy się języka wykluczania. Znów słyszymy, że jedni ludzie są mniej warci od innych. Znów politycy próbują przekonać nas, że historia zaczyna się dopiero od nich. Znów wracają książki zakazywane w szkołach. Znów pojawiają się listy lektur „właściwych” i „niewłaściwych”. Znów pamięć staje się polem bitwy.
Historia uczy, że faszyzm nigdy nie zaczyna od obozów. Zaczyna od języka. Od żartu. Od komentarza. Od słowa „obcy”. Od przekonania, że jedni ludzie zasługują na mniej współczucia niż inni. Słowa stają się narzędziem wykluczenia zamiast porozumienia.
I właśnie dlatego znaczenie niewielkiego „Elementarza antyfaszystowskiego” znacznie wykracza poza wartość muzealnego eksponatu. Ta książka nie opowiada o przeszłości. Ona zadaje pytanie teraźniejszości.
Czy jeszcze pamiętamy, po co właściwie uczymy dzieci czytać? Czy edukacja jest dla nas drogą do samodzielnego myślenia? Czy jedynie przygotowaniem do wykonywania poleceń? To pytania, które nie zestarzały się ani o jeden dzień.
Kiedy zamykałam za sobą drzwi Instytutu Cervantesa, myślałam o grafice z okładki i o małym ołówku, a raczej o miejscu po nim.
Żołnierz klęczy na ziemi. Bagnetem zapisuje tytuł książki. To niezwykły obraz. Bagnet, który zwykle przebija ciało, staje się narzędziem do pisania. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to nie jest ostatnia scena tej historii. Później ktoś odkłada bagnet, wyjmuje z etui mały ołówek i zaczyna pisać już nie na piasku. Na papierze.
W drugim wydaniu „Elementarza antyfaszystowskiego” ołówek miał własną kieszonkę. Projektant przewidział dla niego dokładnie tyle miejsca, ile potrzeba. Ani milimetra więcej, ani mniej. Większość tych ołówków oczywiście zniknęła. Zostały zużyte, złamane, zgubione. Może ktoś zapisał nimi list do matki. Może ktoś pierwszy raz nakreślił własne nazwisko. Może ktoś zanotował adres ukochanej. Nie wiemy. I właśnie ta niewiedza porusza mnie najbardziej. Bo miejsce po ołówku okazuje się piękniejsze od samego ołówka. Jest śladem obecności człowieka. Dowodem, że książka nie była muzealnym obiektem. Że żyła. Że była używana. Że ktoś naprawdę się z niej uczył.
Projektanci wiedzą, że przedmiot osiąga pełnię swojego sensu dopiero wtedy, kiedy nosi ślady użytkowania. Historia dobrze zaprojektowanej książki nie kończy się w drukarni. Wówczas publikacja dopiero zaczyna swoje życie. Myślę, że Mauricio Amster doskonale to rozumiał. Nie projektował przecież rzeczy do oglądania, projektował rzeczy do używania. Do ścierania, do zaginania rogów, do noszenia w kieszeni munduru. Wojna zamienia się w lekcję pisania, a autor „Elementarza antyfaszystowskiego” pokazuje, że prawdziwe zwycięstwo nie zaczyna się od karabinu, tylko od litery.
Ten tekst kończę pierwszego sierpnia. Za chwilę w Warszawie zawyją syreny. Na minutę zatrzyma się miasto, z którego pochodzę, gdzie pamięć o wojnie jest częścią urbanistycznej tkanki. Pomyślę wtedy nie tylko o powstańcach. Pomyślę również o Mauriciu Amsterze. O ludziach, którzy wierzyli, że Europy nie da się obronić wyłącznie karabinem. Że potrzebne jest narzędzie komunikacji do wyrażania myśli i uczuć. Bo może przyszłość zaczyna się od litery A.
1 W. Majakowski, Lewą marsz, tłum. A. Słonimski, „Przekrój” 1945, nr 30.
2 Katalog wystawy Arcydzieło Mauricio Amstera i Waltera Reutera (29.06.2026–25.09.2026), Instytut Cervantesa w Krakowie. Tłum. cytatu – M.S.
