Rewolucja się (nie) powtórzy, ale miło powspominać

Bria­no­wi Mer­chan­to­wi, ame­ry­kań­skie­mu dzien­ni­ka­rzo­wi zain­te­re­so­wa­ne­mu przede wszyst­kim kwe­stią wpły­wu nowych tech­no­lo­gii na aktu­al­ny kra­jo­braz socjo­eko­no­micz­ny, uda­ło się popeł­nić dzie­ło monu­men­tal­ne. Jego Krew w maszy­nie to pra­wie sied­miu­set­stro­ni­co­wy fresk przed­sta­wia­ją­cy gene­alo­gię lud­dy­zmu. Ten zro­dzo­ny ze spo­łecz­no-poli­tycz­nych mro­ków począt­ku XIX wie­ku ruch robot­ni­czy wciąż kreu­je emble­ma­tycz­ny obraz współ­pra­cy czło­wie­ka z maszy­ną. Współ­pra­cy nie­spra­wie­dli­wej, gdyż zapo­śred­ni­czo­nej przez inne­go czło­wie­ka, mają­ce­go wła­dzę zarów­no nad pra­cow­ni­kiem ludz­kim, jak i (pół)zautomatyzowanym. Współ­pra­cy zwią­za­nej z wyklu­cze­niem, try­wia­li­zu­ją­cej umie­jęt­no­ści czło­wie­ka przez bru­tal­ny gest robo­ty­za­cji i stop­nio­wo pod­wa­ża­ją­cej god­ność kla­sy pra­cu­ją­cej (w ten spo­sób to, co dotych­czas było rezul­ta­tem roz­wi­ja­nia kom­pe­ten­cji zawo­do­wych, dziś pre­zen­tu­je się jako zdol­ność ska­za­na na odsprze­da­nie maszy­nie). Wresz­cie współ­pra­cy negu­ją­cej samą sie­bie, któ­ra w ramach sta­rej, dobrej kapi­ta­li­stycz­nej nar­ra­cji pro­du­ku­je wszech­ogar­nia­ją­cą uto­pię racjo­nal­no­ści. Wytwa­rza kon­ste­la­cję idei uświę­co­nych, czy­li takich, któ­re ide­olo­gi­zu­ją napraw­dę na serio – doty­czą dys­kur­su oczy­wi­sto­ści i nor­mal­no­ści. Stan­da­ry­zu­ją więc rze­czo­ne sprzecz­no­ści (postęp zosta­wia­ją­cy eko­no­mię w tyle, mecha­nicz­ną asy­sten­tu­rę prze­mie­nia­ją­cą czło­wie­ka w pomoc­ni­ka maszy­ny, inno­wa­cyj­ność cemen­tu­ją­cą sta­tus quo) do tego stop­nia sku­tecz­nie, że są w sta­nie zatu­szo­wać wyklu­cza­ją­ce się nie­spój­no­ści, a tak­że syno­ni­mi­zo­wać je z mitycz­ną struk­tu­rą uni­wer­sal­ne­go ładu.

Wszyst­kie te dia­gno­zy nie są oczy­wi­ście niczym nowym. Gdy Łukasz Kozak, medie­wi­sta i autor książ­ki Upiór. Histo­ria natu­ral­na, pod­czas jed­ne­go ze spo­tkań autor­skich został zapy­ta­ny o swo­je anty­ka­pi­ta­li­stycz­ne sen­ty­men­ty, stwier­dził, że dziś sprze­ci­wia­nie się kapi­ta­ło­wi jest w isto­cie aktem legi­ty­mi­zo­wa­nym przez głów­no­nur­to­wy dys­kurs. Nie da się z tą dia­gno­zą nie zgo­dzić, tak jak nie da się nie zauwa­żyć, że Mer­chan­tow­skie tezy nie mają w sobie choć­by szczyp­ty rewo­lu­cjo­ni­stycz­ne­go ducha.

