Kiedy myślę o Siergieju Kowalowie, doznaję zarówno radości, jak i smutku. Pierwsze uczucie wiąże się z tym, że znakomity dramatopisarz w stopniu profesora wykłada na Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej i od 1993 roku mieszka w Lublinie, drugie spowodowane jest tym, że Siergiej Kowalow jest uchodźcą z Białorusi, tłamszonej przez reżim Łukaszenki. Uchodźczy status pisarza jest też powodem, dla którego wybór dramatów zatytułowany Komedia Judyty ukazał się tylko w Polsce. W spolszczeniu jego sztuk, podzielonych w najnowszej publikacji na dwa działy – „Teatr Dramatyczny” i „Teatr Lalkowy” – wsparły pisarza trzy znakomite tłumaczki z białoruskiego: Małgorzata Buchalik, Agnieszka Goral i Beata Siwek.
Ta ostatnia jest też autorką wstępu do książki, który zatytułowała Podróż przez kraje, epoki i kultury… Dodajmy od razu, że ów tytuł jest cytatem z ankiety przeprowadzonej przez redakcję czasopisma „Dziejasłou”. Białoruscy pisarze wypowiadają się w niej na temat tego, jak widzą swoją twórczość. Beata Siwek tak skomentowała ten cytat:
Zdanie to, w moim przekonaniu, stanowi najlepszą charakterystykę jego [Siergieja Kowalowa – J.C.] twórczości dramaturgicznej, która przypomina wielopoziomowy labirynt […]. Poprzez umożliwienie odbiorcy podróży do świata wielu tekstów i kultur pokazuje on, jak ważny jest dialog, bez którego nie ma zrozumienia. Literacki dialog z innymi twórcami, z odmiennymi kulturami nie tylko poszerza kontekst interpretacyjny sztuk Kowalowa, ale też wskazuje na uniwersalny wymiar poruszanych problemów, na obecną w różnych czasach i przestrzeniach wspólnotę doświadczeń.
Paradoks zwycięzcy
Siergiej Kowalow urodził się w Mohylewie na Białorusi w 1963 roku i jest autorem siedemnastu utworów dla dorosłych oraz trzynastu dla dzieci. Gdy jeszcze można było mówić o wolności słowa w jego ojczyźnie i względnie poprawnych relacjach między Warszawą a Mińskiem, ukazała się tam antologia jego utworów o wiele mówiącym tytule Pomiędzy Białorusią a Polską. Dramaturgia Siergieja Kowalowa. Tytuł ten da się rozumieć w najprostszy sposób: Białoruś i język białoruski są pierwszą ojczyzną Kowalowa, natomiast Polska to kraj, gdzie od lat pracuje jako profesor i wykładowca, a także znalazł tu azyl. Granica białoruska jest dziś bowiem zamknięta dla pisarza, tak jak białoruskie sceny są zamknięte dla jego sztuk.
Na polskiej scenie teatralnej otwierająca tom, tytułowa Komedia Judyty stała się jedną z inspiracji, a także tworzywem spektaklu – wykorzystano w nim też teksty biblijne i monologi z dramatów Samuela Becketta – zrealizowanego przez Pawła Passiniego we współpracy z jego neTTheatre w Lublinie w 2023 roku. Wystąpiła w nim grupa Wolnych Kupałowców, białoruskich aktorów, którzy na znak protestu przeciwko reżimowi Łukaszenki porzucili miński Teatr Narodowy.
Jak wiadomo choćby z historii malarstwa (o operze i dramacie nie wspominając), Kowalow nie jest pierwszym, który sięgnął po biblijną historię młodej Żydówki z Betanii, która podstępem odcięła głowę Holofernesowi, wysłanemu na podbój Palestyny przez Nabuchodonozora. Już z tego powodu pisarz musiał dołożyć starań, by pokazać Judytę i jej historię w nowym świetle.
