„Hanna Schygulla we wczesnych filmach Fassbindera zawsze przypomina mi jedwabną chustę, którą ktoś podrzucił w powietrze, i podczas gdy tak wisi w zawieszeniu, rzutuje się na nią obrazy”1. Tak Elfriede Jelinek rozpoczyna swój krótki tekst Żadna odrzucona twarz (kilka nieuporządkowanych notatek o Hannie Schygulli), w którym analizuje fenomen tej aktorki. Skupia się na twarzy niemieckiej diwy. Twarzy, która należy i nie należy do Schygulli. Chusta rzucona w powietrze nie ma własnej woli, jej kształt zależy wyłącznie od praw fizyki i podmuchów wiatru – w tym przypadku od życzeń, a może raczej obsesji reżysera. Nie muszę nawet wymieniać jego nazwiska. Jest ono przyklejone do twarzy Schygulli na zawsze, jakby nie starała się mu wymknąć. Od razu prześwietla się ono przez jej wizerunek, który jest przez niego nawiedzony. Oba wizerunki artystów są splecione jak w uścisku, o którym nie wiadomo, czy jest wyrazem miłości czy okrucieństwa.
Twarz Schygulli, jak twarz każdej ikony, wraz z rozwojem jej kariery stopniowo się od niej odrywa, z każdą rolą nasącza się znaczeniami i jako sobowtór zaczyna żyć własnym, światowym życiem. Im ważniejsze dla publiczności jest to, co ta twarz przedstawia, tym bardziej staje się ona własnością tłumu. Z jednej strony może być wszystkim, z drugiej – nabiera ciężaru za sprawą kolejnych ikonicznych ról, które wryły się w pamięć widowni.
Wizerunek aktorki widnieje też na okładce zbioru esejów Urok melancholii. Dziewięć spotkań z Hanną Schygullą pod redakcją Andrzeja Gwoździa. Widzimy na niej szkic twarzy legendarnej aktorki w dużym przybliżeniu; ma ona lekko wzniesioną brodę, rozchylone usta, a na czole wypisane to niewidzialne nazwisko: Fassbinder. Wygląda trochę, jakby ją ktoś w tym prostokącie formatu książki uwięził albo – jak chcą niektórzy – uwiecznił. Jak w klatce filmu.
Książka, podobnie jak tekst Jelinek, krąży wokół wizerunku aktorki, naświetla go z różnych stron. Jest to w pewnym sensie książka przygodowa, w której główną bohaterką jest twarz aktorki doświadczającej najróżniejszych, niesamowitych wypadków. Dzięki współpracy z Rainerem Wernerem Fassbinderem staje się ona gwiazdą nowej fali niemieckiej, ikoną kina poszukującego, żywym symbolem. Potem twarz próbuje uciekać od swojego wizerunku i ląduje w filmie z Chuckiem Norrisem albo w nieudanej amerykańskiej komedii romantycznej. Staje się też gwiazdą filmu Pasja J.L. Godarda, który, zafascynowany aktorką, a raczej jej wizerunkiem, zaprosił ją do współpracy, a dopiero później napisał specjalnie dla niej scenariusz. Wreszcie odnajduje się jako szansonistka. Na końcu książki oczywiście bohaterka wraca do domu, do początku. Ostatni z esejów mówi bowiem o jej narodzinach w małym mieście gdzieś na krańcach III Rzeszy, czyli w Königshütte, inaczej zwanym Chorzowem. Hanna Schygulla, zanim stała się tą Hanną Schygullą. Aktorka często wspomina przy różnych okazjach swoje wczesne, naznaczone wojną dzieciństwo oraz dramatyczną ucieczkę z matką do Niemiec. Podkreśla, że doświadczenie bycia dzieckiem uchodźcą dorastającym w powojennych ruinach Monachium wywarło ogromny wpływ na jej poczucie wykorzenienia i późniejszą wrażliwość artystyczną.
Wszystkie te operacje prowadzone na aktorce przypominają mi trochę sztukę teatralną Martina Crimpa Attempts on Her Life (w dosłownym tłumaczeniu: „Zamachy na jej życie”). To zbiór siedemnastu scen nieskładających się w żadną spójną historię czy linię narracyjną. Ich jedynym wspólnym mianownikiem jest fakt, że w każdej z nich próbuje się jakoś zdefiniować, złapać istotę bohaterki o imieniu Anne. Ona sama nigdy nie pojawia się na scenie, a cała wiedza o niej pochodzi wyłącznie z relacji innych osób. W rozmowach jej postać jawi się raz jako terrorystka, innym razem jako ofiara przemocy, nieletnia gwiazda porno czy nawet luksusowe auto. Sztuka bada proces uprzedmiotowienia i to, jak społeczeństwo konstruuje tożsamość jednostki bez jej udziału. Zadaje pytanie, czy Anne w ogóle istnieje czy jest jedynie projekcją cudzych fantazji.