Pozo­sta­je jed­nak pyta­nie: w któ­rą stro­nę pójść dalej? Wybrać kata­stro­fizm Jeana Bau­dril­lar­da, po rów­no unie­waż­nia­ją­cy wszyst­kie rze­czy waż­ne i mniej waż­ne, a ewo­lu­cję moral­no­ści mark­si­stow­skiej pro­wa­dzą­cej ku post­mark­si­zmo­wi uni­ce­stwić, pozo­sta­wia­jąc na ide­olo­gicz­nym pobo­jo­wi­sku samot­ne, roze­dr­ga­ne „post-”? Być może jed­nak lepiej zde­cy­do­wać się na wariant ide­ali­stycz­ny? Iść na bary­ka­dy, nawet jeśli nie ma się pew­no­ści osta­tecz­ne­go rezul­ta­tu. Pod­jąć ręka­wi­ce, zamiast cier­pli­wie zno­sić socjo­eko­no­micz­ną sta­gna­cję, gdzie­nie­gdzie mody­fi­ko­wa­ną przez socjal­de­mo­kra­tycz­ną kosme­ty­kę (dum­nie samo­zwą­cą się refor­mi­zmem).

W swo­jej opo­wie­ści o lud­dy­stach Mer­chant upar­cie powra­ca do wspo­mnia­nych dwóch opcji. Autor Krwi w maszy­nie jest pod tym wzglę­dem, mniej lub bar­dziej świa­do­mie, pil­nym uczniem Miche­la Foucaul­ta. Jego meto­do­lo­gia odkry­wa­nia praw­dy o teraź­niej­szo­ści opie­ra się przede wszyst­kim na stra­te­giach śled­czych, któ­re mógł­by sto­so­wać wytraw­ny histo­ryk idei, gdy­by zain­te­re­so­wał się podob­ną tema­ty­ką. Mer­chant cofa się do cza­sów rewo­lu­cji prze­my­sło­wej, by odna­leźć recep­tę na to, co cze­ka nas wszyst­kich jutro. Kie­dy nawią­zu­je do Foucaul­ta, jed­ne­go z naj­waż­niej­szych filo­zo­fów XX wie­ku, sku­pia się na praw­dzie histo­rycz­nej, ale w zna­cze­niu zupeł­nie zde­na­tu­ra­li­zo­wa­nym. Inny­mi sło­wy: się­ga po retro­spek­cję, aby prze­ko­nać się, jak kie­dyś kon­stru­owa­no praw­dę, któ­ra hege­mo­nicz­nie panu­je dziś.

To wła­śnie z tego powo­du bar­dzo obcho­dzą Mer­chan­ta pod­da­wa­ne dyna­mi­ce dzie­jów kon­cep­cje i defi­ni­cje. „Inno­wa­cję” przy­wo­łu­je on jako sło­wo o sza­le­nie pejo­ra­tyw­nym rodo­wo­dzie. Jako wyraz pier­wot­nie ozna­cza­ją­cy nie­po­trzeb­ną zmia­nę, mody­fi­ka­cję, któ­ra wca­le nie popy­cha cywi­li­za­cyj­nej aktu­al­no­ści do przo­du. Autor przy­po­mi­na, że „inno­wa­cją” zwy­kło się nazy­wać rów­nież pomysł here­tyc­ki, prze­czą­cy naukom Kościo­ła. Oba histo­rycz­ne roz­po­zna­nia poma­ga­ją Mer­chan­to­wi zre­wi­do­wać tech­no­lo­gicz­ną codzien­ność XXI wie­ku. Pierw­sze z nich daje mu do ręki oręż w wal­ce ze wszyst­ki­mi współ­cze­sny­mi nar­ra­cja­mi pro­gre­syw­no­ści, for­so­wa­ny­mi przez Bez­osów, Musków i Zuc­ker­ber­gów nasze­go świa­ta. Inno­wa­cja przyj­mu­ją­ca postać ide­olo­gicz­ne­go pro­duk­tu teraź­niej­szo­ści jest sprze­da­wa­na jako pomysł popy­cha­ją­cy ludz­kość do przo­du. Każ­da, nawet naj­drob­niej­sza, naj­bar­dziej powierz­chow­na aktu­ali­za­cja zysku­je mia­no inno­wa­cyj­nej, czy­li prze­kształ­ca­ją­cej rze­czy­wi­stość, zmie­nia­ją­cej para­dyg­ma­ty.

