Dizajn dotyczy wszystkiego

Współ­cze­sne rozu­mie­nie dizaj­nu czę­sto odbie­ga od słow­ni­ko­wej defi­ni­cji tego okre­śle­nia (w Słow­ni­ku języ­ka pol­skie­go PWN czy­ta­my, że dizajn to wygląd lub pro­jek­to­wa­nie przed­mio­tów użyt­ko­wych). Poję­cie to utoż­sa­mia się zwy­kle z dobrym dizaj­nem (nowo­cze­snym, luk­su­so­wym) albo ogra­ni­cza jego zakres do zagad­nień czy­sto este­tycz­nych. Dla­te­go, suge­ru­jąc się tytu­łem oraz słyn­ną wyci­skar­ką do cytru­sów przed­sta­wio­ną na okład­ce nowe­go wyda­nia Dizaj­nu i emo­cji Dona Nor­ma­na1, czy­tel­nik może ulec złu­dze­niu, że książ­ka ta trak­tu­je o naj­lep­szych for­mach sztu­ki użyt­ko­wej. Tym­cza­sem przy­wo­ła­na publi­ka­cja w więk­szym stop­niu niż samym obiek­tom poświę­co­na zosta­ła ich użyt­kow­ni­kom, a w szcze­gól­no­ści roli, jaką w odbio­rze dizaj­nu odgry­wa­ją mecha­ni­zmy poznaw­cze. Tekst Nor­ma­na obej­mu­je całe spek­trum ludz­kich odczuć i doświad­czeń zwią­za­nych z rze­cza­mi: począw­szy od nie­da­ją­cej się uza­sad­nić rado­ści obco­wa­nia z pięk­nym, ale bez­u­ży­tecz­nym imbry­kiem, przez satys­fak­cję pły­ną­cą z kro­je­nia warzyw ide­al­nie zapro­jek­to­wa­nym do tego celu nożem, skoń­czyw­szy na wście­kło­ści z powo­du nie­in­tu­icyj­nej obsłu­gi lap­to­pa.

Co roz­brzmie­wa w naszych kuch­niach: prze­ni­kli­wy pisk zmy­war­ki czy sub­tel­ny świer­got czaj­ni­ka Ales­si? Dizajn doty­czy wszyst­kie­go. W swo­jej dru­giej poświę­co­nej mu książ­ce Nor­man przy­zna­je, że roz­wój neu­ro­bio­lo­gii zmu­sił go do prze­for­mu­ło­wa­nia tez, któ­re zna­la­zły się w wyda­nym pod koniec lat 80. Dizaj­nie na co dzień. Autor nie usta­la jed­nak zasad funk­cjo­nal­no­ści i este­ty­ki. Zamiast tego sku­pia się na emo­cjach. Z per­spek­ty­wy kogni­ty­wi­stycz­nej roz­wa­ża, dla­cze­go rze­czy przy­pa­da­ją nam do ser­ca albo prze­ciw­nie – dzia­ła­ją nam na ner­wy.

Wszyst­kie ludz­kie dzia­ła­nia i myśli pod­szy­te są emo­cja­mi, czę­sto nie­uświa­do­mio­ny­mi. Prze­twa­rza­nie infor­ma­cji przez mózg Nor­man przed­sta­wia na trzy­po­zio­mo­wym sche­ma­cie. Każ­de­mu z pozio­mów – pier­wot­ne­mu, beha­wio­ral­ne­mu i reflek­syj­ne­mu – odpo­wia­da­ją inne aspek­ty dizaj­nu.

Na pozio­mie pier­wot­nym ana­li­zo­wa­ne są dane sen­so­rycz­ne z zewnątrz. W zależ­no­ści od tego, czy zosta­ły roz­po­zna­ne jako moż­li­wo­ści czy zagro­że­nia, z gene­tycz­ne­go wzor­ca dobie­ra­na jest odpo­wied­nia reak­cja. To począ­tek prze­twa­rza­nia afek­tyw­ne­go. Afekt wyprze­dza myśli i sta­no­wi pod­ło­że każ­de­go pro­ce­su decy­zyj­ne­go. W dizaj­nie na afek­ty oddzia­łu­ją cechy fizycz­ne przed­mio­tów (na przy­kład samo­chód może mieć ele­ganc­kie nad­wo­zie, trza­ska­ją­ce drzwicz­ki lub karo­se­rię w przy­ku­wa­ją­cym wzrok kolo­rze).

