Wszyscy kochamy historie alternatywne, więc na początek wskoczymy w bagniste jeziorko spekulacji: gdyby Grzegorz Wróblewski nie był konsekwentnie marginalizowany przez menedżerów kultury w latach 90. ubiegłego wieku, prawdopodobnie jego twórczość weszłaby do polskiego mainstreamu razem z futryną – na fali nowej kontrkultury i rock’n’rolla, totartowców, yassu i kolorowych dziwaków z telewizji publicznej. W roli punkowego barda Wróblewski wyparłby może nawet Marcina Świetlickiego, który buntował się przeciwko inteligenckim elitom i co rusz wykpiwał ich zaśniedziałe systemy metafizyczne, ale koniec końców w swoim buncie zawsze pozostawał neurotyczny na sposób… krakowski? Oprócz wielkiej błyskotliwości, anarchistycznej energii i gitary Tomasza Radziszewskiego Świetlicki ciągnął za sobą chandlerowski ciężar egzystencjalny, a co ważniejsze – bardzo go lubił, więc stawiał kołnierzyk czarnego płaszcza i rozmawiał z papierosami.
Wróblewski, wychowany przez Mokotów pełen git-ludzi, hippisowskich złogów i doświadczonych kompociarzy, od czasów szkolnych trzymający się z późniejszymi założycielami Deutera i Brygady Kryzys, był bliżej innej kontrkultury, trudniejszej do oswojenia i bardziej edgy. Nigdy nie dał się ponieść melancholii noir, przez wiele lat uprawiał sztuki walki i w dostawaniu od życia po mordzie nie widział nic szczególnie romantycznego. O wiele bliżej było mu do tkliwego Federica Garcíi Lorki z Romancero cygańskiego. Nie przejawiał żadnych regionalnych sentymentów, bo przez sporą część życia podróżował po świecie i nieustannie szukał porozumienia w nowych środowiskach artystycznych (Londyn, Nowy Jork, Tokio). Zamiast ostentacyjnej, świadomie przerysowanej megalomanii, która stała się znakiem rozpoznawczym Świetlickiego, wybierał metodyczne eksperymenty z depersonalizacją – jego osobowość oddziaływała więc na czytelników tak intensywnie dlatego, że nie był do niej przywiązany. Jak sam pisze w tekście oznaczonym numerem 11:
Nie musi się zbyt wiele dziać, żeby pracowały ośrodki dowodzenia, tzw. JA (dusza, wrażenie jej posiadania), o ile w ogóle coś takiego istnieje.
Wszystkie te kwestie dobrze oddają ogólny zarys planu kompozycyjnego wierszy Wróblewskiego, jednocześnie mrocznych i zabawnych, „obiektywistycznych” i paranoicznych. W nie mniejszym stopniu określają jednak jego publiczną personę – charyzmatycznego, starego punka osiadłego w kopenhaskiej dzielnicy Amager, ulicznego poety, nieokrzesanego erudyty, malarza abstrakcyjnego wystawiającego prace w galeriach na całym świecie, antropologa, który od dziesięcioleci obsesyjnie wręcz rozprawia o spotkaniu Hernána Cortésa z Montezumą II.
Magnetyzm tej postaci i jej „niefrasobliwy” sposób przeżywania świata („ssak” ma swój krótki pobyt na Ziemi, a potem „pakuje się na Andromedę”) sprawiają, że lektura eseistycznych/felietonistycznych/kronikarskich kawałków tego autora stanowi pierwszorzędną przygodę intelektualną i estetyczną. Tak było z Miejscami styku, opublikowanymi przez warszawskie wydawnictwo Convivo w 2018 roku, tak jest i ze Spartakusem… Pierwszy z tych tomów włączono do serii wydawniczej „Jeden esej”, drugi został dookreślony w podtytule kategorią „szkice”. Obydwa mają bardzo podobną strukturę, ale w gruncie rzeczy wymykają się jakimkolwiek, nawet nieprecyzyjnym definicjom gatunkowym. W większości składają się z publikowanych wcześniej tekstów: lekturowych wskazówek dla młodych twórców, reprodukcji autorskich płócien, przenikliwych relacji z bezpośredniego kontaktu z arcydziełami sztuki, palety gorzkich słów rzuconych w stronę „puszystych ptaków wieczoru” i „poczciwych zbieraczy rosówek” (to nigdy się nie nudzi!), z lekko niepokojących i enigmatycznych wstawek autobiograficznych, rekomendacji książkowych (wśród nich tytuły Krzysztofa Jaworskiego, Karoli Zielińskiej), z podsumowań dotyczących duńskiej i anglosaskiej recepcji wierszy, a nawet długich wywiadów z autorem (w Spartakusie… są to rozmowy przeprowadzone kolejno przez Mariusza Sambora, Karinę Obarę i Rafała Gawina).