Aktualna kapitalistyczna optyka wystawia generowane masowo laurki: każdy nowy pomysł jest rewolucyjny, właśnie dlatego, że jest nowy i gotowy do sprzedaży.

W tym kon­tek­ście uwa­ga Mer­chan­ta na temat ory­gi­nal­ne­go, nega­tyw­ne­go zna­cze­nia inno­wa­cji pozwa­la mu obna­żyć fałsz kry­ją­cy się za pro­pa­gan­dą inno­wa­cyj­no­ści pro­mo­wa­ną przez Google’a, Ama­zo­na czy Apple’a. Skut­ki retro­spek­tyw­nej eks­plo­ra­cji legi­ty­mi­zu­ją scep­ty­cyzm auto­ra wobec kon­cep­tu, któ­ry nie tyle jest ide­ałem zde­for­mo­wa­nym przez pono­wo­cze­sność, ile języ­ko­wym wiru­sem, od począt­ku zara­ża­ją­cym tok­sycz­ną ener­gią.

Dru­gie, ory­gi­nal­nie anty­ko­ściel­ne zna­cze­nie ma bar­dziej prze­wrot­ną wymo­wę. Oczy­wi­stym jest fakt, iż spo­łecz­no-poli­tycz­na pozy­cja kościo­ła w XIX wie­ku była zupeł­nie nie­po­rów­ny­wal­na z jego aktu­al­nym poło­że­niem. Nie­gdy­siej­sza reli­gij­ność okre­śla­ła czło­wie­czeń­stwo. Uni­wer­sa­li­zo­wa­ła jedy­ny słusz­ny rodzaj moral­no­ści, któ­ry nie pod­le­gał dys­ku­sjom i rein­ter­pre­ta­cjom. Inno­wa­cja była więc swo­istym odchy­le­niem od narzu­co­nej nor­my. Pomie­sza­niem z poplą­ta­niem, połą­cze­niem sacrumpro­fa­num, trans­gre­sją, któ­ra począt­ko­wo zda­wa­ła się nie do przy­ję­cia.

Mer­chant akcen­tu­je świę­to­krad­czość tech­no­lo­gicz­nej inno­wa­cji, przy­wo­łu­jąc cytat z wypo­wie­dzi jed­ne­go z robot­ni­ków: „Czy będziesz boga­ty przed Bogiem?”. To pyta­nie skie­ro­wa­ne do ówcze­snych moż­no­wład­ców, wła­ści­cie­li kapi­ta­łu, któ­rzy aku­mu­lo­wa­li swo­je bogac­two na dłu­go przed nasta­niem epo­ki dzi­siej­szych tech­no­feu­da­łów. Pyta­nie, któ­re dosko­na­le uka­zu­je, w jaki spo­sób zmie­ni­ło się podej­ście czło­wie­ka do tech­no­lo­gii. Pod­miot przed­mo­der­ni­stycz­ny trak­to­wał ją z dużą dozą podejrz­li­wo­ści. Sens jego egzy­sten­cji w dużej mie­rze nada­wa­ła instan­cja kościel­na, nad­mier­na wia­ra w potę­gę tech­no­lo­gii w takich oko­licz­no­ściach mogła być więc postrze­ga­na jako bał­wo­chwal­stwo, czcze­nie wykwi­tów ludz­kiej wyobraź­ni coraz moc­niej pra­gną­cej nie­bez­piecz­nej zaba­wy w Boga.

