Tu nie ma żadnego Sikornika

– Eee, dej pan spo­kój. Tu nie ma żad­ne­go Sikor­ni­ka. – Wąsa­ty jego­mość z uli­cy Jana Sawic­kie­go ener­gicz­nie macha ręką. W dru­giej dło­ni trzy­ma otwar­tą butel­kę, z któ­rej co chwi­lę wychla­pu­je się fon­tan­na kefi­ru. Tro­chę się mar­twię o stan jego swe­ter­ka; bia­łe smu­gi mogą nie sprać się tak łatwo. – No mówię prze­cież, cze­goś się pan tak ucze­pił? Tu góra po pro­stu jest, góra z lasem!

Gawę­dzi­my sobie miło u pod­nó­ża masy­wu, któ­ry cią­gnie się znad Wisły, od Sal­wa­to­ra, przez Górę Świę­tej Bro­ni­sła­wy z Kop­cem Kościusz­ki, a następ­nie łagod­nym gar­bem opa­da na zachód, by nie­co stro­miej wciąć się w Prze­łęcz Prze­go­rzal­ską, oddzie­la­ją­cą go od Lasu Wol­skie­go. Piszę „masyw”, choć mowa nie o Hima­la­jach, a o pła­skim na pozór Kra­ko­wie, i to takim raczej cen­tral­nym, bo w koń­cu Bło­nia i Park Jor­da­na leżą stąd o rzut, może dwa rzu­ty bere­tem. Ale każ­dy, kto spa­ce­ro­wał w tych oko­li­cach lub choć­by omiótł je wzro­kiem, wie dosko­na­le, że miej­sce to nie od para­dy bywa nazy­wa­ne kra­kow­skim Deka­nem lub dachem gro­du Kra­ka (no dobra, może nie są to mia­na w powszech­nym użyt­ku, ale pan Leszek co rusz pota­ku­je i pod­krę­ca wąsa), nawet jeśli ofi­cjal­nie to po pro­stu Pasmo Sowiń­ca, dum­ne trzy­sta metrów ponad pozio­mem morza, z Sikor­ni­kiem jako jego efek­tow­niej­szą, bar­dziej roz­le­głą czę­ścią.

Bo pół­noc­ne zbo­cza Sikor­ni­ka to nie żar­ty – znaj­dzie­my tu napraw­dę ostre podej­ścia, z któ­ry­mi mogła­by sobie pora­dzić chy­ba tyl­ko Kata­rzy­na Nie­wia­do­ma-Phin­ney. Wie­dzie­li o tym pomy­sło­daw­cy nazw ulic, gdy wpa­dła im do gło­wy uli­ca Spa­dzi­sta, pio­no­wą ścian­ką dopro­wa­dza­ją­ca pie­chur­ki i pie­chu­rów pod sam Kopiec Kościusz­ki. W liceum stra­szo­no nas, że w zespo­le bram­nym for­tu u pod­nó­ża kop­ca miesz­ka paskud­ny eks­hi­bi­cjo­ni­sta, co – zapew­niam, obraz to nie do wyma­za­nia nawet po ćwierć­wie­czu – oka­za­ło się naj­praw­dziw­szą praw­dą; choć muszę przy­znać, że bez porów­na­nia strasz­niej­szy był jego sku­dła­co­ny wil­czur o szcze­ku kor­sa­rza i hie­nich kła­kach. Dziś śla­du nie ma po wsz­czy­na­nych przez tę parę awan­tu­rach, a sama uli­ca zmie­ni­ła obli­cze, nazwa­na na cześć słyn­ne­go mala­rza Wla­sti­mi­la Hof­ma­na.

