Zapaść sensów, powrót mitu i stany splątane fantastyki

Jacek Sobo­ta to twór­ca cenio­nej pro­zy fan­ta­stycz­no-nauko­wej, filo­zof, pra­cow­nik nauko­wy i ese­ista dokład­nie opu­ku­ją­cy z każ­dej stro­ny ścia­ny labi­ryn­tu kul­tu­ry. W 2025 roku wydał dwie publi­ka­cje: napi­sa­ną wspól­nie z dok­to­rem filo­zo­fii i auto­rem ksią­żek filo­zo­ficz­nych Jaku­bem Walic­kim mono­gra­fię poświę­co­ną fan­ta­stycz­no-nauko­wej try­lo­gii Jerze­go Żuław­skie­go oraz ekra­ni­za­cji autor­stwa stry­jecz­ne­go wnu­ka pisa­rza Andrze­ja Żuław­skie­go, a tak­że zbiór ese­jów sta­no­wią­cych ciąg dal­szy Wyznań idio­ty, w któ­rych Sobo­ta pochy­la się nad lite­ra­tu­rą, fil­mem, (post)piśmienną kul­tu­rą oraz mgli­sty­mi, nie­pew­ny­mi pro­gno­za­mi cywi­li­za­cyj­ny­mi. Mimo że oba utwo­ry opi­su­ją osob­ne zja­wi­ska, wbrew pozo­rom inter­pre­ta­cyj­ne docie­ka­nia pro­wa­dzą ku podob­nym polom pro­ble­mo­wym. Moż­na je z grub­sza okre­ślić jako opo­wieść o kry­zy­sie wiel­kich nar­ra­cji, o nie­ro­ze­rwal­nej wię­zi mitu z ludz­ką egzy­sten­cją, o pono­wo­cze­snym roz­pa­dzie rze­czy­wi­sto­ści, o reli­gii jako struk­tu­rze spo­łecz­nej i nar­ra­cyj­nej oraz o kata­stro­fi­zmie wpi­sa­nym w ludz­kie doświad­cze­nie. War­to więc wyru­szyć na tę poznaw­czą przy­go­dę po śla­dach auto­rów, ponie­waż nie­wy­klu­czo­ne, że czy­tel­nik w pew­nym momen­cie rozej­rzy się i zasko­czo­ny stwier­dzi, że tra­fił w sam śro­dek upstrzo­ne­go gwiaz­da­mi kosmo­su.