I tu docho­dzi­my wresz­cie do wspo­mnia­nej prze­wrot­no­ści argu­men­tu reli­gij­no-tech­no­scep­tycz­ne­go. Oczy­wi­stym błę­dem było­by współ­cze­sne powtó­rze­nie tezy o here­zji dzi­siej­szych kul­ty­wa­to­rów inno­wa­cji. Na tere­nie spi­ry­tu­al­ne­go pobo­jo­wi­ska, w któ­rym aktu­al­nie żyje­my, nie może być mowy o powro­cie do uwiel­bie­nia sacrum. Na jesz­cze świe­żych gro­bach wiel­kich nar­ra­cji moż­na sobie pozwo­lić jedy­nie na iro­nicz­ny taniec. Na skło­nie­nie się ku ezo­te­ry­ce lub sku­pie­nie na filo­zo­fiach Dale­kie­go Wscho­du, czy­li dok­try­nach, któ­re prze­two­rzo­ne przez nowo­cze­sność, przed­ło­ży­ły swój samo­roz­wo­jo­wy indy­wi­du­alizm nad komu­ni­ta­ryzm chrze­ści­jań­stwa ubie­głych wie­ków. Nie da się zjed­no­czyć w wal­ce prze­ciw Kapi­ta­ło­wi, powo­łu­jąc się na ducho­wość ato­mi­zu­ją­cą, nie kon­so­li­du­ją­cą spo­łe­czeń­stwo.

Pomył­ką było­by też powo­ły­wa­nie się na chrze­ści­jań­stwo samo w sobie. To był­by błąd wła­ści­wie wszę­dzie poza Ame­ry­ką Połu­dnio­wą, gdzie ide­ały chrze­ści­jań­sko-mark­si­stow­skie są wciąż żywe za spra­wą Teo­lo­gii Wyzwo­le­nia. Chry­stu­so­we nauki prze­sta­ły iskrzyć poten­cja­łem rewo­lu­cjo­ni­stycz­nym i prze­obra­zi­ły się w pro­sta­gna­cyj­ny sym­bol pustej tra­dy­cji.

Moż­na nato­miast wywnio­sko­wać z gene­alo­gii-teo­lo­gii Mer­chan­ta coś, cze­go on sam wpraw­dzie nie suge­ru­je, lecz tro­chę pod­świa­do­mie nakie­ro­wu­je czy­tel­ni­ka na ten trop. Mowa o filo­zo­fii chrze­ści­jań­skie­go ate­izmu.

Idea, któ­rą aktu­al­nie chy­ba naj­cie­ka­wiej pre­zen­tu­ją Peter Rol­lins oraz Sla­voj Žižek, w skró­cie pole­ga na odróż­nie­niu się od kla­sycz­nej, ate­istycz­nej ide­olo­gii. Moż­na powie­dzieć, że w uję­ciu chrze­ści­jań­skie­go ate­izmu Bóg nie został zamor­do­wa­ny, a ska­ni­ba­li­zo­wa­ny. Taka opty­ka zakła­da, że współ­cze­sna ludz­kość nie powin­na odrzu­cić, lecz wchło­nąć Chry­stu­sa, to zna­czy kry­tycz­nie, lecz z powa­gą inspi­ro­wać się jego nauka­mi, jed­no­cze­śnie trak­tu­jąc je bar­dziej jako fun­da­ment teo­lo­gii zwąt­pie­nia niż bez­dy­sku­syj­ne natchnio­ne praw­dy.

W przy­pad­ku Žiżžka to podej­ście obja­wia się na przy­kład nie­uf­no­ścią wobec „Nowych Ate­istów” w typie Chri­sto­phe­ra Hit­chen­sa czy Richar­da Daw­kin­sa, któ­rzy reli­gij­ność i wszyst­kie jej kul­tu­ro­we kom­po­nen­ty trak­to­wa­li i trak­tu­ją z wro­go­ścią god­ną naj­bar­dziej zapa­lo­nych krzy­żow­ców.