Gdy o tym myślę, pan Leszek zaczy­na jawić mi się jako jego współ­cze­sna inkar­na­cja: wąs podob­nie sumia­sty, w oczach coś z melan­cho­lii, no i ten akcent dzi­wacz­ny, czesz­czy­zną nabi­ty jak faja tyto­niem. Teraz tro­chę przy­snął, więc szpe­ram w pamię­ci w poszu­ki­wa­niu obraz­ków z Sikor­ni­kiem w roli głów­nej. Dłu­go grze­bać nie muszę: otóż nie­da­le­ko stąd, na zachod­nim skra­ju masy­wu, tuż nad wil­la­mi i cha­łu­pa­mi Sta­rej Woli, zbu­do­wa­no sto lat temu cał­kiem porząd­ne skocz­nie nar­ciar­skie. Przez trzy deka­dy odby­wa­ły się tu poważ­ne mię­dzy­na­ro­do­we zawo­dy, osią­ga­no nawet wyni­ki rzę­du kil­ku­dzie­się­ciu metrów, jak na tam­te cza­sy nie ma to tam­to, Ryōyū Kobay­ashi, któ­ry bije dziś rekor­dy, fru­nąc z lodo­wych gór Islan­dii, może się scho­wać. Teraz o świet­no­ści archi­tek­to­nicz­nej tego kom­plek­su świad­czą wyłącz­nie zaro­śnię­te lasem latar­nia­ne słu­py, a wła­ści­wie ich kiku­ty, ster­czą­ce pośród dębów, brzóz i buków. Nie­mniej robi to wra­że­nie nie­sa­mo­wi­te, cał­kiem jak­by­śmy się prze­nie­śli wprost do Latar­nia­ne­go Pust­ko­wia, zna­ne­go z pro­zy C.S. Lewi­sa. A po zmro­ku prze­la­tu­ją tu duchy, świsz­cząc swo­imi kostiu­ma­mi ze sztucz­nych włó­kien, dresz­cze gwa­ran­to­wa­ne!

Sikornik, Latarniane Pustkowie. Fot. Jakub Kornhauser.
Sikornik, Latarniane Pustkowie. Fot. Jakub Kornhauser.

Tuż ponad powi­do­kiem kom­plek­su skocz­ni wyła­nia się zza drzew efek­tow­na pola­na, ulu­bio­ne miej­sce prze­cha­dzek oby­wa­te­lek i oby­wa­te­li Sto­łecz­ne­go Kró­lew­skie­go Mia­sta. Roz­ta­cza się stąd nie­by­wa­ła pano­ra­ma w kie­run­ku połu­dnio­wym – na góry i pogó­rze, doli­nę Wisły z Prze­go­rza­ła­mi na jed­nym i Budzo­wem na dru­gim jej brze­gu, no i potęż­ny, wyra­sta­ją­cy niczym Buka pagór Lasu Wol­skie­go ze wszyst­ki­mi jego atrak­cja­mi. To tak­że pra­wie-że-koń­co­wa sta­cja pięk­nej alei cią­gną­cej się od pętli tram­wa­jo­wej na Sal­wa­to­rze przez sta­rą zabu­do­wę dziel­ni­cy wraz z drew­nia­ną gon­ty­ną, zabyt­ko­wy cmen­tarz, oko­li­ce Kop­ca Kościusz­ki, zabu­do­wa­nia powoj­sko­we (w jed­nym z komi­nów, tuż przy dro­dze, przed laty urzą­dzi­ła sobie metę pew­na pło­my­ków­ka), wiel­kie drze­wo sto­łów­kę dla zwie­rząt (ze skom­pli­ko­wa­ną struk­tu­rą urzą­dzeń poda­ją­cych pokarm, któ­ra przy­wo­dzi na myśl wyna­laz­ki inspek­to­ra Gadże­ta), no i wresz­cie polan­kę z dziw­ny­mi drew­nia­ny­mi obiek­ta­mi przy­po­mi­na­ją­cy­mi tro­chę instru­men­ty muzycz­ne, tro­chę sko­ru­py zwie­rząt w sty­lu pan­cer­ni­ka wło­cha­te­go.

Sikornik, pancernik. Fot. Jakub Kornhauser.
Sikornik, pancernik. Fot. Jakub Kornhauser.