Wróćmy do Jelinek:
Bardziej interesują mnie wczesne filmy tej aktorki, na przykład „Miłość jest zimniejsza niż śmierć”, jeden z moich ulubionych obrazów, gdzie gra młodą dziwkę i w tej obojętności dowolnie rzuconej chusty dosłownie tonie i staje się wszystkim, może być wszystkim, czym tylko zechce reżyser. […] twarz Hanny Schygulli sama znów staje się powierzchnią projekcyjną, na którą później najsłynniejsi fotografowie mogli rzucać swoje wizualne wyobrażenia o kobiecie, ponieważ ta twarz mogła, może być wszystkim, bo nie zachowuje się tak czy owak, nie robi tego czy tamtego, nie wykrzywia się w minie, nie zastyga w działaniu, co twarz zazwyczaj musi robić, by trafić na zdjęcie […]. Myślę, że dlatego Fassbinder tak kochał tę aktorkę: mógł z nią zrobić wszystko, mógł wszystko na nią rzucić, a nawet władza, jaką ma nad mężczyznami, jest władzą ociężałą, obojętną (obojętność to największa władza w ogóle), bo skoro Fassbinder zrobił już wszystko, jego aktorka nie musiała robić już nic. Dlatego nie groziły jej żadne spustoszenia, oddała odpowiedzialność za siebie, ta Hanna S.2
Schygulla w Miłość jest zimniejsza niż śmierć nie gra pracownicy seksualnej, ofiary patriarchatu ani uwikłanej w zbrodnię kochanki – ona po prostu przyjmuje na siebie tę formę. Pozwala z siebie skorzystać. Jelinek idzie w swojej analizie jeszcze dalej, uderzając w sadomasochistyczny wręcz rdzeń relacji między Fassbinderem a jego muzą:
Chusta reaguje na to ze spokojem, z jakim dzieci przyzwyczajone do bicia je znoszą, nie pokazuje niczego pogniecionego, pomarszczonego […], po prostu są na niej obrazy, a może to być każdy, absolutnie każdy obraz3.
Właśnie ten „spokój bitych dzieci” jest tym, co jednocześnie nas fascynuje i przeraża. To absolutne oddanie się w niewolę wizerunku. Twarz Schygulli to twarz widmo, z której Fassbinder wyssał indywidualną tożsamość. Aktorka nie broni się przed tym zawłaszczeniem. Jej obojętność staje się jej zbroją i jej największą siłą przyciągania. Schygulla nie krzywi się, nie szarżuje ekspresją. Trwa w stanie medytacyjnego letargu, podczas gdy wokół niej rozpada się świat.
*
Szkic na okładce Uroku melancholii… wygląda jak przerysowany kadr z filmu Małżeństwo Marii Braun, w którym Schygulla wykreowała tytułową rolę. A może to wcale nie ten obraz? Może to po prostu rola, która odłożyła się we mnie w największym stopniu? Właściwie mógłby to być przecież kadr z każdego innego filmu aktorki, która przecież należy do kategorii „zawsze gra to samo”. Osobowość, fotogeniczność lub wizerunek takich aktorek są zawsze silniejsze niż postać. Schygulla sama zatytułowała wstęp do swojej autobiografii Zawsze taka sama, a jednak inna. Ta „takasamość” zresztą stanowi częsty rodzaj zarzutu wobec aktora czy aktorki. Oznacza, że odgrywający staje się widoczny, postać nie przykrywa go dokładnie, nie jest jak szczelna maska, a jedynie jak narzucony niedbale kostium, i to często taki ze sklepu z gadżetami imprezowymi. Jest w tym coś niesmacznego, jakby ktoś puścił bąka w towarzystwie. „Dlaczego ten człowiek ma czelność wychylać się z podartej, pobrudzonej nim postaci i wybudzać nas ze snu perfekcyjnej, filmowej iluzji?” Odpowiedź może być taka: wychyla się i pokazuje szwy właśnie po to, żeby nas obudzić. Na tym postbrechtowskim wykorzystaniu efektu obcości zresztą opierają się filmy Fassbindera. Dla Schygulli jednak stało się to cechą jej aktorstwa w ogóle, także w odniesieniu do innych ról.