Jerze­go i Andrze­ja Żuław­skich eks­pe­dy­cja w kie­run­ku praw­dy sta­no­wi inte­re­su­ją­ce połą­cze­nie nauko­wej egze­ge­zy z par­tia­mi dobrze roz­pi­sa­nej eru­dy­cyj­nej publi­cy­sty­ki. Książ­ka skła­da się z obszer­ne­go ese­ju inter­pre­tu­ją­ce­go powie­ścio­wą try­lo­gię Żuław­skie­go (pió­ra Sobo­ty), ana­li­zy fil­mo­wej adap­ta­cji (autor­stwa Walic­kie­go) oraz zapi­su pro­wa­dzo­nych przez obu auto­rów roz­mów, któ­re dobrze wkom­po­no­wu­ją się w podej­mo­wa­ne przez nich wąt­ki twór­czo­ści Żuław­skich. Sobo­ta ujmu­je Na srebr­nym glo­bie, Zwy­cięz­cę oraz Sta­rą zie­mię jako swe­go rodza­ju zespół pro­ble­ma­tów i sekwen­cji fabu­lar­nych, któ­re sta­no­wią coś w rodza­ju wzor­ca, naczel­nej inspi­ra­cji dla całej póź­niej­szej fan­ta­sty­ki nauko­wej. Jerzy Żuław­ski żył w cza­sach „bez­pań­stwo­wych”, miesz­kał głów­nie w nale­żą­cej do zabo­ru austriac­kie­go Gali­cji i nie­ste­ty nie dożył prze­ło­mo­we­go 1918 roku. Owa bez­dom­ność zosta­je nie­ja­ko prze­nie­sio­na na boha­te­rów powie­ścio­wej try­lo­gii, któ­rzy są wyko­rze­nie­ni w spo­sób cał­ko­wi­ty, zarów­no kul­tu­ro­wo, pod wzglę­dem jakiej­kol­wiek tery­to­rial­nej przy­na­leż­no­ści, jak i toż­sa­mo­ścio­wo, ponie­waż w cie­niach obcej pla­ne­ty ludz­kie indy­wi­du­al­ne „ja” stop­nio­wo się roz­pra­sza i zani­ka. Żuław­ski na kar­tach Na srebr­nym glo­bie przed­sta­wia jeden z naj­ory­gi­nal­niej­szych (nadal pozo­sta­ją­cy istot­ną inspi­ra­cją wie­lu twór­ców) obraz Innych, Obcych. Szer­no­wie, jak zauwa­ża Jacek Sobo­ta, nie­po­ko­ją­co podob­ni do Upa­dłych Anio­łów, peł­nią roz­licz­ne funk­cje ale­go­rycz­ne i sym­bo­licz­ne, któ­re doce­niał już Sta­ni­sław Lem. Posia­da­ją nad­przy­ro­dzo­ne – moż­na by rzec: demo­nicz­ne – zdol­no­ści, nie­ja­ko dopeł­nia­ją tym samym infer­nal­ne­go kra­jo­bra­zu Księ­ży­ca. Sobo­ta, jeden z auto­rów kon­ty­nu­ują­cych pro­jekt pisar­ski Lema, dostrze­ga tu pewien błąd kre­acyj­ny, pole­ga­ją­cy na zbyt­nim antro­po­mor­fi­zo­wa­niu obcych przez Żuław­skie­go, co jed­nak moż­na wytłu­ma­czyć w ramach poety­ki ale­go­rii. Szer­no­wie sta­no­wią coś na kształt zwier­cia­dła dla zagu­bio­nych w mro­kach srebr­ne­go glo­bu ludzi; są jak gdy­by kry­ty­ka­mi ludz­kiej kul­tu­ry, dopeł­nie­niem gno­styc­kiej wizji inne­go świa­ta, mrocz­ne­go Boga. Sobo­ta jako filo­zof osa­dza dzie­ło Żuław­skie­go w tra­dy­cji filo­zo­fii euro­pej­skiej, w nur­tach zna­nych z cza­sów, kie­dy ten two­rzył. Dla­te­go tak sil­ne obec­na w tych powie­ściach jest wizja nie­tz­sche­ań­skie­go „nad­czło­wie­ka” i tak czę­sto poja­wia się na kar­tach utwo­ru pyta­nie o moż­li­wość ist­nie­nia poza kate­go­ria­mi dobra i zła.

Naj­bar­dziej obie­cu­ją­ca, a tak­że klu­czo­wa dla wszyst­kie­go, co w pol­skiej fan­ta­sty­ce nauko­wej poja­wi­ło się póź­niej, wyda­je się ana­li­za Zwy­cięz­cy. Autor Wie­czo­ru trzech psów opi­su­je, jak rze­czy­wi­stość świa­ta przed­sta­wio­ne­go przez Żuław­skie­go obra­sta mitem, jak ludz­kość (a więc potom­ko­wie Pierw­szych Ludzi), skar­la­ła na sku­tek mniej­sze­go oddzia­ły­wa­nia gra­wi­ta­cyj­ne­go, zaczy­na pro­jek­to­wać mitycz­ne nar­ra­cje o wła­snym pocho­dze­niu i o cze­ka­ją­cym ją losie. War­to zacy­to­wać nie­któ­re reflek­sje auto­ra na temat tęsk­no­ty do epo­ki ide­al­nej, nostal­gii, jaką wywo­łu­ją tak zwa­ne zło­te wie­ki:

Ów motyw dege­ne­ra­cji ludz­ko­ści (spo­wo­do­wa­nej aku­rat w tym wypad­ku czyn­ni­ka­mi obiek­tyw­ny­mi) jest dość cha­rak­te­ry­stycz­ny dla opo­wie­ści o mitycz­nym cha­rak­te­rze. Przy­naj­mniej od cza­sów Pla­to­na (któ­ry jako jeden z pierw­szych ideę dookre­ślił) nie­ustan­nie tęsk­ni­my do cza­sów Zło­te­go Wie­ku (nie­wy­klu­czo­ne, że mamy tu do czy­nie­nia z jakąś per­ma­nent­ną nostal­gią uko­rze­nio­ną w ludz­kiej psy­chi­ce). […] „Zwy­cięz­ca” to dosko­na­ła ilu­stra­cja słów J.L. Bor­ge­sa – „Nie ma innych rajów, niż raje utra­co­ne”. Kon­struk­cja wewnętrz­na czło­wie­ka jest tak usta­no­wio­na, by tęsk­nił za tym, co było (ide­ali­zu­jąc zwy­kle te sta­ny rze­czy­wi­sto­ści), albo za tym, co nie­by­łe (czy­li nigdy nie zaist­nia­ło i zapew­ne już nie zaist­nie­je). Inny­mi sło­wy – raj zawsze, z samej swej defi­ni­cji, jak się oka­zu­je, musi być utra­co­ny, a uto­pia, nawet jeśli się reali­zu­je na naszych oczach, nigdy nie będzie zre­ali­zo­wa­na w peł­ni1.

Kon­stru­owa­nie, pie­lę­gno­wa­nie, prze­ka­zy­wa­nie z poko­le­nia na poko­le­nie i wresz­cie samo roz­pa­da­nie się mitu – wszyst­kie te eta­py są sil­nie obec­ne na kar­tach Zwy­cięz­cy. Inter­pre­ta­tor słusz­nie pisze, że w zupeł­nie nowym, obcym śro­do­wi­sku ludz­kość pre­zen­tu­je wpi­sa­ny w swo­ją natu­rę deter­mi­nizm, wię­żą­cy ją w nie­usta­ją­cych cyklach powtó­rzeń. Antro­po­lo­gia w wer­sji Jerze­go Żuław­skie­go jawi się więc jako skraj­nie pesy­mi­stycz­na, wia­ra w postęp jest wia­rą głup­ców, nie ist­nie­je miej­sce, gdzie uto­pia sta­nie się moż­li­wa do zisz­cze­nia, a ludz­kiej natu­rze będzie moż­na zaufać. W twór­czo­ści auto­ra Na srebr­nym glo­bie dzia­ła pętla para­dok­sów – pisarz łączy w niej scjen­tyzm, meta­fi­zy­kę, epi­ste­mo­lo­gicz­ny pesy­mizm oraz pew­ność co do ducho­we­go cha­rak­te­ru cywi­li­za­cyj­nych fun­da­men­tów. Sobo­ta doko­nu­je trans­fe­ru poszcze­gól­nych wąt­ków biblij­nych do każ­dej z czę­ści księ­ży­co­wej try­lo­gii. I tak w pierw­szym tomie w spo­sób kry­tycz­ny rein­ter­pre­tu­je sta­ro­te­sta­men­to­we moty­wy exo­du­su, grze­chu