Od początku widza uderza bardzo udana adaptacja tej opowieści. Rzecz dzieje się w teatrze, a jednym z rekwizytów jest gipsowa ucięta głowa. Aktor, który zaraz wcieli się w rolę Holofernesa, opowiada o ironii, która towarzyszy ludzkim losom, ponieważ, jak pisze z przekąsem Kowalow, Holofernes często bywa mylony z Janem Chrzcicielem, zaś Judyta z Salome.
Ścieżkę dźwiękową spektaklu stanowi dzieło Vivaldiego, a widzowie przy jej akompaniamencie powoli przenoszą się ze świata współczesnej narracji w przeszłość. Bohaterowie – głównie Judyta – nie ukrywają najistotniejszego celu tej podróży w czasie. Dzięki niej mamy spróbować wyobrazić sobie na nowo to, co już wielokrotnie opisywano i interpretowano.
Próba ta jest odarta z tragizmu, często towarzyszącego portretowaniu Judyty. Otrzymujemy za to zastanawiającą opowieść o ofiarach historii, które w innych okolicznościach mogłyby zostać kochankami, a nie tylko kochanków udawać, odgrywać.
W tej delikatnie prowadzonej opowieści Holofernes zdaje sobie sprawę z często nieuświadamianego sobie przez zwycięzców paradoksu: z feralności swojej militarnej przewagi, w której tai się przyczyna klęski najeźdźcy. Kategorie najeźdźcy i agresora oraz potencjalnej ofiary (ostatecznie zwycięskiej) są dla Kowalowa, jak sądzę, niezwykle ważne, co ujawnia się w zastosowaniu paraboli – Asyryjczycy wobec Żydów są tu tym, kim staną się w nowożytnej historii Rosjanie wobec Białorusinów. Agresorem. Zaś Judyta staje się kimś w rodzaju mickiewiczowskiego Konrada Wallenroda. Tyle że Wallenrod cierpiał z powodu swojego podstępu, a Judyta po swym bohaterskim czynie wiedzie normalne i długie życie.
Przegranym okazuje się Holofernes, który u Kowalowa zdaje sobie sprawę, że to, co przydarzyło mu się w relacji z Judytą, było najwspanialszym, co go w życiu spotkało, nawet jeśli je stracił. Poza tym tylko dzięki Judycie i rodzajowi śmierci, jaki mu zadała, przeszedł do historii. To ona go zabiła, ale też dała mu życie wieczne.
Judyta przekazuje też agresorowi niezwykle istotną myśl: „Ani ja, ani mój naród nigdy nie wyrzekniemy się naszego Boga i nie uznamy za Boga Nabuchodonozora!”. I mówi to w sytuacji, gdy Holofernes oferuje jej rodzaj kompromisu, który okupację zmienia w coś, co w czasach komunizmu nazywaliśmy finlandyzacją, czyli pokojowym współistnieniem z mocarstwem za cenę podmiotowości.
To pełna dumy deklaracja, pod którą może podpisać się również białoruska opozycja. Kowalow nie proponuje jednak happy endu. Judyta ocaliła swoją małą ojczyznę, niemniej nawet ci, którzy wysłali ją z morderczą misją, po wykonaniu zadania odmawiają jej świętości. Także ona zmuszona jest, by żałować tego, co się stało. Na przemocy tracą wszyscy.
Zero idealizmu
Polskich czytelników z pewnością zainteresuje napisany w 2005 roku Powrót Głodomora – dedykowany „Franzowi Kafce, Tadeuszowi Różewiczowi i wszystkim wielkim Głodomorom tego świata”. Mamy tu do czynienia z teatralnym dialogiem z opowiadaniem Głodomor Kafki oraz z dramatem Odejście Głodomora Tadeusza Różewicza. To najbardziej jadowity utwór z zamieszczonych w omawianym tu tomie.
