Śmiertelny człowiek, nieśmiertelna sztuka

Dzie­ła Toma­sza Man­na mogą sta­no­wić inspi­ra­cję dla twór­ców wiel­kich wido­wisk teatral­nych, zarów­no dra­ma­tycz­nych, jak i ope­ro­wych. Tak sta­ło się w przy­pad­ku Cza­ro­dziej­skiej góry, któ­rą na deski teatru prze­niósł Kry­stian Lupa, zaś muzy­kę do jej ope­ro­wej wer­sji skom­po­no­wał Paweł Mykie­tyn. Tak było rów­nież z Dok­to­rem Fau­stu­sem – wyre­ży­se­ro­wa­nym przez Grze­go­rza Jarzy­nę. Spek­takl na pod­sta­wie tego ostat­nie­go utwo­ru pla­nu­je – wcze­śniej czy póź­niej – wysta­wić tak­że Michał Mer­czyń­ski, dyrek­tor Nowe­go Teatru w War­sza­wie, pry­wat­nie wiel­ki fan nobli­sty, posia­dacz egzem­pla­rza pierw­sze­go nie­miec­kie­go wyda­nia Cza­ro­dziej­skiej góry z 1924 roku.

„Czarodziejska góra” – wersja operowa

To wła­śnie Michał Mer­czyń­ski, dyrek­tor Mal­ta Festi­val Poznań, po wie­lu latach sta­rań dopro­wa­dził do pra­pre­mie­ry Cza­ro­dziej­skiej góry ze spe­cjal­nie skom­po­no­wa­ną do spek­ta­klu muzy­ką Paw­ła Mykie­ty­na i libret­tem Mał­go­rza­ty Sikor­skiej-Misz­czuk. Reży­se­rii przed­sta­wie­nia pod­jął się Andrzej Chy­ra, a sce­no­gra­fię-insta­la­cję stwo­rzył Miro­sław Bał­ka. Tak o spek­ta­klu pisze Jacek Mar­czyń­ski, kry­tyk „Rzecz­po­spo­li­tej”, pod­su­mo­wu­jąc 2015 rok w muzy­ce kla­sycz­nej i współ­cze­snej:

Paweł Mykie­tyn na nowo zde­fi­nio­wał gatu­nek zwa­ny ope­rą, i to w spo­sób bar­dziej kon­se­kwent­ny niż czy­ni­li to wszy­scy nasi kom­po­zy­to­rzy. Cza­ro­dziej­ska góra to pierw­sza wybit­na pol­ska ope­ra XXI wie­ku.

Kom­po­zy­tor udo­wod­nił, że moż­na się obejść bez tra­dy­cyj­nej orkie­stry, korzy­stać wyłącz­nie z dźwię­ków elek­tro­nicz­nych, a mimo to pozo­stać w rygo­rach ści­słej for­my, w któ­rej muzy­ka zgod­nie współ­ist­nie­je z tek­stem i teatrem. Co odpo­wie­dzial­ny za sce­nicz­ny świat reży­ser przed­sta­wie­nia mówi o powie­ści nobli­sty?

Na począt­ku wysta­wie­nie Cza­ro­dziej­skiej góry wyda­wa­ło mi się nie­moż­li­we. Powo­dem była zarów­no ska­la książ­ki, jak i jej wie­lo­wąt­ko­wość. Arcy­dzie­ło Toma­sza Man­na moż­na czy­tać jako romans albo filo­zo­ficz­ny trak­tat o cza­sie. Cią­gle aktu­al­ny jest prze­cież spór świa­to­po­glą­do­wy o prze­szłość i przy­szłość nasze­go kon­ty­nen­tu pomię­dzy jezu­itą Naph­tą a maso­nem Set­tem­bri­nim. Jest tu też wątek doj­rze­wa­nia – ducho­we­go, ale i do śmier­ci. Hedo­nizm mie­sza się z tre­nem ma temat bel­le epo­que, prze­rwa­ną przez I woj­nę świa­to­wą. Teraz patrzę na Davos i sana­to­rium, w któ­rym prze­by­wa głów­ny boha­ter Hans Castorp, jak na Euro­pę moc­no ode­rwa­ną od rze­czy­wi­sto­ści, zagu­bio­ną. Moją uwa­gę zwró­cił wątek Joachi­ma, kuzy­na Han­sa, żoł­nie­rza, któ­ry zmarł wsku­tek wyjaz­du z sana­to­rium, by wró­cić do służ­by woj­sko­wej. Castorp przy­wo­łu­je Joachi­ma pod­czas sean­su spi­ry­ty­stycz­ne­go. Powrót kuzy­na robi na Castor­pie pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie. Więź mię­dzy kuzy­na­mi wybrzmia­ła wte­dy dla mnie w peł­ni i sta­ła się bar­dzo waż­na dla przed­sta­wie­nia.

