Wczesne opowiadania Thomasa Manna

W Roku Jubi­le­uszo­wym Tho­ma­sa Man­na, sto pięć­dzie­siąt lat po naro­dzi­nach twór­cy, w ocze­ki­wa­niu na nowe tłu­ma­cze­nie Bud­den­bro­oków się­gnę­łam po nie­co już zaku­rzo­ne i nie­co zapo­mnia­ne wcze­sne opo­wia­da­nia nie­miec­kie­go pisa­rza.

Pajac i ja

„Spra­wi­łem sobie ten czy­sty zeszyt, aby opo­wie­dzieć w nim swą histo­rię” – zaczy­na boha­ter i nar­ra­tor opo­wia­da­nia Pajac, prze­ło­żo­ne­go na język pol­ski przez Leopol­da Staf­fa. I opo­wia­da. Opo­wia­da o sta­rym patry­cju­szow­skim domu, w któ­rym dora­stał. Domu z napi­sem „Módl się i pra­cuj” wyry­tym nad drzwia­mi, któ­ry prze­trwał czte­ry poko­le­nia zamoż­nych i sza­no­wa­nych kup­ców. Opo­wia­da o swo­jej mat­ce: cichej, deli­kat­nej, gra­ją­cej na for­te­pia­nie. I o swo­im ojcu: wyso­kim, wład­czym, wpły­wo­wym. Opo­wia­da o dzie­cię­cych zaba­wach w teatr lalek, nauce gry na pia­ni­nie, zain­te­re­so­wa­niu sztu­ką. O dyle­ma­tach – czy pójść w śla­dy ojca, czy mat­ki („spę­dzić życie w marzy­ciel­skiej zadu­mie, czy też w czy­nie i wła­dzy”). Opo­wia­da o tym, jak rósł „nie­zwy­kle weso­ło”, nie przy­kła­dał się do nauki, poświę­cał czas na zaba­wy, sztucz­ki aktor­skie i pisa­nie wier­szy, któ­re jego ojciec nazy­wał bła­zeń­stwa­mi i uzna­wał za prze­jaw „talen­tu paja­ca”.

Ojciec chce, aby roz­po­czął prak­ty­kę zawo­do­wą, mat­ka pra­gnie, by roz­wi­jał swo­je zdol­no­ści arty­stycz­ne. Boha­ter wstę­pu­je do kan­to­ru hur­to­we­go han­dlu drze­wem pana Schlie­vog­ta, a do swo­ich nowych obo­wiąz­ków przy­kła­da się w rów­nie małym stop­niu, jak wcze­śniej do nauki. W trak­cie prak­ty­ki utrzy­mu­je przy­ja­zne sto­sun­ki z innym uczniem, Schel­lin­giem. W cza­sie wol­nym odda­je się czy­ta­niu: „Myśla­łem i czu­łem tak dłu­go w sty­lu jed­nej książ­ki, póki nowa nie wywar­ła na mnie swe­go wpły­wu”. Zda­je sobie spra­wę ze swo­je­go uprzy­wi­le­jo­wa­ne­go poło­że­nia, dzię­ki któ­re­mu pew­ne­go dnia może „opu­ścić mia­sto ze spi­cza­sty­mi doma­mi i gdzie indziej w świe­cie żyć dla swych zami­ło­wań: czy­tać dobre i pięk­nie pisa­ne książ­ki, cho­dzić do teatru, odda­wać się tro­chę muzy­ce”.

Fir­ma ojca pono­si stra­ty i zosta­je zli­kwi­do­wa­na, a ojciec umie­ra. Nie­dłu­go potem umie­ra rów­nież mat­ka. Boha­ter zabie­ra swój spa­dek w wyso­ko­ści stu tysię­cy marek i wyru­sza w dro­gę. Trzy lata spę­dzo­ne w podró­ży na połu­dnie wspo­mi­na jako „pięk­ny, dale­ki sen”. W koń­cu jed­nak odczu­wa „pra­gnie­nie i koniecz­ność” powro­tu do Nie­miec, do „spo­koj­ne­go, regu­lar­ne­go i osia­dłe­go życia”. Zamiesz­ku­je w oka­za­łym, choć nie za dużym nie­miec­kim mie­ście, z dala od rodzin­nej miej­sco­wo­ści. W cen­trum wynaj­mu­je „obszer­ny pokój z przy­le­głą sypial­nią”.

Prowadzi skromne, uregulowane życie, oddając się graniu na fortepianie, czytaniu, spacerom i wizytom w teatrze.

Chwi­la­mi bywa ponu­ry, „tro­chę znu­żo­ny samot­no­ścią” i „bra­kiem łącz­no­ści z dobrym towa­rzy­stwem”. Na wła­sne potrze­by doko­nu­je roz­róż­nie­nia mię­dzy szczę­ściem wewnętrz­nym a zewnętrz­nym, któ­re wyni­ka z apro­ba­ty innych i któ­re­go się zrzekł, „urzą­dza­jąc sobie życie bez ludzi”.

Pod­czas spa­ce­ru w sło­necz­ny jesien­ny pora­nek boha­ter, pełen nie­okre­ślo­nej nadziei na zmia­ny, dostrze­ga mło­dą damę w towa­rzy­stwie jej ojca. Jest zafa­scy­no­wa­ny, porów­nu­je same­go sie­bie do żebra­ka, któ­ry z uli­cy patrzy na dro­go­cen­ny klej­not poły­sku­ją­cy na wysta­wie jubi­le­ra. Nie­ba­wem ponow­nie dostrze­ga ową kobie­tę i jej rodzi­ca w ope­rze. Towa­rzy­szy im mło­dy ado­ra­tor w ele­ganc­kim ubra­niu, „pełen wyż­szo­ści”, o „cudow­nie szczę­śli­wym samo­po­czu­ciu”. Po skoń­czo­nym przed­sta­wie­niu boha­ter w cie­niu i w ukry­ciu podą­ża za całą trój­ką i docie­ra do domu rad­cy spra­wie­dli­wo­ści Raine­ra. „Zde­cy­do­wa­ny dopro­wa­dzić zapi­skę tę do koń­ca”, opo­wia­da o tym, jak dowie­dział się o kier­ma­szu cha­ry­ta­tyw­nym w miej­skim ratu­szu, gdzie spo­dzie­wa się zastać cór­kę rad­cy w roli sprze­daw­czy­ni. Posta­na­wia się do niej zbli­żyć. Znaj­du­je ją sprze­da­ją­cą wino, ale w towa­rzy­stwie ado­ra­to­ra z ope­ry. Nie ma odwa­gi poroz­ma­wiać z kobie­tą, odcho­dzi zawsty­dzo­ny. Póź­niej z ogło­sze­nia w gaze­cie dowia­du­je się, że Anna Rainer i męż­czy­zna z ope­ry mają się pobrać.

