Gatunek papieru miał dla Paula Austera znaczenie. Anna Blume, bohaterka W kraju rzeczy ostatnich, prowadzi zapiski w niebieskim notesie. W błękitnym kolorze jest także portugalski notatnik, który w sklepie tajemniczego Chińczyka kupuje Sidney Orr z Nocy wyroczni: okładka jest przyjemna w dotyku, a sam zeszyt najwyraźniej ma magiczne właściwości. Po długim okresie blokady twórczej Orr zaczyna pisać w nim powieść i na kilka dni wpada w pisarski trans. Kiedy próbuje zrobić papiernicze zapasy, wplątuje się w nie lada kabałę. Z kolei notatnik detektywa Quinna ze Szklanego miasta ma czerwoną oprawę. Wreszcie Walt z Mr Vertigo spisuje autobiografię w trzynastu szkolnych zeszytach.
Sam Paul Auster pisał wiecznym piórem lub ołówkiem w notesach w kratkę. Następnie przepisywał wszystko na maszynie. Trzymał się tej mozolnej metody, która zmuszała go do powtórnego wykonania pracy i do rewizji całego tekstu. Stukanie na starej maszynie marki Olimpia nazywał „czytaniem palcami”: na dotyk wykrywał błędy, powtórzenia i zgrzyty. Już jako nastolatek zastanawiał się, kto mówi w utworach literackich, irytował go sztucznie skonstruowany, wszechwiedzący narrator. Dlatego też Auster lubił narrację pierwszoosobową, czasami ujętą w formę listu czy pamiętnika. Nadanie fikcyjnej opowieści tego typu ram paradoksalnie sprawia, że zdaje się ona prawdziwsza.
Austerowski Narrator, który wspomina albo się zwierza, jest niewiarygodny, a historia otwiera się na kolejne pokłady fikcji. W Nocy wyroczni Sidney Orr jest w trakcie rekonwalescencji po ciężkiej chorobie. Wraca do pracy, pisze powieść o Nicku Bowenie: mężczyźnie, który ewakuuje się ze swojego miałkiego życia. Z kolei Bowena zainspirował Sokół maltański Dashiella Hammetta i jego Flitcraft, który cudem uniknąwszy wypadku, „wypisuje się” ze swojego losu. Nie dosyć tego nawarstwienia inspiracji, ponieważ mentorem Orra jest wybitny pisarz John Trause – jego nazwisko to anagram nazwiska Auster (w dodatku Trause ma pięćdziesiąt sześć lat, czyli tyle, ile sam autor w chwili pisania powieści). Ta szkatułkowa powieść to istna skrzynia skarbów i zdaje się, że bez końca można w niej odkrywać coraz głębiej ukryte dna. W dodatku pisarz wprowadza eklektyczne, erudycyjne gry, ale także flirtuje z „gorszą” literaturą gatunkową.
Pochłaniając kryminały, Auster zrozumiał, że ich siłą jest konkret. Tymczasem czytelnik, zaabsorbowany precyzyjnie skonstruowaną fabułą jego powieści, zostaje poddany działaniu podwójnej ironii, fałszywych tropów i fabularnych zagadek.
Wspomniane gry nie sprowadzają się jednak do postmodernistycznej igraszki, mającej dowieść, że prawda nie istnieje, a fabuła to wyłącznie uwodzenie. W Nocy wyroczni starszy pisarz Trause udziela młodszemu Orrowi lekcji odpowiedzialności za słowa:
Myśli są rzeczywistością […] – Słowa są rzeczywistością. Wszystko, co ludzkie, jest rzeczywistością; czasami wiemy, że coś się wydarzy, nawet jeśli nie uświadamiamy sobie swojej wiedzy. Żyjemy w teraźniejszości, ale przez cały czas tkwi w nas przyszłość. Może właśnie o tym opowiada całe pisarstwo, Sid. Nie opisuje zdarzeń z przeszłości, lecz prowokuje zdarzenia, które dopiero zajdą.
Chociaż Auster stworzył tłum fikcyjnych bohaterów, w centrum powieści często umieszczał postać podobną do siebie: zadumanego pisarza, roztargnionego uczonego, kogoś, kto zawsze ma przy sobie kartkę i ołówek, a także w każdej chwili jest gotowy spojrzeć na siebie z zewnętrznej perspektywy. Auster w swoich książkach wykorzystywał również własne nazwisko i strzępy autobiografii. Jej składniki zostały jednak rozbite i przemieszane. Nie chodzi wyłącznie o gubienie tropów: pisarz eksperymentował, przedstawiał rozmaite wersje wydarzeń, dowodząc przy tym, że prawdziwe życie od niewiarygodnej bujdy często różni jedynie talent opowiadacza.