Kom­po­zy­tor Paweł Mykie­tyn uzna­je z kolei, że w tek­ście naj­istot­niej­sze są gry z cza­sem:

Castorp przy­jeż­dża do sana­to­rium na dwa tygo­dnie, po czym zosta­je w Ber­gho­fie sie­dem lat. To odbi­ło się na moim myśle­niu o muzy­ce. Posta­no­wi­łem stwo­rzyć muzy­kę nasy­co­ną odgło­sa­mi codzien­ny­mi, ale tak­że zło­żo­ną z prze­two­rzo­nych dźwię­ków tra­dy­cyj­nych instru­men­tów. Śpie­wa­cy śpie­wa­ją na żywo, ale pod­kład muzycz­ny jest odtwa­rza­ny za pomo­cą wie­lo­ka­na­ło­we­go sys­te­mu sto­so­wa­ne­go w kinach.

Mał­go­rza­ta Sikor­ska-Misz­czuk zaś stwier­dza:

Dla mnie impul­sem do napi­sa­nia libret­ta była suge­stia Andrze­ja Chy­ry doty­czą­ca głę­bo­kiej wię­zi, jaka łączy Han­sa Castor­pa z kuzy­nem Joachi­mem. Na począt­ku, zanim zosta­nie zdia­gno­zo­wa­na u Han­sa cho­ro­ba, ci dwaj męż­czyź­ni są kom­plet­ni, są awer­sem i rewer­sem. Ta kom­plet­ność była wyzwa­niem dla mnie i dla Andrze­ja. Pra­cu­jąc nad spek­ta­klem, musie­li­śmy utwo­rzyć to „my” – wspól­ne tak­że dla nas oboj­ga.

Joachim jest szczę­śli­wy z powo­du przy­jaz­du młod­sze­go kuzy­na, jed­nak para­dok­sal­nie, gdy Hans decy­du­je się zostać w Davos, ich dro­gi zaczy­na­ją się roz­cho­dzić. Joachim ocze­ku­je, że obaj będą nie­prze­jed­na­ni wobec miło­ści, ale mimo to zako­chu­je się w Maru­si, tak jak Hans Castorp w intry­gu­ją­cej Rosjan­ce Kław­dii.

Sikor­ska-Misz­czuk doda­je:

Nie wie­rzę w przy­jaźń Han­sa i Joachi­ma, tak jak w żad­ną przy­jaźń głów­ne­go boha­te­ra. Ten mło­dy facet każ­de­go ze swych men­to­rów poły­ka. Bie­rze z nich to, co chce, a resz­tę odrzu­ca. Tho­mas Mann, dla któ­re­go Castorp jest rodza­jem ema­na­cji, nie­na­wi­dził szko­ły i wszyst­kich men­to­rów, któ­rzy mówi­li mu, jak ma żyć. Poza tym wszy­scy men­to­rzy w Cza­ro­dziej­skiej górze są prze­mo­co­wi – zarów­no rze­ko­mo libe­ral­ny Set­tem­bri­ni, jak i jezu­ita Naph­ta, któ­ry wpro­wa­dzał­by naj­chęt­niej Kró­le­stwo Boże na zie­mi ogniem i mie­czem. Obaj nie dają nam żad­ne­go wybo­ru. Żąda­ją tego, co jest zgod­ne z ich świa­to­po­glą­dem. Rów­nież Peeper­korn, syba­ry­ta, król życia, jest prze­mo­co­wy: orga­ni­zu­je zaba­wę, w któ­rej wszy­scy muszą brać udział. Doty­czy to tak­że rad­cy Beh­ren­sa, któ­ry mówi: „Po śmier­ci nie ma nic, a w życiu jest tyl­ko cia­ło, któ­re po zgo­nie pęk­nie jak u żaby, więc korzy­staj z cia­ła za życia i nie dora­biaj do tego roman­tycz­nych histo­rii”. Oczy­wi­ście, Mann jest mister­ny, zawo­alo­wa­ny. To jest nar­ra­cja pół­słó­wek. Beh­rens też nigdy nie mówi nic wprost. Ale ma w gabi­ne­cie por­no­gra­ficz­ne rzeź­by. A por­tret Kław­dii, jaki malo­wał, świad­czy, że znał z bli­ska każ­dy por jej skó­ry. To wszyst­ko spra­wia, że Castorp doj­rze­wa do zemsty, posta­na­wia zała­twić takie­go face­ta jak Peeper­korn i odpła­cić Kław­dii za to, że go zlek­ce­wa­ży­ła. […] Jed­nak, jak mówią, zemsta jest roz­ko­szą bogów. Hans pła­ci swo­ją cenę.

Cza­ro­dziej­ską górę koń­czy pyta­nie: czy z tego bło­ta, w któ­rym ginie pod­czas woj­ny Castorp, z tego gorącz­ko­we­go snu naro­dzi się nowa, pięk­na miłość? Mał­go­rza­ta Sikor­ska-Misz­czuk w odnie­sie­niu do tej kwe­stii mówi:

Wła­śnie z tego zda­nia w moim libret­cie naro­dzi­ła się postać Ame­ry­kan­ki, któ­ra miesz­ka­ła w poko­ju nr 34 sana­to­rium Ber­ghof w Davos tuż przed przy­jaz­dem Han­sa Castor­pa. Tuż przed śmier­cią kobie­cie śni się Hans, trzy­ma­ją­cy w rękach jej szpil­ki. To remi­ni­scen­cja moje­go wła­sne­go snu. Kobie­ta mówi­ła w nim do męż­czy­zny o strza­ska­nym nie­bie, któ­re trze­ba pozbie­rać i zło­żyć na nowo. To strza­ska­ne nie­bo zamie­ni­li­śmy potem na buty szpil­ki, kon­kret­ny rekwi­zyt, któ­rym może­my posłu­gi­wać się w teatrze. Spek­takl koń­czy woj­na i ślub. Czy to jest ślub ze śmier­cią? A może z nową miło­ścią?

Po pre­mie­rze na Festi­wa­lu Mal­ta ope­ra była wysta­wia­na w róż­nych miej­scach w Pol­sce. Moż­na ją było oglą­dać na festi­wa­lu Sacrum Pro­fa­num w Kra­ko­wie, na Ogól­no­pol­skim Festi­wa­lu Sztu­ki Reży­ser­skiej „Inter­pre­ta­cje” w Kato­wi­cach oraz w Nowym Teatrze pod­czas War­szaw­skiej Jesie­ni. W nad­cho­dzą­cym sezo­nie ma powró­cić pod szyl­dem Mię­dzy­na­ro­do­we­go Festi­wa­lu Nowa Euro­pa.