Aktor w filmach Fassbindera nie ma być człowiekiem z krwi i kości, lecz społecznym znakiem, obnażonym trybikiem w maszynie, demonstratorem pewnej postawy. Kiedy Hanna Schygulla wypowiada najbardziej wstrząsające, okrutne lub wręcz melodramatyczne kwestie całkowicie płaskim, obojętnym tonem, zastygnąwszy nagle w kadrze w nienaturalnych pozach niczym lalka, celowo wytrąca nas z równowagi. Zamiast współczuć jej prywatnemu nieszczęściu, jesteśmy zmuszeni patrzeć na to, co jest dookoła. W powojennych Niemczech miało to dodatkowe wywrotowe znaczenie polityczne. Bohaterowie filmów Fassbindera podejmują decyzje o życiu, śmierci i zdradzie, ale brzmią, jakby odczytywali raporty księgowe. Sztuczność staje się wehikułem obrazoburczej prawdy, którą reżyser rzuca niemieckim widzom prosto w twarz.
Małżeństwo Marii Braun to monumentalna alegoria Niemiec powojennych, osadzona w ciele jednej kobiety. Maria, straciwszy (jak jej się wydaje) męża na froncie, nie pogrąża się w żałobie, nie rozlicza się z nazizmem. Zamiast tego bezwzględnie odcina się od przeszłości i na jej ruinach wznosi swoje kapitalistyczne królestwo przetrwania, niczym brechtowska Matka Courage handlując na czarnym rynku, uwodząc amerykańskich żołnierzy, a potem bezlitośnie pnąc się po szczeblach kariery w nowym, wyłaniającym się świecie. Ciało Marii Braun reprezentuje tu terytorium Niemiec Zachodnich. Jej wyrachowana obojętność i chorobliwa potrzeba kontroli zdają się reprezentować narodową politykę wyparcia. Wiemy, że za tą kamienną twarzą coś się kryje, ale nie mamy do tego dostępu. Maria jest nieprzenikniona, idealnie zabudowana graną przez siebie postacią kobiety sukcesu. Kiedy na końcu filmu wybuch gazu niszczy jej idealny, nowobogacki dom, jest to ostateczny wyrok Fassbindera za kłamstwo, na którym zbudowano nowoczesne państwo niemieckie.
W eseju Wojna powietrzna i literatura Winfried Georg Sebald oskarżał powojenne Niemcy o celowe odwracanie wzroku od przeszłości. Zamiast zmierzyć się z winą i pożogą, naród rzucił się w wir pracy, odbudowy i kapitalizmu. Jak pisał Sebald, nowa rzeczywistość była tworzona tak, „jakby obraz całkowitego zniszczenia nie był przerażającym końcem zbiorowej aberracji, lecz czymś w rodzaju pierwszego etapu nowego, wspaniałego świata”4. Milczenie o wojennej ranie było ceną za gospodarczy cud lat 60. XX wieku.
Reżyser umieścił twarz Schygulli w samym centrum tej narodowej wyrwy. Maria Braun mówi nam przez cały film: „To jest zły czas na emocje. Uczucia to luksus, na który nas teraz nie stać”. Z latającej, podatnej na podmuchy wiatru chusty we wczesnych etiudach przekształca się w sztywny pancerz, wyalienowaną, zmonumentalizowaną zbroję. Jak mówi Maria Braun w filmie: „Jestem mistrzynią kamuflażu: za dnia narzędziem kapitalizmu, nocą agentką mas proletariackich – prawdziwa Mata Hari cudu gospodarczego”5.
Podobny ciężar jak Maria Braun niesie późniejsza rola w Lili Marleen – Schygulla gra tu gwiazdę estrady w czasach III Rzeszy, a tytułowy utwór staje się niespodziewanie oficjalnym, frontowym hymnem. Jak pisze Iwona Kurz w swoim świetnym tekście Hanna Schygulla a historia pewnej piosenki, czyli o naiwności:
[Fassbinder – H.S.] wydarzenia historyczne włączył w mitologię filmową, obficie czerpiąc z estetyki epoki nazistowskiej i przywołując liczne skojarzenia filmowe. Hanna Schygulla jako Willie jest jednocześnie Lale Andersen i „sobą”, czyli gwiazdą Fassbindera o dwuznacznym uroku „Marilyn przedmieść”, łączącej wulgarność i sentyment, glamour i zapach prowincji. Jest również Kristiną Söderbaum, „wcieleniem aryjskości” z filmów nazistowskich, gwiazdą (i żoną) Veita Harlana, autora „Żyda Süssa” (1940) i „Ofiary” (1944). Jest wreszcie wariacją na temat Marleny Dietrich, która śpiewała „Lili Marleen” po angielsku. Mówiono zresztą o Schygulli, że była dla Fassbindera tym, kim Dietrich dla Josefa von Sternberga6.
Jej twarz znów jest w centrum – używana tym razem przez nazistowską machinę propagandową Josepha Goebbelsa i pożądana przez żołnierzy Wehrmachtu. Aktorka znów uwięziona jest w wizerunkowym konstrukcie, z tą różnicą, że tym razem gra z mitem ikony w sposób w pełni świadomy.