Komplikacje bywają piętrowe. W Szklanym mieście autor kryminałów Quinn omyłkowo odbiera telefon do prywatnego detektywa Paula Austera i postanawia się pod niego podszyć. Fabuła ulega spiętrzeniu, kiedy na scenę wkracza prawdziwy Paul Auster. Wiadomo, że żonami Austera były pisarki – Lydia Davis i Siri Hustvedt. W Lewiatanie zabawił się imionami – pierwsza małżonka Petera Arona ma na imię Delia, a druga Iris. Ojciec małego Fergusona z 4321 na co dzień ledwo dostrzega istnienie syna, pewnego razu jednak w przypływie dobrego humoru opowiada mu o swoich przygodach w dżungli (wiadomo, że podobne zdarzenie przeżył ojciec pisarza). Z kolei w Nocy wyroczni John Trause, podobnie jak Paul Auster, martwi się wybrykami Jacoba – zagubionego, uzależnionego od narkotyków syna, przypominającego Daniela, syna Austera z pierwszego małżeństwa. Z kolei August Brill z Człowieka w ciemności wyznaje, że do piętnastego roku życia interesował się wyłącznie baseballem – właśnie ten sport był pasją nastoletniego Austera. Co najmniej dwie postaci umierają na zator płucny (doświadczył go sam pisarz). Jego pisarskie alter ego to zwykle nałogowi palacze. Tytułowy Baumgartner z ostatniej powieści studiował w Paryżu, a jego ukochana żona Anna jest tłumaczką. Auster w młodości utrzymywał się z tłumaczenia literatury francuskiej – czasami dokonywał przekładów razem z Lydią Davis. Opisywane przez niego rodziny dorabiających się własną krwawicą żydowskich przedsiębiorców mieszkają w Newark (gdzie urodził się pisarz) albo w innym prowincjonalnym miasteczku w stanie New Jersey. Ich przodkowie trafili do Ameryki z Odessy, Warszawy albo Stanisławowa (z tego miasta przybyła rodzina pisarza). Więcej niż jeden spośród ojców powieściowych bohaterów przerwał studia i wziął na siebie odpowiedzialność za nieporadnych braci (ojciec Austera prowadził firmę z braćmi, których obowiązki często przejmował).
Mimo uników i przebieranek, mimo obdzielania postaci jedynie odłamkami własnego losu Auster napisał również kilka książek wspomnieniowych. Ale nawet najpóźniejszy Dziennik zimowy nie jest zbiorem faktów uporządkowanych dla przyszłego biografa. Napisany w drugiej osobie, w formie listu do siebie, Dziennik przypomina raczej staroświeckie wyznania czy dociekania. To nie jest dziennik idei, ponieważ na życie składają się również bezwiedne gesty i mechaniczne ruchy:
Otwieranie i zamykanie drzwi, wkręcanie żarówek, wybieranie numerów telefonicznych, zmywanie naczyń, odwracanie stron książki, trzymanie pióra w dłoni, mycie zębów, suszenie włosów, składanie ręczników, wyjmowanie pieniędzy z portfela, noszenie toreb z zakupami, przesuwanie karty metra przez czytniki, wciskanie guzików maszyn, podnoszenie rankiem gazety spod drzwi, odchylanie kołdry, okazywanie biletu konduktorowi w pociągu, spuszczanie wody w toalecie, zapalanie cygaretek, gaszenie ich w popielniczce, wkładanie spodni, zdejmowanie spodni […].
Są tu również sprawy intymne, o których nie mówi się w towarzystwie: parcie na mocz, choroby weneryczne, blizny, pamiątki po młodzieńczych wybrykach. Flirty ze śmiercią, począwszy od połkniętej ości, na wypadku samochodowym skończywszy.
Auster przeprowadza czytelnika przez swoje kolejne mieszkania. To ciasne, studenckie pokoje z zimną wodą w umywalce. Seria kawalerek, klitek na poddaszu i chambres de bonne w burzliwej młodości, a w nich zmieniane plany, nadzieje, rozstania i pogodzenia z dziewczyną. Ciekawym rozdziałem adresowej epopei jest wiejski dom w Prowansji, którym przez kilka miesięcy autor opiekował się z Lydią Davis. Także ona opisała tamten okres w opowiadaniu Saint Martin. Wraz z nadejściem „wieku męskiego” i literackiej dojrzałości Austera uspokoił się także rytm jego przeprowadzek. Kamienica na Brooklynie, gdzie przeprowadził się z rodziną w pierwszej połowie lat 90. XX wieku, pozostała pewnym, ostatecznym domem:
Tu jest miejsce, gdzie żyjesz, i tu chcesz dalej żyć, aż do momentu, gdy nie będziesz mógł chodzić po schodach. Nawet więcej: aż do momentu, gdy nie będziesz mógł czołgać się po schodach, aż do chwili, gdy cię stąd wyniosą i złożą do grobu.
