Białoruska racja stanu Siergieja Kowalowa

Kie­dy myślę o Sier­gie­ju Kowa­lo­wie, dozna­ję zarów­no rado­ści, jak i smut­ku. Pierw­sze uczu­cie wią­że się z tym, że zna­ko­mi­ty dra­ma­to­pi­sarz w stop­niu pro­fe­so­ra wykła­da na Uni­wer­sy­te­cie im. Marii Curie-Skło­dow­skiej i od 1993 roku miesz­ka w Lubli­nie, dru­gie spo­wo­do­wa­ne jest tym, że Sier­giej Kowa­low jest uchodź­cą z Bia­ło­ru­si, tłam­szo­nej przez reżim Łuka­szen­ki. Uchodź­czy sta­tus pisa­rza jest też powo­dem, dla któ­re­go wybór dra­ma­tów zaty­tu­ło­wa­ny Kome­dia Judy­ty uka­zał się tyl­ko w Pol­sce. W spo­lsz­cze­niu jego sztuk, podzie­lo­nych w naj­now­szej publi­ka­cji na dwa dzia­ły – „Teatr Dra­ma­tycz­ny” i „Teatr Lal­ko­wy” – wspar­ły pisa­rza trzy zna­ko­mi­te tłu­macz­ki z bia­ło­ru­skie­go: Mał­go­rza­ta Bucha­lik, Agniesz­ka Goral i Beata Siwek.

Ta ostat­nia jest też autor­ką wstę­pu do książ­ki, któ­ry zaty­tu­ło­wa­ła Podróż przez kra­je, epo­ki i kul­tu­ry… Dodaj­my od razu, że ów tytuł jest cyta­tem z ankie­ty prze­pro­wa­dzo­nej przez redak­cję cza­so­pi­sma „Dzie­ja­słou”. Bia­ło­ru­scy pisa­rze wypo­wia­da­ją się w niej na temat tego, jak widzą swo­ją twór­czość. Beata Siwek tak sko­men­to­wa­ła ten cytat:

Zda­nie to, w moim prze­ko­na­niu, sta­no­wi naj­lep­szą cha­rak­te­ry­sty­kę jego [Sier­gie­ja Kowa­lo­wa – J.C.] twór­czo­ści dra­ma­tur­gicz­nej, któ­ra przy­po­mi­na wie­lo­po­zio­mo­wy labi­rynt […]. Poprzez umoż­li­wie­nie odbior­cy podró­ży do świa­ta wie­lu tek­stów i kul­tur poka­zu­je on, jak waż­ny jest dia­log, bez któ­re­go nie ma zro­zu­mie­nia. Lite­rac­ki dia­log z inny­mi twór­ca­mi, z odmien­ny­mi kul­tu­ra­mi nie tyl­ko posze­rza kon­tekst inter­pre­ta­cyj­ny sztuk Kowa­lo­wa, ale też wska­zu­je na uni­wer­sal­ny wymiar poru­sza­nych pro­ble­mów, na obec­ną w róż­nych cza­sach i prze­strze­niach wspól­no­tę doświad­czeń.

Paradoks zwycięzcy

Sier­giej Kowa­low uro­dził się w Mohy­le­wie na Bia­ło­ru­si w 1963 roku i jest auto­rem sie­dem­na­stu utwo­rów dla doro­słych oraz trzy­na­stu dla dzie­ci. Gdy jesz­cze moż­na było mówić o wol­no­ści sło­wa w jego ojczyź­nie i względ­nie popraw­nych rela­cjach mię­dzy War­sza­wą a Miń­skiem, uka­za­ła się tam anto­lo­gia jego utwo­rów o wie­le mówią­cym tytu­le Pomię­dzy Bia­ło­ru­sią a Pol­ską. Dra­ma­tur­gia Sier­gie­ja Kowa­lo­wa. Tytuł ten da się rozu­mieć w naj­prost­szy spo­sób: Bia­ło­ruś i język bia­ło­ru­ski są pierw­szą ojczy­zną Kowa­lo­wa, nato­miast Pol­ska to kraj, gdzie od lat pra­cu­je jako pro­fe­sor i wykła­dow­ca, a tak­że zna­lazł tu azyl. Gra­ni­ca bia­ło­ru­ska jest dziś bowiem zamknię­ta dla pisa­rza, tak jak bia­ło­ru­skie sce­ny są zamknię­te dla jego sztuk.