Po tym odkry­ciu męż­czy­zna czu­je, że jego „ostat­nia reszt­ka […] szczę­ścia i zado­wo­le­nia z sie­bie padła zaszczu­ta”. Nie­mniej boha­ter zda­je sobie spra­wę, że przy­czy­ną takie­go samo­po­czu­cia nie jest nie­szczę­śli­wa miłość, któ­rą od bie­dy mógł­by zamie­nić w bele­try­sty­kę. Patrząc przez pry­zmat tych dwoj­ga, dostrze­ga w sobie „żało­sną i śmiesz­ną figu­rę” – i to jest powo­dem jego sta­nu psy­chicz­ne­go. Obron­na fasa­da, któ­rą wokół sie­bie zbu­do­wał, runę­ła, a całe jego „upodo­ba­nie w sobie bez­na­dziej­nie wzię­ło w łeb”. Gwoź­dziem do trum­ny oka­zu­je się spo­tka­nie daw­ne­go zna­jo­me­go, Schel­lin­ga, wobec któ­re­go nie potra­fi uda­wać zado­wo­lo­ne­go z sie­bie czło­wie­ka. I choć zapo­wia­da, że ze sobą skoń­czy, odma­wia sobie samo­bój­stwa jako czy­nu zbyt boha­ter­skie­go dla „paja­ca”.

Pokusy biografizmu

To wcze­sne, krót­kie i saty­rycz­ne opo­wia­da­nie w pierw­szej oso­bie, opu­bli­ko­wa­ne w 1897 roku (naj­pierw w cza­so­pi­śmie, póź­niej w debiu­tanc­kim zbio­rze) przez zale­d­wie dwu­dzie­sto­dwu­let­nie­go auto­ra, zawie­ra ele­men­ty auto­bio­gra­ficz­ne, któ­re zna­my z póź­niej­szej twór­czo­ści Man­na. Mia­sto o spi­cza­stych domach i sta­ry patry­cju­szow­ski dom wyraź­nie przy­po­mi­na­ją rodzin­ną Lube­kę – zobra­zo­wa­ną z wiel­ką pre­cy­zją w debiu­tanc­kiej powie­ści Bud­den­bro­oko­wie, któ­ra na sze­ściu­set stro­nach przed­sta­wia dzie­je roz­kwi­tu i upad­ku czte­rech poko­leń sza­no­wa­nej i zamoż­nej kupiec­kiej rodzi­ny. Ojciec Tho­ma­sa, sena­tor Tho­mas Johann Hein­rich Mann, pro­wa­dził rodzin­ną fir­mę, któ­ra po jego śmier­ci zosta­ła zli­kwi­do­wa­na. Mat­ka, Júlia da Silva-Bruhns, uro­dzo­na w Bra­zy­lii, gra­ła na for­te­pia­nie, sam Tho­mas w dzie­ciń­stwie bawił się teatral­ny­mi kukieł­ka­mi, a jako uczeń gim­na­zjum nie przy­kła­dał się do nauki.

Autobiograficzne szczegóły wykorzystane w opowiadaniu „Pajac” oraz inne wątki z życia rodziny Mannów pojawiają się w epickiej sadze rodzinnej, którą Thomas zaczął pisać w tym samym 1897 roku.

Powieść pęcz­nia­ła i dopie­ro dwa i pół roku póź­niej, „po licz­nych prze­rwach”, zosta­ła ukoń­czo­na. Przy­nio­sła mło­de­mu pisa­rzo­wi uzna­nie w śro­do­wi­sku kry­ty­ki lite­rac­kiej oraz ogrom­ną popu­lar­ność wśród czy­tel­ni­ków.

Auto­bio­gra­ficz­ne wąt­ki poja­wia­ją się tak­że w innych opo­wia­da­niach, pocho­dzą­cych z okre­su przed wyda­niem Bud­den­bro­oków (Mały pan Frie­de­mann) oraz napi­sa­nych póź­niej (Tri­stan, Tonio Kröger, Śmierć w Wene­cji, by wymie­nić te naj­bar­dziej zna­ne). Czy­ta­jąc bio­gra­fię Tomasz Mann. Życie jako dzie­ło sztu­ki autor­stwa nie­miec­kie­go bada­cza Her­man­na Kurz­ke­go (tłum. Ewa Kowy­nia, 2005), co rusz natra­fiam na cyta­ty z utwo­rów pisa­rza; zosta­ły przy­to­czo­ne tak, jak­by były wypi­sa­mi z pamięt­ni­ka. Przy­świe­ca temu zało­że­nie, że „bio­gra­fia ser­ca” „zacza­ro­wa­na jest w […] dzie­łach”. Irlandz­ki autor Colm Tói­bín w wyda­nej cał­kiem nie­daw­no powie­ści bio­gra­ficz­nej Cza­ro­dziej (2021) posu­wa się o krok dalej; w jesz­cze więk­szym stop­niu pusz­cza wodze fan­ta­zji i zda­je się na wła­sną intu­icję (choć nie­wąt­pli­wie kro­czy po śla­dach Kurz­ke­go). W owej „fik­cjo­na­li­zo­wa­nej bio­gra­fii” – powie­ści o Tho­ma­sie Man­nie i jego barw­nej, eks­cen­trycz­nej rodzi­nie – odtwa­rza nie­któ­re sce­ny, posił­ku­jąc się wyobraź­nią, ukła­da rów­nież z roz­sy­pa­nych ele­men­tów bio­gra­ficz­nych dia­lo­gi toczą­ce się przy rodzin­nym sto­le.