Fabułą książek Austera rządzi „muzyka przypadku”. John Nashe, bohater powieści pod tym właśnie tytułem, zrywa z rutyną, postanawia odzyskać kontrolę nad swoim losem. Tymczasem dzieje się zupełnie inaczej: były strażak wpada w wir zbiegów okoliczności. Nieoczekiwany spadek po nieobecnym w jego życiu ojcu zapewnia mu wolność, co początkowo polega na przemierzaniu Ameryki wzdłuż i wszerz samochodem. Ale nawet wielkie pieniądze nie pozwalają mu uciec od samego siebie, a wręcz okazują się pułapką – szczególnie wtedy, gdy właściciel postanawia je pomnożyć przy stole do gry w pokera.
Sam Auster odziedziczył po ojcu pieniądze, które zapewniły mu bezpieczny pisarski start. Kiedy dobiegał trzydziestki, nie był bynajmniej wschodzącą gwiazdą literatury. Jego pierwsze małżeństwo się rozpadło, portfel świecił pustkami, a pisanie nie przynosiło mu sukcesów. Od początku wiedział, że z literatury trudno wyżyć, a pisarz to nie zawód, lecz powołanie. Mimo to nie był gotowy na podwójne życie, jakie wybiera większość autorów: stała, dzienna praca i wykradzione godziny pisania. Poniekąd powodowany buntem przeciwko rodzicom, którzy szanowali pieniądze (choć ojciec oszczędzał, a matka rozrzutnie je wydawała), Auster postanowił całkowicie oddać się literaturze, zarabiając tylko konieczne minimum. Zapał młodego purytanina, który wstydził się eleganckiego wozu rodziców, zawiódł nastolatka do garkuchni i magazynów.
Montując klimatyzatory, dźwigając lodówki i szorując gary, Auster poznawał „ludzi w drodze”, wędrujących od jednej przygodnej roboty do drugiej.
W ten sposób odkrywał całe bogactwo charakterów, osobiście poznawał postaci żywsze niż te, które mogłaby stworzyć szalona fantazja. Casey i Teddy, nierozłączni przyjaciele, pracujący jako woźni na zapyziałym letnisku, upijający się co weekend i kupujący identyczne kolorowe koszule. Z perspektywy trzech dziesięcioleci zapisywał: „miałem dziewiętnaście lat, kiedy ich poznałem, ale ich wyczyny tego lata do dziś karmią moją wyobraźnię”.
Paul Auster debiutował jako poeta. Od początku marzył o pisaniu powieści, ale wybierał zbyt rozległe tematy, nad którymi nie potrafił zapanować. Szlifował warsztat, tworząc wiersze – całymi tygodniami obsesyjnie doskonalił liryczne strofy. Łakomie czytał i pisał eseje, które traktował jako formę rozmowy z autorami z przeszłości. Jego debiut prozatorski (a równocześnie pierwsza książka Austera, która została zauważona), Wynaleźć samotność, to nie tyle autobiografia, ile, jak autor wyznawał, „medytacja na kilka tematów, której bohaterem jest on sam”. Zaczął pisać poniekąd terapeutycznie po nagłej śmierci ojca. Niedostępny, emocjonalnie odizolowany, niezaangażowany w sprawy syna, Auster senior żył jak „człowiek niewidzialny”– wycofujący się z własnego życia. Dopiero po latach przypadkiem pisarz poznał mroczną historię, która naznaczyła ojca na całe życie: jego matka zastrzeliła swojego męża. Sensacja relacjonowana przez lokalną prasę została zatajona w domu: po długim czasie Auster zrozumiał pokraczną kompozycję rodzinnej fotografii: dziadek został z niej dosłownie wycięty. Pisanie o ojcu nie uśmierzyło bólu Austera, przeciwnie – sprawiło, że uświadomił on sobie istnienie rany, teraz otwartej i rozjątrzonej. Pisarz odkrył nie tylko to, jak mało wiedział o własnym rodzicu, lecz także to, jak niezgłębiony jest każdy człowiek. Matka jest w tej książce prawie nieobecna. Stan lękowy po jej śmierci pisarz potraktował jako znak późnej dojrzałości. To matka odeszła od ojca i została potępiona przez rodzinę za rozwiązłość. Dopiero po latach syn dostrzegł jej wiele twarzy. Bywała kokieteryjna i czarująca, odpowiedzialna i przedsiębiorcza, mocno stąpająca po ziemi – ale także pełna obsesji i lęków. Auster zapisał: „Bała się umrzeć, co w końcu prawdopodobnie nie różni się od stwierdzenia: bała się żyć”.
