Jacek Sobota to twórca cenionej prozy fantastyczno-naukowej, filozof, pracownik naukowy i eseista dokładnie opukujący z każdej strony ściany labiryntu kultury. W 2025 roku wydał dwie publikacje: napisaną wspólnie z doktorem filozofii i autorem książek filozoficznych Jakubem Walickim monografię poświęconą fantastyczno-naukowej trylogii Jerzego Żuławskiego oraz ekranizacji autorstwa stryjecznego wnuka pisarza Andrzeja Żuławskiego, a także zbiór esejów stanowiących ciąg dalszy Wyznań idioty, w których Sobota pochyla się nad literaturą, filmem, (post)piśmienną kulturą oraz mglistymi, niepewnymi prognozami cywilizacyjnymi. Mimo że oba utwory opisują osobne zjawiska, wbrew pozorom interpretacyjne dociekania prowadzą ku podobnym polom problemowym. Można je z grubsza określić jako opowieść o kryzysie wielkich narracji, o nierozerwalnej więzi mitu z ludzką egzystencją, o ponowoczesnym rozpadzie rzeczywistości, o religii jako strukturze społecznej i narracyjnej oraz o katastrofizmie wpisanym w ludzkie doświadczenie. Warto więc wyruszyć na tę poznawczą przygodę po śladach autorów, ponieważ niewykluczone, że czytelnik w pewnym momencie rozejrzy się i zaskoczony stwierdzi, że trafił w sam środek upstrzonego gwiazdami kosmosu.
Jerzego i Andrzeja Żuławskich ekspedycja w kierunku prawdy stanowi interesujące połączenie naukowej egzegezy z partiami dobrze rozpisanej erudycyjnej publicystyki. Książka składa się z obszernego eseju interpretującego powieściową trylogię Żuławskiego (pióra Soboty), analizy filmowej adaptacji (autorstwa Walickiego) oraz zapisu prowadzonych przez obu autorów rozmów, które dobrze wkomponowują się w podejmowane przez nich wątki twórczości Żuławskich. Sobota ujmuje Na srebrnym globie, Zwycięzcę oraz Starą ziemię jako swego rodzaju zespół problematów i sekwencji fabularnych, które stanowią coś w rodzaju wzorca, naczelnej inspiracji dla całej późniejszej fantastyki naukowej. Jerzy Żuławski żył w czasach „bezpaństwowych”, mieszkał głównie w należącej do zaboru austriackiego Galicji i niestety nie dożył przełomowego 1918 roku. Owa bezdomność zostaje niejako przeniesiona na bohaterów powieściowej trylogii, którzy są wykorzenieni w sposób całkowity, zarówno kulturowo, pod względem jakiejkolwiek terytorialnej przynależności, jak i tożsamościowo, ponieważ w cieniach obcej planety ludzkie indywidualne „ja” stopniowo się rozprasza i zanika. Żuławski na kartach Na srebrnym globie przedstawia jeden z najoryginalniejszych (nadal pozostający istotną inspiracją wielu twórców) obraz Innych, Obcych. Szernowie, jak zauważa Jacek Sobota, niepokojąco podobni do Upadłych Aniołów, pełnią rozliczne funkcje alegoryczne i symboliczne, które doceniał już Stanisław Lem. Posiadają nadprzyrodzone – można by rzec: demoniczne – zdolności, niejako dopełniają tym samym infernalnego krajobrazu Księżyca. Sobota, jeden z autorów kontynuujących projekt pisarski Lema, dostrzega tu pewien błąd kreacyjny, polegający na zbytnim antropomorfizowaniu obcych przez Żuławskiego, co jednak można wytłumaczyć w ramach poetyki alegorii. Szernowie stanowią coś na kształt zwierciadła dla zagubionych w mrokach srebrnego globu ludzi; są jak gdyby krytykami ludzkiej kultury, dopełnieniem gnostyckiej wizji innego świata, mrocznego Boga. Sobota jako filozof osadza dzieło Żuławskiego w tradycji filozofii europejskiej, w nurtach znanych z czasów, kiedy ten tworzył. Dlatego tak silne obecna w tych powieściach jest wizja nietzscheańskiego „nadczłowieka” i tak często pojawia się na kartach utworu pytanie o możliwość istnienia poza kategoriami dobra i zła.