Poku­sa bio­gra­fi­zmu i bio­gra­ficz­nych odczy­tań jest tu więc nie­zwy­kle sil­na. Trud­no się zresz­tą dzi­wić. Sam autor pod­su­nął inter­pre­ta­to­rom jego twór­czo­ści spo­ro tego rodza­ju tro­pów. Mię­dzy inny­mi w Szki­cu auto­bio­gra­ficz­nym, napi­sa­nym w 1930 roku, nie­dłu­go po otrzy­ma­niu przez Man­na Nagro­dy Nobla. Tekst ów prze­kro­jo­wo uka­zu­je życie twór­cy przez pry­zmat jego dotych­cza­so­we­go dorob­ku lite­rac­kie­go. Mann hoj­nie dzie­li się dida­ska­lia­mi, przy­ta­cza aneg­dot­ki i wska­zu­je na szcze­gó­ły doty­czą­ce jego codzien­no­ści. Na pierw­szej stro­nie umiesz­cza zda­nie: „Dzie­ciń­stwo moje było bez­tro­skie i szczę­śli­we” (tłum. Wan­da Jedlic­ka). Wcze­śniej, w 1906 roku, pisze pierw­szy poważ­ny esej Bil­se i ja (tłum. Maciej Żurow­ski), „rady­kal­ny mani­fest este­tycz­ny”.

Utwór ten zawiera artystyczne credo Manna, które opiera się na założeniu, że artysta nie wymyśla, ale korzysta z doświadczenia życiowego i gotowych wzorów literackich.

Mał­go­rza­ta Łuka­sie­wicz w książ­ce Jak być arty­stą na przy­kła­dzie Toma­sza Man­na (2001) czę­sto powta­rza, że twór­ca ten, pisząc, „nie bie­rze z gło­wy”. Meto­da Man­na pole­ga na prze­twa­rza­niu, któ­re nazy­wa on „udu­cho­wie­niem two­rzy­wa”, na pod­da­wa­niu mate­rii pod­su­wa­nej przez życie oraz lite­ra­tu­rę „pro­ce­du­rze recy­klin­gu”. Bio­graf Kurz­ke ujmu­je to nie­co dosad­niej: „[Mann] Wolał przy­cho­dzić na goto­we, niż zmy­ślać”.

Moment przełomowy

Śmierć ojca, sza­no­wa­ne­go i wpły­wo­we­go oby­wa­te­la Lube­ki, w zasad­ni­czy spo­sób wpły­nę­ła na życie Tho­ma­sa Man­na. W swo­im testa­men­cie ojciec roz­wią­zał rodzin­ną fir­mę, nie widział bowiem dla niej następ­cy ani w oso­bie syna Hein­ri­cha, któ­ry już wte­dy pra­gnął zostać pisa­rzem, ani w oso­bie Tho­ma­sa, któ­ry za kil­ka lat miał dzie­lić pasję z czte­ry lata star­szym bra­tem. Po śmier­ci męża Júlia wraz z dwie­ma cór­ka­mi opu­ści­ła Lube­kę i prze­pro­wa­dzi­ła się do Mona­chium. Publicz­ne odczy­ta­nie wspo­mnia­ne­go testa­men­tu Colm Tói­bín wyobra­ził sobie nastę­pu­ją­co:

Nasłu­chi­wał ze szczy­tu scho­dów, gdy Hein­rich i mat­ka wró­ci­li do domu. – Zmie­nił testa­ment, żeby poka­zać całe­mu świa­tu, co o nas myśli – oznaj­mi­ła Julia. – I byli tam wszy­scy, wszy­scy dobrzy oby­wa­te­le Lube­ki. Sko­ro nie mogą już palić cza­row­nic, wypro­wa­dza­ją wdo­wy i je upo­ka­rza­ją (tłum. Jerzy Kozłow­ski).

Hein­rich sko­rzy­stał ze wspar­cia mat­ki i wyje­chał do Włoch. Tho­mas został na stan­cji w Lube­ce, by dokoń­czyć naukę w gim­na­zjum, choć ta inte­re­so­wa­ła go jesz­cze mniej niż wcze­śniej­sze eta­py edu­ka­cji. Rok póź­niej opu­ścił rodzin­ne mia­sto i prze­niósł się do Mona­chium. Tam pra­co­wał jako wolon­ta­riusz w towa­rzy­stwie ubez­pie­czeń od ognia, gdzie w prze­rwach mię­dzy wypeł­nia­niem kolej­nych doku­men­tów pisał swo­je pierw­sze opo­wia­da­nie Upa­dła. Zosta­ło ono wydru­ko­wa­ne w socja­li­stycz­no-natu­ra­li­stycz­nym cza­so­pi­śmie, co sta­no­wi­ło dla Man­na zachę­tę do podej­mo­wa­nia dal­szych prób twór­czych oraz argu­ment mają­cy prze­ko­nać mat­kę do udzie­le­nia mu finan­so­we­go wspar­cia, dzię­ki któ­re­mu mógł­by on poświę­cić się pra­cy pisar­skiej. W 1895 roku Mann wyje­chał do Włoch, gdzie dołą­czył do bra­ta.

Prze­pro­wadz­kę do Mona­chium, któ­ra ozna­cza­ła bły­ska­wicz­ną pau­pe­ry­za­cję rodzi­ny, Her­mann Kurz­ke uwa­ża za moment prze­ło­mo­wy:

Gdy­by żył ojciec, jego syn jako czło­nek lubec­kiej ary­sto­kra­cji nie mógł­by nigdy napi­sać takiej powie­ści jak „Bud­den­bro­oko­wie”, zdra­dza­ją­cej tyle intym­nych szcze­gó­łów na temat wła­snej i innych pierw­szych rodzin mia­sta. Dopie­ro wypad­nię­cie poza ramy miesz­czań­skie­go świa­ta stwo­rzy­ło z Toma­sza Man­na arty­stę (tłum. Ewa Kowy­nia).

Pomysł napi­sa­nia Bud­den­bro­oków naro­dził się we Wło­szech, gdy Tho­mas jesz­cze bar­dziej odda­lił się od Lube­ki. Fizycz­ny dystans zwięk­szał prze­ni­kli­wość, a pozba­wie­nie korze­ni i spa­le­nie za sobą mostów spra­wia­ły, że mógł poczuć się wol­ny i „nie miał powo­du oszczę­dzać kogo­kol­wiek”. Lube­ka sta­ła się więc mia­stem utra­co­nym, mia­stem ze snu. Z począt­ku autor odtwa­rzał ją saty­rycz­nie, póź­niej rów­nież w spo­sób ele­gij­ny i idyl­licz­ny.