Krystian Lupa na szczycie „Czarodziejskiej góry”

Kry­stian Lupa przy­go­to­wał Cza­ro­dziej­ską górę w Jau­ni­mo Teatras (Wil­no). Przed­sta­wie­nie mia­ło pra­pre­mie­rę na Festi­wa­lu Sal­zbur­skim w 2024 roku. W prze­pro­wa­dzo­nym prze­ze mnie wywia­dzie opu­bli­ko­wa­nym na łamach week­en­do­we­go dodat­ku do „Rzecz­po­spo­li­tej” reży­ser mówił, że Tomasz Mann wyko­nał w swo­jej powie­ści nie­zwy­kłą pra­cę, uchwy­cił isto­tę wszyst­kich kon­flik­tów, u któ­rych pod­staw leży brak dia­lo­gu bądź jego zerwa­nie. Prze­wrot­nie moż­na powie­dzieć, że wybit­ny reży­ser odniósł się tu rów­nież do swo­je­go wcze­śniej­sze­go bra­ku arty­stycz­ne­go dia­lo­gu z Man­nem. Jako patron teatral­nych adap­ta­cji wiel­kich powie­ści z nie­miec­kie­go obsza­ru języ­ko­we­go – Tho­ma­sa Bern­har­da, Rober­ta Musi­la, Her­man­na Bro­cha – nigdy nie się­gał po dzie­ła Man­na. Wcze­sna lek­tu­ra ksią­żek nobli­sty spra­wi­ła, że uznał jego twór­czość za zbyt lite­rac­ką, a zawar­te w niej dia­lo­gi za nazbyt szkol­ne. Dziś jed­nak przy­zna­je:

Myślę, że się myli­łem. Kie­dy sta­nął przede mną nowy pro­jekt w Wil­nie, do któ­re­go dołą­czy­ła Mari­na Dawy­do­wa, dyrek­tor­ka sek­cji dra­ma­tu Festi­wa­lu Sal­zbur­skie­go w 2024 roku, roz­ma­wia­li­śmy naj­pierw o moż­li­wo­ści zain­sce­ni­zo­wa­nia jesz­cze raz Czło­wie­ka bez wła­ści­wo­ści Musi­la. Póź­niej roz­mo­wa zeszła na Toma­sza Man­na i Cza­ro­dziej­ską górę oraz prze­czu­cie zbli­ża­ją­cej się woj­ny, któ­ra koń­czy książ­kę, co sta­no­wi­ło dla mnie inspi­ra­cję do nowe­go jej odczy­ta­nia. A może raczej nowe­go ucie­le­śnie­nia.

Pomysł spo­tkał się z wiel­kim entu­zja­zmem Kry­stia­na Lupy:

Wsze­dłem w Man­na, z jego życiem i sto­sun­kiem do poli­ty­ki ówcze­snych Nie­miec. Wsze­dłem w całe to prze­po­czwa­rze­nie się świa­do­mo­ści pisa­rza, ide­olo­gicz­ne i świa­to­po­glą­do­we po I woj­nie świa­to­wej. Wcze­śniej był on prze­cież nie­zwy­kle zaan­ga­żo­wa­ny w naro­do­we aspi­ra­cje Nie­miec, dystan­so­wał się od libe­ra­łów i lewi­cy. A jed­nak poczuł, że doznał klę­ski i musiał się prze­mie­nić. Dla naszych cza­sów to są nie­sły­cha­nie odkryw­cze tro­py. W cią­gu kil­ku­na­stu lat Mann, iden­ty­fi­ku­jąc się naj­pierw z nie­miec­kim patrio­ty­zmem i dystan­su­jąc się wobec libe­ral­niej­sze­go od nie­go śro­do­wi­ska, stał się ofia­rą nacjo­na­li­stycz­nej nagon­ki, a na koń­cu migran­tem. Na to mia­ła wpływ oczy­wi­ście jego toż­sa­mo­ści sek­su­al­na i żydow­skie pocho­dze­nie rodzi­ny żony. To cie­ka­wy dziś dla nas przy­kład ewo­lu­cji pisa­rza.