Druga część Wynaleźć samotność to Księga pamięci. Mieści się tu wszystko: zjadanie kożuszka z gorącej czekolady, herbata z cytryną, porozrzucane po mieszkaniu okulary w czarnych rogowych oprawkach i specyficzny sposób, w jaki ojciec wypowiadał niektóre słowa. Auster nie odpędza ducha ojca, lecz go przywołuje, a przy okazji wkracza w świat fikcji. Pamięć jest surowcem dla pisarza, który swoje historie splata z drobiazgów i osobliwości. Jak pisał Auster w korespondencji z J.M. Coetzeem, z rzeczywistości wybiera sobie „kształt brwi jakiegoś mężczyzny, tembr czyjegoś śmiechu, znamię na szyi kobiety”. Zapewne – tak jak Sidney Orr w Nocy wyroczni – autor wybierał do powieści motywy z codziennego życia. W młodości zaimponował mu Francis Ponge, który po kilku latach nie tylko doskonale pamiętał sam moment ich pierwszego spotkania, ale także potrafił przywołać z pamięci szczegóły tej sytuacji: kolor zasłon czy dywanu w salonie. Auster oczyma wyobraźni widział również miejsca akcji swoich powieści. Tłumaczył Coetzeemu:
Każda ulica, każdy dom, każdy pokój są żywe w moim umyśle, nawet gdy mówię o nich mało lub zgoła nic. […] Wszystko to polega na ugruntowaniu wyobraźni w konkrecie, jak sądzę, co pozwala wierzyć – czy też łudzić się – że rzeczy, o których się pisze, dzieją się naprawdę.
Aby uwierzyć w realność tworzonej przez siebie fikcji, pisarz staje się jej czytelnikiem: łatwowiernym, zaangażowanym w akcję, gotowym zawiesić ironię i powątpiewanie. Przekonująca narracja jest naszpikowana szczegółami codzienności. Ale granice między historiami z przeszłości, które opowiadamy sami sobie, a fabułami z naszej wyobraźni pozostają płynne:
Ferguson nie miał jeszcze pięciu lat, ale już wtedy rozumiał, że świat składa się z dwóch sfer, widzialnej i niewidzialnej, i wiedział, że rzeczy, których nie widzi, często są prawdziwsze niż te przez niego widziane.
Do podobnych wniosków doszedł Paul Auster: w dzieciństwie wyznaczył sobie przypadkową datę w listopadzie i założył, że tego dnia wydarzy się coś niezwykłego. Każdego roku ta magiczna data okazywała się zwyczajnym jesiennym dniem. Wówczas chłopiec odkrył, jak podniecająca jest myśl o tym, co jeszcze może się wydarzyć.
Bohaterowie Austera raz po raz rozmyślają nad podstępnym działaniem przypadku. Gdyby chłopiec nie wspinał się na wysokie drzewo, nie załamałaby się pod nim gałąź, ale gdyby rodzice nie przeprowadzili się do domu z ogrodem, nie miałby nawet pokusy, by na coś się wspinać. John Nashe nie postawiłby wszystkiego na jedną kartę, gdyby wiedziony irracjonalnym impulsem, nie zdecydował się podwieźć młodego pokerzysty.
Przypadek napędza maszynę fikcji, ale najdziwniejsza bywa rzeczywistość – wręcz zawstydza wyobraźnię.