Mieszczanin i artysta

„Na moją ówcze­sną posta­wę życio­wą skła­da­ły się indo­len­cja, nie­czy­ste sumie­nie miesz­cza­ni­na i głę­bo­kie poczu­cie drze­mią­cych we mnie moż­li­wo­ści” – wspo­mi­na Mann w Szki­cu auto­bio­gra­ficz­nym swój pobyt we Wło­szech i czas publi­ka­cji pierw­sze­go tomu opo­wia­dań.

– Słu­cham pana uważ­nie od począt­ku do koń­ca i dam panu odpo­wiedź, któ­ra przy­pa­da do wszyst­kie­go, co pan dziś powie­dział, i roz­wią­zu­je tak nie­po­ko­ją­cy pana pro­ble­mat. A więc! Roz­wią­za­niem jest to, że jest pan w każ­dym calu po pro­stu miesz­czu­chem – mówi Tonio­wi Kröge­ro­wi przy­ja­ciół­ka, rosyj­ska malar­ka Liza­we­ta, i doda­je: – Praw­da? Moc­no to pana dotknę­ło i nie może być ina­czej. Toteż zła­go­dzę tro­chę wyrzut, mogę to zro­bić. Jest pan miesz­czu­chem na manow­cach… Miesz­czu­chem zbłą­ka­nym (tłum. Leopold Staff, 1956).

To już środ­ko­wa część nie­co dłuż­szej nowe­li Man­na Tonio Kröger, któ­ra uka­za­ła się w dru­ku w 1903 roku, a więc już po suk­ce­sie rodzin­nej sagi. Część, któ­rej pisa­nie zaję­ło auto­ro­wi naj­wię­cej cza­su, jak wspo­mi­nał po latach w Szki­cu auto­bio­gra­ficz­nym. Kon­flikt mię­dzy arty­stą a miesz­cza­ni­nem, obec­ny rów­nież w Bud­den­bro­okach i w innych opo­wia­da­niach, został w Tonio Kröge­rze wyraź­nie nazwa­ny.

W pierw­szej czę­ści nowel­ki pozna­je­my głów­ne­go boha­te­ra, któ­ry prze­ży­wa fascy­na­cję swo­im szkol­nym kole­gą, Jan­kiem Han­se­nem. Nar­ra­cja jest tu trze­cio­oso­bo­wa i nie­po­zba­wio­na szczyp­ty dobro­tli­wej iro­nii.

Janek Han­sen był pięk­nym chłop­cem o „sta­lo­wo­błę­kit­nych oczach”, któ­re­go „kocha­li wszy­scy, a naj­bar­dziej Tonio”, i któ­ry „żył w ładzie i szczę­śli­wej zgo­dzie z całym świa­tem”. Tonio tym­cza­sem poświę­cał się raczej „życiu wewnętrz­ne­mu”, grał na skrzyp­cach, dużo czy­tał i odda­wał się cza­sem pisa­niu wier­szy, co „szko­dzi­ło mu bar­dzo w oczach zarów­no współ­ucz­niów, jak nauczy­cie­li”. Frag­ment o mło­dzień­czym uczu­ciu do Jan­ka koń­czy się sło­wa­mi: „Wte­dy żyło jego ser­ce; była w nim tęsk­no­ta i smut­na zazdrość, i odro­bi­na pogar­dy, i cała nie­win­na szczę­śli­wość”.

Jako syn kon­su­lo­stwa Kröge­rów, Tonio dora­stał w dobro­by­cie. „Kochał swo­ją sma­głą, ogni­stą mat­kę, któ­ra prze­dziw­nie gra­ła na for­te­pia­nie i man­do­li­nie” i pocho­dzi­ła z kra­ju „leżą­ce­go na samym dole mapy”. Odczu­wał respekt wobec ojca. W wie­ku szes­na­stu lat Tonio zako­chał się w „jasno­wło­sej Indze, Inge­bor­dze Holm” z „podłuż­ny­mi, śmie­ją­cy­mi się, błę­kit­ny­mi ocza­mi”. Sta­ło się to pod­czas lek­cji tań­ca pro­wa­dzo­nej przez balet­mi­strza z Ham­bur­ga (opis lek­cji jest praw­dzi­wym popi­sem nar­ra­tor­skiej iro­nii). Była tam rów­nież Mag­da­le­na Ver­meh­ren, dziew­czy­na o „dużych, ciem­nych, czy­stych oczach, peł­nych powa­gi i marzy­ciel­stwa”, któ­ra „upa­da­ła czę­sto w tań­cu”, lecz rozu­mia­ła Tonia i chcia­ła czy­tać jego wier­sze. Ale to wła­śnie na myśl o Indze, na któ­rej jego wier­sze nie zro­bi­ły­by żad­ne­go wra­że­nia, ponie­waż była „aro­ganc­ko pospo­li­tą osób­ką”, ser­ce Tonia „kur­czy­ło się bole­śnie”.

„Czas mijał” i w koń­cu Tonio „poczuł w sobie ocho­tę i siły, by stwo­rzyć mnó­stwo dziw­nych rze­czy w świe­cie na swój spo­sób”. Poszedł więc swo­ją dro­gą, „a jeśli błą­dził, to dla­te­go, że dla nie­któ­rych ludzi nie ma w ogó­le wła­ści­wych dróg”. W tym cza­sie rodzi­na jego „popa­da­ła stop­nio­wo w stan kru­sze­nia i roz­kła­du”. Umar­ła bab­ka Tonia, póź­niej jego ojciec, a fir­mę wysta­wio­no na sprze­daż. Nie­dłu­go potem mat­ka Tonia wyszła za mąż za muzy­ka o wło­skim nazwi­sku i „poje­cha­ła w błę­kit­ną dal”. Tonio opu­ścił „cia­sne mia­sto ojczy­ste” i oddał się sztu­ce, któ­ra „nagro­dzi­ła go wszyst­kim, co ma do daro­wa­nia, i zabra­ła mu wszyst­ko, co zwy­kła zabie­rać”. „Żył w wiel­kich mia­stach i na połu­dniu”, do któ­re­go „cią­gnę­ła go krew mat­ki”. Ponad­to „zaplą­tał się w przy­go­dy cia­ła, wpadł w wir roz­ko­szy i gorą­cej winy”. W mia­rę upły­wu cza­su zdo­był uzna­nie za swo­ją arty­stycz­ną pra­cę, któ­rej towa­rzy­szy­ła „rzad­ka, wytrwa­ła i ambit­na pil­ność”. Dzię­ki niej „pra­co­wał nie jak ktoś, kto pra­cu­je, aby żyć, lecz jak ten, co pra­gnie tyl­ko pra­co­wać, gdyż nie ceni w sobie czło­wie­ka żyją­ce­go”.