W opowieści o człowieku dociekającym istoty samoograniczenia poprzez cierpienie autor stosuje figurę dzisiejszego świeckiego słupnika, ikony doby wegetarianizmu i weganizmu, ale nie brakuje też postaci charakteryzujących się brutalnością i cynizmem życiowym, a także zawodowym i politycznym cwaniactwem. Wśród nich jest ochroniarz Pyza, który przegania z terenu zwierzyńca Żebraczkę, przebiegle i podstępnie kokietującą wszystkich humanitarnymi ideałami. Bohaterka żeruje na innych niczym dzisiejsi celebryci na charytatywnych odruchach.
Mamy tu też burmistrza, który zmienia opinie w zależności od politycznych i wizerunkowych korzyści. Dla niego wszystko jest na sprzedaż. Sam zresztą uwikłany jest w romans z dziennikarką, wykorzystującą każdą okazję, by zmanipulować rozmówców i przygotować pikantny, dobrze „klikający się” materiał. Z kolei Erna, właścicielka zwierzyńca, odcina kupony od legendarnej, założonej przez jej rodziców instytucji, którą po nich przejęła. I tylko tytułowy Głodomor gdzieś zniknął. Pozostała po nim legenda. Wszyscy się w niej przeglądają, próbując wykorzystać ją do autopromocji, a następnie zmonetyzować.
Kowalow pokazuje rzeczywistość zdominowaną przez konflikty, w której każda informacja związana z taką postacią jak Głodomor może okazać się pożywką dla mediów lub zagrożeniem dla władzy. W tym świecie wszyscy mogą się czegoś bać i wszystko przeciwko wszystkim wykorzystać.
Czystość intencji „Jezusa naszych czasów”, jak mówi się o Głodomorze, wciąż ma swój powab, nawet jeśli została pokalana kłamstwem i manipulacjami. Wyraża to piosenka o baloniku, będąca z jednej strony opowieścią o marzeniu, by polecieć do słońca, z drugiej historią obarczoną poczuciem fatalizmu: „Nim zdążę odlecieć za chmury te miałkie / Zły wiatr mnie rozerwie na drobne kawałki”.
Mówiąc językiem konkretów: Pyza dla nowego Głodomora ma wódkę i kawałek kiełbasy podsuwane idealiście, gdy nikt nie widzi.
Miłość na Krymie
W polskim teatrze mamy Miłość na Krymie, w której Sławomir Mrożek starał się opowiedzieć historię Rosji XX wieku. Siergiej Kowalow w podobny sposób skonstruował swój Dziennik intymny. Odsłania w nim historię życia i twórczości modernistycznego poety białoruskiego Maksima Bahdanowicza (1891–1917) oraz jego miłości do poznanej na Krymie Kławy Sołtykow, której poświęcił wiersz. W pierwszym akcie jesteśmy świadkami ich romansu, po czym poeta – symbol wrażliwości – umiera.
Tymczasem w drugim akcie okazuje się, że kurortowe uczucie zostało opisane przez niego nie tylko w formie miłosnego wiersza, ale także notatek ograniczających się do fizjologicznych szczegółów w lekko zaszyfrowanej formie. Mogą się one kojarzyć z Kronosem, intymnym dziennikiem Witolda Gombrowicza, na którego temat dyskutowano, zastanawiając się, czy warto go w ogóle drukować.
Podobna dyskusja toczy się w dramacie Kowalowa, w którym wielu wydawców i redaktorów chce opublikować notatki Bahdanowicza. Fascynujące jest tu śledzenie procesu wikłania się współczesnych postaci sportretowanych w sztuce w różne zależności. Łatwo bowiem wymagać od wyniesionego na pomniki poety z przeszłości życia zgodnie z moralnymi zasadami, trudniej zrezygnować z własnych popędów, miłosnych i erotycznych marzeń.
O wszystkim tym opowiada środowiskowa historia, pojawiająca się równocześnie z intymnym dziennikiem Maksyma Bahdanowicza. Jeden z bohaterów, który chętnie dyskutuje o ujawnionych tajemnicach poety, uważa ją za „pornograficzną” tylko dlatego, że wyciąga ona na światło dzienne jego tajemnice, które nie miały wyjść na jaw.