pier­wo­rod­ne­go, poto­pu i arki Noego oraz pierw­szych rodzi­ców. W struk­tu­rach Zwy­cięz­cy mie­nią się pole­mi­ki z Nowym Testa­men­tem, kon­kret­nie z posta­cią Mesja­sza. Sta­ra zie­mia sta­no­wi zaś swe­go rodza­ju syn­te­zę wszyst­kich tych wąt­ków: moż­na ją odczy­ty­wać jako pró­bę „ide­owe­go zwal­cza­nia deter­mi­ni­zmów reli­gij­nych i antro­po­lo­gicz­nych”. Nie­zmier­nie inte­re­su­ją­co przed­sta­wia­ją się kon­tek­sty lite­rac­kie i reli­gij­ne, przez któ­rych pry­zmat Sobo­ta ana­li­zu­je poszcze­gól­ne tema­ty Zwy­cięz­cy. Porów­nu­je wpi­su­ją­ce­go się i odwzo­ro­wu­ją­ce­go struk­tu­ry mesjań­skie­go mitu Mar­ka z dru­gie­go tomu try­lo­gii Żuław­skie­go z Żywo­tem Jezu­sa pió­ra Erne­sta Rena­na, jest to więc wizja czło­wie­ka, któ­ry sam nie uwa­żał się za Zba­wi­cie­la, lecz został nim okrzyk­nię­ty przez spo­łecz­ność. Sobo­ta rekon­stru­uje poglą­dy Żuław­skie­go na wia­rę i zauwa­ża, że były one nie­jed­no­znacz­ne. Z jed­nej stro­ny pisarz kry­ty­ko­wał „kost­nie­nie struk­tur”, z dru­giej zaś nosił w sobie prze­ko­na­nie o reli­gij­nej gene­zie wszyst­kich spo­łe­czeństw w dzie­jach. W kon­cep­cji twór­czej Żuław­skie­go wyraź­nie widać wpływ szko­ły socjo­lo­gicz­nej Émile’a Dur­khe­ima, wedle któ­re­go życie reli­gij­ne jest wyra­zem życia spo­łecz­ne­go, czymś, co – przy­naj­mniej na pod­sta­wo­wym pozio­mie – odróż­nia czło­wie­ka od zwie­rzę­cia. Fik­cyj­ne spo­łe­czeń­stwo „księ­ży­co­we” potrze­bu­je więc, jak każ­de spo­łe­czeń­stwo, „krę­go­słu­pa reli­gij­ne­go”, fun­da­men­tu umoż­li­wia­ją­ce­go zbio­ro­wo­ści ufor­mo­wa­nie pod­sta­wo­we­go i trwa­łe­go kształ­tu. Czło­wiek potrze­bu­je mitów, owej siły opo­wie­ści, aby nadać rze­czy­wi­sto­ści sens. Sta­rą zie­mię, ostat­nią część try­lo­gii, Sobo­ta okre­śla jako „kako­to­pię”, czy­li struk­tu­rę spo­łecz­ną pozor­nie, fasa­do­wo ega­li­tar­ną, w isto­cie zaś peł­ną podzia­łów kla­so­wych, uty­li­ta­ry­zmu nauko­we­go i maso­wo­ści, sztu­ki bez­re­flek­syj­nej. Prze­bły­sków nadziei poszu­ki­wać moż­na w tak sta­now­czo dekla­ro­wa­nym przez Żuław­skie­go indy­wi­du­ali­zmie. Jak pisze badacz:

Cóż zatem zosta­je, sko­ro zawo­dzi wszyst­ko inne – subiek­tyw­na ide­olo­gia, sztu­ka, a nawet zobiek­ty­wi­zo­wa­na (pozor­nie?) nauka? Co jest ową „iskier­ką nadziei”, świa­tłem w tune­lu ponu­rych deter­mi­ni­zmów spo­łecz­nych, kiep­skich onto­lo­gii wszech­świa­ta? Otóż tą nadzie­ją jest mimo wszyst­ko czło­wiek – ale rozu­mia­ny jako indy­wi­du­um, pozo­sta­ją­cy poza spo­łecz­nym kon­tek­stem i uwi­kła­niem2.

Okładka książki Jacka Soboty i Jakuba Walickiego pod tytułem „Jerzego i Andrzeja Żuławskich ekspedycja w kierunku prawdy”.
Jacek Sobota, Jakub Walicki, „Jerzego i Andrzeja Żuławskich ekspedycja w kierunku prawdy”, Olsztyn: Wydawnictwo Stalker Books, 2025.

Nie­ja­ko zwier­cia­dla­nym odbi­ciem inter­pre­ta­cji zapro­po­no­wa­nej przez Jac­ka Sobo­tę sta­je się esej Jaku­ba Walic­kie­go, w któ­rym autor ana­li­zu­je fil­mo­wą adap­ta­cję Na srebr­nym glo­bie Andrze­ja Żuław­skie­go. Badacz sku­pia się tu na moty­wach wyko­rze­nie­nia, emi­gra­cji i poszu­ki­wa­nia domu postrze­ga­ne­go przez pry­zmat filo­zo­ficz­ny. Już na samym wstę­pie sta­wia tezę o gene­zie fil­mu, zwią­za­nej z bólem po roz­sta­niu i tęsk­no­tą za domem. W tego rodza­ju odczy­ta­niu pro­ces two­rze­nia fil­mu jawi się nie tyl­ko jako arty­stycz­na pró­ba, lecz rów­nież dzia­ła­nie o natu­rze her­me­neu­tycz­nej, jako zma­ga­nie się z wła­snym doświad­cze­niem stra­ty i pra­gnie­niem powro­tu do tego, co zna­ne, choć odle­głe. Dla­te­go też poszcze­gól­ny­mi tro­pa­mi inter­pre­ta­cyj­ny­mi sta­ją się poszu­ki­wa­nie domu, sen­sy wyzwa­la­ne przez fil­mo­wą prze­strzeń, typo­lo­gia zamiesz­ki­wa­nia w świe­cie, rodza­je meta­fi­zycz­ne­go bra­ku, poczu­cie nie­speł­nie­nia oraz uto­pia. Walic­ki opi­su­je dzie­ło Żuław­skie­go jak swe­go rodza­ju fil­mo­wy „test Ror­scha­cha”, dzie­ło wypeł­nio­ne „mar­twy­mi stre­fa­mi”, któ­re może prze­ma­wiać w róż­ny spo­sób do każ­de­go odbior­cy. Naczel­ną zasa­dą kształ­to­wa­nia się zna­czeń w takim odczy­ta­niu były­by indy­wi­du­al­ne zależ­no­ści psy­chicz­ne. Kate­go­ria domu w warun­kach eks­plo­ra­cji „Nowej Zie­mi” jest oczy­wi­ście nazna­czo­na wąt­ka­mi meta­fi­zycz­ny­mi. Ozna­cza ona struk­tu­rę rozu­mie­nia rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra jest wytwa­rza­na przez wyzna­wa­ne war­to­ści, rela­cje mię­dzy­ludz­kie oraz sze­ro­ko poj­mo­wa­ną sfe­rę sacrum. Dom jest tak­że punk­tem zacze­pie­nia w sta­le zmie­nia­ją­cym się świe­cie. Nie dzi­wi więc, że roż­ne sen­sy ekra­ni­za­cji Walic­ki zesta­wia z klu­czo­wy­mi kon­cep­cja­mi Mar­ti­na Heideg­ge­ra:

Rze­czy­wi­stość jest tajem­ni­cą – mówi sam reży­ser – lecz tajem­ni­ca jest osa­dzo­na w czło­wie­ku. A ści­śle mówiąc: w jego wyko­rze­nie­niu. Być może dla­te­go Jerzy w pew­nym momen­cie prze­sta­je reje­stro­wać oto­cze­nie, kie­ru­jąc obiek­tyw kame­ry na same­go sie­bie. Sądzę, że w jakimś sen­sie podą­ża on tu śla­dem Heideg­ge­ra, któ­ry twier­dzi, że to „Dase­in” (jeste­stwo) ujaw­nia bycie. Jeże­li bowiem to w pod­mio­cie „obra­zu­je się prze­mia­na widzial­ne­go w nie­wi­dzial­ne” (sło­wa Mar­ka), jeże­li ist­nie­je dla nas wyłącz­nie to, co postrze­ga­my („esse est per­ci­pi” ), co włą­czy­my w naszą subiek­tyw­ność w trak­cie mimo­wol­nej subiek­ty­wi­za­cji, zagad­ka w pew­nym sen­sie skry­wa się w ludz­kim doświad­cze­niu rze­czy­wi­sto­ści3.