Inte­re­su­ją­cy dla reży­se­ra był tak­że fakt, że Tomasz Mann zaczął pisać Cza­ro­dziej­ską górę przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą, zaraz po opu­bli­ko­wa­niu Śmier­ci w Wene­cji, któ­ra odnio­sła suk­ces. Począt­ko­wo mia­ła to być nowe­la, nie­dłu­gi tekst, któ­ry powstał w wyni­ku odwie­dzin twór­cy u żony Katii w sana­to­rium gruź­li­czym w szwaj­car­skim Davos. Lupa doda­je:

Nagle to miej­sce wyda­ło się pisa­rzo­wi arche­ty­pem prze­strze­ni mogą­cej pomie­ścić zarów­no pro­ces indy­wi­du­acyj­ny jed­nost­ki, jak i wydzie­lo­ne miej­sce cho­rych, sta­jąc się dziw­ną mem­bra­ną, zaopa­trzo­ną w jakiś rodzaj anten zbie­ra­ją­cych sygna­ły nie­zau­wa­żal­ne w świe­cie ludzi zdro­wych […]. Po woj­nie, i to jest naj­bar­dziej fascy­nu­ją­ce, pisa­nie książ­ki kon­ty­nu­uje już inny czło­wiek […]. Prze­cież pamię­ta­my, że Tomasz Mann uciekł z Davos, gdy sana­to­ryj­ny lekarz powie­dział mu, że ma zaląż­ki gruź­li­cy i powi­nien pod­dać się lecze­niu razem z żoną. Katia zosta­ła w sana­to­rium, a on wolał czmych­nąć i wysłać tam potem swo­je pisar­skie alter ego. Kazał książ­ko­wej posta­ci prze­ży­wać dru­gie życie, któ­re­go mógł­by sam doświad­czyć, ale tego nie zro­bił, bo stchó­rzył. To zresz­tą swo­isty twór­czy feno­men, że autor pcha swo­je­go boha­te­ra w przy­go­dy, któ­rych sam nie podej­mu­je. Zamiast tego, w wyobraź­ni pro­wa­dzi eks­pe­ry­ment z życiem ryzy­kow­nym i głę­bo­kim. Oczy­wi­ście Hans Castorp nic hero­icz­ne­go nie robi, a jed­nak poświę­ca swo­je życie, by się zagu­bić w nie­zna­nej, labo­ra­to­ryj­nej rze­czy­wi­sto­ści. To jest ten rodzaj indy­wi­du­acji, o jaki Toma­szo­wi Man­no­wi cho­dzi­ło.

O duszę i umysł Castor­pa wal­czą wol­no­my­śli­ciel Set­tem­bri­ni i jezu­ita Naph­ta, któ­ry mówi tak: „Jeśli myśli pan, że owo­cem przy­szłych rewo­lu­cji będzie wol­ność, to jest pan w błę­dzie. Hasło wol­no­ści w cią­gu pię­ciu wie­ków dopeł­ni­ło się i prze­ży­ło”. Teraz cho­dzi o „bez­względ­ny roz­kaz, żela­zną koniecz­ność, o dys­cy­pli­nę, ofia­rę, samo­za­par­cie, o zada­nie gwał­tu indy­wi­du­al­no­ści”. Czy­li poli­tycz­ny ter­ror. Jak twier­dzi Lupa:

Sło­wa Man­na są w tym momen­cie wstrzą­sa­ją­co pro­fe­tycz­ne. Oczy­wi­ście może­my powie­dzieć, że Hans Castorp jest kon­su­men­tem dwóch prze­ciw­no­ści obu myśli­cie­li. I to jest nie­zwy­kłe, że nie porwie go ani Set­tem­bri­ni ze swo­ją naiw­ną postę­po­wo­ścią i wia­rą w nie­skoń­czo­ne moż­li­wo­ści czło­wie­czeń­stwa, ani Naph­ta ze swo­ją wizją kata­stro­fy czło­wie­ka po okre­sie śre­dnio­wie­cza. Ma to głę­bo­ko tra­gicz­ne korze­nie. Może­my w nim zoba­czyć Żyda wyrzu­co­ne­go na kop­nia­kach z macie­rzy­ste­go łoży­ska, Żyda, któ­ry z tego powo­du został jezu­itą. To jest nie­sa­mo­wi­te i dia­bo­licz­ne połą­cze­nie dwóch toż­sa­mo­ści, któ­re stwo­rzy­ły upior­ny gen, jaki może­my obser­wo­wać u takiej posta­ci histo­rycz­nej jak Hitler.

