Na kanwie nocy

Już sam tytuł szó­ste­go tomu Julii Szy­cho­wiak1 suge­ru­je dwie szcze­gól­nie istot­ne dla tej twór­czo­ści kate­go­rie: lin­gwi­stycz­ne korze­nie autor­ki i pewien rodzaj iro­nicz­nej nad­wraż­li­wo­ści, któ­ra każe rów­no­cze­śnie empa­ty­zo­wać z całym stwo­rze­niem i nie­ustan­nie odwra­cać się do nie­go ple­ca­mi – wyko­ny­wać gesty uni­ko­we, eska­pi­stycz­ne, dośrod­ko­we, jak­by nie tyle liczył się świat, ile sto­su­nek „ja” do nader zawod­nej maszy­ny języ­ka. A prze­cież wier­sze Szy­cho­wiak zawsze były w świe­cie zanu­rzo­ne – zasłu­cha­ne w nim, pod­słu­chu­ją­ce go, z poezji Kry­sty­ny Miło­będz­kiej poży­cza­ją­ce ten choć­by aspekt, któ­ry wska­zu­je na koniecz­ność tro­pie­nia śla­dów w cią­głym pro­ce­sie ustę­po­wa­nia miej­sca inne­mu, gubie­nia się i roz­pa­da­nia.

Tytu­ło­we Wyra­zy współ­czu­cia może­my więc czy­tać dwo­ja­ko: (1) jako wyświech­ta­ną for­muł­kę kon­do­len­cyj­ną, reali­za­cję gatun­ku mowy, w rze­czy­wi­sto­ści zastę­pu­ją­cą real­ne współ­czu­cie, prze­ka­zy­wa­ną mniej lub bar­dziej szcze­rze w reak­cji (zawsze spóź­nio­nej) na dra­ma­tycz­ne sytu­acje; oraz (2) lite­ral­nie – jako wyra­zy (sło­wa, jed­nost­ki języ­ka), któ­re nio­są w sobie to poten­cjal­ne współ-czu­cie, zapro­sze­nie do współ­od­czu­wa­nia z inny­mi ludź­mi. Róż­ne pod­szep­ty ze Wspól­ne­go języ­ka (2009) mówią jed­nak (a wła­ści­wie śpie­wa­ją) w tym tomie o pró­bach nie­uda­nej komu­ni­ka­cji z ludź­mi i ze świa­tem, któ­ry ich ota­cza; o tym, że inter­su­biek­tyw­ność to co naj­wy­żej kie­ru­nek zwie­dza­nia, a gra­ni­ca mię­dzy współ­czu­ciem i wyż­szo­ścio­wą lito­ścią jest nie­zwy­kle cien­ka.

Ale spró­buj­my w innym klu­czu (klucz to dobra meta­fo­ra zapra­sza­ją­ca, zwłasz­cza że „nie­ru­cho­my klucz” pta­ków na nie­bie z wier­sza o inci­pi­cie *** [Kie­dy zoba­czysz…]2 to wręcz omen). Zdję­cie na okład­kę Wyra­zów współ­czu­cia pocho­dzi z serii czar­no-bia­łych foto­gra­fii wyko­na­nych przez Rado­sła­wa Kobier­skie­go (tak­że poetę, bar­dzo dobre­go). Przed­sta­wia pta­ki sie­dzą­ce na dru­tach elek­trycz­nych, któ­re wyglą­da­ją jak zapis nuto­wy, frag­ment jakiejś awan­gar­do­wej, mini­ma­li­stycz­nej par­ty­tu­ry. Podob­ne zdję­cie, zapew­ne z tego same­go cyklu (inny kąt prze­bie­gu linii, nie­co lep­sza ostrość), zdo­bi dru­gie wyda­nie roz­pra­wy Julii Fie­dor­czuk i Gerar­da Bel­trána Eko­po­ety­ka / Eco­po­éti­ca / Eco­po­etics3, jed­nej z naszych naj­waż­niej­szych ksią­żek ese­istycz­no-nauko­wych na temat kry­ty­ki eko­lo­gicz­nej i zie­lo­ne­go pisa­nia. Może jest to zbież­ność przy­pad­ko­wa, ale nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że Szy­cho­wiak w żad­nym tomie nie była tak inten­syw­nie skon­cen­tro­wa­na na kwe­stiach mię­dzy­ga­tun­ko­wych i eko­lo­gicz­nych, rów­no­cze­śnie wprost sta­wia­jąc pyta­nia o to, co zna­czy „pisać i czy­tać” (a więc opo­wia­dać, repre­zen­to­wać) świat w dobie szó­ste­go wymie­ra­nia. Zbiór otwie­ra wiersz o inci­pi­cie *** [Mar­twa natu­ra…], któ­ry przy­to­czę w cało­ści, bo nie wypa­da odbie­rać mu choć­by jed­nej prze­rzut­ni:

Mar­twa natu­ra
nie ist­nie­je
tyl­ko na płót­nie,

 

Dla­te­go kolej­ny raz
roz­pię­łam je
mię­dzy drze­wa­mi.

 

Dokład­nie
na wyso­ko­ści oczu
zwie­rząt,
któ­re przyj­dą
popa­trzeć4.

Niby jeste­śmy w dość kla­sycz­nej topi­ce hora­cjań­skiej – ut pic­tu­ra poesis, od mar­twej natu­ry do malo­wa­nia świa­ta (poeta jako malarz); w kon­wen­cji, któ­ra ponad­to dobrze kore­spon­du­je ze zdję­ciem okład­ko­wym (linie wyso­kie­go napię­cia są wła­śnie „roz­pię­te”, two­rząc kadr i ramy obra­zu; bez­po­śred­nio ze zdję­ciem kore­spon­du­je w tomie wiersz Nad nami i zawar­ta w nim figu­ra „pro­mie­ni­stych gołę­bi”5). Wszyst­ko to jed­nak niby, ponie­waż takie „malar­skie” wpro­wa­dze­nie całej antro­po­lo­gii wizu­al­no­ści, któ­ra w spo­sób nie­zwy­kle iro­nicz­ny wysta­wia prze­ciw sobie róż­ne try­by patrze­nia, z tym este­tycz­nym na cze­le, słu­ży powie­dze­niu cze­goś na temat umie­ra­ją­cej natu­ry i na temat natu­ry sztu­ki, zwłasz­cza tej poetyc­kiej.