Na pozio­mie beha­wio­ral­nym, poni­żej pro­gu świa­do­mo­ści, kon­tro­lo­wa­ne są codzien­ne wyuczo­ne zacho­wa­nia. Nor­man tłu­ma­czy, że wszyst­kie dzie­ci rodzą się neu­ro­nal­nie goto­we do przy­swo­je­nia zasad sys­te­mu języ­ko­we­go (poziom pier­wot­ny), ale to, któ­re­go języ­ka się nauczą, zale­ży od zdo­by­tych przez nie doświad­czeń (poziom beha­wio­ral­ny). Dizajn beha­wio­ral­ny sku­pia się na funk­cjo­nal­no­ści (na przy­kład: do cze­go słu­ży obie­racz­ka?), wydaj­no­ści (jak spraw­nie obie­ra?) oraz uży­tecz­no­ści (czy jest łatwa w obsłu­dze?).

Na jedy­nym w peł­ni uświa­do­mio­nym pozio­mie prze­twa­rza­nia infor­ma­cji – reflek­syj­nym – moż­li­we są meta­na­mysł i odczu­wa­nie przez jed­nost­kę jej wła­sne­go „ja”. Istot­ną rolę odgry­wa tu wpływ kul­tu­ry czy indy­wi­du­al­nych doświad­czeń danej oso­by; zauwa­żal­ne jest tak­że oddzia­ły­wa­nie pozio­mów pier­wot­ne­go i beha­wio­ral­ne­go, choć na pozio­mie reflek­syj­nym może dojść do pod­wa­że­nia ich afek­tyw­nych wer­dyk­tów. Ukie­run­ko­wa­ny na ów poziom dizajn oce­nia­ny jest przez pry­zmat toż­sa­mo­ści, satys­fak­cji i wspo­mnień.

Nor­man porów­nu­je cechy dizaj­nu beha­wio­ral­ne­go i reflek­syj­ne­go na przy­kła­dzie dwóch zegar­ków: Casio 520‑U i Time by Design. Ten pierw­szy ma wie­le funk­cji, jest nie­za­wod­ny i odpor­ny na znisz­cze­nia, nie­zbyt jed­nak este­tycz­ny. Z dru­gie­go trud­no odczy­tać godzi­nę, ale ze wzglę­du na pomy­sło­wy dizajn i dopra­co­wa­ne wyko­na­nie ucho­dzi za pre­sti­żo­wy. Co cie­ka­we, dwa­dzie­ścia lat po napi­sa­niu Dizaj­nu i emo­cji cha­rak­te­ry­stycz­na fizjo­no­mia zegar­ków Casio, utrzy­ma­na w sty­lu retro i przy­wo­dzą­ca na myśl lata 90., sta­ła się zno­wu pożą­da­na. Tym razem za spra­wą sen­ty­men­tu, a więc poprzez mecha­ni­zmy prze­twa­rza­nia infor­ma­cji dzia­ła­ją­ce na pozio­mie reflek­syj­nym.

Z tych roz­wa­żań Nor­man wypro­wa­dza pro­stą, ale solid­nie ugrun­to­wa­ną w bada­niach tezę. Sko­ro stan emo­cjo­nal­ny czło­wie­ka ma zna­cze­nie w kon­tek­ście jego moż­li­wo­ści poznaw­czych oraz zdol­no­ści do kre­atyw­ne­go roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów, a dizajn oddzia­łu­je na ów stan emo­cjo­nal­ny, to dizajn wpły­wa na ludz­kie moż­li­wo­ści poznaw­cze i kre­atyw­ność. Ozna­cza to, że dobry dizajn nas uskrzy­dla, wadli­wy zaś to źró­dło naszych fru­stra­cji i błę­dów, a nawet przy­czy­na nie­któ­rych wypad­ków. Pod­czas poża­ru w sali kino­wej drzwi otwie­ra­ją­ce się do wewnątrz zatrza­sną w śmier­tel­nej pułap­ce napie­ra­ją­cy na nie, ogar­nię­ty pani­ką tłum. Jak pisał Mar­cin Wicha:

Błę­dem jak zawsze byli­śmy my. Nie­sfor­ni użyt­kow­ni­cy, któ­rzy nie czy­ta­ją instruk­cji i nie rozu­mie­ją naj­prost­szych rysun­ko­wych sche­ma­tów. Bar­ba­rzyń­cy, któ­rzy szar­pią się z uchwy­ta­mi […], zawsze skłon­ni do uży­cia nad­mier­nej siły i nie dość inte­li­gent­ni, by odgad­nąć inten­cje pro­jek­tan­ta. Do dzi­siaj czu­ję się win­ny, ile­kroć zde­mo­lu­ję pudeł­ko płat­ków, cho­ciaż pro­du­cent wyraź­nie zazna­czył „Hier öff­nen”2.