W tym miej­scu, czy­li w środ­ku życia Tonia i w środ­ku opo­wie­ści o nim, tytu­ło­wy boha­ter poja­wia się w pra­cow­ni rosyj­skiej malar­ki Liza­we­ty. Ta po wysłu­cha­niu lita­nii skarg doty­czą­cych losu arty­sty i prze­my­śleń na temat jego miej­sca w spo­łe­czeń­stwie pod­su­mo­wu­je roz­ter­ki Tonia stwier­dze­niem, że jest on „miesz­czu­chem zbłą­ka­nym”. Liza­we­ta to „postać cał­ko­wi­cie fik­cyj­na”, jak uznał za sto­sow­ne zazna­czyć Mann w swo­im auto­bio­gra­ficz­nym szki­cu. Mogło­by to suge­ro­wać, że posta­cie Jan­ka i Inge­bor­gi, a tak­że Mag­da­le­ny, któ­ra „upa­da­ła w tań­cu”, cał­ko­wi­cie fik­cyj­ne nie są. Tutaj z pomo­cą przy­cho­dzi Kurz­ke, któ­ry już to wyśle­dził, wska­zał odpo­wied­ni­ków wśród praw­dzi­wych szkol­nych kole­gów Man­na, a nawet popro­wa­dził linię od Jan­ka Han­se­na do Przy­by­sła­wa Hip­pe­go i Kław­dii Chau­chat oraz słyn­ne­go „poży­czo­ne­go ołów­ka”, czy­li wyty­czył szlak wio­dą­cy pro­sto na Cza­ro­dziej­ską górę.

Co do „cał­ko­wi­cie fik­cyj­nej” posta­ci Liza­we­ty – jest ona do tego stop­nia pozba­wio­na cech cha­rak­te­ry­stycz­nych, że moż­na by się w niej dopa­try­wać innej stro­ny oso­bo­wo­ści Tonia, któ­ra pró­bu­je się zin­te­gro­wać. Być może w tym wła­śnie celu nie­dłu­go po przy­wo­ła­nej roz­mo­wie Tonio Kröger zde­cy­do­wał się wyje­chać na pół­noc. Odwie­dził rodzin­ne mia­sto, po któ­rym błą­kał się w ciszy, kro­cząc przez „sen­nie swoj­skie uli­ce”. Dotarł nawet do domu rodzin­ne­go, gdzie odkrył Biblio­te­kę Ludo­wą. Nie­co kaf­kow­ski nastrój biblio­te­ki wzma­ga jesz­cze „drob­na for­mal­ność” przy wyjeź­dzie, prze­słu­cha­nie przez poli­cjan­ta, ponie­waż ze wzglę­du na swój połu­dnio­wy wygląd i oso­bli­we zacho­wa­nie Tonio został uzna­ny za poszu­ki­wa­ne przez poli­cję „indy­wi­du­um”.

Pły­nąc okrę­tem do Kopen­ha­gi, w „sza­le wód”, na „tań­czą­cym morzu”, boha­ter prze­żył zachwyt i poczuł, że jego ser­ce zno­wu żyje. Po odwie­dze­niu sto­li­cy prze­niósł się na wybrze­że, do hote­lu kąpie­lo­we­go w Aals­ga­ard, gdzie „roz­ko­szo­wał się głę­bo­kim zapo­mnie­niem, swo­bod­nym buja­niem ponad prze­strze­nią i cza­sem”. Pew­ne­go dnia w hote­lu szy­ko­wa­no przy­ję­cie. Wśród gości dostrzegł Jan­ka Han­se­na i Inge­bor­gę Holm, idą­cych razem. Jasno­wło­si błę­kit­no­ocy „prze­szli w świe­tle sło­necz­nym” obok Tonia. Boha­ter obser­wu­je ich taniec, roz­ma­wia z nimi w myślach, zda­jąc sobie spra­wę, że „język ich nie był jego języ­kiem”, a jego doko­na­nia lite­rac­kie nie zro­bi­ły­by na nich żad­ne­go wra­że­nia. „Z roz­pa­lo­ną twa­rzą stał w ciem­nym miej­scu, bole­jąc po was, o jasno­wło­si, peł­ni życia szczę­śliw­cy”. Z rze­czy­wi­sto­ści, snu lub wspo­mnie­nia wyła­nia się tak­że postać Mag­da­le­ny „o ciem­nych, wil­got­nych oczach”, któ­ra i tym razem upa­da w tań­cu.

W koń­czą­cym opo­wia­da­nie liście do Liza­we­ty (a może do sie­bie same­go?) Tonio opi­su­je swą podróż jako spo­sob­ność do zro­zu­mie­nia, że jego „miesz­czu­chow­stwo” i „miłość do życia” są w isto­cie tym samym – że z mie­sza­ni­ny pół­noc­ne­go tem­pe­ra­men­tu ojca i połu­dnio­we­go tem­pe­ra­men­tu mat­ki powstał „miesz­czuch zabłą­ka­ny w dzie­dzi­nę sztu­ki”, któ­ry „stoi na gra­ni­cy dwóch świa­tów” i „w żad­nym nie czu­je się u sie­bie”. Zaczy­na jed­nak doce­niać rolę, jaką „miesz­czań­ska miłość do tego, co ludz­kie, żywe i zwy­czaj­ne”, odgry­wa w jego sztu­ce. Ostat­nie sło­wa listu sta­no­wią nie­mal lustrza­ne odbi­cie koń­ca opo­wie­ści o zauro­cze­niu Jan­kiem Han­se­nem:

Ale naj­głęb­sza i naj­skryt­sza miłość moja nale­ży do jasno­wło­sych i błę­kit­no­okich, do jasnych, żywych, szczę­śli­wych, miłych i zwy­czaj­nych. Niech pani nie gani tej miło­ści, Liza­we­to; jest ona dobra i owoc­na. Tkwi w niej tęsk­no­ta i smut­na zazdrość, i odro­bi­na pogar­dy, i zgo­ła nie­win­na szczę­śli­wość (tłum. Leopold Staff).