Urze­ka mnie w tym wier­szu zna­cze­nio­twór­cze zasto­so­wa­nie prze­rzut­ni: oto bowiem usta­no­wio­na wła­śnie (mia­now­ni­ko­wo – two­rzy się sce­na widze­nia, zna­na kon­wen­cja jak z ekfra­zy) „mar­twa natu­ra” zosta­je natych­miast zane­go­wa­na w spo­sób abso­lut­ny („nie ist­nie­je”), żeby już w trze­cim wer­sie ta nega­cja zosta­ła odwró­co­na i prze­nie­sio­na w podwój­ny tryb warun­ko­wy (nie ist­nie­je „szcząt­ko­wo”, bo „tyl­ko” na płót­nie, a zara­zem ist­nie­je „nad­mia­ro­wo”, bo rów­nież poza nim). Ale to nadal nie koniec zda­nia – jesz­cze nie wie­my nicze­go ani o tym dziw­nym płót­nie, ani o tym, że zosta­nie roz­pię­te, jak­by przy­go­to­wa­ne do pra­cy (powsta­je nowa sce­na), ale roz­pię­te mię­dzy drze­wa­mi, więc chy­ba jed­nak nie do pra­cy malar­skiej – raczej w funk­cji ekra­nu, prze­sło­ny lub siat­ki masku­ją­cej, a to wszyst­ko dzie­je się „kolej­ny raz”, czy­li pod­miot­ka wyko­nu­je tę czyn­ność w mia­rę regu­lar­nie, sygna­li­zu­jąc jej rytu­al­ny aspekt. Aż wresz­cie w ostat­niej stro­fo­idzie dys­kurs absur­dal­ne­go widze­nia-mie­rze­nia (pre­cy­zja, ostrość, dokład­ność) zde­rza się z rze­ko­mo nie­ludz­ką per­spek­ty­wą, z pro­gra­mo­wym gestem zawie­sza­nia „płót­na” (lustra, ekra­nu, imi­ta­cji dosko­na­łej) „na wyso­ko­ści oczu / zwie­rząt”, a więc w jakimś nie­moż­li­wym uśred­nie­niu, któ­re suge­ru­je co naj­wy­żej, że płót­no nie jest prze­zna­czo­ne dla nas – ludzi. Po czym, jak­by wprost z fina­łu Pio­tru­sia Leo Lip­skie­go, to zwie­rzę­ta „przyj­dą / popa­trzeć” na to, co zosta­nie usta­no­wio­ne – na „mar­twą natu­rę”, na swo­je wła­sne podo­bień­stwo. Maszy­na antro­po­lo­gicz­na rusza na całe­go i sytu­uje nas nie­zwy­kle bli­sko pro­ble­mów, któ­re w ostat­nim tomie – Repre­zen­ta­cja zwie­rząt – poru­szył Dariusz Sośnic­ki, a więc kwe­stii nie­uza­sad­nio­nej antro­po­mor­fi­za­cji świa­ta nie-ludz­kie­go i nasze­go magicz­ne­go myśle­nia, któ­re poprzez akty repre­zen­ta­cji nadal pró­bu­je prze­drzeć się ku rze­czy­wi­sto­ści6.

„Mar­twa natu­ra” nie nazy­wa więc w wier­szu Szy­cho­wiak wyłącz­nie kon­wen­cji malar­skiej ani pra­gnie­nia wier­ne­go (czy też: ilu­zjo­ni­stycz­nie prze­ko­nu­ją­ce­go, jak u legen­dar­ne­go Par­ra­sjo­sa) odtwo­rze­nia rze­czy­wi­sto­ści, lecz cały pro­ces pisar­ski. Niby (zno­wu – na niby) w ogó­le nie jeste­śmy w myśle­niu mime­tycz­nym, a przy­naj­mniej nie w potocz­nym rozu­mie­niu tego sło­wa. Prze­cież natu­ra rze­czy­wi­ście umie­ra, a nowe wier­sze autor­ki Naraz pró­bu­ją stwo­rzyć ekran, na któ­rym wyświe­tla­ją się róż­ne pozio­my tej śmier­ci (zanie­czysz­cze­nia rzek i mórz, wysy­cha­nie jezior, myśli­stwo i tak dalej), ale zara­zem takie­go rodza­ju ekran, któ­ry nie do koń­ca prze­zna­czo­ny jest dla „ludz­kie­go oka”. To doświad­cze­nie roz­gry­wa się raczej w doty­ku, afek­cie, w środ­ku nocy, przede wszyst­kim jed­nak w sztyw­nie­ją­cym języ­ku, nie­ustan­nie osu­wa­ją­cym się w oczy­wi­stość, banał lub nie­mo­tę, wysta­wia­nym na iro­nicz­ne dry­fy i jaw­ne nie­po­ro­zu­mie­nia.