Na pol­skiej sce­nie teatral­nej otwie­ra­ją­ca tom, tytu­ło­wa Kome­dia Judy­ty sta­ła się jed­ną z inspi­ra­cji, a tak­że two­rzy­wem spek­ta­klu – wyko­rzy­sta­no w nim też tek­sty biblij­ne i mono­lo­gi z dra­ma­tów Samu­ela Bec­ket­ta – zre­ali­zo­wa­ne­go przez Paw­ła Pas­si­nie­go we współ­pra­cy z jego neT­The­atre w Lubli­nie w 2023 roku. Wystą­pi­ła w nim gru­pa Wol­nych Kupa­łow­ców, bia­ło­ru­skich akto­rów, któ­rzy na znak pro­te­stu prze­ciw­ko reżi­mo­wi Łuka­szen­ki porzu­ci­li miń­ski Teatr Naro­do­wy.

Jak wia­do­mo choć­by z histo­rii malar­stwa (o ope­rze i dra­ma­cie nie wspo­mi­na­jąc), Kowa­low nie jest pierw­szym, któ­ry się­gnął po biblij­ną histo­rię mło­dej Żydów­ki z Beta­nii, któ­ra pod­stę­pem odcię­ła gło­wę Holo­fer­ne­so­wi, wysła­ne­mu na pod­bój Pale­sty­ny przez Nabu­cho­do­no­zo­ra. Już z tego powo­du pisarz musiał doło­żyć sta­rań, by poka­zać Judy­tę i jej histo­rię w nowym świe­tle.

Od począt­ku widza ude­rza bar­dzo uda­na adap­ta­cja tej opo­wie­ści. Rzecz dzie­je się w teatrze, a jed­nym z rekwi­zy­tów jest gip­so­wa ucię­ta gło­wa. Aktor, któ­ry zaraz wcie­li się w rolę Holo­fer­ne­sa, opo­wia­da o iro­nii, któ­ra towa­rzy­szy ludz­kim losom, ponie­waż, jak pisze z prze­ką­sem Kowa­low, Holo­fer­nes czę­sto bywa mylo­ny z Janem Chrzci­cie­lem, zaś Judy­ta z Salo­me.

Ścież­kę dźwię­ko­wą spek­ta­klu sta­no­wi dzie­ło Vival­die­go, a widzo­wie przy jej akom­pa­nia­men­cie powo­li prze­no­szą się ze świa­ta współ­cze­snej nar­ra­cji w prze­szłość. Boha­te­ro­wie – głów­nie Judy­ta – nie ukry­wa­ją naj­istot­niej­sze­go celu tej podró­ży w cza­sie. Dzię­ki niej mamy spró­bo­wać wyobra­zić sobie na nowo to, co już wie­lo­krot­nie opi­sy­wa­no i inter­pre­to­wa­no.

Pró­ba ta jest odar­ta z tra­gi­zmu, czę­sto towa­rzy­szą­ce­go por­tre­to­wa­niu Judy­ty. Otrzy­mu­je­my za to zasta­na­wia­ją­cą opo­wieść o ofia­rach histo­rii, któ­re w innych oko­licz­no­ściach mogły­by zostać kochan­ka­mi, a nie tyl­ko kochan­ków uda­wać, odgry­wać.

W tej deli­kat­nie pro­wa­dzo­nej opo­wie­ści Holo­fer­nes zda­je sobie spra­wę z czę­sto nie­uświa­da­mia­ne­go sobie przez zwy­cięz­ców para­dok­su: z feral­no­ści swo­jej mili­tar­nej prze­wa­gi, w któ­rej tai się przy­czy­na klę­ski najeźdź­cy. Kate­go­rie najeźdź­cy i agre­so­ra oraz poten­cjal­nej ofia­ry (osta­tecz­nie zwy­cię­skiej) są dla Kowa­lo­wa, jak sądzę, nie­zwy­kle waż­ne, co ujaw­nia się w zasto­so­wa­niu para­bo­li – Asy­ryj­czy­cy wobec Żydów są tu tym, kim sta­ną się w nowo­żyt­nej histo­rii Rosja­nie wobec Bia­ło­ru­si­nów. Agre­so­rem. Zaś Judy­ta sta­je się kimś w rodza­ju mic­kie­wi­czow­skie­go Kon­ra­da Wal­len­ro­da. Tyle że Wal­len­rod cier­piał z powo­du swo­je­go pod­stę­pu, a Judy­ta po swym boha­ter­skim czy­nie wie­dzie nor­mal­ne i dłu­gie życie.

Prze­gra­nym oka­zu­je się Holo­fer­nes, któ­ry u Kowa­lo­wa zda­je sobie spra­wę, że to, co przy­da­rzy­ło mu się w rela­cji z Judy­tą, było naj­wspa­nial­szym, co go w życiu spo­tka­ło, nawet jeśli je stra­cił. Poza tym tyl­ko dzię­ki Judy­cie i rodza­jo­wi śmier­ci, jaki mu zada­ła, prze­szedł do histo­rii. To ona go zabi­ła, ale też dała mu życie wiecz­ne.