Poszczególne ścieżki „narracyjne”, choć tak zróżnicowane formalnie, zbiegają się ostatecznie w typowej dla tego autora „teorii wszystkiego”, w której buddyjska aksjologia towarzyszy ekstremalnym przygodom z życia bohemy (orgie i domowa amfetamina w wieżowcu na Górnym Mokotowie), a ból kolejnych rozczarowań ludźmi, miłością i cywilizacją zostaje rozrzedzony przez ontologiczny nihilizm kwantowy: „Czy coś się zmienia? Przecież nic się nie zmienia” (8.), „[…] nasze duchowe modyfikacje nigdy donikąd (nikogo) nie doprowadzają” (11.), „Moje życie nadal trwa. Nie dostrzegam w nim żadnych dramatycznych amplitud” (11.).
Rudymentarne treści owej „teorii wszystkiego” wysuwają się na pierwszy plan szczególnie wyraźnie w passusach, w których autor komentuje powstawanie powieści dialogowej Nowa kolonia oraz poematu Cukinie, inspirowanego hinduistyczną Mahabharatą. Książki te dzieli niemal ćwierć wieku, ale, jak pisze Wróblewski w tekście 11.:
obie można czytać trochę jak antyksiążkę, która jest o poszukiwaniu (celowym/bezcelowym) czystej świadomości. Jest próbą przedostania się poza naszą kwadratową i podłużną planszę, mogą tam się odnaleźć fachowcy od egzystencjalizmu, baranków bożych, Niebocentryzmu, szkół Shingonu lub Rinzai.
Głęboka fascynacja czystą, niedyskursywną świadomością bez wątpienia jest czymś, co wyróżnia Wróblewskiego na tle „borowikowego lasu” i Piwnicy pod Baranami. Jego jednoznaczne zainteresowanie metafizyką rozumianą na sposób wschodni bardzo długo pozostawało niezrozumiane na polskim gruncie. „Dlaczego nie Biblia?”, pyta poetę Karina Obara. „Wąż i Ewa to jednak za małe, zbyt trywialne zapodanie. Nie ta gęstość, parabola”, odpowiada poeta. Tymczasem w Polsce od dekad nieustannie trwa mecz ping-ponga między napuszonymi, quasi-romantycznymi wizjami transcendencji a zwulgaryzowanym, mechanistycznym materializmem. „Debatę niech rozstrzygnie (rozpłaszczony walcem) android. Życzę mu tego z całego serca. Android jest odporny na wirusa i filologów… Niech ufunduje nagrody i pozakłada pisma” (5.). Wróblewski woli pozostać na drodze środka: „Plansza jest jednak dość przewidywalna. Mistyczna, ale zarazem posiadająca określone warianty, pełna zrozumiałych (po czasie) osobliwości” (15.).