Pete­ra Rol­lin­sa naj­bar­dziej nęci z kolei komu­ni­ta­riań­ski aspekt chrze­ści­jań­stwa. W pew­nym sen­sie moż­na nazwać tego irlandz­kie­go myśli­cie­la tro­chę bar­dziej here­tyc­kim (wąt­pią­cym) przed­sta­wi­cie­lem teo­lo­gii wyzwo­le­nia. Kimś, kto w reli­gij­nej nar­ra­cji widzi jedy­ną szan­sę na prze­ciw­sta­wie­nie się zwią­za­ne­mu z post­mo­der­ni­stycz­nym ate­izmem skraj­ne­mu indy­wi­du­ali­zmo­wi. Per­spek­ty­wy obu filo­zo­fów z powo­dze­niem łączą się ze świa­to­po­glą­dem auto­ra Krwi w maszy­nie. Przede wszyst­kim umoż­li­wia­ją wysto­so­wa­nie kontr­ar­gu­men­tu dla hege­mo­nii nowe­go Boga, czy­li napę­dza­ne­go fety­szem tech­no­po­stę­pu kapi­ta­łu. Ponad­to nie przy­mu­sza­ją do spo­glą­da­nia wstecz. Zamiast koniecz­no­ści kul­ty­wo­wa­nia prze­ter­mi­no­wa­ne­go para­dyg­ma­tu pro­po­nu­ją odświe­ża­ją­cą rein­ter­pre­ta­cję. Reflek­syj­ną dekon­struk­cję spo­łecz­ne­go zna­cze­nia sacrumpro­fa­num zamiast bez­myśl­nej, opę­ta­nej neo­li­be­ral­nym ego­izmem destruk­cji.

Mer­chant nie roz­wi­ja jed­nak topo­su reli­gij­ne­go. Zatrzy­mu­je się na nim w pół sło­wa, jak­by w oba­wie o jego nazbyt rewo­lu­cjo­ni­stycz­ną wymo­wę. Logicz­ne jest więc to, że poświę­ca spo­ro miej­sca gene­alo­gii same­go lud­dy­zmu. Przy­ta­cza dowo­dy na to, że (odwrot­nie niż w przy­pad­ku inno­wa­cji) pier­wot­nie lud­dyzm koja­rzył się znacz­nie bar­dziej chwa­leb­nie niż dziś. Autor przed­sta­wia lud­dy­stów jako kon­ty­nu­ato­rów rebe­lianc­kiej myśli. Jako przy­kład daje praw­do­po­dob­nie ist­nie­ją­ce­go jedy­nie sym­bo­licz­nie Neda Lud­da – tka­cza, któ­ry na znak pro­te­stu prze­ciw­ko groź­bom auto­ma­ty­za­cji potrak­to­wał mło­tem maszy­ny przę­dzal­ni­cze.

Przy tym uka­zu­je lud­dy­stów nie jako wan­da­li, lecz pro­to­pla­stów dzi­siej­szych człon­ków związ­ków zawo­do­wych oraz lewi­co­wych akty­wi­stów. Jako bojow­ni­ków o pra­cow­ni­czą god­ność, któ­rzy do rze­czo­nych destruk­cyj­nych aktów zosta­li zmu­sze­ni przez krwio­żer­czość kapi­ta­li­stów.

Mer­chant obra­zu­je też to, w jaki spo­sób kla­sa wła­ści­cie­li fabryk, maszyn, mediów zapi­sa­ła na kar­tach histo­rii nega­tyw­ny wize­ru­nek lud­dy­stów. Opo­wia­da o pro­ce­sach sądo­wych (nie­rzad­ko zwień­czo­nych karą śmier­ci), pod­czas któ­rych repre­zen­tan­ci wła­dzy sądow­ni­czej przed­sta­wia­li zbun­to­wa­nych robot­ni­ków jako zaco­fa­nych bar­ba­rzyń­ców wyła­do­wu­ją­cych swo­ją nie­okrze­sa­ną, igno­ranc­ką agre­sję na nowo­cze­snych zdo­by­czach tech­no­lo­gii.