Judy­ta prze­ka­zu­je też agre­so­ro­wi nie­zwy­kle istot­ną myśl: „Ani ja, ani mój naród nigdy nie wyrzek­nie­my się nasze­go Boga i nie uzna­my za Boga Nabu­cho­do­no­zo­ra!”. I mówi to w sytu­acji, gdy Holo­fer­nes ofe­ru­je jej rodzaj kom­pro­mi­su, któ­ry oku­pa­cję zmie­nia w coś, co w cza­sach komu­ni­zmu nazy­wa­li­śmy fin­lan­dy­za­cją, czy­li poko­jo­wym współ­ist­nie­niem z mocar­stwem za cenę pod­mio­to­wo­ści.

To peł­na dumy dekla­ra­cja, pod któ­rą może pod­pi­sać się rów­nież bia­ło­ru­ska opo­zy­cja. Kowa­low nie pro­po­nu­je jed­nak hap­py endu. Judy­ta oca­li­ła swo­ją małą ojczy­znę, nie­mniej nawet ci, któ­rzy wysła­li ją z mor­der­czą misją, po wyko­na­niu zada­nia odma­wia­ją jej świę­to­ści. Tak­że ona zmu­szo­na jest, by żało­wać tego, co się sta­ło. Na prze­mo­cy tra­cą wszy­scy.

Zero idealizmu

Pol­skich czy­tel­ni­ków z pew­no­ścią zain­te­re­su­je napi­sa­ny w 2005 roku Powrót Gło­do­mo­ra – dedy­ko­wa­ny „Fran­zo­wi Kaf­ce, Tade­uszo­wi Róże­wi­czo­wi i wszyst­kim wiel­kim Gło­do­mo­rom tego świa­ta”. Mamy tu do czy­nie­nia z teatral­nym dia­lo­giem z opo­wia­da­niem Gło­do­mor Kaf­ki oraz z dra­ma­tem Odej­ście Gło­do­mo­ra Tade­usza Róże­wi­cza. To naj­bar­dziej jado­wi­ty utwór z zamiesz­czo­nych w oma­wia­nym tu tomie.

W opo­wie­ści o czło­wie­ku docie­ka­ją­cym isto­ty samo­ogra­ni­cze­nia poprzez cier­pie­nie autor sto­su­je figu­rę dzi­siej­sze­go świec­kie­go słup­ni­ka, iko­ny doby wege­ta­ria­ni­zmu i wega­ni­zmu, ale nie bra­ku­je też posta­ci cha­rak­te­ry­zu­ją­cych się bru­tal­no­ścią i cyni­zmem życio­wym, a tak­że zawo­do­wym i poli­tycz­nym cwa­niac­twem. Wśród nich jest ochro­niarz Pyza, któ­ry prze­ga­nia z tere­nu zwie­rzyń­ca Żebracz­kę, prze­bie­gle i pod­stęp­nie kokie­tu­ją­cą wszyst­kich huma­ni­tar­ny­mi ide­ała­mi. Boha­ter­ka żeru­je na innych niczym dzi­siej­si cele­bry­ci na cha­ry­ta­tyw­nych odru­chach.

Mamy tu też bur­mi­strza, któ­ry zmie­nia opi­nie w zależ­no­ści od poli­tycz­nych i wize­run­ko­wych korzy­ści. Dla nie­go wszyst­ko jest na sprze­daż. Sam zresz­tą uwi­kła­ny jest w romans z dzien­ni­kar­ką, wyko­rzy­stu­ją­cą każ­dą oka­zję, by zma­ni­pu­lo­wać roz­mów­ców i przy­go­to­wać pikant­ny, dobrze „kli­ka­ją­cy się” mate­riał. Z kolei Erna, wła­ści­ciel­ka zwie­rzyń­ca, odci­na kupo­ny od legen­dar­nej, zało­żo­nej przez jej rodzi­ców insty­tu­cji, któ­rą po nich prze­ję­ła. I tyl­ko tytu­ło­wy Gło­do­mor gdzieś znik­nął. Pozo­sta­ła po nim legen­da. Wszy­scy się w niej prze­glą­da­ją, pró­bu­jąc wyko­rzy­stać ją do auto­pro­mo­cji, a następ­nie zmo­ne­ty­zo­wać.

Kowa­low poka­zu­je rze­czy­wi­stość zdo­mi­no­wa­ną przez kon­flik­ty, w któ­rej każ­da infor­ma­cja zwią­za­na z taką posta­cią jak Gło­do­mor może oka­zać się pożyw­ką dla mediów lub zagro­że­niem dla wła­dzy. W tym świe­cie wszy­scy mogą się cze­goś bać i wszyst­ko prze­ciw­ko wszyst­kim wyko­rzy­stać.

Czy­stość inten­cji „Jezu­sa naszych cza­sów”, jak mówi się o Gło­do­mo­rze, wciąż ma swój powab, nawet jeśli zosta­ła poka­la­na kłam­stwem i mani­pu­la­cja­mi. Wyra­ża to pio­sen­ka o balo­ni­ku, będą­ca z jed­nej stro­ny opo­wie­ścią o marze­niu, by pole­cieć do słoń­ca, z dru­giej histo­rią obar­czo­ną poczu­ciem fata­li­zmu: „Nim zdą­żę odle­cieć za chmu­ry te miał­kie / Zły wiatr mnie roze­rwie na drob­ne kawał­ki”.

Mówiąc języ­kiem kon­kre­tów: Pyza dla nowe­go Gło­do­mo­ra ma wód­kę i kawa­łek kieł­ba­sy pod­su­wa­ne ide­ali­ście, gdy nikt nie widzi.

Miłość na Krymie

W pol­skim teatrze mamy Miłość na Kry­mie, w któ­rej Sła­wo­mir Mro­żek sta­rał się opo­wie­dzieć histo­rię Rosji XX wie­ku. Sier­giej Kowa­low w podob­ny spo­sób skon­stru­ował swój Dzien­nik intym­ny. Odsła­nia w nim histo­rię życia i twór­czo­ści moder­ni­stycz­ne­go poety bia­ło­ru­skie­go Mak­si­ma Bah­da­no­wi­cza (1891–1917) oraz jego miło­ści do pozna­nej na Kry­mie Kła­wy Soł­ty­kow, któ­rej poświę­cił wiersz. W pierw­szym akcie jeste­śmy świad­ka­mi ich roman­su, po czym poeta – sym­bol wraż­li­wo­ści – umie­ra.

Tym­cza­sem w dru­gim akcie oka­zu­je się, że kuror­to­we uczu­cie zosta­ło opi­sa­ne przez nie­go nie tyl­ko w for­mie miło­sne­go wier­sza, ale tak­że nota­tek ogra­ni­cza­ją­cych się do fizjo­lo­gicz­nych szcze­gó­łów w lek­ko zaszy­fro­wa­nej for­mie. Mogą się one koja­rzyć z Kro­no­sem, intym­nym dzien­ni­kiem Witol­da Gom­bro­wi­cza, na któ­re­go temat dys­ku­to­wa­no, zasta­na­wia­jąc się, czy war­to go w ogó­le dru­ko­wać.

Podob­na dys­ku­sja toczy się w dra­ma­cie Kowa­lo­wa, w któ­rym wie­lu wydaw­ców i redak­to­rów chce opu­bli­ko­wać notat­ki Bah­da­no­wi­cza. Fascy­nu­ją­ce jest tu śle­dze­nie pro­ce­su wikła­nia się współ­cze­snych posta­ci spor­tre­to­wa­nych w sztu­ce w róż­ne zależ­no­ści. Łatwo bowiem wyma­gać od wynie­sio­ne­go na pomni­ki poety z prze­szło­ści życia zgod­nie z moral­ny­mi zasa­da­mi, trud­niej zre­zy­gno­wać z wła­snych popę­dów, miło­snych i ero­tycz­nych marzeń.

O wszyst­kim tym opo­wia­da śro­do­wi­sko­wa histo­ria, poja­wia­ją­ca się rów­no­cze­śnie z intym­nym dzien­ni­kiem Mak­sy­ma Bah­da­no­wi­cza. Jeden z boha­te­rów, któ­ry chęt­nie dys­ku­tu­je o ujaw­nio­nych tajem­ni­cach poety, uwa­ża ją za „por­no­gra­ficz­ną” tyl­ko dla­te­go, że wycią­ga ona na świa­tło dzien­ne jego tajem­ni­ce, któ­re nie mia­ły wyjść na jaw.

Stwier­dze­nie kon­tro­wer­syj­ne­go współ­cze­sne­go powie­ścio­pi­sa­rza, że „każ­dy epi­zod moje­go życia wart jest tego, by stać się fabu­łą lite­rac­ką”, odbi­ja się w dzi­siej­szej, roz­plot­ko­wa­nej rze­czy­wi­sto­ści Inter­ne­tu. Posia­da ono też histo­rycz­ne tło, któ­re ma zwró­cić naszą uwa­gę na to, byśmy nie sądzi­li boha­te­rów z prze­szło­ści według naszych nazbyt wyide­ali­zo­wa­nych kry­te­riów.

Okładka książki Siergieja Kowalowa pod tytułem „Komedia Judyty”.
Siergiej Kowalow, „Komedia Judyty”, tłum. Małgorzata Buchalik, Agnieszka Goral, Beata Siwek, Lublin: Wydawnictwo Warsztaty Kultury, 2025.

Moskwa w Mińsku

Dla mnie oso­bi­ście w tomie dra­ma­tów Kowa­lo­wa naj­waż­niej­szym utwo­rem jest nie tytu­ło­wa Kome­dia Judy­ty, tyl­ko Labi­rynt Wła­sta. Rzekł­bym nawet: kon­sty­tu­tyw­nym, ponie­waż przy­wo­dzi na myśl ideę zało­ży­ciel­ską nie­za­leż­ne­go bia­ło­ru­skie­go pań­stwa, któ­ra nawią­zu­je do tra­dy­cji państw wie­ków śred­nich (mam tu na myśli mię­dzy inny­mi Wiel­kie Księ­stwo Litew­skie), któ­re funk­cjo­no­wa­ły nie­za­leż­nie od Moskwy (taką nazwę nosi­ło pań­stwo będą­ce poprzed­ni­kiem Rosji i ZSSR).

W Labi­ryn­cie Wła­sta Sier­giej Kowa­low budu­je fun­da­ment, do któ­re­go mogą odno­sić się dzi­siej­sze i przy­szłe poko­le­nia Bia­ło­ru­si­nów. Jest on opar­ty na ich twór­czo­ści sprzed ponad stu lat, z cza­sów pierw­szej woj­ny świa­to­wej, kie­dy to znów mogli myśleć o nie­za­leż­nym pań­stwie, odwo­łu­jąc się przy tym do wie­ków śred­nich bądź też do legend i mitów. Przy­po­mi­na go tytu­ło­wy Włast, czy­li Wacław Łastow­ski (1883–1938). To cie­ka­wa i tra­gicz­na postać – pisarz, dzia­łacz spo­łecz­ny, wresz­cie pre­mier Bia­ło­ru­skiej Repu­bli­ki Ludo­wej, autor – nomen omen – Labi­ryn­tu wyda­ne­go w 1923 roku.

Aby pol­scy czy­tel­ni­cy mogli zro­zu­mieć isto­tę spra­wy, powin­ni odnieść się przez ana­lo­gię do Ukra­iny. Jej nie­pod­le­głość jest solą w oku moskiew­skich tyra­nów pokro­ju Puti­na nie tyl­ko ze wzglę­dów mili­tar­nych, eko­no­micz­nych czy poli­tycz­nych. Pań­stwo to zosta­ło spro­wa­dzo­ne przez Rosjan do ska­li „Mało­ro­sji”, gdyż przez swo­ją nie­za­leż­ność pod­wa­ży­ło moskiew­ski mit o zjed­no­cze­niu pod wła­dzą Krem­la wszyst­kich histo­rycz­nych ziem ruskich. Tyl­ko dla­cze­go Kreml rości sobie do tego pra­wo, sko­ro pań­stwo­wość ukra­iń­ska połą­czo­na z pra­wo­sła­wiem się­ga 988 roku? Wów­czas Wło­dzi­mierz I Mądry przy­jął chrzest i oże­nił się z sio­strą cesa­rza bizan­tyj­skie­go Bazy­le­go II, pod­czas gdy naj­star­szy zacho­wa­ny zapis o Moskwie, doty­czą­cy budo­wy basz­ty, pocho­dzi z 1147 roku.

Cie­niem na moskiew­skim micie lide­ra ziem ruskich kła­dzie się też histo­ria Rusi Nowo­grodz­kiej zało­żo­nej przez Nor­ma­nów. Dali oni począ­tek dyna­stii Rury­ko­wi­czów, łączą­cej tak­że ple­mio­na sło­wiań­skie­go Wscho­du, zwłasz­cza zaś Repu­bli­ki Nowo­grodz­kiej i Księ­stwa Połoc­kie­go. Bia­ło­ru­scy nie­pod­le­gło­ściow­cy, w tym wspo­mnia­ny Wacław Łastow­ski, a obec­nie Sier­giej Kowa­low, wła­śnie do tej histo­rii się odno­szą. Łastow­ski przy­pła­cił to śmier­cią z rąk sowiec­kich katów w 1938 roku, Kowa­low musiał wybrać życie na emi­gra­cji w Pol­sce.

To, że dra­ma­to­pi­sarz uczy­nił tytu­ło­wym boha­te­rem Labi­ryn­tu Wła­sta Łastow­skie­go, nie powin­no dzi­wić. Począt­ko­wo dzia­łacz ten łączył swo­je nadzie­je z ruchem socja­li­stycz­nym, a kon­kret­nie z PPS na Litwie. Póź­niej w Rydze zaczął współ­pra­cę z lokal­ny­mi dzia­ła­cza­mi bia­ło­ru­ski­mi. W cza­sie pierw­szej woj­ny świa­to­wej prze­by­wał w Wil­nie, gdzie sta­nął na cze­le Bia­ło­ru­skie­go Towa­rzy­stwa Wydaw­ni­cze­go. W mar­cu 1918 roku wszedł w skład Rady Bia­ło­ru­skiej Repu­bli­ki Ludo­wej, zaś od grud­nia 1919 roku kie­ro­wał pra­ca­mi rzą­du BRL w Miń­sku. Wte­dy doszło do nie­chlub­ne­go epi­zo­du – Łastow­ski został aresz­to­wa­ny przez Pola­ków. Z wię­zie­nia wypusz­czo­no go po dwóch mie­sią­cach. Wyje­chał wte­dy do Rygi, a póź­niej do Kow­na, gdzie stał na cze­le emi­gra­cyj­ne­go rzą­du do mar­ca 1923 roku.

Auto­ry­tar­ne ten­den­cje, któ­re ogar­nę­ły tak­że Litwę, spra­wi­ły, że w 1926 roku pod­jął trud­ną decy­zję o wyjeź­dzie do Bia­ło­ru­skiej Socja­li­stycz­nej Repu­bli­ki Radziec­kiej. Tam pra­co­wał jako dyrek­tor Pań­stwo­we­go Muzeum Bia­ło­ru­skie­go w Miń­sku. Na pozio­mie rzą­do­wym był odpo­wie­dzial­ny za bia­ło­ru­ską etno­gra­fię. Jed­nak w 1930 roku został aresz­to­wa­ny i oskar­żo­ny w warun­kach poli­tycz­nej misty­fi­ka­cji o stwo­rze­nie nacjo­na­li­stycz­nej orga­ni­za­cji – Związ­ku Wyzwo­le­nia Bia­ło­ru­si. Zesła­no go za to na pięć lat do Sara­to­wa, gdzie w cza­sie wiel­kie­go ter­ro­ru został aresz­to­wa­ny przez NKWD i ska­za­ny na karę śmier­ci.

W podziemiach Białorusi

Sztu­ka Kowa­lo­wa roz­po­czy­na się w 1928 roku na pero­nie dwor­ca kole­jo­we­go w Połoc­ku. Z pocią­gu wycho­dzi mło­da pra­cow­ni­ca Muzeum Połoc­kie­go Rita Lej­man ze świe­żo pozy­ska­ny­mi obra­za­mi uczniów Kazi­mie­rza Male­wi­cza (zosta­ną skry­ty­ko­wa­ne jako nazbyt nowo­cze­sne „kwa­dra­ty i koła”, lepiej poka­zy­wać coś w sty­lu rosyj­skie­go kla­sy­ka Rie­pi­na). Za chwi­lę pozna­my też Anto­ni­nę Śnie­żyń­ską, przed­sta­wio­ną jako „histo­ryk sztu­ki” i „spe­cja­list­ka z Moskwy”. Na dwor­cu poja­wi się rów­nież „miń­ski uczo­ny i pisarz Włast z dwie­ma cięż­ki­mi waliz­ka­mi”, na któ­re­go cze­ka­ją cze­ki­ści z roz­ka­zem aresz­to­wa­nia. Jak się szyb­ko oka­zu­je, „przez pomył­kę”, ale histo­rycz­ne fatum cią­żą­ce nad nie­pod­le­gło­ściow­cem zosta­ło w dra­ma­cie zazna­czo­ne. Dzię­ki temu może­my, soli­da­ry­zu­jąc się z głów­nym boha­te­rem, odczuć jego nie­po­kój, choć prze­cież przy­był on do Muzeum Połoc­kie­go cał­kiem legal­nie, zapro­szo­ny na wykła­dy.