Zarówno Maria Braun, jak i Lili Marleen stanowiły dla Fassbindera próbę narodowego egzorcyzmu. Reżyser, podobnie jak Sebald, z bezlitosną konsekwencją uderzał w swoich rodaków, desperacko próbował nimi wstrząsnąć. Wymierzał im raz za razem. Twarz aktorki po obu tych bardzo głośnych filmach ostatecznie staje się pejzażem, na którego tle rozgrywają się kolejne wielkie wydarzenia z historii Niemiec – polityczną panoramą w ramie złotych loków. Staje się ikoną w każdym sensie tego słowa. Symbolem, kontekstem, punktem odniesienia, których patrzący na nią już nigdy nie będą mogli zignorować. Zamknięto ją w więzieniu jej własnego wizerunku – reżyserzy widzieli w niej odtąd ostateczną nosicielkę niemieckiej winy, zepsucia i tragicznej woli przetrwania.
*
To, jak wizerunek wpływa na odbiór widowni i jak ten zmienia się z upływem lat, najlepiej widać, kiedy w filmowej obsadzie pojawia się nie-aktor, najlepiej ktoś powszechnie znany. Nawet jeśli próbuje koślawo grać kogoś innego, zawsze pozostaje sobą. Grając samego siebie, wrzuca w świat filmu swój aktualny wizerunek. A ten bywa zmienny. Dobrym przykładem jest cameo w filmie Kevin sam w Nowym Jorku, w którym przez 7 sekund na ekranie pojawia się Donald Trump. Po wielu latach od premiery reżyser Chris Columbus tłumaczył, że cameo było warunkiem postawionym przez ówczesnego potentata na rynku nieruchomości, by pozwolić im kręcić w nowojorskim hotelu Plaza, którego wtedy był właścicielem. Wyznał też, że na etapie postprodukcji chciał go wyrzucić, ale widzowie pokazów testowych reagowali na niego tak gromko, że ujęcie zostało w filmie. Na te słowa zareagował Trump we wpisie na Truth Social w charakterystyczny dla siebie sposób. Oskarżył Columbusa o kłamstwa i stwierdził, że reżyser sam błagał go, by zagrał w tym filmie, i że to dzięki niemu obraz odniósł sukces (co w USA oznacza, że przyniósł duży zysk; zarobił 360 milionów dolarów przy budżecie 28 milionów).
Odbiór tej sceny oczywiście znacznie różni się dzisiaj, choć to ta sama twarz. A jednak widzimy w niej już coś innego niż biznesmena, pyszałkowatego celebrytę i bon vivanta. Coś zupełnie innego. Szczególnie w zestawieniu z dziesięciolatkiem.
Columbus skomentował całą sprawę w ten sposób:
Lata później stało się to [obecność w filmie D.T.] przekleństwem. Czymś, czego wolałbym tam nie widzieć. Co ten facet ma w głowie? Powiedział, że kłamałem. Nie kłamałem. Twierdził, że błagałem go, żeby wystąpił w filmie, ale nie ma takiej możliwości, żebym kiedykolwiek błagał naturszczyka o zagranie w filmie. Po prostu desperacko zależało nam na hotelu Plaza. Ale to wciąż tam jest. Stało się dla mnie kulą u nogi. Chciałbym, żeby to zniknęło7.
O ile u Fassbindera to reżyser był wampirem, który wysysał tożsamość z uległej postawy aktorów, o tyle tutaj obcy organizm dokonuje wrogiego przejęcia cudzego dzieła. Twarz naturszczyka, zwłaszcza tak potężnego i skrajnie narcystycznego, nie jest żadną płótnem, na które można cokolwiek projektować. Columbus wpuścił na swój plan wirusa, naiwnie wierząc, że zdoła go opanować i sprowadzić do zaledwie siedmiu sekund kolejnej nowojorskiej atrakcji. Dzisiaj ta krótka scena nie jest już niewinną anegdotą o bogaczu wskazującym drogę zagubionemu, ufnemu chłopcu. Przekształciła się w stygmat, który infekuje całą nostalgiczną aurę wokół tego świątecznego klasyku. Kino, nawet to rozrywkowe, nigdy nie jest szczelnie oddzielone od brutalnej rzeczywistości. Kiedy w kadr wchodzi ego znacznie większe niż sam film, reżyser przestaje być demiurgiem, a staje się zakładnikiem cudzego, niemożliwego do wymazania albo przekroczenia wizerunku.