W Sligo w Irlandii naprawdę istniała firma radców prawnych o nazwie Argue and Phibbs (co można tłumaczyć jako „konflikt i przekręt”), a Sarah Dry (nazwisko znaczy: Suchy) napisała książkę Waters of the World („Wody świata”). Kiedy Auster wrócił do domu po swoim pierwszym ślubie, w zamku złamał się klucz. Żona twórcy miała fortepian z jednym zepsutym klawiszem. Podczas wycieczki zagrała na innym instrumencie w opuszczonym klubie: klawiatura miała tę samą usterkę. Nic nieznaczące zbiegi okoliczności bywają zalążkiem opowieści, a dla Austera również odpowiedzią na pytanie: „dlaczego piszę?”. Czasami to samo pytanie przybiera poważniejszą formę: „dlaczego żyję?”. Pewnego dnia Auster sprzątał resztki wazonu rozbitego przez synka sąsiadów. Kiedy przeklinał pod nosem cudze szalejące dzieci, zobaczył swoją trzyletnią córeczkę, która w tej samej chwili potknęła się na stromych schodach i niemal dosłownie „leciała” w stronę otwartego okna: cudem zdołał ją złapać. Auster wielokrotnie wspominał także epizod z własnego dzieciństwa: na obozie, podczas wieczornej wycieczki, skautów złapała potężna burza. Polana wydała im się bezpieczniejsza niż las, lecz żeby się tam znaleźć, trzeba było przejść pod drutem kolczastym. Piorun zabił chłopca, który czołgał się pod metalowym ogrodzeniem. Jak po ponad trzydziestu latach wspominał Auster, wówczas nie myślał nawet o tym, że to zdarzyło się zaledwie o krok od niego, nie mówił sobie: „to mnie mogło trafić”. Zapamiętał jednak otwarte usta kolegi, jego siniejącą skórę oraz oczy, w których ujrzał śmierć.
W Wynaleźć samotność ojciec umiera nagle. Z kolei dziadek przez kilka tygodni gaśnie w szpitalu. Starzec siłą woli wydłuża odchodzenie, kurczowo trzyma się życia, a właściwie wspomnień: złożony niemocą, nareszcie znajduje czas, żeby samemu sobie i wnukowi opowiedzieć własną historię. Także bohater ostatniej powieści Paula Austera skupia się na wspomnieniach i przeszłości. Od dziesięciu lat – odrętwiały po śmierci ukochanej żony – emerytowany filozof Baumgartner pisze esej o „bólu fantomowym”, który jest doskonałą metaforą żałoby. Baumgartner to poniekąd zamknięcie Ksiegi pamięci. Pewnego poranka bohater przypalił garnek i potknął się na schodach – a ponieważ ma siedemdziesiąt lat, traktuje te wydarzenia jako pierwsze sygnały starości. Powoli wkracza w poczet starszych panów, którzy zapominają zapiąć rozporek po wyjściu z toalety. Problemy z pamięcią krótkotrwałą nie przeszkadzają mu jednak wypływać na szerokie wody pamięci długotrwałej. Wywoływanie z jej odmętów migawek przeszłości okazuje się kojące, pozwala wrócić do aktywnego życia.
Podobnie jak Paul Auster w dzieciństwie, a następnie kolejni jego bohaterowie, Baumgartner brodzi na pograniczu fikcji, snu i jawy, autobiograficznej pamięci i terapeutycznego zmyślenia. Stary człowiek wciąż rozważa:
w co uwierzyć, kiedy nie ma się pewności, czy domniemane zdarzenie jest prawdziwe lub nieprawdziwe? W obliczu braku jakiejkolwiek informacji, która mogłaby potwierdzić opowiedzianą mi historię albo jej zaprzeczyć, dokonuję wyboru i wierzę poecie.
Dla pisarza barwna scena znaczy więcej niż potwierdzone dokumentem fakty. Także jego najlepszy portret można złożyć z sylwetek jego bohaterów. Podpowiedź podsunął zresztą sam Auster w Podróżach po skryptorium. Mr. Blank, zgodnie ze swoim nazwiskiem, ma pustkę w głowie – nie wie, kim jest, skąd przychodzi ani dokąd zmierza. Nie wie nawet, czy został uwięziony czy w każdej chwili może wydostać się ze swojego ciasnego pokoju. W jego pamięci majaczą konik na biegunach i twarz ukochanej – wspomnienia dotkliwe, które jednak pozwalają mu dojść do siebie. Cierpiącemu na amnezję Blankowi przychodzą z pomocą rozmaite osoby – wszystkie występowały we wcześniejszych książkach Austera. Ale nie chodzi tu o postmodernistyczną matrioszkę, o stwierdzenie, że wszystko jest tekstem. Auster przekonywał o czymś wręcz przeciwnym: nie wszystko jest tekstem, lecz mocno przeżyta lektura jest dla nas rzeczywista jak samo życie. Bohaterowie, których stworzył pisarz, także byli żywi i prawdziwi w jego wyobraźni. Mottem Austera mogło być zdanie: „jestem, dopóki pamiętam”. Albo: „jestem, dopóki żyje moja opowieść”.