Pozwo­lę sobie się­gnąć po arty­kuł Kata­rzy­ny Kozy, w któ­rym badacz­ka – czy­ta­jąc wier­sze Fie­dor­czuk – wydo­by­wa­ła z pism teo­re­ty­ków (mię­dzy inny­mi Timothy’ego Mor­to­na i Anny Barcz) róż­ni­cę mię­dzy pisa­niem eko­mi­me­tycz­nym (poszu­ki­wa­nie nie­za­po­śred­ni­czo­ne­go kon­tak­tu z natu­rą, takie­go jej uję­cia, któ­re swo­je źró­dła ma w roman­tycz­nej rela­cji człowiek–przyroda) i sym­po­je­tycz­nym (nowo­ma­te­ria­li­stycz­ne filo­zo­fie splą­ta­nia, poza­ludz­kie rozu­mie­nie życia jako stwa­rza­nia poje­tycz­nych sie­ci rela­cji)7. Oczy­wi­ście ta eko­mi­me­tycz­na linia jest dziś wro­giem róż­nych eko­po­sthu­ma­ni­styk, ponie­waż zamiast afir­mo­wać prze­cię­cia, zanu­rze­nia i bio­tycz­ne wspól­no­ty, poszu­ku­je uto­pij­nej uciecz­ki w świat jako zewnę­trze, tym samym pogłę­bia­jąc pęk­nię­cie zwią­za­ne z róż­ni­cą antro­po­lo­gicz­ną. Ale przy­znam, że jakoś nie bar­dzo wie­rzę w całą tę post­ludz­ką wymia­nę słow­ni­ków poetyc­kich, w języ­ki grzy­bów i świa­dec­twa kory, nawet jeśli powsta­ją dzię­ki temu moc­ne, efek­tow­ne tek­sty (lite­rac­kie i nie). Za taką wspól­no­to­wą meta­fo­ry­ką, choć czę­sto pod­par­tą rze­tel­ny­mi bada­nia­mi empi­rycz­ny­mi, kry­je się zmę­cze­nie ludz­kim pod­mio­tem. I wła­śnie w tym sen­sie Wyra­zy współ­czu­cia są eko­mi­me­tycz­ne i zara­zem anty­eko­po­etyc­kie – każ­dy akt zabra­nia gło­su „w imie­niu” jakiejś ludz­ko-nie­ludz­kiej wspól­no­ty, patrze­nia poni­żej „wyso­ko­ści oczu zwie­rząt” jest co naj­wy­żej odsła­nia­niem naszej tęsk­no­ty, a nie eks­plo­ra­cją real­nej moż­li­wo­ści sta­wa­nia-się czy wyzwa­la­nia z wła­sne­go czło­wie­czeń­stwa.

Pod­miot­ka Szy­cho­wiak – ta, któ­ra zawsze mini­ma­li­stycz­nie wyco­fy­wa­ła się z sie­bie, redu­ko­wa­ła się, wyzby­wa­ła lub gubi­ła frag­ment po frag­men­cie   cza­sie i prze­strze­ni – rze­czy­wi­ście tro­chę nam „dzi­cze­je” („Nie­któ­re ze zwie­rząt / już mnie roz­po­zna­ją”8), wie­lo­krot­nie ucie­ka w las i w ciem­ność („zro­bi­li­śmy się cier­pli­wi / jak zwie­rzy­na / ukry­ta we mgle, // wypa­tru­ją­ca / wytchnie­nia”9), ale pozo­sta­je świa­do­ma, że nie­prze­kra­czal­ne są warun­ki ludz­kie­go komu­ni­ko­wa­nia się („Chcia­łam mu powie­dzieć […] // ale tego nie zro­bi­łam”10 – nie mogłam, nie potra­fi­łam, po pro­stu się nie dało). W tym sen­sie fan­ta­zja, że: „Mogli­śmy być / pta­ka­mi, // cza­sa­mi gęst­nieć / nad oce­anem i śpie­wać / pie­śni”11, raczej się nie ziści – ani w wier­szu, ani poprzez wiersz. Nie będzie „wspól­ne­go języ­ka” ze świa­tem, ponie­waż w poezji ist­nie­je tyl­ko język wła­sny, dośrod­ko­wy, a sam świat mil­czy i nie daje się zamiesz­kać na spo­sób języ­ko­wy.