Dobrym duchem Wła­sta sta­nie się Grze­gorz, straż­nik pra­cu­ją­cy w muzeum, opi­sa­ny w dida­ska­liach jako „czło­wiek z pod­zie­mia”. I to on oka­że się łącz­ni­kiem mię­dzy „sta­ry­mi i nowy­mi cza­sy”. Zanim jed­nak to nastą­pi, w cza­sie spo­tka­nia Arche­olo­gicz­nej Wol­nej Kon­fra­te­rii z udzia­łem Wła­sta i Śnie­żyń­skiej wywią­zu­je się roz­mo­wa na temat Kry­wii, czy­li tere­nu zamiesz­ka­łe­go przez wschod­nio­sło­wiań­skie ple­mio­na, któ­ry znaj­do­wał się w pobli­żu dzi­siej­sze­go Smo­leń­ska, Twe­ru i Psko­wa. Nie bar­dzo to w smak Rosjan­ce Śnie­żyń­skiej, któ­ra zaczy­na ujaw­niać poglą­dy zwią­za­ne nie tyl­ko ze sztu­ką. Nie zwa­ża­jąc na to, Włast cał­kiem swo­bod­nie roz­ta­cza wizję owe­go regio­nu, któ­ry naj­pierw czer­pał z pogań­stwa, a potem z chrze­ści­jań­stwa, co mia­ło wpływ na archi­tek­tu­rę, piśmien­nic­two i malar­stwo. Ta roz­mo­wa sta­je się uwer­tu­rą do przy­po­mnie­nia legen­dy o poło­żo­nych głę­bo­ko pod Połoc­kiem lochach, zwa­nych Labi­ryn­tem, gdzie może się znaj­do­wać, zda­niem Wła­sta, ukry­ta przed woj­ska­mi Iwa­na Groź­ne­go biblio­te­ka mni­chów.

Włast pozwa­la sobie też nawią­zać do innej iko­ny bia­ło­ru­skiej prze­szło­ści, czy­li krzy­ża Łaza­rza Boh­szy, wyko­na­ne­go na zamó­wie­nie Eufro­zy­ny Połoc­kiej, mnisz­ki pocho­dzą­cej z ksią­żę­ce­go rodu. Krzyż ten sta­no­wił naj­więk­szą świę­tość mona­ste­ru Spa­so-Eufro­zyń­skie­go. Zagi­nął w 1941 roku, a w 1997 roku zosta­ła wyko­na­na jego kopia. Jed­nak już w 1928 roku Włast miał pra­wo pytać sowiec­kie­go dyrek­to­ra połoc­kie­go muzeum o to, czy wie, co się z krzy­żem sta­ło, bo w mona­ste­rze w tym cza­sie go nie było. Dyrek­tor odpo­wia­da na to wymi­ja­ją­co.

Do tema­tów z kano­nu bia­ło­ru­skie­go Kowa­low doda­je jesz­cze legen­dę o Kitie­ży – mie­ście wiel­kiej szczę­śli­wo­ści wznie­sio­nym na Woł­dze, któ­re w pierw­szej poło­wie XIII wie­ku, w cza­sach ata­ku Zło­tej Ordy zapa­dło się pod wodę. Z reali­stycz­ne­go począt­ku sztu­ki prze­su­wa­my się więc w stro­nę tego, co wyobra­żo­ne i moc­no zako­rze­nio­ne w bia­ło­ru­skiej świa­do­mo­ści. Kowa­low, posłu­gu­jąc się teatral­ny­mi tri­ka­mi, mate­ria­li­zu­je prze­szłość zna­ną tyl­ko z legend. Dzie­je się tak dzię­ki prze­wod­ni­ko­wi Grze­go­rzo­wi, wpro­wa­dza­ją­ce­mu Wła­sta w… pod­zie­mia Labi­ryn­tu. To, co wła­dza sowiec­ka zwal­cza­ła w sfe­rze mitu i legen­dy, Kowa­low por­tre­tu­je w nama­cal­ny spo­sób, sym­bo­licz­nie kon­ty­nu­ując prze­rwa­ne dzie­ło Wła­sta.

W dra­ma­cie poja­wia­ją się też Kry­wic­ki Kapłan Rad oraz Kry­wic­kie Kapłan­ki, któ­re śpie­wa­ją na cześć wschod­nio­sła­wiań­skich bóstw. Rad poka­zu­je Wła­sto­wi ręko­pi­sy Cyry­la i Meto­de­go oraz zapi­ski fenic­kie­go podróż­ni­ka. Otrzy­mu­je­my też żar­to­bli­wą odpo­wiedź na pyta­nie, dla­cze­go arche­olo­gom nie uda­ło się nigdy zna­leźć dowo­dów na ist­nie­nie Kry­wii. Otóż jej wybit­ni inży­nie­ro­wie wszyst­kie ruiny i świą­ty­nie sobie tyl­ko zna­nym spo­so­bem opu­ści­li w głąb zie­mi. Włast je widzi, a Kowa­low w jego imie­niu dla nas opi­su­je.