Jasne i ciemne

Wcze­sne opo­wia­da­nia Tho­ma­sa Man­na były czę­sto­kroć okre­śla­ne jako reali­stycz­ne. Duń­ski badacz Bengt Algot Søren­sen uwa­ża to podej­ście za myl­ne. W swo­im ese­ju Sym­bo­li­ka w mło­dzień­czych opo­wia­da­niach Toma­sza Man­na sta­wia na odczy­ta­nia sym­bo­licz­ne. Tekst w tłu­ma­cze­niu Zbi­gnie­wa Fon­fer­ki uka­zał się w zbio­rze Tomasz Mann w oczach kry­ty­ki świa­to­wej, wyda­nym z oka­zji set­nej rocz­ni­cy uro­dzin twór­cy. Søren­sen powo­łu­je się na same­go pisa­rza, któ­ry nie­jed­no­krot­nie powta­rzał, że „twór­czość lite­rac­ka zawsze wyda­je […] [mu] się sym­bo­licz­ną”, a w swo­jej roz­pra­wie Bil­se i ja okre­ślał rze­czy­wi­stość jako „zmy­sło­wy śro­dek uka­zy­wa­nia idei”. Søren­sen meta­fo­rycz­nie nazy­wa meto­dę Man­na „potę­go­wa­niem rze­czy­wi­sto­ści do sym­bo­lu”. Uwa­ża, że stra­te­gia ta peł­ni­ła waż­ną funk­cję we wcze­snych opo­wia­da­niach Man­na, choć począt­ko­wo sto­so­wa­na była „nie­pew­nie i eks­pe­ry­men­ta­tor­sko”. A zatem: jakie idee poka­zy­wał Mann za pomo­cą sym­bo­li w swo­ich tek­stach?

Przede wszyst­kim ideę „życia”, czy­li wiel­kie­go Nie­tz­sche­ań­skie­go hasła filo­zo­ficz­nej i este­tycz­nej dys­ku­sji tam­te­go cza­su. Życie, czy­li to, co uśmiech­nię­te, zdro­we, pręż­ne. Życie jako prze­ci­wień­stwo ducha. Bie­gu­no­wość życia i ducha w twór­czo­ści Man­na jest zastę­po­wa­na lub uzu­peł­nia­na przez inne prze­ci­wień­stwa: szczę­ście – cier­pie­nie, speł­nie­nie – tęsk­no­ta, dzia­ła­nie – bier­ność, wspól­no­ta – samot­ność, miesz­czań­skość – sztu­ka. Życie, czy­li to, co uśmiech­nię­te i zdro­we (ale tak­że pospo­li­te i banal­ne), przed­sta­wia się w książ­kach Man­na jako „jasno­wło­se” i „nie­bie­sko­okie”. Pre­zen­tu­je się w świe­tle i świa­tło odbi­ja. To nato­miast, co jest dome­ną ducha, sztu­ki, cier­pie­nia i głę­bi, jest ciem­ne, ciem­no­okie i skry­te w mro­ku. Fascy­na­cja Tonia Kröge­ra Jan­kiem Han­sem i Inge­bor­gą Holm, jasno­wło­sy­mi błę­kit­no­oki­mi isto­ta­mi, spo­tę­go­wa­ny­mi w tek­ście po wie­lo­kroć, pomno­żo­ny­mi i pod­nie­sio­ny­mi do ran­gi sym­bo­lu, jest aż nad­to sym­bo­licz­na, dla­te­go Søren­sen chęt­nie uży­wa jej do zilu­stro­wa­nia swo­jej tezy.

Ale sym­bo­le jasno­ści i ciem­no­ści znaj­dzie­my tak­że w opo­wia­da­niu Pajac, w któ­rym boha­ter po raz pierw­szy widzi Annę w bla­sku słoń­ca, a o jej ado­ra­to­rze mówi, że żyje on w „słoń­cu powszech­ne­go sza­cun­ku”. Sie­bie nato­miast postrze­ga jako kogoś „w rodza­ju nie­to­pe­rza lub sowy”, kto sie­dząc w ciem­no­ści, patrzy z zazdro­ścią na „ludzi świe­tla­nych, prze­mi­łych szczę­śliw­ców”. Sym­bo­li­kę tę znaj­dzie­my rów­nież, choć przed­sta­wio­ną nie­co mniej dosad­nie, w opo­wia­da­niach Mały pan Frie­de­mann oraz Tri­stan, a tak­że w posta­ci jasno­wło­se­go błę­kit­no­okie­go mło­dzień­ca Tadzia, obiek­cie fascy­na­cji i powo­dzie zgu­by pod­sta­rza­łe­go pisa­rza Gusta­wa von Aschen­ba­cha w nowe­li Śmierć w Wene­cji. Sam Mann w póź­niej­szych latach nie­co się dystan­so­wał od tej sym­bo­li­ki, wspo­mi­na­jąc w Szki­cu auto­bio­gra­ficz­nym:

Co praw­da „jasno­wło­sa bestia” stra­szy rów­nież w mojej mło­dzień­czej twór­czo­ści, ale do tego stop­nia pozba­wio­na swe­go bestial­skie­go cha­rak­te­ru, że został z niej tyl­ko typ jasno­wło­sy w połą­cze­niu z bez­dusz­no­ścią jako przed­miot ero­tycz­nej iro­nii i kon­ser­wa­tyw­nej apro­ba­ty (tłum. Wan­da Jedlic­ka).

W dzi­siej­szych czy­tel­ni­kach typ ten może budzić jesz­cze więk­szą gro­zę. Nie­bie­sko­ocy i jasno­wło­si – ide­ał rasy aryj­skiej – nie koja­rzą się już dzi­siaj świe­tli­ście i nie­win­nie. Kon­tekst deko­lo­ni­za­cji spra­wia, że nie­co ostroż­niej uży­wa­my też jasnych i ciem­nych okre­śleń.