W książ­ce przy­ta­cza się też bar­dzo cie­ka­wy przy­kład Fran­ken­ste­ina, legen­dar­nej powie­ści, któ­ra ory­gi­nal­nie nio­sła ze sobą ści­śle pro­lud­dy­stycz­ny prze­kaz. Przed­sta­wia­ła tytu­ło­we­go naukow­ca jako zaśle­pio­ne­go moż­li­wo­ścią zaba­wy w Boga tech­no­fe­ty­szy­stę, jego dzie­ło zaś jako potwo­ra, jed­nak­że mimo wszyst­ko isto­tę myślą­cą, cał­ko­wi­cie świa­do­mą tra­gicz­nej nie­etycz­no­ści swej egzy­sten­cji. Poja­wił się on też w kul­to­wej ekra­ni­za­cji z 1931 roku z Bori­sem Kar­lof­fem w roli nie­za­po­mnia­ne­go mon­strum. To film, któ­ry z kolei pro­mu­je nar­ra­cję anty­lud­dy­stycz­ną. Jego twór­cy pre­zen­tu­ją potwo­ra (a więc książ­ko­wy sym­bol nie­zgo­dy na tech­no­ob­se­sję tam­tych cza­sów) jako bez­myśl­ne, nie­bez­piecz­ne „to”. Pod­czas gdy powieść Mary Shel­ley sta­no­wi­ła ostrze­że­nie przed nad­mier­nym zaufa­niem sile tech­no­lo­gii, wer­sja fil­mo­wa uka­zy­wa­ła już jedy­nie mar­gi­nal­ny przy­pa­dek eks­pe­ry­men­tu, wypa­dek przy pra­cy, któ­ry co praw­da powi­nien zostać czym prę­dzej sko­ry­go­wa­ny, lecz nie może być źró­dłem zmar­twień w kon­tek­ście galo­pu­ją­ce­go na zła­ma­nie kar­ku postę­pu.

Nie­trud­no zgad­nąć, że anty­lud­dy­stycz­ne nar­ra­cje rzą­do­we oraz ana­lo­gicz­ny dys­kurs popkul­tu­ro­wy zatrium­fo­wa­ły nad ide­ała­mi kla­sy robot­ni­czej. Skut­ki klę­ski owych ide­ałów widzi­my do dziś.

Merchant stawia tezę, która nie powinna nikogo zaskoczyć. Aktualnie przymiotnik „luddystyczny” równie dobrze można byłoby zastąpić „prymitywnym” lub „zacofanym”.

Jed­nak autor dość moc­no sku­pia się na odcza­ro­wa­niu dzi­siej­szej pejo­ra­tyw­no­ści lud­dy­zmu. Być może rze­czy­wi­ście jest to gest god­ny pochwa­ły. Być może zmie­ni spo­sób myśle­nia choć­by czę­ści spo­łe­czeń­stwa. Pro­blem jed­nak w tym, że (tak jak w przy­pad­ku nie­do­sza­co­wa­nia kon­te­sta­cyj­ne­go poten­cja­łu reli­gij­no­ści) w Krwi w maszy­nie Mer­chant poświę­ca wię­cej uwa­gi drob­nym aktu­ali­za­cjom zasta­nej rze­czy­wi­sto­ści niż per­spek­ty­wom zna­czą­cych trans­for­ma­cji. Wyda­je się, że bar­dziej pra­gnie on oczysz­cze­nia repu­ta­cji haseł sprzed kil­ku­set lat niż pchnię­cia ich ku nowe­mu spo­łecz­no-poli­tycz­ne­mu prze­wro­to­wi.