Orni­to­lo­gicz­ny „klucz” w tomie – od okład­ki, przez oglą­da­nie Kuro­patw na śnie­gu Cheł­moń­skie­go i sygnu­ją­cą śmierć „chma­rę skow­ron­ków”12 na gałę­zi wisiel­ca, aż po „Pro­mie­ni­ste gołę­bie / na kablach / elek­trycz­nych”13 – w więk­szej mie­rze niż szka­tuł­kę z opo­wie­ścia­mi o mię­dzy­ga­tun­ko­wej wspól­no­cie pro­po­nu­je spoj­rze­nie w otchłań, w stud­nię nocy. Tym, co rze­czy­wi­ście uda­je się uszczk­nąć poet­ce z pta­sich tre­li, jest śpiew – ale nie godo­wy, lecz ele­gij­ny, zagar­nia­ją­cy do wnę­trza to, co odcho­dzi („Jesz­cze / nie­do­rzecz­ny / zachwyt / nad słoń­cem, któ­re / za dnia pło­nie, / a nocą gaśnie, // żyje we mnie”14). Wyra­zy współ­czu­cia to nenia, w któ­rych żegna się uko­cha­ne­go psa, kota, miłość, rze­ki, bli­skich i obcych ludzi, naj­star­sze­go czło­wie­ka na świe­cie i naj­waż­niej­szą poet­kę (Kry­sty­nę Miło­będz­ką), fra­zą naj­bar­dziej intym­ną, a zara­zem peł­ną eks­hi­bi­cjo­ni­stycz­ne­go kiczu i przy­własz­cze­nia:
„– Umar­ła mi moja poet­ka”15.

Okładka tomu wierszy Julii Szychowiak pod tytułem „Wyrazy współczucia”.
Julia Szychowiak, „Wyrazy współczucia”, Kołobrzeg: Biuro Literackie, 2025.

Wiem, że Julia Szy­cho­wiak raczej nie poszu­ku­je nicze­go na siłę, raczej pozwa­la sobie doświad­czać stra­ty i tego, że już „tu nie ma // żad­nej łąki”16, ale po raz pierw­szy jej książ­ka wypeł­nio­na jest wręcz aktyw­nym ruchem ku jakiejś for­mie żałob­nej, celo­wym scho­dze­niem do „gar­dła zie­mi” (jak pies z moje­go ulu­bio­ne­go wier­sza, do któ­re­go jesz­cze wró­cę). Widzi­my to zwłasz­cza w parze dia­lo­gu­ją­cych ze sobą utwo­rów Bez­sen­ność i *** [Nie ma kogo…], w dwóch zamy­ka­ją­cych je tetra­sty­chach: posta­no­wie­niu, by „wyko­rzy­stać / poten­cjał / nocy”17 i reto­rycz­nym pyta­niu, „czy to noc / wymy­śli­ła / ciem­ność”18>. W obu przy­pad­kach jest to wręcz pro­gra­mo­we samot­nie­nie („dosko­na­ła / samot­ność”19), stu­dium wła­sne­go gło­su, tego wewnętrz­ne­go, któ­ry wybrzmie­wa w orfic­kich ciem­no­ściach, pod wodą, w jej „gęstym cie­le”20, na prze­kór bie­go­wi stru­mie­nia i wek­to­rom cza­su. Zara­zem każ­dy czy­tel­nik, któ­ry śle­dzi tę twór­czość tro­chę uważ­niej, natych­miast odnaj­dzie tu kryp­to­cy­tat. Wiersz „Nie ma kogo / zapy­tać / czy to // noc / wymy­śli­ła / ciem­ność” to bez­po­śred­nie nawią­za­nie do wier­sza Kon­cen­tro­wać z debiu­tanc­kie­go Po sobie (2007) i jego ostat­niej stro­fy: „Taki widok odstra­sza boha­te­rów. Tu zie­mia / musi udep­tać się sama i nie ma co pytać, / czy to noc wymy­śli­ła ciem­ność”21. Mamy już jed­nak do czy­nie­nia z zupeł­nie inny­mi spo­so­ba­mi pisa­nia i innym ładun­kiem dra­ma­ty­zmu. Tam – mimo patro­na­tu Miło­będz­kiej już na pozio­mie mot­ta o zni­ka­niu – Szy­cho­wiak pisa­ła bar­dziej kon­fe­syj­nie, lirycz­nie, w spo­sób – jak na nią – wręcz roz­ga­da­ny. Sku­pia­ła się na mecha­ni­zmach widze­nia, ale jak­by głów­nie po to, żeby wypo­sa­żyć je w efek­tow­ną, szkla­ną meta­fo­rę („i skurcz, skurcz na zada­ny temat”22). Tu – w nowym tomie – rze­czy­wi­ście jeste­śmy „pośrod­ku mro­ku”, w ciszy bliż­szej miste­rium niż wiel­ko­miej­skim nasłu­chom.