Jako zwo­len­nik dizaj­nu uwzględ­nia­ją­ce­go przede wszyst­kim potrze­by użyt­kow­ni­ka, Nor­man prze­no­si odpo­wie­dzial­ność za pro­dukt z powro­tem na twór­cę. Uwa­ża, że ludzie mają pra­wo zło­ścić się choć­by na swo­je kom­pu­te­ry, jeśli te zosta­ły wypo­sa­żo­ne w nie­in­tu­icyj­ne inter­fej­sy czy nie­zro­zu­mia­łe opro­gra­mo­wa­nie:

Spraw­ne posłu­gi­wa­nie się rze­cza­mi codzien­ne­go użyt­ku nie powin­no wyma­gać wie­lo­let­nie­go tre­nin­gu. […] Nie może­my też zapo­mi­nać, że […] się­ga­ją [po nie – K.Z.] róż­ni ludzie: wyso­cy i niscy, wyspor­to­wa­ni i cher­la­wi, mło­dzi i star­si3.

W prze­szło­ści Nor­man pra­co­wał mię­dzy inny­mi dla Hew­lett-Pac­kard oraz Apple Com­pu­ters. Jest nie tyl­ko bada­czem, ale też doświad­czo­nym prak­ty­kiem i entu­zja­stą tech­no­lo­gii. Bez wąt­pie­nia jego tro­ska o użyt­kow­ni­ków jest szcze­ra. Język Dizaj­nu i emo­cji zdra­dza jed­nak pew­ną nie­kon­se­kwen­cję w tym zakre­sie. Na kar­tach książ­ki użyt­kow­nik na zmia­nę sta­je się klien­tem lub kon­su­men­tem, a oma­wia­ny przed­miot pro­duk­tem:

Sfru­stro­wa­ny użyt­kow­nik to nie­za­do­wo­lo­ny klient, więc na eta­pie dizaj­nu beha­wio­ral­ne­go opła­ca się prze­strze­gać zasad pro­jek­to­wa­nia zorien­to­wa­ne­go na użyt­kow­ni­ka4.

War­to tak­że przy­to­czyć frag­ment wstę­pu publi­ka­cji:

W książ­ce tej wyka­żę, że emo­cjo­nal­ny wymiar dizaj­nu ma więk­szy wpływ na suk­ces pro­duk­tu niż kwe­stie stric­te prak­tycz­ne5.

Suk­ces pro­duk­tu, mie­rzo­ny na pod­sta­wie wyni­ków sprze­da­ży, nie świad­czy o jako­ści dizaj­nu. Zwłasz­cza w cza­sach pla­no­wa­ne­go posta­rza­nia, czy­li stra­te­gii pro­jek­to­wa­nia towa­rów o skró­co­nej żywot­no­ści. Ich napra­wa jest utrud­nio­na i nie­opła­cal­na, w rezul­ta­cie łatwiej­szym roz­wią­za­niem oka­zu­je się zakup nowe­go mode­lu dane­go sprzę­tu. W uję­ciu Han­nah Arendt naczel­nym dąże­niem homo faber, wytwór­cy rze­czy, jest trwa­łość. Co praw­da w pro­ce­sie użyt­ko­wa­nia przed­mio­tów sta­le się ona zmniej­sza, ale nisz­cze­nie ma tu cha­rak­ter ubocz­ny. Ina­czej niż w przy­pad­ku kon­sump­cji, któ­rej nie­od­łącz­ną cechą jest destruk­cja6.

Okładka książki Dona Normana pod tytułem „Dizajn i emocje”.
Don Norman, „Dizajn i emocje”, tłum. Dawid Czech, Kraków: Wydawnictwo Karakter, 2026.