W isto­cie Mer­chant jest ponie­kąd tak samo prag­ma­tycz­ny i racjo­na­li­stycz­ny jak kapi­ta­li­ści, któ­rych maszy­ny były roz­trza­ski­wa­ne przez wście­kłych lud­dy­stów w drob­ny mak. Nie podej­mu­je ryzy­ka choć­by kry­tycz­nej reflek­sji nad wizja­mi post­ka­pi­ta­li­stycz­nych uto­pii. Zupeł­nie inten­cjo­nal­nie omi­ja wiel­ką gru­pę teo­re­ty­ków oraz prak­ty­ków robot­ni­czej wal­ki, czy­li mark­si­stów i same­go Mark­sa, któ­ry miał prze­cież bar­dzo cie­ka­we – nie­idą­ce w parze z lud­dy­stycz­ny­mi – poglą­dy na szan­se i zagro­że­nia zwią­za­ne z roz­wo­jem tech­no­lo­gicz­nym.

To wła­śnie dla­te­go autor kon­stru­uje swo­ją książ­kę niczym histo­rycz­ne kino akcji. Dzie­li roz­dzia­ły na peł­ne suspen­su sce­ny sym­bo­licz­nych i fizycz­nych starć mię­dzy robot­ni­ka­mi a wła­ści­cie­la­mi, mno­żąc i zapla­ta­jąc wąt­ki boha­te­rów roz­ma­itych klas, śro­do­wisk, loka­li­za­cji. Robi to po to, by zamiast rewo­lu­cji dać nam po pro­stu dobrą histo­rię. I rze­czy­wi­ście mu to wycho­dzi. Ame­ry­kań­ski dzien­ni­karz napraw­dę dba o nie­sa­mo­wi­ty roz­mach nar­ra­cyj­ny kolej­nych stron, któ­re czy­ta się jak Woj­nę i pokój Lwa Toł­sto­ja prze­fil­tro­wa­ną przez mniej lub bar­dziej dosłow­ną dok­try­nę socjal­de­mo­kra­tycz­ną.

Okładka książki Briana Merchanta zatytułowanej „Krew w maszynie. Luddyści i pierwszy bunt przeciwko technologicznym gigantom”
Brian Merchant, „Krew w maszynie. Luddyści i pierwszy bunt przeciwko technologicznym gigantom”, tłum. Grzegorz Ciecieląg, Kraków: Bo.wiem, 2025.

Niech niko­go nie zmy­li czer­wień okład­ki pol­skie­go wyda­nia Krwi w maszy­nie. To bar­dzo sumien­nie zapro­jek­to­wa­ny tekst z zakre­su histo­rii idei, bez zapę­dów rewo­lu­cyj­nych. Prze­kaz naj­bar­dziej zapa­da w pamięć, gdy autor mówi do nas w cza­sie prze­szłym. Jed­nak­że gdy powra­ca do teraź­niej­szo­ści, sza­fu­jąc Job­sem, Zuc­ker­ber­giem, Teslą oraz Ube­rem, wpusz­cza­my prze­sła­nie jed­nym uchem, a wypusz­cza­my dru­gim.

Brian Mer­chant zna­ko­mi­cie opra­co­wał i przy­stęp­nie napi­sał Czer­wo­ną Ksią­żecz­kę pro­po­nen­tów tak zwa­nej lewi­cy par­la­men­tar­nej. Takiej, któ­ra myli marze­nia o uśmiech­nię­tym kapi­ta­li­zmie z rewo­lu­cją kul­tu­ral­ną.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

29.01.2026 Recenzje

Na Wschodzie nie widać końca

Muzyczuk zaczyna swoje dzieło od eksplikacji natury paranoi. To, co stanowi wstęp teoretyczny do spektakularnej pod względem objętości i treści całości, na kolejnych stronach zostaje przekute w intensywną praktykę – o Zmierzchu magów Daniela Muzyczuka pisze Łukasz Krajnik.

13.08.2026 Laba

Pocztówka znaleziona w trzcinie

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Krzysztofa Żwirskiego z festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie.