Już sam tytuł szóstego tomu Julii Szychowiak1 sugeruje dwie szczególnie istotne dla tej twórczości kategorie: lingwistyczne korzenie autorki i pewien rodzaj ironicznej nadwrażliwości, która każe równocześnie empatyzować z całym stworzeniem i nieustannie odwracać się do niego plecami – wykonywać gesty unikowe, eskapistyczne, dośrodkowe, jakby nie tyle liczył się świat, ile stosunek „ja” do nader zawodnej maszyny języka. A przecież wiersze Szychowiak zawsze były w świecie zanurzone – zasłuchane w nim, podsłuchujące go, z poezji Krystyny Miłobędzkiej pożyczające ten choćby aspekt, który wskazuje na konieczność tropienia śladów w ciągłym procesie ustępowania miejsca innemu, gubienia się i rozpadania.
Tytułowe Wyrazy współczucia możemy więc czytać dwojako: (1) jako wyświechtaną formułkę kondolencyjną, realizację gatunku mowy, w rzeczywistości zastępującą realne współczucie, przekazywaną mniej lub bardziej szczerze w reakcji (zawsze spóźnionej) na dramatyczne sytuacje; oraz (2) literalnie – jako wyrazy (słowa, jednostki języka), które niosą w sobie to potencjalne współ-czucie, zaproszenie do współodczuwania z innymi ludźmi. Różne podszepty ze Wspólnego języka (2009) mówią jednak (a właściwie śpiewają) w tym tomie o próbach nieudanej komunikacji z ludźmi i ze światem, który ich otacza; o tym, że intersubiektywność to co najwyżej kierunek zwiedzania, a granica między współczuciem i wyższościową litością jest niezwykle cienka.
Ale spróbujmy w innym kluczu (klucz to dobra metafora zapraszająca, zwłaszcza że „nieruchomy klucz” ptaków na niebie z wiersza o incipicie *** [Kiedy zobaczysz…]2 to wręcz omen). Zdjęcie na okładkę Wyrazów współczucia pochodzi z serii czarno-białych fotografii wykonanych przez Radosława Kobierskiego (także poetę, bardzo dobrego). Przedstawia ptaki siedzące na drutach elektrycznych, które wyglądają jak zapis nutowy, fragment jakiejś awangardowej, minimalistycznej partytury. Podobne zdjęcie, zapewne z tego samego cyklu (inny kąt przebiegu linii, nieco lepsza ostrość), zdobi drugie wydanie rozprawy Julii Fiedorczuk i Gerarda Beltrána Ekopoetyka / Ecopoética / Ecopoetics3, jednej z naszych najważniejszych książek eseistyczno-naukowych na temat krytyki ekologicznej i zielonego pisania. Może jest to zbieżność przypadkowa, ale nie ulega wątpliwości, że Szychowiak w żadnym tomie nie była tak intensywnie skoncentrowana na kwestiach międzygatunkowych i ekologicznych, równocześnie wprost stawiając pytania o to, co znaczy „pisać i czytać” (a więc opowiadać, reprezentować) świat w dobie szóstego wymierania. Zbiór otwiera wiersz o incipicie *** [Martwa natura…], który przytoczę w całości, bo nie wypada odbierać mu choćby jednej przerzutni:
Martwa natura
nie istnieje
tylko na płótnie,
Dlatego kolejny raz
rozpięłam je
między drzewami.
Dokładnie
na wysokości oczu
zwierząt,
które przyjdą
popatrzeć4.
Niby jesteśmy w dość klasycznej topice horacjańskiej – ut pictura poesis, od martwej natury do malowania świata (poeta jako malarz); w konwencji, która ponadto dobrze koresponduje ze zdjęciem okładkowym (linie wysokiego napięcia są właśnie „rozpięte”, tworząc kadr i ramy obrazu; bezpośrednio ze zdjęciem koresponduje w tomie wiersz Nad nami i zawarta w nim figura „promienistych gołębi”5). Wszystko to jednak niby, ponieważ takie „malarskie” wprowadzenie całej antropologii wizualności, która w sposób niezwykle ironiczny wystawia przeciw sobie różne tryby patrzenia, z tym estetycznym na czele, służy powiedzeniu czegoś na temat umierającej natury i na temat natury sztuki, zwłaszcza tej poetyckiej.
Urzeka mnie w tym wierszu znaczeniotwórcze zastosowanie przerzutni: oto bowiem ustanowiona właśnie (mianownikowo – tworzy się scena widzenia, znana konwencja jak z ekfrazy) „martwa natura” zostaje natychmiast zanegowana w sposób absolutny („nie istnieje”), żeby już w trzecim wersie ta negacja została odwrócona i przeniesiona w podwójny tryb warunkowy (nie istnieje „szczątkowo”, bo „tylko” na płótnie, a zarazem istnieje „nadmiarowo”, bo również poza nim). Ale to nadal nie koniec zdania – jeszcze nie wiemy niczego ani o tym dziwnym płótnie, ani o tym, że zostanie rozpięte, jakby przygotowane do pracy (powstaje nowa scena), ale rozpięte między drzewami, więc chyba jednak nie do pracy malarskiej – raczej w funkcji ekranu, przesłony lub siatki maskującej, a to wszystko dzieje się „kolejny raz”, czyli podmiotka wykonuje tę czynność w miarę regularnie, sygnalizując jej rytualny aspekt. Aż wreszcie w ostatniej strofoidzie dyskurs absurdalnego widzenia-mierzenia (precyzja, ostrość, dokładność) zderza się z rzekomo nieludzką perspektywą, z programowym gestem zawieszania „płótna” (lustra, ekranu, imitacji doskonałej) „na wysokości oczu / zwierząt”, a więc w jakimś niemożliwym uśrednieniu, które sugeruje co najwyżej, że płótno nie jest przeznaczone dla nas – ludzi. Po czym, jakby wprost z finału Piotrusia Leo Lipskiego, to zwierzęta „przyjdą / popatrzeć” na to, co zostanie ustanowione – na „martwą naturę”, na swoje własne podobieństwo. Maszyna antropologiczna rusza na całego i sytuuje nas niezwykle blisko problemów, które w ostatnim tomie – Reprezentacja zwierząt – poruszył Dariusz Sośnicki, a więc kwestii nieuzasadnionej antropomorfizacji świata nie-ludzkiego i naszego magicznego myślenia, które poprzez akty reprezentacji nadal próbuje przedrzeć się ku rzeczywistości6.
„Martwa natura” nie nazywa więc w wierszu Szychowiak wyłącznie konwencji malarskiej ani pragnienia wiernego (czy też: iluzjonistycznie przekonującego, jak u legendarnego Parrasjosa) odtworzenia rzeczywistości, lecz cały proces pisarski. Niby (znowu – na niby) w ogóle nie jesteśmy w myśleniu mimetycznym, a przynajmniej nie w potocznym rozumieniu tego słowa. Przecież natura rzeczywiście umiera, a nowe wiersze autorki Naraz próbują stworzyć ekran, na którym wyświetlają się różne poziomy tej śmierci (zanieczyszczenia rzek i mórz, wysychanie jezior, myślistwo i tak dalej), ale zarazem takiego rodzaju ekran, który nie do końca przeznaczony jest dla „ludzkiego oka”. To doświadczenie rozgrywa się raczej w dotyku, afekcie, w środku nocy, przede wszystkim jednak w sztywniejącym języku, nieustannie osuwającym się w oczywistość, banał lub niemotę, wystawianym na ironiczne dryfy i jawne nieporozumienia.
Pozwolę sobie sięgnąć po artykuł Katarzyny Kozy, w którym badaczka – czytając wiersze Fiedorczuk – wydobywała z pism teoretyków (między innymi Timothy’ego Mortona i Anny Barcz) różnicę między pisaniem ekomimetycznym (poszukiwanie niezapośredniczonego kontaktu z naturą, takiego jej ujęcia, które swoje źródła ma w romantycznej relacji człowiek–przyroda) i sympojetycznym (nowomaterialistyczne filozofie splątania, pozaludzkie rozumienie życia jako stwarzania pojetycznych sieci relacji)7. Oczywiście ta ekomimetyczna linia jest dziś wrogiem różnych ekoposthumanistyk, ponieważ zamiast afirmować przecięcia, zanurzenia i biotyczne wspólnoty, poszukuje utopijnej ucieczki w świat jako zewnętrze, tym samym pogłębiając pęknięcie związane z różnicą antropologiczną. Ale przyznam, że jakoś nie bardzo wierzę w całą tę postludzką wymianę słowników poetyckich, w języki grzybów i świadectwa kory, nawet jeśli powstają dzięki temu mocne, efektowne teksty (literackie i nie). Za taką wspólnotową metaforyką, choć często podpartą rzetelnymi badaniami empirycznymi, kryje się zmęczenie ludzkim podmiotem. I właśnie w tym sensie Wyrazy współczucia są ekomimetyczne i zarazem antyekopoetyckie – każdy akt zabrania głosu „w imieniu” jakiejś ludzko-nieludzkiej wspólnoty, patrzenia poniżej „wysokości oczu zwierząt” jest co najwyżej odsłanianiem naszej tęsknoty, a nie eksploracją realnej możliwości stawania-się czy wyzwalania z własnego człowieczeństwa.
Podmiotka Szychowiak – ta, która zawsze minimalistycznie wycofywała się z siebie, redukowała się, wyzbywała lub gubiła fragment po fragmencie czasie i przestrzeni – rzeczywiście trochę nam „dziczeje” („Niektóre ze zwierząt / już mnie rozpoznają”8), wielokrotnie ucieka w las i w ciemność („zrobiliśmy się cierpliwi / jak zwierzyna / ukryta we mgle, // wypatrująca / wytchnienia”9), ale pozostaje świadoma, że nieprzekraczalne są warunki ludzkiego komunikowania się („Chciałam mu powiedzieć […] // ale tego nie zrobiłam”10 – nie mogłam, nie potrafiłam, po prostu się nie dało). W tym sensie fantazja, że: „Mogliśmy być / ptakami, // czasami gęstnieć / nad oceanem i śpiewać / pieśni”11, raczej się nie ziści – ani w wierszu, ani poprzez wiersz. Nie będzie „wspólnego języka” ze światem, ponieważ w poezji istnieje tylko język własny, dośrodkowy, a sam świat milczy i nie daje się zamieszkać na sposób językowy.
Ornitologiczny „klucz” w tomie – od okładki, przez oglądanie Kuropatw na śniegu Chełmońskiego i sygnującą śmierć „chmarę skowronków”12 na gałęzi wisielca, aż po „Promieniste gołębie / na kablach / elektrycznych”13 – w większej mierze niż szkatułkę z opowieściami o międzygatunkowej wspólnocie proponuje spojrzenie w otchłań, w studnię nocy. Tym, co rzeczywiście udaje się uszczknąć poetce z ptasich treli, jest śpiew – ale nie godowy, lecz elegijny, zagarniający do wnętrza to, co odchodzi („Jeszcze / niedorzeczny / zachwyt / nad słońcem, które / za dnia płonie, / a nocą gaśnie, // żyje we mnie”14). Wyrazy współczucia to nenia, w których żegna się ukochanego psa, kota, miłość, rzeki, bliskich i obcych ludzi, najstarszego człowieka na świecie i najważniejszą poetkę (Krystynę Miłobędzką), frazą najbardziej intymną, a zarazem pełną ekshibicjonistycznego kiczu i przywłaszczenia:
„– Umarła mi moja poetka”15.
Wiem, że Julia Szychowiak raczej nie poszukuje niczego na siłę, raczej pozwala sobie doświadczać straty i tego, że już „tu nie ma // żadnej łąki”16, ale po raz pierwszy jej książka wypełniona jest wręcz aktywnym ruchem ku jakiejś formie żałobnej, celowym schodzeniem do „gardła ziemi” (jak pies z mojego ulubionego wiersza, do którego jeszcze wrócę). Widzimy to zwłaszcza w parze dialogujących ze sobą utworów Bezsenność i *** [Nie ma kogo…], w dwóch zamykających je tetrastychach: postanowieniu, by „wykorzystać / potencjał / nocy”17 i retorycznym pytaniu, „czy to noc / wymyśliła / ciemność”18>. W obu przypadkach jest to wręcz programowe samotnienie („doskonała / samotność”19), studium własnego głosu, tego wewnętrznego, który wybrzmiewa w orfickich ciemnościach, pod wodą, w jej „gęstym ciele”20, na przekór biegowi strumienia i wektorom czasu. Zarazem każdy czytelnik, który śledzi tę twórczość trochę uważniej, natychmiast odnajdzie tu kryptocytat. Wiersz „Nie ma kogo / zapytać / czy to // noc / wymyśliła / ciemność” to bezpośrednie nawiązanie do wiersza Koncentrować z debiutanckiego Po sobie (2007) i jego ostatniej strofy: „Taki widok odstrasza bohaterów. Tu ziemia / musi udeptać się sama i nie ma co pytać, / czy to noc wymyśliła ciemność”21. Mamy już jednak do czynienia z zupełnie innymi sposobami pisania i innym ładunkiem dramatyzmu. Tam – mimo patronatu Miłobędzkiej już na poziomie motta o znikaniu – Szychowiak pisała bardziej konfesyjnie, lirycznie, w sposób – jak na nią – wręcz rozgadany. Skupiała się na mechanizmach widzenia, ale jakby głównie po to, żeby wyposażyć je w efektowną, szklaną metaforę („i skurcz, skurcz na zadany temat”22). Tu – w nowym tomie – rzeczywiście jesteśmy „pośrodku mroku”, w ciszy bliższej misterium niż wielkomiejskim nasłuchom.