To tyl­ko dwa­dzie­ścia trzy wier­sze, nie­wie­le ponad trzy­dzie­ści słów w tych naj­bar­dziej obszer­nych: obiek­ty­wi­stycz­ne obser­wa­cje, lirycz­ne kon­fe­sje, akty oskar­że­nia, huma­ni­stycz­ne gesty prze­pro­sin i pró­by wcho­dze­nia w inte­rak­cję z tym, co poza nami („pło­sze­nie rze­ki” – „dla chwi­lo­wej ucie­chy”23). Jest w nich samot­ność, jest kata­stro­fa kli­ma­tycz­na i życie na gra­ni­cy cywi­li­za­cji, są lęk, śmierć, kry­zys migra­cyj­ny, zanie­czysz­cze­nie śro­do­wi­ska i fan­ta­zja o zwie­rzę­cej wol­no­ści. Ale jest tak­że cha­rak­te­ry­stycz­na dla pod­mio­tek Szy­cho­wiak bez­rad­ność, pasyw­ność i głę­bo­kie zro­zu­mie­nie chto­nicz­ne­go cha­rak­te­ru liry­ki. Owszem, cho­dzi w niej o rytu­ał uby­wa­nia, o powtó­rze­nie, o cią­głą zamia­nę toż­sa­mo­ści Kory w Per­se­fo­nę, ale też o uświa­do­mie­nie sobie (i poka­za­nie nam – widzom – tego zain­sce­ni­zo­wa­ne­go spek­ta­klu), że poezja nie­ste­ty nie jest Whit­ma­now­ską pie­śnią życia, wita­li­stycz­nym śpie­wem wol­no­ści, lecz mar­twą natu­rą. Wszyst­ko, co pró­bu­je uchwy­cić język, nazna­czo­ne jest solip­sy­zmem i śmier­cią.

Wra­cam na koniec do zapo­wie­dzia­ne­go „wier­sza o psie”, naj­bar­dziej „wizyj­ne­go” w tomie:

W tym śnie
mój pies
wydo­stał się
spod zie­mi.

 

Prze­gryzł
korze­nie drzew,
któ­re ojciec posa­dził,
gdy jesz­cze
wszy­scy byli­śmy
cali.

 

Biegł pro­sto
przed sie­bie,
jak­by
to był spa­cer,

 

i sko­czył
do gar­dła zie­mi24.

Nie wiem, czy potrak­to­wać „ten sen” jako kosz­mar czy speł­nie­nie marzeń? Czy uciecz­ka psa z Hade­su, to pokracz­ne zmar­twych­wsta­nie, któ­re przy­wo­dzi na myśl eleu­zyj­skie ryty, jest obraz­kiem siel­skim czy apo­ka­lip­tycz­nym, upra­gnio­nym powro­tem czy nawie­dze­niem rodem z hor­ro­ru? Czy prze­gry­zio­ne korze­nie drzew – drze­wa rodzin­ne­go oczy­wi­ście, drze­wa rela­cji – to kolej­ny znak „wybra­ko­wa­nia” tego świa­ta czy jedy­nie roz­pa­du rodzi­ny, któ­ra trwa w zwie­rzę­cej żało­bie? Czy korze­nie jak kra­ty trzy­ma­ją pod zie­mią to, co powin­no tam pozo­stać? I wresz­cie: czy final­ny skok „do gar­dła zie­mi” to bunt prze­ciw samej zasa­dzie świa­ta czy może powrót do niej i dopeł­nie­nie cyklu prze­mian? Prze­cież zawsze chcie­li­śmy – jak pta­ki – „Z czu­ło­ścią kła­niać się / zie­mi”25. Cała dwu­znacz­ność tego gestu przy­po­mi­na jed­nak, że zmar­li powin­ni pozo­stać tam, gdzie są; że wier­sze to pie­śni żałob­ne, a Orfe­usz scho­dzi w ciem­ność, żeby „kolej­ny raz” usły­szeć jedy­nie wła­sny głos, „echo ser­ca”26, kar­dio­gram, któ­ry współ­czu­cie wymie­ni na litość.