W fina­le Kan­dy­ba, szef Cze­ka w Połoc­ku, dzia­ła­ją­cy na zle­ce­nie towa­rzy­szy w Moskwie, otrzy­mu­je roz­kaz aresz­to­wa­nia Wła­sta. To, co czy­tel­ni­kom słusz­nie wyda­ło się deli­kat­ną zapo­wie­dzią nad­cho­dzą­ce­go dra­ma­tu – odsła­nia swo­je sowiec­kie kon­tek­sty. Śnie­żyń­ska oka­zu­je się dono­si­ciel­ką. Gdy mówi­ła Wła­sto­wi, że przy­po­mi­na jej ojca, nie doda­ła, że donio­sła na nie­go jak Paw­ka Moro­zow. Sło­wem – wszy­scy ci, któ­rzy w naj­mniej­szym choć­by stop­niu marzą na Bia­ło­ru­si o kul­ty­wo­wa­niu nie­mo­skiew­skiej, nie­ro­syj­skiej, nie­so­wiec­kiej prze­szło­ści, muszą naj­pierw tra­fić do wię­zie­nia, a potem podzie­lić los wła­ści­cie­li pała­cu, w któ­rym mie­ści się połoc­kie muzeum zamor­do­wa­nych przez bol­sze­wic­kie woj­sko.

Kowa­low koń­czy więc dra­mat sekwen­cją ska­za­nia Wła­sta na śmierć. Jak się oka­zu­je, wyrok doty­czy też Śnie­żyń­skiej, bo nad­szedł już czas wiel­kie­go sta­li­now­skie­go ter­ro­ru i nikt nie może się czuć bez­piecz­ny. Sztu­ka zaś, dedy­ko­wa­na Wol­nym Kupa­łow­com, ma war­tość walu­ty nie­pod­le­głe­go naro­du. Jest tak cen­na jak śre­dnio­wiecz­na mone­ta poda­ro­wa­na Wła­sto­wi. Dla­cze­go? Bo, jak mówi jed­na z boha­te­rek dra­ma­tu – mone­ta to dowód na ist­nie­nie pań­stwo­wo­ści, któ­rej Kreml nie może prze­bo­leć.

Skala dobra

Dla porząd­ku war­to dodać, że tom zamy­ka­ją sztu­ki dla teatru lalek. Cho­chlik to rzecz o zagu­bio­nej w lesie dziew­czyn­ce i grze pozo­rów, któ­rą trze­ba roz­po­znać dro­gą mozol­ne­go doświad­cze­nia. Zamek z pia­sku doty­ka pro­ble­mów naszych wewnętrz­nych lęków, dobra i zła.

Łza Olbrzy­ma albo Baj­ka o cie­śli Han­czy­ku, naj­now­szy utwór pisa­rza dla mło­de­go widza, opo­wia­da o tym, że szczę­ście to nie tyl­ko bra­nie, lecz rów­nież dzie­le­nie się war­to­ścia­mi, któ­re są dla nas waż­ne.

Jed­nak naj­po­pu­lar­niej­szą baj­ką Kowa­lo­wa jest Dro­ga do Betle­jem. Może­my z niej wycią­gnąć wnio­sek, że czę­sto nie uświa­da­mia­my sobie ska­li dobra, któ­re czy­ni­my w wal­ce ze złem. A to jest moż­li­we wte­dy, gdy zacho­wu­je­my się porząd­nie. Dobry morał na koniec.

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

27.08.2025 Szkice

Śmiertelny człowiek, nieśmiertelna sztuka

Tomasz Mann wciąż inspiruje polskich inscenizatorów teatralnych. W ubiegłym roku po Czarodziejską górę sięgnął Krystian Lupa, w nadchodzącym sezonie ma ona powrócić pod szyldem Festiwalu Nowa Europa, w planach repertuarowych pojawia się też Doktor Faustus – o tym, jakich prawd o świecie szukają dziś w dziełach noblisty ludzie teatru, pisze Jacek Cieślak.

22.07.2026 Recenzje

Kobiety i ich rzeczy

Mimo że Historia kobiet w 101 przedmiotach to książka wpisująca się w antropologię rzeczy, warto ją czytać także jako zbiór ciekawostek o tym, co nas otacza – o publikacji Annabelle Hirsch pisze Urszula Pieczek.

21.07.2026 Laba

Latem wracam do Prousta

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z artystką wizualną i malarką Katarzyną Wyszkowską rozmawia Małgorzata Bugaj.