Stwierdzenie kontrowersyjnego współczesnego powieściopisarza, że „każdy epizod mojego życia wart jest tego, by stać się fabułą literacką”, odbija się w dzisiejszej, rozplotkowanej rzeczywistości Internetu. Posiada ono też historyczne tło, które ma zwrócić naszą uwagę na to, byśmy nie sądzili bohaterów z przeszłości według naszych nazbyt wyidealizowanych kryteriów.
Moskwa w Mińsku
Dla mnie osobiście w tomie dramatów Kowalowa najważniejszym utworem jest nie tytułowa Komedia Judyty, tylko Labirynt Własta. Rzekłbym nawet: konstytutywnym, ponieważ przywodzi na myśl ideę założycielską niezależnego białoruskiego państwa, która nawiązuje do tradycji państw wieków średnich (mam tu na myśli między innymi Wielkie Księstwo Litewskie), które funkcjonowały niezależnie od Moskwy (taką nazwę nosiło państwo będące poprzednikiem Rosji i ZSSR).
W Labiryncie Własta Siergiej Kowalow buduje fundament, do którego mogą odnosić się dzisiejsze i przyszłe pokolenia Białorusinów. Jest on oparty na ich twórczości sprzed ponad stu lat, z czasów pierwszej wojny światowej, kiedy to znów mogli myśleć o niezależnym państwie, odwołując się przy tym do wieków średnich bądź też do legend i mitów. Przypomina go tytułowy Włast, czyli Wacław Łastowski (1883–1938). To ciekawa i tragiczna postać – pisarz, działacz społeczny, wreszcie premier Białoruskiej Republiki Ludowej, autor – nomen omen – Labiryntu wydanego w 1923 roku.
Aby polscy czytelnicy mogli zrozumieć istotę sprawy, powinni odnieść się przez analogię do Ukrainy. Jej niepodległość jest solą w oku moskiewskich tyranów pokroju Putina nie tylko ze względów militarnych, ekonomicznych czy politycznych. Państwo to zostało sprowadzone przez Rosjan do skali „Małorosji”, gdyż przez swoją niezależność podważyło moskiewski mit o zjednoczeniu pod władzą Kremla wszystkich historycznych ziem ruskich. Tylko dlaczego Kreml rości sobie do tego prawo, skoro państwowość ukraińska połączona z prawosławiem sięga 988 roku? Wówczas Włodzimierz I Mądry przyjął chrzest i ożenił się z siostrą cesarza bizantyjskiego Bazylego II, podczas gdy najstarszy zachowany zapis o Moskwie, dotyczący budowy baszty, pochodzi z 1147 roku.
Cieniem na moskiewskim micie lidera ziem ruskich kładzie się też historia Rusi Nowogrodzkiej założonej przez Normanów. Dali oni początek dynastii Rurykowiczów, łączącej także plemiona słowiańskiego Wschodu, zwłaszcza zaś Republiki Nowogrodzkiej i Księstwa Połockiego. Białoruscy niepodległościowcy, w tym wspomniany Wacław Łastowski, a obecnie Siergiej Kowalow, właśnie do tej historii się odnoszą. Łastowski przypłacił to śmiercią z rąk sowieckich katów w 1938 roku, Kowalow musiał wybrać życie na emigracji w Polsce.
To, że dramatopisarz uczynił tytułowym bohaterem Labiryntu Własta Łastowskiego, nie powinno dziwić. Początkowo działacz ten łączył swoje nadzieje z ruchem socjalistycznym, a konkretnie z PPS na Litwie. Później w Rydze zaczął współpracę z lokalnymi działaczami białoruskimi. W czasie pierwszej wojny światowej przebywał w Wilnie, gdzie stanął na czele Białoruskiego Towarzystwa Wydawniczego. W marcu 1918 roku wszedł w skład Rady Białoruskiej Republiki Ludowej, zaś od grudnia 1919 roku kierował pracami rządu BRL w Mińsku. Wtedy doszło do niechlubnego epizodu – Łastowski został aresztowany przez Polaków. Z więzienia wypuszczono go po dwóch miesiącach. Wyjechał wtedy do Rygi, a później do Kowna, gdzie stał na czele emigracyjnego rządu do marca 1923 roku.