W roz­mo­wie auto­rów książ­ki poru­szo­ne zosta­ją mię­dzy inny­mi wąt­ki doty­czą­ce róż­nic i podo­bieństw wystę­pu­ją­cych mię­dzy lite­rac­ką try­lo­gią a ekra­ni­za­cją, tema­ty­ka zma­ga­nia z komu­ni­stycz­ny­mi cen­zo­ra­mi, zagad­nie­nia źró­deł reży­ser­skiej inspi­ra­cji, spra­wa for­mal­nej stro­ny fil­mu oraz zja­wi­ska bun­tu i pesy­mi­zmu twór­cze­go. Spo­rą war­to­ścią doda­ną są z pew­no­ścią dygre­sje poja­wia­ją­ce się mię­dzy kon­kret­ny­mi docie­ka­nia­mi auto­rów. Doty­czą one tema­tów wiel­kich i aktu­al­nych, takich jak choć­by zde­rze­nie ludz­kiej natu­ry z naj­now­szy­mi tech­no­lo­gia­mi czy meta­fi­zy­ka w dzie­jach pol­skiej fan­ta­sty­ki. Film Na srebr­nym glo­bie już na począt­ku roz­mo­wy zosta­je okre­ślo­ny jako sztu­ka filo­zo­ficz­na, utwór o pod­ło­żu meta­fi­zycz­nym, prze­kra­cza­ją­cym ramy gatun­ko­we fan­ta­sty­ki nauko­wej. Andrzej Żuław­ski zosta­je przed­sta­wio­ny jako skraj­ny pesy­mi­sta, któ­re­go dzie­łom bli­sko do gno­styc­kiej wizji rze­czy­wi­sto­ści. Wypra­wa fil­mo­wych boha­te­rów, pra­gną­cych poczu­cia trans­cen­den­cji, jest tak napraw­dę wypra­wą gno­styc­ką, czy­li wio­dą­cą w głąb same­go sie­bie – aż do krań­ców samo­po­zna­nia. Bar­dzo cie­ka­we są ustę­py opi­su­ją­ce prak­ty­kę reży­ser­ską Żuław­skie­go, któ­rą pod wie­lo­ma wzglę­da­mi moż­na by okre­ślić jako „sza­ma­nicz­ną”, zmu­sza­ją­cą akto­rów do wcho­dze­nia w wyczer­pu­ją­cy, odbie­ra­ją­cy życio­we siły trans. Zda­je się, że w dużej mie­rze to wła­śnie dzię­ki tej meto­dzie świat przed­sta­wio­ny w Na srebr­nym glo­bie moż­na okre­ślić jako „nie­do­mknię­ty”, ope­ru­ją­cy este­ty­ką nie­do­po­wie­dze­nia.

Wie­le powy­żej opi­sa­nych „par­ty­tur reflek­sji”, choć oczy­wi­ście zagra­nych pod inne melo­die, zna­leźć moż­na na kar­tach Nano­kul­tu­ry albo wyznań idio­ty 2 Jac­ka Sobo­ty. Oka­zu­je się, że pisarz ten jest spad­ko­bier­cą Lema nie tyl­ko w sfe­rze swo­jej pro­za­tor­skiej, ale rów­nież ese­istycz­nej i felie­to­no­wej dzia­łal­no­ści. Zebra­ne w książ­ce felie­to­ny i dłuż­sze for­my cha­rak­te­ry­zu­ją się oczy­wi­ście obszer­no­ścią podej­mo­wa­nej tema­ty­ki, wni­kli­wo­ścią ana­li­zy, a tak­że swe­go rodza­ju iro­nią, drwi­ną, sar­ka­zmem, czy­li cecha­mi sty­lu, któ­re wyróż­nia­ły prze­cież auto­ra Bom­by mega­bi­to­wej. War­to roz­po­cząć od zna­cze­nia tytu­łu – co wła­ści­wie kry­je się za ter­mi­nem „nano­kul­tu­ra”? Sobo­ta dia­gno­zu­je stan współ­cze­snej kul­tu­ry przez porów­na­nie jej do olbrzy­ma znaj­du­ją­ce­go się w fazie kolap­su. Nie mamy do czy­nie­nia z roz­wi­nię­ciem tra­dy­cji, lecz z jej coraz bar­dziej szcze­gó­ło­wym ćwiar­to­wa­niem. „Olbrzym” zapa­da się, kur­czy, roz­drab­nia, nie wytwa­rza już nowych sen­sów, a jedy­nie nie­ustan­nie powta­rza wyuczo­ne sche­ma­ty. Kul­tu­ra sta­ła się nie­ja­ko wła­sną paro­dią, cyr­ku­lu­ją­cą w sfe­rze sze­ro­ko rozu­mia­nej „memicz­no­ści”. Nano­tech­ni­ka ozna­cza, w naj­więk­szym uprosz­cze­niu, struk­tu­ry wytwa­rza­ne za pomo­cą ultra­drob­nych ele­men­tów: być może z podob­nych czą­stek zbu­do­wa­na jest współ­cze­sna prze­strzeń kul­tu­ro­wa. Wciąż powsta­ją histo­rie dookre­śla­ją­ce już zna­ne wcze­śniej histo­rie, maso­wo pro­du­ko­wa­ne są wszel­kiej maści pre­qu­ele, sequ­ele i spin-offy, poszcze­gól­ni boha­te­ro­wie, nawet dru­go­pla­no­wi, otrzy­mu­ją wła­sne serie. Zda­je się, że repro­duk­cja nie ma koń­ca. Jeśli zaś cho­dzi o wid­nie­ją­ce­go w tytu­le „idio­tę”, to oczy­wi­ście dale­ko mu do zna­czeń ste­reo­ty­po­wo koja­rzą­cych się z tym ter­mi­nem, cho­dzi raczej o kogoś pokro­ju księ­cia Mysz­ki­na z powie­ści Dosto­jew­skie­go, kogoś, kto para­dok­sal­nie jest zara­zem out­si­de­rem i pro­bie­rzem świa­ta. Jak wyzna­je sam autor:

Naj­słyn­niej­szą egzem­pli­fi­ka­cją lite­rac­ką posta­ci idio­ty jest, rzecz jasna, ksią­żę Mysz­kin, boha­ter powie­ści Dosto­jew­skie­go zaty­tu­ło­wa­nej – nomen omen – „Idio­ta”. I w tym por­tre­cie psy­cho­lo­gicz­nym pew­ną dual­ność da się zaob­ser­wo­wać – z jed­nej stro­ny, nad­wraż­li­wość boha­te­ra czy­ni go dzi­wa­kiem nie­przy­sta­ją­cym do ota­cza­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści; odbie­ra­ny bywa przez oto­cze­nie (a cza­sem i przez czy­tel­ni­ków) jako postać kiczo­wa­ta, nad­mier­nie eks­pre­syj­na, pozba­wio­na auto­iro­nicz­ne­go dystan­su wobec sie­bie. Z dru­giej stro­ny, ta sama nie­przy­sta­wal­ność kreu­je go – mimo bez­rad­no­ści – na kogoś wyjąt­ko­we­go, bacz­ne­go obser­wa­to­ra świa­ta, spo­glą­da­ją­ce­go na rze­czy­wi­stość pod dziw­nym jakimś kątem, postrze­ga­ją­ce­go ją wyol­brzy­mio­ną, wyko­śla­wio­ną, a przez to – para­dok­sal­nie – praw­dziw­szą; ba, moż­na by nawet Mysz­ki­na nazwać świa­ta pro­bie­rzem4.

Okładka książki Jacka Soboty pod tytułem „Nanokultura” albo wyznania idioty 2”.
Jacek Sobota, „Nanokultura albo wyznania idioty 2”, Olsztyn: Wydawnictwo Stalker Books, 2025.

Sobo­ta oglą­da współ­cze­sność pod naj­róż­niej­szy­mi kąta­mi, nie­raz nie­zmier­nie się jej dzi­wi, lecz mimo to usi­łu­je ją zro­zu­mieć, upo­rząd­ko­wać i opi­sać. Ana­li­zu­jąc zmien­ne zasa­dy gry zwa­nej rze­czy­wi­sto­ścią, pisarz zauwa­ża, że gry owej nie da się wygrać. Kul­tu­ra jest cha­otycz­na, peł­na sprzecz­no­ści, wciąż zmie­nia regu­ły, wedle któ­rych naka­zu­je czło­wie­ko­wi toczyć roz­gryw­kę. W Śmier­ci książ­ki autor wiesz­czy rychły zgon dru­ko­wa­nych form wydaw­ni­czych, któ­re zosta­ną w peł­ni zastą­pio­ne przez ich elek­tro­nicz­ne, hiper­tek­sto­we wer­sje – co prze­cież zgod­ne jest ze zmia­na­mi nastę­pu­ją­cy­mi w całej kul­tu­rze. Książ­ka tra­dy­cyj­na zmu­sza­ła do dys­cy­pli­ny, poru­sza­nia się w gra­ni­cach wyzna­cza­nych przez stro­ny, wytwa­rza­ła świat zamknię­ty i upo­rząd­ko­wa­ny. Hiper­tekst zaś ze swo­jej natu­ry jest cha­otycz­ny, nie­upo­rząd­ko­wa­ny, cha­rak­te­ry­zu­je się labil­no­ścią i aso­cja­cyj­no­ścią. Osła­bia więc poczu­cie hie­rar­chicz­no­ści i logicz­no­ści świa­ta na rzecz jego wir­tu­al­no­ści i przy­pad­ko­wo­ści, co traf­nie wpi­su­je się w zało­że­nia posta­ci homo cyber czy też homo inter­ne­ti­cus. Żeby zapre­zen­to­wać iro­nię auto­ra i jego dystans do same­go sie­bie, war­to zacy­to­wać ostat­ni aka­pit wspo­mnia­ne­go tek­stu:

Rzecz jasna, zda­ję sobie zna­ko­mi­cie spra­wę z tego, że zawar­te tu lamen­ty mają dobit­ność oraz donio­słość god­ną szep­tu ame­by, że pro­ce­sy zacho­dzą­ce w kul­tu­rze są wyni­kiem potęż­nych mecha­ni­zmów, deter­mi­nan­tów nie­od­wra­cal­nych zgo­ła. Że, być może, owe kul­tu­ro­we prze­isto­cze­nia, wymia­ny nośni­ków infor­ma­cji, nio­są ze sobą pew­ne pozy­ty­wy, prze­ze mnie prze­śle­pio­ne. Lamen­to­wać szep­tem – taka już rola idio­ty5.

Nie­ja­ko dopeł­nie­niem roz­wa­żań o kre­sie książ­ki sta­je się tekst o prze­mi­ja­niu sztu­ki pisa­nia, w któ­rym Sobo­ta, ku rado­ści piszą­ce­go te sło­wa, opo­wia­da o swo­ich doświad­cze­niach aka­de­mic­kich, o pra­cy ze stu­den­ta­mi na semi­na­rium. Tekst Idio­tycz­ne pisa­nie to rezul­tat namy­słu nad „post­pi­śmien­ny­mi” teza­mi Jac­ka Duka­ja; uka­zu­je ewo­lu­cyj­ne uwi­kła­nie, któ­re­go jed­nym ze skut­ków ubocz­nych jest wła­śnie sztu­ka pisma. Iro­nia mie­sza się w zbio­rze Sobo­ty z tema­ta­mi waż­ny­mi, wie­le sta­wia­nych przez auto­ra pytań i prób odpo­wie­dzi na nie dzia­ła na czy­tel­ni­ka inspi­ru­ją­co. Tak dzie­je się mię­dzy inny­mi wte­dy, gdy Sobo­ta roz­bie­ra na czyn­ni­ki pierw­sze słyn­ne „pra­wo Lema”, oma­wia kon­cept „anto­lo­gii zerwa­nych nawią­zań” czy ana­li­zu­je zja­wi­ska „zawie­sze­nia nie­wia­ry” oraz nie­spój­no­ści. Wie­le tego rodza­ju tek­stów mogło­by posłu­żyć jako mate­riał dydak­tycz­ny w szko­łach twór­cze­go pisa­nia. Pozo­sta­je więc życzyć sobie, żeby wła­śnie o takich „idio­ty­zmach” uczy­li się ucznio­wie i stu­den­ci.

 

1 J. Sobo­ta, J. Walic­ki, Jerze­go i Andrze­ja Żuław­skich eks­pe­dy­cja w kie­run­ku praw­dy, Olsz­tyn: Wydaw­nic­two Stal­ker Books, 2025, s. 35–36.

2 Tam­że, s. 56.

3 Tam­że, s. 196–197.

4 J. Sobo­ta, Nano­kul­tu­ra albo wyzna­nia idio­ty 2, Olsz­tyn: Wydaw­nic­two Stal­ker Books, 2025, s. 14.

5 Tam­że, s. 24.

– pisarz, doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Katedrze Polskiej Literatury Współczesnej i Krytyki Literackiej UKSW.

więcej →

Jacek Sobota

– pisarz, filozof, krytyk literacki, badacz zjawisk popkulturowych.

więcej →

Fallback Avatar

– doktor filozofii, pisarz i copywriter.

więcej →

Powiązane teksty