Stawiam dolary przeciwko orzechom, że w tym wątku należałoby szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak znakomity autor, doceniany w Europie i za oceanem, nad Wisłą stał się istotnym punktem odniesienia dopiero dla twórców młodszych od niego o pokolenie i więcej (nie liczę wyjątków potwierdzających regułę, jeśli chodzi o urodzonych w latach 70. i 80. XX wieku). A przecież nie jest aż tak trudno zrozumieć, co Wróblewski ma na myśli, gdy pisze, że „irracjonalność to tylko źle przełknięta wiśnia. Rozgałęzienie czegoś jak najbardziej normalnego”. Gdy wspomina o „marzeni[u] o oddechu w przestrzeni równoległej”, o „zapodaniu komunikatu z równoległego poligonu”, o zaburzeniach czasoprzestrzennych, które towarzyszą nam, gdy patrzymy na Panny dworskie Diega Velázqueza, Portret małżonków Arnolfinich Jana van Eycka lub płótna Hansa Memlinga. Albo gdy zapisuje:
Lekarz zawaliłby nas z miejsca kolorowymi pastylkami… Coś się z pewnością nie zgadza, więc tego typu „projekcje” potrafią skutecznie zgnębić podczas ziemskiego pobytu.
Estetyka, teologia, ontologia i etyka są tu zatem traktowane bardzo serio i tylko w ścisłym powiązaniu: istotne odkrycia w zakresie tych sfer egzystencji pozwalają na spekulatywne przekraczanie zastanych okoliczności, co może być zarówno źródłem życia, jak i przyczyną całkowitej destrukcji. Nierozważny stosunek do ekstatyczności zmiata zawodnika z planszy w ciągu kilku minut. Autorzy urodzeni na przełomie XX i XXI wieku wiedzą doskonale, że najciekawsze jest to, co poza barierką – w ryzykownych pozach wychylają się i odkrywają przepiękne krajobrazy, z pełną świadomością, że asekurować muszą się sami, żaden mit nie zagwarantuje im ochrony. Jestem przekonany, że gdyby nie Wróblewski, wcale nie byłoby to dziś tak oczywiste.
Podstawą trwania i siłą napędową twórczości autora Ciamkowatości życia pozostaje jednak nieustająca, choć tak słabo zakotwiczona w empirii, wiara w możliwość skomunikowania się z drugą istotą, bo „[…] jeśli istnieje jakaś nadzieja w ludzkiej samotności, to jest nią sygnał wysłany przez kogoś innego, kto nas zrozumie”. Porozumienie nigdy nie będzie pełne, szum komunikacyjny jest absolutnie nieunikniony, „ty kochasz ptaki, ja tarantule…”, „[k]ażda wyspa to samotność, a wyspa z wyspą to samotność pomnożona”. W tym kontekście domyślną figurą rozmowy jest wspomniane już spotkanie Cortésa z Montezumą: obcości nie można przezwyciężyć. Nawet najbliższy człowiek zawiera w sobie zalążek odległej cywilizacji. Rzecz w tym, że właśnie dzięki temu oddaleniu możliwa jest też cyrkulacja idei. Dlatego nawet kilka sekund uniwersalizmu, zupełnie przypadkowego dostrojenia częstotliwości dwóch ssaków, warte jest największego wysiłku: „Ludzie, z którymi następowała intensywna wymiana sygnałów, przestają istnieć. Poligon to konkretne nadajniki/odbiorniki. Zmienna”. To właśnie przyjaźnie zawiązywane na trudnej i wyboistej drodze stają się w ujęciu autora najcenniejsze. W Spartakusie… pojawiają się więc między innymi Paweł „Kelner” Rozwadowski i Marcus Slease, Anna Matysiak i Krzysztof Jaworski, Wojciech Wilczyk i Doris Bloom. „Trzeba mieć obok siebie kogoś zawodowego, osobę, która nas poprowadzi, a nie «wyprowadzi»”.
Spartakus… z pewnością przysporzy trudności interpretacyjnych czytelnikom nieodbierającym na częstotliwościach Wróblewskiego, ale będzie także lekturą niezwykle pobudzającą i inspirującą tych, których odbiorniki nastawione są na drapieżne idiomy, religijne koncepcje uniwersalnej świadomości, rozszerzony materializm i sztukę brutalnego przekraczania kondycji jednostki. Dyskursywne wypowiedzi Wróblewskiego są jak wielki worek idei, które mogłyby wykarmić ze cztery pokolenia buntowników. Jeśli ta książka zasieje choćby kilka ziarenek, z których w przyszłości wykiełkują ciekawe postawy twórcze, to wierzę, że będzie dobrze.