*
Twarze aktorów Fassbindera jak Margit Carstensen, Irm Hermann, Kurt Raab czy El Hedi ben Salem znają wszyscy kinomani. Mówi się, że tak jak Schygullę, niemiecki enfant terrible ich wszystkich stworzył. Oni sami tak mówią. Ale po wszystkim powiedzieli też o cenie jaką przyszło im zapłacić. Dzisiaj wiemy już, że pod lodowatą, sztywną formą jego filmów, pod skrupulatnie zbudowanymi wizerunkami gwiazd awangardowego kina, na zawsze zamkniętymi w swych manekinowych, wystudiowanych pozach, krył się też mroczny i brutalny kocioł.
Praca z Fassbinderem była doświadczeniem skrajnym. Stworzył zespół stałych współpracowników, w którym sprawował sadystyczną władzę, przypominającą rządy wiecznie naćpanego lidera sekty. Reżyser żerował na ludzkich słabościach, uzależniając od siebie ekipę emocjonalnie, finansowo, seksualnie, a często także za pomocą narkotyków, by utrzymać wszystkich w morderczym, amfetaminowym pędzie, w którym sam funkcjonował. Na jego planach panowała atmosfera permanentnego stanu wyjątkowego. Reżyser właściwie nie sypiał, więc nikt z ekipy również nie miał do tego prawa. Wycieńczenie stało się narzędziem, dzięki któremu wydobywał z aktorów pożądane stany. Wystarczy powiedzieć, że w ciągu zaledwie czternastu lat niemiecki twórca wyreżyserował ponad czterdzieści filmów pełnometrażowych, wielogodzinne seriale i sztuki teatralne. Wiele z nich na zawsze zmieniło niemiecką i światową kinematografię, a aktorów wywindowało na filmowy parnas.
Zmarła w 2020 roku wybitna aktorka Irm Hermann, była przez niego notorycznie poniżana, maltretowana psychicznie i fizycznie, co doprowadziło ją do stanów depresyjnych i prób samobójczych. Sama wspominała to w wywiadach taka: „Właściwie byłam jego własnością i tak też byłam traktowana”8, dodając, że pewnego razu „prawie zatłukł mnie na śmierć na ulicach Bochum”9. Choć mówiła, że była „jego ulubioną wycieraczką”10, zawsze ╴ jak przyznaje – do niego wracała.
Schygulla funkcjonowała w zespole Fassbindera na innych zasadach. Dołączyła do niego później niż pozostali i – choć była bardzo początkującą aktorką – od początku stawiała swoje warunki, zaznaczając niezależność. Wybierała role, które będzie grać. Potrafiła odmawiać także wtedy, kiedy miała inne zlecenia. Szybko zyskała status gwiazdy, co tylko wzmocniło jej pozycję. Kiedy inni byli miażdżeni, ona potrafiła odwrócić wzrok i wyjść z pomieszczenia. Przetrwała, bo odcinała mu dostęp do swoich emocji, gdy tylko gasły światła. Potrafiła być chłodna i obojętna również poza kamerą. Mimo to ich relacja także była burzliwa i naznaczona dużym napięciem.
Podczas przedłużających się zdjęć do filmu Effi Briest (premiera odbyła się w 1974 roku) nastąpił przełom. Reżyser postanowił ją całkowicie skolonizować, roztaczając wizję kolejnych dekad współpracy. Zażądał, by podpisała z nim dożywotni kontrakt.
W wywiadzie dla The Guardian aktorka wspominała: „Poczułam się zbyt mocno jak jego marionetka. Powiedziałam: «Och, Rainer, daj mi spokój, dobrze?»”11. Odmowa bycia dożywotnią własnością reżysera zraniła jego kruche ego. Do tego doszedł bunt ekipy o głodowe stawki finansowe. Reakcja reżysera była natychmiastowa, brutalna i wulgarna. Fassbinder wykrzyczał jej między innymi.: „Nie mogę już znieść patrzenia na twoją twarz (sic!)”12. Na wiele lat ich drogi się rozeszły. Powrócili do siebie dopiero po wielu latach, żeby nakręcić ich wspólne, największe filmy: wspomniane Małżeństwo Marii Braun i Lili Marleen.
Mocno w tym kontekście wybrzmiewa film Gorzkie łzy Petry von Kant z 1972 roku. Główna bohaterka Petra – genialna, władcza (i histeryczna) kreatorka mody, po rozstaniu z mężem spotyka początkującą modelkę Karin, graną przez Schygullę, z którą szybko wchodzi w relację. Ich prywatność i sprawy zawodowe przenikają się. Projektantka tworzy swoją muzę od podstaw, rzeźbi jej wizerunek jak Pigmalion. Jednak w zamian żąda absolutnego poddania i bycia na wyłączność. Karin, piękna i początkowo bierna, okazuje się jednak przerażająco niezależna i wyrachowana. Przyjmuje całą uwagę i pomoc Petry z chłodnym pragmatyzmem, ale nigdy realnie nie podporządkowuje się swojej „twórczyni”.