Gmach i fasada

Bio­gra­fia Tomasz Mann. Życie jako dzie­ło sztu­ki autor­stwa Her­man­na Kurz­ke­go powsta­ła w rezul­ta­cie wyraź­ne­go zain­te­re­so­wa­nia życiem pisa­rza. Owa cie­ka­wość była z kolei wzmo­żo­na za spra­wą zawar­to­ści sekret­nych dzien­ni­ków Man­na, któ­re – zgod­nie z wolą auto­ra – zosta­ły opu­bli­ko­wa­ne dopie­ro dwa­dzie­ścia lat po jego śmier­ci.

Biograf od pierwszych stron swojej pracy śledzi homoerotyczne fantazje – zaszyte, zamaskowane, ukryte i przetworzone w utworach Manna.

Fan­ta­zje te, w publicz­nym życiu skry­wa­ne przez pisa­rza za fasa­dą sta­tecz­ne­go życia w mał­żeń­stwie, któ­re „nie było nie­szczę­śli­we” i przy­nio­sło mu sze­ścio­ro dzie­ci, Kurz­ke obja­śnia nastę­pu­ją­co:

Mann był czło­wie­kiem zamknię­tym w sobie i niko­mu nie pozwa­lał zaj­rzeć w głąb ser­ca. Z mistrzow­ską dys­cy­pli­ną utrzy­my­wał fasa­dę, pozba­wio­ny jej uznał­by życie za nie do znie­sie­nia. Tyl­ko two­rząc, czuł się wol­ny, tyl­ko pod osło­ną dys­kret­nej nie­dy­skre­cji sztu­ki mógł mówić o sobie i zdra­dzać swo­je tajem­ni­ce (tłum. Ewa Kowy­nia).

Następ­nie zaś doda­je swo­ją myśl prze­wod­nią o bio­gra­fii ser­ca, zacza­ro­wa­nej w dzie­łach pisa­rza. Kurz­ke wie­lo­krot­nie odwo­łu­je się rów­nież do wznie­sio­ne­go przez Man­na „kunsz­tow­ne­go gma­chu życia”, któ­ry nie runął, ale „wciąż na nowo zawa­la się w twór­czo­ści”.

Z kolei Roman Karst w posło­wiu do jed­nej z pol­skich edy­cji opo­wia­dań Man­na (Czy­tel­nik, 1966) pod­kre­śla, że pisarz „opla­ta fabu­łę paję­czy­ną moty­wów auto­bio­gra­ficz­nych”, a uka­zu­jąc losy swo­ich boha­te­rów, rów­no­cze­śnie mówi „o wła­snej udrę­ce”.

Maskowanie, zaszywanie, ukrywanie

Wszyst­ko roz­po­czę­ło się od opo­wia­da­nia Mały pan Frie­de­mann. Przy­naj­mniej jeśli wie­rzyć intu­icji bio­gra­fa, któ­ry przy­ta­cza ówcze­sną kore­spon­den­cję Man­na. W liście do przy­ja­cie­la Otto­na Grau­tof­fa – rów­nież podej­mu­ją­ce­go pierw­sze pisar­skie pró­by – mło­dy autor na gorą­co dzie­li się swo­im odkry­ciem:

Od „Małe­go pana Frie­de­man­na” zapra­gną­łem form i masek, w któ­rych mógł­bym poru­szać się mię­dzy ludź­mi, nie kry­jąc swych prze­żyć. Tym­cza­sem kie­dyś potrze­bo­wa­łem aż dzien­ni­ka, gdy chcia­łem je zako­mu­ni­ko­wać nawet same­mu sobie… (tłum. Ewa Kowy­nia).

Póź­niej zaś, zwra­ca­jąc się do tego same­go powier­ni­ka, uści­śla:

Od pew­ne­go cza­su czu­ję się tak, jak­bym wresz­cie miał wol­ną dro­gę, jak­bym wresz­cie zna­lazł spo­so­by i środ­ki wyga­da­nia się i wyra­że­nia, arty­stycz­ne­go wyży­cia się […], zna­la­złem nar­ra­tor­skie i nada­ją­ce się do publicz­ne­go wysta­wie­nia for­my i maski dla mojej miło­ści, mojej nie­na­wi­ści, mojej lito­ści, mojej pogar­dy, moje­go szy­der­stwa i moich skarg… (tłum. Ewa Kowy­nia)

Mały pan Frie­de­mann to nie­co już zapo­mnia­ny, krót­ki i nie­po­zor­ny utwór. Opo­wia­da o gar­ba­tym mło­dzień­cu, któ­ry wie­dzie cichą egzy­sten­cję na obrze­żach spo­łe­czeń­stwa i czer­pie przy­jem­ność z muzy­ki i lite­ra­tu­ry. Poja­wie­nie się w mie­ście nowe­go puł­kow­ni­ka wraz z żoną, panią von Rin­n­lin­gen, burzy spo­kój boha­te­ra. Umi­ło­wa­nie sztu­ki zbli­ża tych dwo­je do sie­bie, mały pan Frie­de­mann zako­chu­je się i docho­dzi do wnio­sku, że dotąd nie był szczę­śli­wy, a jedy­nie się okła­my­wał. Wyzna­je miłość pani von Rin­n­lin­gen, ale zosta­je odrzu­co­ny i topi się w rze­ce.

Nie ma pew­no­ści, czy wspo­mi­na­jąc Małe­go pana Frie­de­man­na w liście do przy­ja­cie­la, Mann miał na myśli cały debiu­tanc­ki zbiór, opu­bli­ko­wa­ny w 1898 roku (w tomie zna­la­zło się rów­nież opo­wia­da­nie Pajac), czy może wyłącz­nie tytu­ło­we opo­wia­da­nie. W każ­dym razie mniej wię­cej w tam­tym cza­sie Mann usta­lił swój styl. Jak pod­kre­śla bio­graf: „Aż do póź­ne­go wie­ku będzie go już tyl­ko wysub­tel­niał, popra­wiał i pogłę­biał, lecz wła­ści­wie go nie zmie­ni”. A będzie pisał przez ponad sześć­dzie­siąt lat.

Dekadencja i ironia

Klucz do inter­pre­ta­cji wcze­snych opo­wia­dań Man­na pod­su­wa Nor­bert Hon­sza. W obszer­nym wstę­pie do opra­co­wa­ne­go przez sie­bie wybo­ru nowel i ese­jów pisa­rza, wyda­nym w serii Biblio­te­ki Naro­do­wej (1975), uka­zu­je on twór­cę na tle prze­mian kul­tu­ro­wych i ten­den­cji w pro­zie. Pod­kre­śla jed­no­cze­śnie, że Mann „szedł dro­gą wła­snych praw wewnętrz­nych” i nie zwią­zał się z żad­nym ówcze­snym kie­run­kiem lite­rac­kim, po swo­je­mu jed­nak zmo­der­ni­zo­wał struk­tu­rę współ­cze­snej powie­ści.