Autorytarne tendencje, które ogarnęły także Litwę, sprawiły, że w 1926 roku podjął trudną decyzję o wyjeździe do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Tam pracował jako dyrektor Państwowego Muzeum Białoruskiego w Mińsku. Na poziomie rządowym był odpowiedzialny za białoruską etnografię. Jednak w 1930 roku został aresztowany i oskarżony w warunkach politycznej mistyfikacji o stworzenie nacjonalistycznej organizacji – Związku Wyzwolenia Białorusi. Zesłano go za to na pięć lat do Saratowa, gdzie w czasie wielkiego terroru został aresztowany przez NKWD i skazany na karę śmierci.
W podziemiach Białorusi
Sztuka Kowalowa rozpoczyna się w 1928 roku na peronie dworca kolejowego w Połocku. Z pociągu wychodzi młoda pracownica Muzeum Połockiego Rita Lejman ze świeżo pozyskanymi obrazami uczniów Kazimierza Malewicza (zostaną skrytykowane jako nazbyt nowoczesne „kwadraty i koła”, lepiej pokazywać coś w stylu rosyjskiego klasyka Riepina). Za chwilę poznamy też Antoninę Śnieżyńską, przedstawioną jako „historyk sztuki” i „specjalistka z Moskwy”. Na dworcu pojawi się również „miński uczony i pisarz Włast z dwiema ciężkimi walizkami”, na którego czekają czekiści z rozkazem aresztowania. Jak się szybko okazuje, „przez pomyłkę”, ale historyczne fatum ciążące nad niepodległościowcem zostało w dramacie zaznaczone. Dzięki temu możemy, solidaryzując się z głównym bohaterem, odczuć jego niepokój, choć przecież przybył on do Muzeum Połockiego całkiem legalnie, zaproszony na wykłady.
Dobrym duchem Własta stanie się Grzegorz, strażnik pracujący w muzeum, opisany w didaskaliach jako „człowiek z podziemia”. I to on okaże się łącznikiem między „starymi i nowymi czasy”. Zanim jednak to nastąpi, w czasie spotkania Archeologicznej Wolnej Konfraterii z udziałem Własta i Śnieżyńskiej wywiązuje się rozmowa na temat Krywii, czyli terenu zamieszkałego przez wschodniosłowiańskie plemiona, który znajdował się w pobliżu dzisiejszego Smoleńska, Tweru i Pskowa. Nie bardzo to w smak Rosjance Śnieżyńskiej, która zaczyna ujawniać poglądy związane nie tylko ze sztuką. Nie zważając na to, Włast całkiem swobodnie roztacza wizję owego regionu, który najpierw czerpał z pogaństwa, a potem z chrześcijaństwa, co miało wpływ na architekturę, piśmiennictwo i malarstwo. Ta rozmowa staje się uwerturą do przypomnienia legendy o położonych głęboko pod Połockiem lochach, zwanych Labiryntem, gdzie może się znajdować, zdaniem Własta, ukryta przed wojskami Iwana Groźnego biblioteka mnichów.
Włast pozwala sobie też nawiązać do innej ikony białoruskiej przeszłości, czyli krzyża Łazarza Bohszy, wykonanego na zamówienie Eufrozyny Połockiej, mniszki pochodzącej z książęcego rodu. Krzyż ten stanowił największą świętość monasteru Spaso-Eufrozyńskiego. Zaginął w 1941 roku, a w 1997 roku została wykonana jego kopia. Jednak już w 1928 roku Włast miał prawo pytać sowieckiego dyrektora połockiego muzeum o to, czy wie, co się z krzyżem stało, bo w monasterze w tym czasie go nie było. Dyrektor odpowiada na to wymijająco.