Dzi­siaj ide­ał trwa­ło­ści jest zastę­po­wa­ny przez obfi­tość. Nor­man wspo­mi­na spo­tka­nie z przed­sta­wi­cie­la­mi szwaj­car­skie­go Swat­cha, fir­my, któ­ra, jak sam zauwa­ża, wsła­wi­ła się stwier­dze­niem, że męż­czy­zna powi­nien mieć tyle zegar­ków, ile kra­wa­tów, butów czy koszul. Autor tłu­ma­czy, że bran­ding emo­cjo­nal­ny pole­ga na wyko­rzy­sty­wa­niu mecha­ni­zmów reflek­syj­ne­go prze­twa­rza­nia infor­ma­cji zacho­dzą­cych w mózgu, jed­nak w swo­jej książ­ce nie wyra­ża miaż­dżą­cej kry­ty­ki podob­nych stra­te­gii – ina­czej niż choć­by Jean Bau­dril­lard, któ­ry dwie deka­dy wcze­śniej ostro skry­ty­ko­wał tech­ni­ki rekla­my, w tym eks­ta­tycz­ne, nad­mier­ne gene­ro­wa­nie dodat­ko­wych sen­sów w celach rekla­mo­wych. Tym­cza­sem Nor­man nie kry­je podzi­wu dla pomy­sło­we­go prze­kształ­ce­nia zegar­ków w „nośni­ki emo­cji” i „obiek­ty pożą­da­nia”:

Nauczy­łem się, że pro­dukt to wię­cej niż tyl­ko suma jego funk­cji. Jego praw­dzi­wa war­tość bie­rze się z zaspo­ko­je­nia potrzeb emo­cjo­nal­nych, a bodaj naj­waż­niej­szą z nich jest poczu­cie przy­na­leż­no­ści oraz budo­wa­nie i pod­trzy­my­wa­nie okre­ślo­ne­go obra­zu sie­bie7.

Potrze­by życio­we, dla któ­rych zaspo­ko­je­nia czło­wiek two­rzył wyna­laz­ki (na przy­kład by ulżyć sobie w cier­pie­niu lub pra­cy czy zbu­do­wać dom), zasad­ni­czo róż­nią się od typo­wo kon­sump­cyj­nych zachcia­nek. Opi­sy­wa­na przez Arendt trwa­łość ma wymiar nie tyl­ko prak­tycz­ny, ale i egzy­sten­cjal­ny. Rze­czy, któ­re nie­kie­dy ist­nie­ją dłu­żej niż zwią­za­ni z nimi ludzie (trwa­ją bowiem mimo śmier­ci wytwór­ców i użyt­kow­ni­ków), sta­bi­li­zu­ją naszą rze­czy­wi­stość:

Ludz­kiej subiek­tyw­no­ści sta­wia opór obiek­tyw­ność two­rzo­ne­go przez ludzi świa­ta, a nie wznio­sła obo­jęt­ność nie­tknię­tej przy­ro­dy, któ­rej prze­wa­ża­ją­ca, ele­men­tar­na siła, prze­ciw­nie, zmu­sza ich do nie­ustan­ne­go krą­że­nia w kole prze­mian bio­lo­gicz­nych, tak dokład­nie dosto­so­wa­nych do cyklicz­ne­go ruchu powszech­nie panu­ją­ce­go w gospo­dar­stwie przy­ro­dy8.

Nor­man zda­je się podzie­lać tę intu­icję:

Przed­mio­ty powin­ny sta­rzeć się wraz ze swo­imi użyt­kow­ni­ka­mi […] w spo­sób oso­bi­sty i przy­ja­zny. Tego rodza­ju per­so­na­li­za­cja prze­no­si potęż­ny ładu­nek emo­cjo­nal­ny, wzbo­ga­ca­jąc nasze życie9.