Choć Mann pozostawał „wyobcowanym indywidualistą” (na co mógł wpłynąć społeczny i materialny upadek jego rodziny), traktował „własne posłannictwo artystyczne” jako zobowiązanie wobec tradycji i mieszczańskiej przeszłości.

Nor­bert Hon­sza pisze rów­nież o nie­zgo­dzie Man­na na „czy­sty este­tyzm” oraz o kon­se­kwent­nym pro­te­ście auto­ra wobec „zwi­chrzo­nej i nie­spo­koj­nej epo­ki”. Naj­cie­kaw­sze wyda­ją się spo­strze­że­nia bada­cza doty­czą­ce sto­sun­ku Man­na do deka­den­ty­zmu.

W uję­ciu Tho­ma­sa Man­na deka­den­cja wyra­ża­ła się w cier­pięt­nic­twie wobec życia, w wąt­pli­wo­ściach co do sen­su ludz­kie­go ist­nie­nia, a tak­że w moral­nej i filo­zo­ficz­nej iner­cji, głę­bo­kiej melan­cho­lii i sym­pa­tii dla śmier­ci. Posta­wę tę pre­zen­tu­je zarów­no postać Paja­ca, jak i mło­dy pan Frie­de­mann, czę­ścio­wo rów­nież Tonio Kröger (w swo­jej prze­mo­wie do Liza­we­ty na temat arty­sty i spo­łe­czeń­stwa). Nie­mniej badacz zde­cy­do­wa­nie pod­kre­śla: „Mann nie pozo­stał jedy­nie kro­ni­ka­rzem i inter­pre­ta­to­rem deka­den­cji”. Przez uka­za­nie jej typo­wych prze­ja­wów pró­bo­wał prze­zwy­cię­żać nihi­li­stycz­ne nastro­je, a jego głów­ną i naj­waż­niej­szą bro­nią była iro­nia. Subiek­tyw­ny nar­ra­tor Man­na chęt­nie, czę­sto i umie­jęt­nie posłu­gu­je się iro­nią. Cią­gle tak­że komen­tu­je wyda­rze­nia i boha­te­rów, doda­je swo­je wtrę­ty, sie­je wąt­pli­wo­ści.

Spo­śród wcze­snych opo­wia­dań Man­na naj­wię­cej nar­ra­tor­skiej iro­nii zawie­ra Tri­stan. Nowel­ka ta sta­no­wi rów­nież dosko­na­ły przy­kład potwier­dza­ją­cy traf­ność spo­strze­żeń Nor­ber­ta Hon­szy doty­czą­cych iro­nii jako głów­nej (i nie­zmier­nie wdzięcz­nej) bro­ni pisa­rza słu­żą­cej do prze­zwy­cię­ża­nia nihi­li­zmu i deka­denc­kich nastro­jów. Tym razem nie będę pró­bo­wać stresz­czać opo­wia­da­nia, a jedy­nie zacy­tu­ję jego frag­ment. Cho­ciaż nar­ra­tor pozo­sta­je zło­śli­wy i uszczy­pli­wy wobec wszyst­kich posta­ci zamiesz­ku­ją­cych sana­to­rium Zaci­sze, naj­bar­dziej dosta­je się nihi­li­ście i mrocz­ne­mu arty­ście, Detle­vo­wi Spi­nel­lo­wi. Nazy­wa­ny bywa on „zgni­łym nie­mow­lę­ciem” i „roman­so­pi­sa­rzem”, któ­ry „uży­wał bar­dzo chęt­nie sło­wa «pra­co­wać» dla swo­jej wąt­pli­wej czyn­no­ści”. Co zaś tyczy się pisa­nia:

Sło­wa zda­wa­ły się wca­le nie napły­wać, jak na kogoś, któ­re­go oby­wa­tel­skim zawo­dem było pisa­nie, ruszał żało­śnie poma­łu z miej­sca i kto go widział, musiał dojść do prze­ko­na­nia, że lite­rat to czło­wiek, któ­re­mu pisać jest trud­niej niż innym ludziom (tłum. Leopold Staff).

Dodat­ko­wym smacz­kiem bio­gra­ficz­nym była reak­cja jed­ne­go z Man­now­skich zna­jo­mych po pió­rze, któ­ry przy­jął postać lite­ra­ta z nie­ma­łym obu­rze­niem. Aby raz na zawsze uciąć spe­ku­la­cje (co nie do koń­ca się uda­ło), Mann napi­sał esej Bil­se i ja, w któ­rym zawarł swo­je cre­do. Spra­wę lite­ra­ta sko­men­to­wał krót­ko: „Ja sam wcie­li­łem się w tę postać, nie­trud­no to chy­ba zauwa­żyć”.

– autorka esejów, reportaży oraz krótkich form prozatorskich.

więcej →

– niemiecki prozaik i eseista, laureat Literackiej Nagrody Nobla w 1929 roku.

więcej →

Powiązane teksty

19.01.2026
Szkice

Z plastikowej Wenus na cyfrowe wydmy Regis III. Adaptacje i gradaptacje beletrystyki Lema

Przed przystąpieniem do analizy gradaptacji dzieł Lema warto zauważyć, że także inni, współcześni mu klasycy literackiej SF nie zawsze mogli liczyć na udane adaptacje swoich fabuł do formuły gry wideo – o teatralnych, filmowych i komputerowych realizacjach twórczości Stanisława Lema piszą Natalia Kańduła, Szymon Piotr Kukulak i Jakub Gomułka.

13.01.2026
Recenzje

W gorsecie z emocji. Zespalanie światów według Maxa Blechera

Wierzę, że spotkanie z prozą Blechera pozostawia w nas głęboki ślad, dotykając naszych największych atawistycznych lęków – tych związanych z chorobą, samotnością, śmiercią. Równocześnie skłania nas do refleksji nad tym, jak korzystać z życia i mimo wszystko dążyć do względnego dobrostanu – o Dziełach zebranych Maxa Belchera pisze Olga Bartosiewicz-Nikolaev.