Do tematów z kanonu białoruskiego Kowalow dodaje jeszcze legendę o Kitieży – mieście wielkiej szczęśliwości wzniesionym na Wołdze, które w pierwszej połowie XIII wieku, w czasach ataku Złotej Ordy zapadło się pod wodę. Z realistycznego początku sztuki przesuwamy się więc w stronę tego, co wyobrażone i mocno zakorzenione w białoruskiej świadomości. Kowalow, posługując się teatralnymi trikami, materializuje przeszłość znaną tylko z legend. Dzieje się tak dzięki przewodnikowi Grzegorzowi, wprowadzającemu Własta w… podziemia Labiryntu. To, co władza sowiecka zwalczała w sferze mitu i legendy, Kowalow portretuje w namacalny sposób, symbolicznie kontynuując przerwane dzieło Własta.
W dramacie pojawiają się też Krywicki Kapłan Rad oraz Krywickie Kapłanki, które śpiewają na cześć wschodniosławiańskich bóstw. Rad pokazuje Włastowi rękopisy Cyryla i Metodego oraz zapiski fenickiego podróżnika. Otrzymujemy też żartobliwą odpowiedź na pytanie, dlaczego archeologom nie udało się nigdy znaleźć dowodów na istnienie Krywii. Otóż jej wybitni inżynierowie wszystkie ruiny i świątynie sobie tylko znanym sposobem opuścili w głąb ziemi. Włast je widzi, a Kowalow w jego imieniu dla nas opisuje.
W finale Kandyba, szef Czeka w Połocku, działający na zlecenie towarzyszy w Moskwie, otrzymuje rozkaz aresztowania Własta. To, co czytelnikom słusznie wydało się delikatną zapowiedzią nadchodzącego dramatu – odsłania swoje sowieckie konteksty. Śnieżyńska okazuje się donosicielką. Gdy mówiła Włastowi, że przypomina jej ojca, nie dodała, że doniosła na niego jak Pawka Morozow. Słowem – wszyscy ci, którzy w najmniejszym choćby stopniu marzą na Białorusi o kultywowaniu niemoskiewskiej, nierosyjskiej, niesowieckiej przeszłości, muszą najpierw trafić do więzienia, a potem podzielić los właścicieli pałacu, w którym mieści się połockie muzeum zamordowanych przez bolszewickie wojsko.
Kowalow kończy więc dramat sekwencją skazania Własta na śmierć. Jak się okazuje, wyrok dotyczy też Śnieżyńskiej, bo nadszedł już czas wielkiego stalinowskiego terroru i nikt nie może się czuć bezpieczny. Sztuka zaś, dedykowana Wolnym Kupałowcom, ma wartość waluty niepodległego narodu. Jest tak cenna jak średniowieczna moneta podarowana Włastowi. Dlaczego? Bo, jak mówi jedna z bohaterek dramatu – moneta to dowód na istnienie państwowości, której Kreml nie może przeboleć.
Skala dobra
Dla porządku warto dodać, że tom zamykają sztuki dla teatru lalek. Chochlik to rzecz o zagubionej w lesie dziewczynce i grze pozorów, którą trzeba rozpoznać drogą mozolnego doświadczenia. Zamek z piasku dotyka problemów naszych wewnętrznych lęków, dobra i zła.
Łza Olbrzyma albo Bajka o cieśli Hanczyku, najnowszy utwór pisarza dla młodego widza, opowiada o tym, że szczęście to nie tylko branie, lecz również dzielenie się wartościami, które są dla nas ważne.
Jednak najpopularniejszą bajką Kowalowa jest Droga do Betlejem. Możemy z niej wyciągnąć wniosek, że często nie uświadamiamy sobie skali dobra, które czynimy w walce ze złem. A to jest możliwe wtedy, gdy zachowujemy się porządnie. Dobry morał na koniec.