Fassbinder, zupełnie jak Petra na ekranie, spalał się w swojej filmowej obsesji, domagając się emocjonalnego hołdu i podpisania cyrografu. Schygulla z kolei, grając Karin, de facto odgrywała przed kamerą swoją własną, życiową strategię przetrwania relacji z reżyserem. Pozwalała się wielbić, czerpała z tego korzyści, ale nigdy nie oddała stwórcy kluczy do swojej psychiki. Pozostała niedostępna.
Kiedy w finale filmu Karin pakuje walizkę i z obojętnym znudzeniem wychodzi, zostawiając Petrę tarzającą się w rozpaczy i wściekłości po dywanie, widzimy dokładną zapowiedź ich realnego rozstania na planie Effi Briest. Fassbinder, podobnie jak zdruzgotana projektantka, musiał przełknąć najbardziej gorzką łzę: uświadomił sobie, że wykreował idealne dzieło, które okazało się odporne na jego „miłość”.
*
Ciekawe tropy dla naszych przygód z wizerunkiem Schygulli podsuwa esej Magdaleny Kempnej-Pieniążek zatytułowany Hanna Schygulla w kinie komercyjnym: nie tylko żony i matki. Autorka omawia tam rolę aktorki w filmach, które skrajnie odstawały od jej przyjętego emploi na przykład w kostiumowej komedii Casanova z 1987 roku czy nieudanej komedii romantycznej Twoja na zawsze, Lulu z tego samego roku. Występy w kinie skierowanym do masowego widza zawsze wywoływały pewien zgrzyt w odbiorze. Z jednej strony jej awangardowy wizerunek nie był chyba szczególnie interesujący dla widzów hollywoodzkich produkcji, o ile w ogóle kojarzony. Z drugiej strony kinofile i snobistyczni krytycy patrzyli na te próby z ╴ co najmniej ╴ dezorientacją. Mimo odważnych prób aktorki poszukiwania sobie nowych pól ekspresji klatka jej wizerunku okazywała się zawsze silniejsza.
Dużą uwagę Kempna-Pieniążek poświęca występowi Schygulli u boku Chucka Norrisa w hollywoodzkim filmie akcji Oddział Delta w reżyserii Menahema Golana. Tutaj aktorka zostaje osadzona w zupełnie nowym, geopolitycznym paradygmacie. Golan, reżyser i producent o izraelskich korzeniach, specjalista od amerykańskiego kina akcji ery Reagana, wykorzystuje niemiecką ikonę do załatwienia zupełnie innych niż dotychczas interesów.
Jak czytamy w opisie dystrybutora filmu:
Grupa niewinnych amerykańskich turystów zostaje uwięziona w Bejrucie przez gotowych na wszystko ekstremistów. Prezydent Stanów Zjednoczonych wysyła im na ratunek elitarny oddział komandosów dowodzonych przez pułkownika Nicka Alexandra i majora Scotta McCoya”. Akcja ratunkowa prowadzi do sceny, która jest ewidentnym, choć kiczowatym nawiązaniem do Holokaustu. Islamscy terroryści zmuszają niemiecką stewardessę Ingrid (Schygullę) do wyselekcjonowania na podstawie paszportów pasażerów żydowskiego pochodzenia. Widmo obozowej rampy wisi w powietrzu, gestapo zdaje się materializować w kabinie samolotu. Ale tym razem niemiecka kobieta – twarz powojennych Niemiec – mówi „nie”. Opiera się, ryzykując życie. Odmawia wzięcia udziału w selekcji, bezpośrednio odwołując się do pamięci Zagłady.
Ten gest oporu wcale nie służy jednak historycznej sprawiedliwości. To sprytny gest Golana, który zdrapuje z wizerunku Schygulli (i symbolicznie z całych Niemiec) historyczne brzemię, by włączyć je do nowej, zachodniej krucjaty. Ten gest obsadowy – jak pisze Magdalena Kempna-Pieniążek: „[…] ma znaczenie wybitnie ideologiczne: z jednej strony wzmacnia sympatię dla żydowskich bohaterów filmu (i – rzecz jasna – wspierających ich w walce z muzułmanami Amerykanów), z drugiej – wskazuje na to, że linia podziału na «złych» i «dobrych» nie przebiega już między nazistami a nękanymi przez nich Żydami, lecz między arabskimi terrorystami a całym zachodnim światem (do którego Niemcy zostają zaliczeni), przy czym pierwsi z nich zostają uplasowani na pozycji zarezerwowanej dotąd dla najgorszych zbrodniarzy, czyli hitlerowców13.