Wła­śnie tam spo­tka­łem kie­dyś Ire­ne­usza Kanię, któ­ry z prze­ję­ciem opo­wia­dał mi o swo­ich mło­dzień­czych przy­go­dach z pod­no­sze­niem cię­ża­rów. Obaj byli­śmy na rowe­rach i potem ści­ga­li­śmy się z gór­ki w stro­nę Sal­wa­to­ra. Kania stwier­dził wte­dy, że Sikor­nik to świet­na prze­strzeń i szko­da było­by go zadep­tać. Ale że spo­ro pisa­rek i pisa­rzy upodo­ba­ło sobie te tere­ny na spa­ce­ry, w tym Adam Zaga­jew­ski, któ­ry ponoć napi­sał tu parę wier­szy (fakt, kie­dyś miesz­kał po sąsiedz­ku, przy Kró­lo­wej Jadwi­gi). A gdy­by­śmy umie­li prze­nieść się w cza­sie o parę dekad wstecz, na stó­wę spo­tka­li­by­śmy gdzieś na tra­sie Annę Świrsz­czyń­ską. Pro­pa­go­wa­ła ona uro­ki Sikor­ni­ka na przy­kład w wier­szu Wszyst­kie chwy­ty dozwo­lo­ne, w któ­rym spa­cer na Kopiec Kościusz­ki – wśród awan­gar­do­wej sztu­ki i codzien­nych spra­wun­ków – daje zako­twi­cze­nie w rze­czy­wi­stym doświad­cza­niu świa­ta. To praw­da – znam nawet takich, co rzu­ca­li wszyst­ko i zamiast w Biesz­cza­dy prze­no­si­li się do zruj­no­wa­nych (lepiej: „kli­ma­tycz­nych”) altan w ogród­kach dział­ko­wych roz­cią­ga­ją­cych się na połu­dnio­wych zbo­czach masy­wu.

Sam mia­łem taki epi­zod. Opo­wia­dam panu Lesz­ko­wi-Wla­sti­mi­lo­wi Hof­ma­no­wi, któ­ry prze­bu­dził się z gło­śnym kich­nię­ciem i wycie­ra nos w przy­dłu­gi rękaw mary­na­ry, jak to razem z moim pod­sta­wów­ko­wo-lice­al­nym kum­plem Jaro­mi­rem wyha­czy­li­śmy na Sikor­ni­ku ład­ną cha­łup­kę. Sta­ła sobie jak gdy­by nigdy nic w strasz­nie sta­rym zdzi­cza­łym sadzie, któ­re­go, prócz kun i siko­rek, nikt już nie pil­no­wał, więc zja­da­li­śmy jabł­ko za jabł­kiem bez stra­chu, że ktoś nas przy­uwa­ży. W środ­ku naszą uwa­gę zwra­ca­ła masa wyszczer­bio­nych sztuć­ców, ron­dli jak z zesta­wu dla lalek, zawil­głych zeszy­tów i ksią­żek Curzia Mala­par­te­go. Gra­li­śmy tam w war­ca­by i remi­ka, no i budo­wa­li­śmy sze­ro­kie wizje spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej. Towa­rzy­szy­ło nam cza­sem radyj­ko na bate­rie oraz poczu­cie roz­my­cia cza­su, coś, co dzi­siaj chęt­niej bym wią­zał z nostal­gicz­ną nutą fil­mów Andrze­ja Barań­skie­go czy Ali­ce Rohr­wa­cher, a co wte­dy mia­ło smak jeżyn i malin zry­wa­nych pro­sto z krza­ka (raz zja­dłem tam mali­nę razem z rezy­du­ją­cym w niej śli­ma­kiem, co odpo­ku­to­wu­ję po dziś dzień). Było super, mie­li­śmy nowiut­kie gór­skie rowe­ry, nosi­łem na gło­wie czer­wo­ną apasz­kę…

– Sra­nie w banię, kocha­nień­ki! – Hof­man nagle ożył, odchrząk­nąw­szy obfi­cie, bo zebra­ło mu się na opo­wie­ści i nie ma zamia­ru zwle­kać. – A na Strzel­ni­cy to był? Co tam się nie dzia­ło, panie, lokal­si cią­ga­li jed­ne­go pre­ze­sa i kaza­li mu się wspi­nać po skał­kach w samych skar­pe­tach. Raz to spadł tak, że pra­wie nie odra­to­wa­li! Pięć nese­se­rów musiał oddać z gotó­wą!