Jed­nym z boha­te­rów Cza­ro­dziej­skiej góry jest cia­ło. Mann pisze o życiu wbrew przy­ję­tym kano­nom zdro­wia i tra­dy­cyj­nym zasa­dom. Emo­cje i miłość są w jego uję­ciu nie­usta­ją­cą cho­ro­bą. Ano­ma­lia sta­je się przy­naj­mniej czę­ścią nor­my, zaś nor­ma – wyjąt­kiem. Reży­ser pod­kre­śla:

To jest bar­dzo waż­ny motyw. Mamy tu pro­ces uwal­nia­nia cie­le­sno­ści prze­pro­wa­dzo­ny w nie­zwy­kle deli­kat­ny i dys­kret­ny spo­sób. Mann jest dale­ki od epa­to­wa­nia sek­su­al­no­ścią czy eks­tre­mal­ny­mi doświad­cze­nia­mi czło­wie­ka ze swo­im cia­łem, któ­re pro­wa­dzą do pust­ki czy absur­du. U Man­na mamy nie­dzi­siej­szy przy­kład dąże­nia do miło­sne­go zbli­że­nia Han­sa Castor­pa i Kław­dii Chau­chat – jeśli cho­dzi o kon­sump­cję wła­ści­wie nie­obec­ny. Do cze­goś doszło, a prze­cież jak­by nie doszło. Mann to oso­bli­wie zaszy­fro­wu­je i w grun­cie rze­czy kwe­stio­nu­je czy wręcz uni­ce­stwia. Nie­obec­ność tego doświad­cze­nia jest, być może, cie­kaw­szym pro­ce­sem do prze­śle­dze­nia i do prze­ży­cia niż nad­miar opi­sów, jakich dostar­cza­ją póź­niej­si pisa­rze.

Pierw­sze zda­nie w spek­ta­klu Kry­stia­na Lupy wypo­wia­da dwu­dzie­sto­trzy­let­ni Castorp: „Zno­wu jadę, zno­wu nie­świa­do­my tego, jak pro­wo­ku­ję swój los tą podró­żą…”. Słów tych nie napi­sał Mann, lecz Lupa. Brzmią jak cre­do, pod­su­mo­wa­nie życia osiem­dzie­się­cio­let­nie­go insce­ni­za­to­ra. Moż­na mówić o podo­bień­stwie sce­nicz­ne­go Castor­pa do mło­de­go Lupy. Rów­nież dla­te­go, że reży­ser w mło­do­ści, pew­nie w wie­ku swo­je­go obec­ne­go boha­te­ra, zaczął two­rzyć powieść Klasz­tor nasłu­chu­ją­cych – histo­rię arty­stów, któ­rzy z dala od ludz­ko­ści przez sztu­kę mie­rzą się z nad­cho­dzą­cą apo­ka­lip­są. Powieść prze­ro­dzi­ła się w dzien­nik, pro­wa­dzo­ny do dziś przez arty­stę. To intry­gu­ją­ce, że sta­no­wi on jeden z moty­wów spek­ta­klu o sana­to­rium – miej­scu, nad któ­rym cią­ży wid­mo woj­ny. W ten spo­sób łączą się doświad­cze­nia Toma­sza Man­na, Han­sa Castor­pa oraz złe prze­czu­cia same­go reży­se­ra zwią­za­ne z kon­dy­cją nasze­go świa­ta (owe intu­icje i dia­gno­zy Lupa wyra­ził też w poprzed­nich spek­ta­klach: CapriIma­gi­ne).

Cza­ro­dziej­ska góra Lupy to przed­sta­wie­nie o nie­ustan­nej prze­mia­nie – zazna­czo­nej w wizu­ali­za­cjach alche­micz­nym sym­bo­lem putre­fac­tio. Pod tym okre­śle­niem kry­je się gni­cie biał­ka, o któ­rym wie­le mówi się w sana­to­rium, a bez któ­re­go nie ma krą­że­nia mate­rii w przy­ro­dzie. Bo życie to cią­głe umie­ra­nie i odra­dza­nie się. A tak­że miłość. Dok­tor Kro­kow­ski pod­czas wykła­du nie boi się nazwać jej cho­ro­bą, prze­ja­wem roz­kła­du. Owo putre­fac­tio, czy­li przej­ście przez pro­ces gnil­ny, nisz­czy zaszcze­pio­ne nam przez rodzi­ców i kul­tu­rę wzor­ce. Dok­tor Kro­kow­ski brzmi jak Lupa, gdy nama­wia Castor­pa, by ten „roze­brał się ze swo­je­go czło­wie­ka”.