To, co miało być formą odkupienia, staje się jedynie zmianą wektora nienawiści. Studio Cannon Films Menahema Golana słynęło z absolutnego braku subtelności. Ale „Oddział Delta” to w gruncie rzeczy ubrane w szaty kina akcji klasy B narzędzie topornej, geopolitycznej propagandy tamtych lat. Reżyser pozwala widzom w niemieckim kinie wyjść z czystym sumieniem, ustawiając celownik na nową grupę etniczną. Wizerunek Niemki zostaje cynicznie wyprany. Tym razem twarz Schygulli staje się twarzą „dobrej Europejki”, która płaci za rozgrzeszenie, walcząc ramię w ramię z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi przeciwko nowemu, wspólnemu wrogowi: Arabom.
*
Wszyscy znamy ten podszyty zapewne narcyzmem moment, w którym dojrzewająca gwiazda kina (choć nie tylko) nagle dochodzi do wniosku, że jej prawdziwym powołaniem jest śpiew. Jakby bycie piosenkarką było finałowym bossem w grze o status diwy. Zazwyczaj kończy się to, jak się kończy. Ale przypadek Hanny Schygulli to inna historia.
Na planie filmowym Schygulla była – jak zdiagnozowała to Elfriede Jelinek – bezwolną „jedwabną chustą”, na którą rzucano obrazy. Światło, zdjęcia, scenariusz i ostateczny wydźwięk roli zawsze należały do Fassbindera, Godarda czy innego Golana. Aktorka oddawała ciało, ale nie decydowała o jego znaczeniu.
Kiedy jednak w latach 90. Schygulla staje na scenie jako wokalistka, układ sił ulega odwróceniu. Nie tylko występuje, ale też wybiera repertuar, pisze teksty, nadaje rytm i decyduje o tym, co i jak zostanie wyśpiewane (sic!). Jej recitale łączą elementy kabaretu, piosenki aktorskiej, poezji i narracji autobiograficznej. Szeroko o jej dorobku muzycznym pisze Magdalena Dziadek w tekście Hanna Schygulla jako szansonistka.
[W 2009 roku – H.S.] odbyła się premiera „Aus meinem Leben – eine musikalische Biographie”, pomyślanego, jak informuje tytuł, jako autobiografia artystki opowiedziana za pomocą piosenek. Wspólnie z pianistą Stephanem Kanyarem Schygulla wykonuje tam utwory będące muzycznymi symbolami poszczególnych dekad jej życia […]. Najwcześniejszy okres dziecięcy, spędzony na Górnym Śląsku, symbolizują stare niemieckie piosenki dziecięce i ludowe. Lata 40. – to oczywiście Lili Marleen” itd.
Artystka tak skomentowała ten projekt: „Jak tylko wchodzimy na scenę, z życia powstaje teatr. Jednak tym razem nie będzie tu niczego wydumanego, lecz będą jedynie własne przeżycia, a ja przedstawię moją własną biografię, zagram rolę, która wydaje mi się najważniejszą ze wszystkich możliwych ról mojego życia14.
„Schygulla – pisze Magdalena Dziadek – zwierza się, spala, ale i agituje, czasem wręcz dość obcesowo. A nawet wzywa słuchaczy do odpowiedzialności. Trudno scharakteryzować tę sztukę jednym słowem, gdyż narzucają się sformułowania zbyt patetyczne jak na wymogi dzisiejszego dyskursu sztuki: «wszechstronność», «odwaga», «bezkompromisowość», a z drugiej strony – wielka «wrażliwość» i «szczerość» – cokolwiek to dziś znaczy”15.
Głos aktorki – wcześniej wypowiadający cudze kwestie – staje się narzędziem odzyskania suwerenności. Po latach bycia twarzą, która milczy, by inni mogli w niej czytać, Schygulla otwiera usta, by mówić od siebie. A przynajmniej tak się wydaje. Co więcej – zamienia mowę na śpiew, jakby ta pierwsza była już spaloną ziemią.
To właśnie na scenie, a nie w kinie, Schygulla po raz pierwszy próbuje poskładać swoją rozbitą tożsamość, różne wizerunki i jakoś je połączyć. Śpiewa o Górnym Śląsku, o ucieczce z Chorzowa, o doświadczeniu bycia uchodźczynią. Opowiada o swoich wzlotach i upadkach w karierze aktorskiej. Sięga po songi Bertolta Brechta, po mroczne teksty Petera Handkego czy Baudelaire’a, ale co ważne – śpiewa również własną poezję. Włącza do repertuaru nawet teksty samego Fassbindera. Ale dawny wampir staje się zaledwie jednym z gości w jej repertuarze, którego co prawda zaprasza, ale może też w każdej chwili wyprosić.