Tak rozu­mia­ne­go wytwór­stwa nie spo­sób pogo­dzić z nie­usta­ją­cym cyklem pro­duk­cji i kon­sump­cji. Dla­te­go wła­śnie zamien­ne ope­ro­wa­nie poję­cia­mi przed­mio­tu, pro­duk­tu, użyt­kow­ni­ka i kon­su­men­ta (a tak­że wcho­dze­nie w odpo­wia­da­ją­ce im argu­men­ta­cje) wyda­je się pew­ne­go rodza­ju nie­kon­se­kwen­cją. Gospo­dar­ki zegar­ków na każ­dą oka­zję nie da się ponad­to wpi­sać w żad­ną stra­te­gię eko­lo­gicz­ną, nawet w prze­sta­rza­łą kon­cep­cję pro­jek­to­wa­nia zrów­no­wa­żo­ne­go, popu­lar­ną na począt­ku lat 2000., kie­dy Dizajn i emo­cje wyda­no po raz pierw­szy. Nor­man zresz­tą w ogó­le nie poru­sza w swo­im tek­ście kwe­stii zaso­bów potrzeb­nych do roz­wo­ju przed­sta­wia­nych w publi­ka­cji tech­no­lo­gii, cho­ciaż o nisz­czy­ciel­skim wpły­wie homo faber na śro­do­wi­sko mówi się co naj­mniej od cza­su Pyta­nia o tech­ni­kę Mar­ti­na Heideg­ge­ra (1953).

Ostat­nia część Dizaj­nu i emo­cji poświę­co­na jest roz­wa­ża­niom nad przy­szło­ścią robo­ty­ki. Nor­man jed­nak nie tyle kon­cen­tru­je się tu na róż­nych sce­na­riu­szach roz­wo­ju tej dzie­dzi­ny, ile opi­su­je kon­kret­ną wizję: robo­ty­kę emo­cjo­nal­ną. Wycho­dzi z zało­że­nia, że trzy­stop­nio­wy sys­tem prze­twa­rza­nia infor­ma­cji umy­słów biał­ko­wych spraw­dzi się tak­że w przy­pad­ku umy­słów krze­mo­wych. Autor prze­ko­nu­je, że zaszcze­pie­nie robo­tom afek­tów i emo­cji umoż­li­wi im wyko­ny­wa­nie zło­żo­nych i róż­no­rod­nych zadań. Nor­man sku­pia się na robo­ty­ce i jej wydaj­no­ści emo­cjo­nal­nej, lecz nie­wie­le uwa­gi poświę­ca odpo­wie­dzi na zasad­ni­cze pyta­nia: czy chce­my i czy potrze­bu­je­my robo­tów odczu­wa­ją­cych emo­cje? Jakie kon­se­kwen­cje etycz­ne, spo­łecz­ne, poli­tycz­ne i eko­lo­gicz­ne mia­ło­by ich ist­nie­nie? Przy­to­cze­nie przez auto­ra trzech praw robo­ty­ki z pro­zy Isa­aca Asi­mo­va oraz zasy­gna­li­zo­wa­nie poten­cjal­nych kon­tro­wer­sji zwią­za­nych z oma­wia­ną kwe­stią wyda­ją się w tym kon­tek­ście nie­wy­star­cza­ją­ce. Zasta­na­wia też deter­mi­nizm tech­no­lo­gicz­ny Nor­ma­na:

Dzi­siaj robo­ty naby­wa­ją zdol­no­ści moto­rycz­ne, jutro nabę­dą zdol­no­ści afek­tyw­ne i sfe­rę emo­cjo­nal­ną. Będzie to mia­ło donio­słe skut­ki, zarów­no dobro­czyn­ne, jak i zgub­ne. Tak to już jest z tech­no­lo­gią – każ­de nowe osią­gnię­cie to miecz obo­siecz­ny. Nad poten­cjal­ny­mi korzy­ścia­mi z postę­pu tech­nicz­ne­go zawsze wisi groź­ba przy­krych kon­se­kwen­cji spo­łecz­nych10.

Podob­ne prze­ko­na­nia, odzie­ra­ją­ce uczest­ni­ków histo­rii ze spraw­czo­ści, mają być wyra­zem zdro­wo­roz­sąd­ko­we­go reali­zmu. Jest jed­nak wprost prze­ciw­nie. Roz­wój tech­no­lo­gii nie jest nie­uchron­ną koniecz­no­ścią, lecz rezul­ta­tem dzia­łań ludzi, zwy­kle pra­cu­ją­cych w celu zre­ali­zo­wa­nia kon­kret­nych zało­żeń.