 

1 J. Szy­cho­wiak, Wyra­zy współ­czu­cia, Koło­brzeg: Biu­ro Lite­rac­kie, 2025. Jako samo­dziel­nych ksią­żek nie liczę arku­sza Popra­wi­ny z 2006 roku ani krót­kie­go wybo­ru wier­szy Naraz z serii 22. wier­sze podróż­ne wyda­nych w Biu­rze Lite­rac­kim.

2 Tam­że, s. 17.

3 Zob. J. Fie­dor­czuk, G. Bel­trán, Eko­pe­ty­ka / Eco­po­éti­ca / Eco­po­etics, Muzeum Histo­rii Pol­skie­go Ruchu Ludo­we­go, onli­ne: https://mhprl.pl/produkt/ekopoetyka-ecopoetica-ecopoetics-ekologiczna-obrona-poezji-una-defensa-ecologica-de-la-poesia-an-ecological-defence-of-poetry/ [dostęp: 27.12.2025].

4 J. Szy­cho­wiak, Wyra­zy współ­czu­cia, s. 5.

5 Tam­że, s. 24.

6 Zob. D. Sośnic­ki, Repre­zen­ta­cja zwie­rząt, War­stwy: Wro­cław, 2025.

7 K. Koza, Sym­po­ie­tycz­na lek­tu­ra poezji Julii Fie­dor­czuk, „Anna­les Uni­ver­si­ta­tis Paeda­go­gi­cae Cra­co­vien­sis. Stu­dia Poeti­ca” 2023, nr 11, s. 221–233.

8 J. Szy­cho­wiak, Wyra­zy współ­czu­cia, s. 7.

9 Tam­że, s. 18.

10 Tam­że, s. 10.

11 Tam­że, s. 19.

12 Tam­że, s. 14.

13 Tam­że, s. 24.

14 Tam­że, s. 16.

15 Tam­że, s. 26.

16 Tam­że.

17 Tam­że, s. 12.

18 Tam­że, s. 13.

19 Tam­że, s. 17.

20 Tam­że, s. 27.

22 J. Szy­cho­wiak, Kon­cen­tro­wać [w:] tej­że, Po sobie, Wro­cław: Biu­ro Lite­rac­kie, 2007, s. 14.

22 Taż, Popra­wi­ny [w:] tam­że, s. 17.

23 Taż, Wyra­zy współ­czu­cia, s. 6.

24 Tam­że, s. 15.

25 Tam­że, s. 19.

26 Cały wiersz spro­wa­dza się do iro­nicz­ne­go zesta­wie­nia: „W dniu / zako­cha­nych // zro­bi­li jej / echo / ser­ca” (W, s. 22).

– dr, krytyk i historyk literatury, adiunkt na UWr, autor czterech książek o poezji najnowszej oraz kilku wyborów wierszy.

więcej →

Fallback Avatar

– poetka, prozaiczka.

więcej →

Powiązane teksty

13.01.2026
Recenzje

W gorsecie z emocji. Zespalanie światów według Maxa Blechera

Wierzę, że spotkanie z prozą Blechera pozostawia w nas głęboki ślad, dotykając naszych największych atawistycznych lęków – tych związanych z chorobą, samotnością, śmiercią. Równocześnie skłania nas do refleksji nad tym, jak korzystać z życia i mimo wszystko dążyć do względnego dobrostanu – o Dziełach zebranych Maxa Belchera pisze Olga Bartosiewicz-Nikolaev.