Schygulla zdaje się z premedytacją oferować publiczności swój wiek, swój bagaż i swoje zmęczenie ╴ tak różne od jej znanego wizerunku- jako artystyczną wartość. To kolejna jej próba ucieczki z klatki Hanny S. Jej twarz uległa więc jeszcze jednej transformacji. Stała się teraz po prostu twarzą starej, żywej kobiety, która śpiewa: „Przeżyłam ich wszystkich. A teraz posłuchajcie mojej wersji”.
Głos aktorki służy jej też jako element emancypacji od własnego wizerunku w projekcie Der Tod und das Mädchen II (Dornröschen) (Śmierć i dziewczyna II – Śpiąca Królewna) z 2000 roku z muzyką Olgi Neuwirth.
W tym tekście Jelinek bezlitośnie obnaża baśniowy mit kobiety, która istnieje tylko jako bierny obraz i „budzi się” do życia (czyli nabiera sensu) dopiero po pocałunku mężczyzny. Musi być całowana, aby egzystować. Od tego jest. W tej dźwiękowej instalacji Hanna Schygulla użycza swojego głosu postaci… Księcia. Jelinek i Neuwirth wykorzystują ikoniczną kobiecość aktorki, by kazać jej wypowiadać twarde, patriarchalne, formatujące kobietę kwestie przypisane tej roli. Żeby zrozumieć, z czego może to wynikać, sięgnijmy po cytat Jelinek o tym, jak w ogóle postrzega istnienie kobiet (i aktorek) w sztuce:
Nie przyznaje nam się prawa do mówienia „Ja”. Zresztą, w gruncie rzeczy, same też tego nie potrafimy. Dlatego piszę tak przykładnie […]. Opisuję kobiece „To”16.
U Fassbindera Schygulla była właśnie tym „kobiecym To”, ekranem dla cudzych fantazji. Nie pozwalano jej być decyzyjnym „Ja”, była zjawiskiem, wampem, ofiarą. Przedmiotem w rękach innych. Jelinek widzi tę narzuconą rolę i pozwala Schygulli obnażyć ten system, przejmując władzę nad głosem oprawcy. Odbiera jej fizyczne, uległe ciało i twarz z dawnych filmów i zostawia sam głos. W sztuce rzadko spotyka się tak precyzyjny, dwuznaczny i cyniczny humor.
1 E. Jelinek, Kein verworfenes Gesicht (ein paar Notizen, ungeordnet, zu Hanna Schygulla), oficjalna strona internetowa Elfriede Jelinek, online: https://www.elfriedejelinek.com/ [dostęp: 24.06.2026].
2 Tamże.
3 Tamże.
4 W.G. Sebald, Wojna powietrzna i literatura, tłum. M. Łukasiewicz, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2012.
5 Małżeństwo Marii Braun [Die Ehe der Maria Braun], reż. Rainer Werner Fassbinder, RFN 1979.
6 I. Kurz, Hanna Schygulla a historia pewnej piosenki, czyli o naiwności [w:] Urok melancholii. Dziewięć spotkań z Hanną Schygullą, red. A. Gwóźdź, Katowice: Wydawnictwo Naukowe „Śląsk”, 2005.
7 A. Rosenbloom, ‘Home Alone 2’ Director Chris Columbus Says He Wishes Donald Trump’s Cameo ‘Was Gone’, CNN Entertainment, online: https://edition.cnn.com/2025/04/15/entertainment/home-alone-chris-columbus-donald-trump [dostęp: 24.06.2026].
8 Fassbinder [film dokumentalny], reż. Annekatrin Hendel, Niemcy 2015.
9 J. Trimborn, Fassbinder. Ein Tag ist ein Jahr ist ein Leben, Berlin: Propyläen Verlag, 2012.
10 Fassbinder. To Love Without Demands [film dokumentalny], reż. Christian Braad Thomsen, Dania 2015.
11 R. Gilbey, Hanna Schygulla: ‘I felt too much like his puppet’, „The Guardian”, online: https://www.theguardian.com/film/2017/mar/27/hanna-schygulla-i-felt-too-much-like-his-puppet-rainer-werner-fassbinder [dostęp: 24.06.2026].
12 Tamże.
13 M. Kempna-Pieniążek, Hanna Schygulla w kinie komercyjnym. Nie tylko żony i matki [w:] Urok melancholii…
14 M. Dziadek, Hanna Schygulla jako szansonistka [w:] Urok melancholii…
15 Tamże.
16 E. Jelinek, M. Streeruwitz, Sind schreibende Frauen Fremde in dieser Welt? [Czy piszące kobiety są obcymi w tym świecie?], „Emma”, wrzesień/październik 1997.