Miłość powra­ca razem z Kław­dią, poja­wia­ją­cą się w dru­gim akcie spek­ta­klu wraz z holen­der­skim milio­ne­rem Peeper­kor­nem, któ­ry swo­im bez­kom­pro­mi­so­wym zacho­wa­niem potwier­dza, że życie jest zbyt krót­kie, by cze­kać na cud. To nie­mal alter ego Lupy. Może­my tak pomy­śleć, kie­dy zoba­czy­my go dema­sku­ją­ce­go kul­tu­rę jako for­mę zawo­alo­wa­ne­go wię­zie­nia, z któ­re­go trze­ba się wyzwo­lić, i nama­wia­ją­ce­go innych do życio­wej odwa­gi. Castorp sta­ra się wyjść z ram odwiecz­nych kon­flik­tów, podą­ża­jąc tro­pem bachicz­ne­go Peeper­kor­na, któ­ry uwa­ża czło­wie­ka za „organ rado­ści Boga” i leża­ku­je pod Ostat­nią wie­cze­rzą Leonar­da da Vin­ci.

Zarów­no boha­ter spek­ta­klu, jak i reży­ser mają poczu­cie, że gło­sze­nie racjo­na­li­zmu nie chro­ni przed sza­leń­stwem. W sce­nie sean­su spi­ry­ty­stycz­ne­go w powie­ści Man­na poja­wie­nie się wid­ma Joachi­ma w woj­sko­wym mun­du­rze anty­cy­po­wa­ło los Castor­pa – boha­ter w fina­le tra­fia na woj­nę. W przed­sta­wie­niu Lupy efekt woj­ny się zwie­lo­krot­nia. We wstrzą­sa­ją­cej sce­nie prze­mo­wy Peeper­kor­na na tle huczą­ce­go wodo­spa­du wyle­wa się na nas powódź tru­pów. Pod­czas sean­su teatr nawie­dza­ją wid­ma ludzi pomor­do­wa­nych w obo­zach, w tym Joachi­ma w pasia­ku z Auschwitz. W wizu­ali­za­cjach zauwa­żal­ny jest też Adolf Hitler. Jego poja­wie­nie się potwier­dza tezę reży­se­ra, że nasza cywi­li­za­cja wciąż może pro­du­ko­wać kolej­nych tyra­nów.

„Doktor Faustus” w konwencji kina sensacyjnego

Jako pierw­szy z uczniów Kry­stia­na Lupy się­gnął po dzie­ło Toma­sza Man­na Grze­gorz Jarzy­na, któ­ry wysta­wił swo­ja wer­sję Dok­to­ra Fau­stu­sa na Ber­li­ner Festwo­chen we wrze­śniu 1999 roku pod szyl­dem Teatru Pol­skie­go we Wro­cła­wiu. Mło­dy wów­czas reży­ser stwo­rzył wido­wi­sko auto­no­micz­ne wobec powie­ści, ale podej­mu­ją­ce wszyst­kie jej wąt­ki. Był to przede wszyst­kim spek­takl o tym, że wiel­ka sztu­ka nie może zastą­pić miło­ści. Nagi Adrian Lever­kühn i piesz­czą­ca go pięk­na Esme­ral­da leże­li na pro­sce­nium, obla­ni księ­ży­co­wym bla­skiem reflek­to­ra. Rzu­co­ne krót­ko przez boha­te­ra sło­wa „zim­no mi” sta­no­wi­ły zapro­sze­nie do dru­gie­go obra­zu: na wiszą­cym ponad sce­ną żela­znym pomo­ście poły­ski­wa­ła w ciem­no­ściach łysi­na mil­czą­ce­go męż­czy­zny. To od nie­go pły­nął prze­raź­li­wy chłód. O tym, że jest Mefi­stem, widzo­wie dowia­dy­wa­li się póź­niej.