To tylko dwadzieścia trzy wiersze, niewiele ponad trzydzieści słów w tych najbardziej obszernych: obiektywistyczne obserwacje, liryczne konfesje, akty oskarżenia, humanistyczne gesty przeprosin i próby wchodzenia w interakcję z tym, co poza nami („płoszenie rzeki” – „dla chwilowej uciechy”23). Jest w nich samotność, jest katastrofa klimatyczna i życie na granicy cywilizacji, są lęk, śmierć, kryzys migracyjny, zanieczyszczenie środowiska i fantazja o zwierzęcej wolności. Ale jest także charakterystyczna dla podmiotek Szychowiak bezradność, pasywność i głębokie zrozumienie chtonicznego charakteru liryki. Owszem, chodzi w niej o rytuał ubywania, o powtórzenie, o ciągłą zamianę tożsamości Kory w Persefonę, ale też o uświadomienie sobie (i pokazanie nam – widzom – tego zainscenizowanego spektaklu), że poezja niestety nie jest Whitmanowską pieśnią życia, witalistycznym śpiewem wolności, lecz martwą naturą. Wszystko, co próbuje uchwycić język, naznaczone jest solipsyzmem i śmiercią.
Wracam na koniec do zapowiedzianego „wiersza o psie”, najbardziej „wizyjnego” w tomie:
W tym śnie
mój pies
wydostał się
spod ziemi.
Przegryzł
korzenie drzew,
które ojciec posadził,
gdy jeszcze
wszyscy byliśmy
cali.
Biegł prosto
przed siebie,
jakby
to był spacer,
i skoczył
do gardła ziemi24.
Nie wiem, czy potraktować „ten sen” jako koszmar czy spełnienie marzeń? Czy ucieczka psa z Hadesu, to pokraczne zmartwychwstanie, które przywodzi na myśl eleuzyjskie ryty, jest obrazkiem sielskim czy apokaliptycznym, upragnionym powrotem czy nawiedzeniem rodem z horroru? Czy przegryzione korzenie drzew – drzewa rodzinnego oczywiście, drzewa relacji – to kolejny znak „wybrakowania” tego świata czy jedynie rozpadu rodziny, która trwa w zwierzęcej żałobie? Czy korzenie jak kraty trzymają pod ziemią to, co powinno tam pozostać? I wreszcie: czy finalny skok „do gardła ziemi” to bunt przeciw samej zasadzie świata czy może powrót do niej i dopełnienie cyklu przemian? Przecież zawsze chcieliśmy – jak ptaki – „Z czułością kłaniać się / ziemi”25. Cała dwuznaczność tego gestu przypomina jednak, że zmarli powinni pozostać tam, gdzie są; że wiersze to pieśni żałobne, a Orfeusz schodzi w ciemność, żeby „kolejny raz” usłyszeć jedynie własny głos, „echo serca”26, kardiogram, który współczucie wymieni na litość.
1 J. Szychowiak, Wyrazy współczucia, Kołobrzeg: Biuro Literackie, 2025. Jako samodzielnych książek nie liczę arkusza Poprawiny z 2006 roku ani krótkiego wyboru wierszy Naraz z serii 22. wiersze podróżne wydanych w Biurze Literackim.
2 Tamże, s. 17.
3 Zob. J. Fiedorczuk, G. Beltrán, Ekopetyka / Ecopoética / Ecopoetics, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, online: https://mhprl.pl/produkt/ekopoetyka-ecopoetica-ecopoetics-ekologiczna-obrona-poezji-una-defensa-ecologica-de-la-poesia-an-ecological-defence-of-poetry/ [dostęp: 27.12.2025].
4 J. Szychowiak, Wyrazy współczucia, s. 5.
5 Tamże, s. 24.
6 Zob. D. Sośnicki, Reprezentacja zwierząt, Warstwy: Wrocław, 2025.
7 K. Koza, Sympoietyczna lektura poezji Julii Fiedorczuk, „Annales Universitatis Paedagogicae Cracoviensis. Studia Poetica” 2023, nr 11, s. 221–233.
8 J. Szychowiak, Wyrazy współczucia, s. 7.
9 Tamże, s. 18.
10 Tamże, s. 10.
11 Tamże, s. 19.
12 Tamże, s. 14.
13 Tamże, s. 24.
14 Tamże, s. 16.
15 Tamże, s. 26.
16 Tamże.
17 Tamże, s. 12.
18 Tamże, s. 13.
19 Tamże, s. 17.
20 Tamże, s. 27.
22 J. Szychowiak, Koncentrować [w:] tejże, Po sobie, Wrocław: Biuro Literackie, 2007, s. 14.
22 Taż, Poprawiny [w:] tamże, s. 17.
23 Taż, Wyrazy współczucia, s. 6.
24 Tamże, s. 15.
25 Tamże, s. 19.
26 Cały wiersz sprowadza się do ironicznego zestawienia: „W dniu / zakochanych // zrobili jej / echo / serca” (W, s. 22).