Fakt, zespół wychod­ni skal­nych na pół­noc­nym zbo­czu Sikor­ni­ka, zwłasz­cza owa popu­lar­na wśród boul­de­row­ców Strzel­ni­ca, to miej­sce owia­ne złą sła­wą. Już nazwy dróg wspi­nacz­ko­wych, w tym „Rewol­wer” i „Pif-Paf”, mówią same za sie­bie, a to tyl­ko maciu­peń­ki wyimek z sikor­nic­kich anna­łów. Nie­któ­rzy twier­dzą, że to po wizy­cie wśród oko­licz­nych paro­wów David Lynch wymy­ślił ideę zło­wro­gie­go mia­stecz­ka Twin Peaks. Ktoś ponoć zresz­tą odna­lazł Bia­łą Cha­tę i Czar­ną Cha­tę wła­śnie tu, w lasach Sikor­ni­ka, nie­da­le­ko wyro­bi­ska gli­ny, w któ­rym hitle­row­cy mor­do­wa­li Kra­ko­wian z Prze­go­rzał i Sal­wa­to­ra. Dzi­siaj rów­nież cały teren, tak zwa­ny Glin­nik, robi przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie miej­sca spo­za jakie­go­kol­wiek cza­su. Nie poma­ga­ją walą­ce się cha­łu­py z wiel­ki­mi psa­mi i wszę­do­byl­skie dymy.

– Nie, nie, panie, ja to tam nigdy nie byłem, nie wybie­ram się, co pan, ja tu mam obo­wiąz­ki swo­je! – Hof­man wska­ku­je na rower i pró­bu­je czym prę­dzej odje­chać w stro­nę Zwie­rzyń­ca. – Niech pamię­ta, że żad­ne­go Sikor­ni­ka nie było i nie ma! Bo zara się tu zle­cą i tyle będzie tego spo­ko­ju!

Gdy fio­le­to­we nie­bo nad uli­cą Zimo­rod­ków zsy­ła na las prze­ni­kli­wy ziąb, w odda­li sły­chać skrzy­pie­nie kół zardze­wia­łe­go skła­da­ka.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Sikornik, stary dąb. Fot. Jakub Kornhauser. Sikornik, Lajkonik stróżuje. Fot. Jakub Kornhauser. Sikornik, Latarniane Pustkowie. Fot. Jakub Kornhauser. Sikornik, Latarniane Pustkowie. Fot. Jakub Kornhauser. Sikornik, pancernik. Fot. Jakub Kornhauser. Sikornik, ponad skocznią. Fot. Jakub Kornhauser. Sikornik, ponad skocznią. Fot. Jakub Kornhauser. Sikornik, Biała Chata. Fot. Jakub Kornhauser. Sikornik, Biała Chata. Fot. Jakub Kornhauser. Anna Świrszczyńska, „Poezje zebrane”, red. Adam Pluszka, Warszawa, Marginesy, 2023.

Czytaj także

09.09.2026 Szkice

Każdy elementarz jest książką o przyszłości. A jak Antyfaszyzm. Anarchia. Alfabet. Amster

Właśnie dlatego ta wystawa jest tak ważna. Nie dlatego, że odkrywa zapomnianego grafika. Takich wystaw powstaje wiele. Ta pokazuje coś znacznie ciekawszego: moment, w którym sztuka, polityka, edukacja i wojna zlewają się w jeden przedmiot wielkości niewielkiego notesu – o wystawie w Instytucie Cervantesa poświęconej Elementarzowi antyfaszystowskiemu pisze Maria Strzelecka.

07.09.2026 Recenzje

Dunham vs „Dunham”

Famesick, czyli (w wolnym tłumaczeniu, bo książka nie ukazała się jeszcze po polsku) „Chora na sławę”, jest autobiograficzną opowieścią o odzyskiwaniu własnej historii – o książce Leny Dunham pisze Marcin Wilk.

06.09.2026 Hiperteksty

Karuzela z morderstwami

Narracja powieści jest polifoniczna, rozciągnięta w czasie na piętnaście lat i podzielona pomiędzy Kingston, Montego Bay, Miami i Nowy Jork, a mimo że niemal bez przerwy ktoś kogoś morduje i wszyscy mówią do nas naraz, nie mamy poczucia zagubienia: rządzi nią żelazna dyscyplina – o Krótkiej historii siedmiu zabójstw Marlona Jamesa pisze Elżbieta Binczycka-Gacek.