„Choć nauko­wa część moje­go umy­słu wzdra­ga się przed tak sche­ma­tycz­nym uję­ciem pro­ble­mu, zmysł pro­jek­tan­ta pod­po­wia­da mi, że jest ono wystar­cza­ją­ce, a przede wszyst­kim – pomoc­ne”11. Podob­na inten­cja zda­je się przy­świe­cać całe­mu tek­sto­wi, bez wąt­pie­nia komu­ni­ka­tyw­ne­mu i lek­kie­mu w odbio­rze. To pozy­cja napi­sa­na z pasji do dizaj­nu wyso­kiej jako­ści, peł­na cie­ka­wo­stek popu­lar­no­nau­ko­wych oraz inte­re­su­ją­cych przy­kła­dów, ilu­stru­ją­cych oma­wia­ne zagad­nie­nia teo­re­tycz­ne. Nie bez zna­cze­nia jest tu rów­nież fakt, że Dizajn i emo­cje to dobrze zapro­jek­to­wa­na publi­ka­cja (co nie­zmien­nie cha­rak­te­ry­zu­je tytu­ły wyda­wa­ne przez Karak­ter). Książ­ka Nor­ma­na skła­nia nas do reflek­sji nad ota­cza­ją­cym nas świa­tem, któ­re­go obraz czę­sto uzna­je­my za oczy­wi­sty, choć prze­cież mógł on wyglą­dać zupeł­nie ina­czej.

 

1 D. Nor­man, Dizajn i emo­cje, tłum. D. Czech, Kra­ków: Wydaw­nic­two Karak­ter, 2026.

2 M. Wicha, Jak prze­sta­łem kochać design, Kra­ków: Wydaw­nic­two Karak­ter, 2015, s. 44.

3 D. Nor­man, Dizajn…, s. 81.

4 Tam­że, s. 81.

5 Tam­że, s. 10.

6 H. Arendt, Kon­dy­cja ludz­ka, tłum. A. Łagodz­ka, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Ale­the­ia, 2010, s. 165.

7 D. Nor­man, Dizajn…, s. 91.

8 Jeśli nie jest arty­stą, poetą lub histo­rio­gra­fem (utrwa­la­ją­cym ludz­kie dzia­ła­nie i mowę w swo­ich dzie­łach), homo faber w erze pro­duk­cji maso­wej może być tyl­ko pro­jek­tan­tem mode­li do fabrycz­ne­go powie­le­nia. Zob. H. Arendt, Kon­dy­cja ludz­ka…, s. 164.

9 D. Nor­man, Dizajn…, s. 223.

10 Tam­że, s. 214.

11 Tam­że, s. 42.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

17.08.2026 Recenzje

Trochę się zestarzejemy, trochę nie

Stara kobiecość budzi przerażenie i lęk. Ale sama kobiecość ma w sobie wiele cech, które są przypisywane starości. Segal wymienia wśród nich empatię, kruchość, znoszenie częstych upokorzeń, ponoszenie trudu opieki nad innymi – o książce Lynne Segal pisze Olga Sabała.

16.08.2026 Recenzje

„Sztuką nie lada, prawdziwym osiągnięciem, jest zapomnienie o swoim ojcu” – „Moi przyjaciele” Hishama Matara

Ojcowie w powieści Matara stają się punktem wyjścia dla tożsamości, lecz także jej napięcia i załamania. Relacje ojciec–syn są metaforą relacji między przeszłością a przyszłością. To, co zostaje odziedziczone, nieustannie domaga się opowiedzenia, a jednocześnie nie zawsze daje się w pełni wypowiedzieć – o powieści Hishama Matara pisze Aleksandra Samonek.

15.08.2026 Recenzje

Fantastyka społecznego podmiotu

Należy podkreślić, że przy całym bogactwie refleksji, jakie oferuje powieść Wang, jest to wciąż klasyczna literatura fantasy, oparta głównie na seriach dramatycznych wydarzeń, choć nie brakuje tutaj również rozbudowanych, wielostronicowych dialogów – o Krwi nad jasną przystanią M.L. Wang pisze Marcin Świątkowski.

14.08.2026 Szkice

Ja jednak widzę krew Marksa. Ja ciągle widzę krew Marksa

Lekturę Społeczeństwa spektaklu… traktuję jako przeżycie zaskakująco niekomfortowe. Wcielając się w rolę uważnego czytelnika, krytyka „Dziennika Literackiego”, który ma obowiązek przeprowadzenia subiektywnej, lecz sprawiedliwej analizy debordowskiego tekstu, wpadam w niezamierzone rejestry parodii aktorstwa metodycznego – pisze Łukasz Krajnik.