Jarzy­na zde­cy­do­wał się bowiem na rodzaj kadro­wa­nia i reży­se­rii przy­wo­dzą­cy na myśl fil­my sen­sa­cyj­ne. Zre­zy­gno­wał też z nar­ra­cji Sere­nu­sa Zeit­blo­ma, przed­sta­wia­ją­ce­go losy genial­ne­go kom­po­zy­to­ra w spo­sób chro­no­lo­gicz­ny. Dzię­ki temu wąt­ki imi­ta­cji tego, co boskie, talen­tu idą­ce­go w parze z cho­ro­bą, rela­cji mię­dzy Dia­błem a Bogiem zosta­ły lepiej wyeks­po­no­wa­ne. W przed­pre­mie­ro­wych roz­wa­ża­niach reży­ser pod­kre­ślał, że spek­takl ma uka­zać poku­sy nie­miec­kie­go ide­ali­zmu, któ­ry do dziś bywa atrak­cyj­ny dla arty­stów. Mit Fau­sta się nie wyczer­pał. Pro­wa­dzi to do roz­wią­za­nia rodem z utwo­rów Goethe­go: zagu­bio­ny czło­wiek nie da sobie rady bez miło­ści. Flirt z Esme­ral­dą, opła­co­ny cier­pie­niem i cho­ro­bą wene­rycz­ną, dra­ma­tycz­ne miło­sne trój­ką­ty Inez Rod­de i Marie Gode­au ze skrzyp­kiem Rudol­fem, a tak­że pakt zawar­ty z Dia­błem za cenę wyrze­cze­nia się miło­ści nie przy­bli­ży­ły boha­te­ra do szczę­ścia. Uta­len­to­wa­ny kom­po­zy­tor chce imi­to­wać w muzycz­nych arcy­dzie­łach boski akt stwo­rze­nia, ale nie może żyć bez wiel­kie­go uczu­cia.

Po tym spek­ta­klu Grze­gorz Jarzy­na już do Man­na nie powró­cił, ale pro­ble­ma­ty­kę pod­ję­tą w Dok­to­rze Fau­stu­sie przy­bli­żał rów­nież w Nos­fe­ra­tu z 2011 roku. Twór­czość Toma­sza Man­na jest bowiem ide­al­nym punk­tem wyj­ścia do opo­wie­ści o śmier­tel­no­ści czło­wie­ka i nie­śmier­tel­no­ści sztu­ki.

– krytyk teatralny, dziennikarz.

więcej →

– niemiecki prozaik i eseista, laureat Literackiej Nagrody Nobla w 1929 roku.

więcej →

Powiązane teksty

19.01.2026
Szkice

Z plastikowej Wenus na cyfrowe wydmy Regis III. Adaptacje i gradaptacje beletrystyki Lema

Przed przystąpieniem do analizy gradaptacji dzieł Lema warto zauważyć, że także inni, współcześni mu klasycy literackiej SF nie zawsze mogli liczyć na udane adaptacje swoich fabuł do formuły gry wideo – o teatralnych, filmowych i komputerowych realizacjach twórczości Stanisława Lema piszą Natalia Kańduła, Szymon Piotr Kukulak i Jakub Gomułka.

13.01.2026
Recenzje

W gorsecie z emocji. Zespalanie światów według Maxa Blechera

Wierzę, że spotkanie z prozą Blechera pozostawia w nas głęboki ślad, dotykając naszych największych atawistycznych lęków – tych związanych z chorobą, samotnością, śmiercią. Równocześnie skłania nas do refleksji nad tym, jak korzystać z życia i mimo wszystko dążyć do względnego dobrostanu – o Dziełach zebranych Maxa Belchera pisze Olga Bartosiewicz-Nikolaev.