Najbardziej obiecująca, a także kluczowa dla wszystkiego, co w polskiej fantastyce naukowej pojawiło się później, wydaje się analiza Zwycięzcy. Autor Wieczoru trzech psów opisuje, jak rzeczywistość świata przedstawionego przez Żuławskiego obrasta mitem, jak ludzkość (a więc potomkowie Pierwszych Ludzi), skarlała na skutek mniejszego oddziaływania grawitacyjnego, zaczyna projektować mityczne narracje o własnym pochodzeniu i o czekającym ją losie. Warto zacytować niektóre refleksje autora na temat tęsknoty do epoki idealnej, nostalgii, jaką wywołują tak zwane złote wieki:
Ów motyw degeneracji ludzkości (spowodowanej akurat w tym wypadku czynnikami obiektywnymi) jest dość charakterystyczny dla opowieści o mitycznym charakterze. Przynajmniej od czasów Platona (który jako jeden z pierwszych ideę dookreślił) nieustannie tęsknimy do czasów Złotego Wieku (niewykluczone, że mamy tu do czynienia z jakąś permanentną nostalgią ukorzenioną w ludzkiej psychice). […] „Zwycięzca” to doskonała ilustracja słów J.L. Borgesa – „Nie ma innych rajów, niż raje utracone”. Konstrukcja wewnętrzna człowieka jest tak ustanowiona, by tęsknił za tym, co było (idealizując zwykle te stany rzeczywistości), albo za tym, co niebyłe (czyli nigdy nie zaistniało i zapewne już nie zaistnieje). Innymi słowy – raj zawsze, z samej swej definicji, jak się okazuje, musi być utracony, a utopia, nawet jeśli się realizuje na naszych oczach, nigdy nie będzie zrealizowana w pełni1.
Konstruowanie, pielęgnowanie, przekazywanie z pokolenia na pokolenie i wreszcie samo rozpadanie się mitu – wszystkie te etapy są silnie obecne na kartach Zwycięzcy. Interpretator słusznie pisze, że w zupełnie nowym, obcym środowisku ludzkość prezentuje wpisany w swoją naturę determinizm, więżący ją w nieustających cyklach powtórzeń. Antropologia w wersji Jerzego Żuławskiego jawi się więc jako skrajnie pesymistyczna, wiara w postęp jest wiarą głupców, nie istnieje miejsce, gdzie utopia stanie się możliwa do ziszczenia, a ludzkiej naturze będzie można zaufać. W twórczości autora Na srebrnym globie działa pętla paradoksów – pisarz łączy w niej scjentyzm, metafizykę, epistemologiczny pesymizm oraz pewność co do duchowego charakteru cywilizacyjnych fundamentów. Sobota dokonuje transferu poszczególnych wątków biblijnych do każdej z części księżycowej trylogii. I tak w pierwszym tomie w sposób krytyczny reinterpretuje starotestamentowe motywy exodusu, grzechu pierworodnego, potopu i arki Noego oraz pierwszych rodziców. W strukturach Zwycięzcy mienią się polemiki z Nowym Testamentem, konkretnie z postacią Mesjasza. Stara ziemia stanowi zaś swego rodzaju syntezę wszystkich tych wątków: można ją odczytywać jako próbę „ideowego zwalczania determinizmów religijnych i antropologicznych”. Niezmiernie interesująco przedstawiają się konteksty literackie i religijne, przez których pryzmat Sobota analizuje poszczególne tematy Zwycięzcy. Porównuje wpisującego się i odwzorowującego struktury mesjańskiego mitu Marka z drugiego tomu trylogii Żuławskiego z Żywotem Jezusa pióra Ernesta Renana, jest to więc wizja człowieka, który sam nie uważał się za Zbawiciela, lecz został nim okrzyknięty przez społeczność. Sobota rekonstruuje poglądy Żuławskiego na wiarę i zauważa, że były one niejednoznaczne. Z jednej strony pisarz krytykował „kostnienie struktur”, z drugiej zaś nosił w sobie przekonanie o religijnej genezie wszystkich społeczeństw w dziejach. W koncepcji twórczej Żuławskiego wyraźnie widać wpływ szkoły socjologicznej Émile’a Durkheima, wedle którego życie religijne jest wyrazem życia społecznego, czymś, co – przynajmniej na podstawowym poziomie – odróżnia człowieka od zwierzęcia. Fikcyjne społeczeństwo „księżycowe” potrzebuje więc, jak każde społeczeństwo, „kręgosłupa religijnego”, fundamentu umożliwiającego zbiorowości uformowanie podstawowego i trwałego kształtu. Człowiek potrzebuje mitów, owej siły opowieści, aby nadać rzeczywistości sens. Starą ziemię, ostatnią część trylogii, Sobota określa jako „kakotopię”, czyli strukturę społeczną pozornie, fasadowo egalitarną, w istocie zaś pełną podziałów klasowych, utylitaryzmu naukowego i masowości, sztuki bezrefleksyjnej. Przebłysków nadziei poszukiwać można w tak stanowczo deklarowanym przez Żuławskiego indywidualizmie. Jak pisze badacz:
Cóż zatem zostaje, skoro zawodzi wszystko inne – subiektywna ideologia, sztuka, a nawet zobiektywizowana (pozornie?) nauka? Co jest ową „iskierką nadziei”, światłem w tunelu ponurych determinizmów społecznych, kiepskich ontologii wszechświata? Otóż tą nadzieją jest mimo wszystko człowiek – ale rozumiany jako indywiduum, pozostający poza społecznym kontekstem i uwikłaniem2.
Niejako zwierciadlanym odbiciem interpretacji zaproponowanej przez Jacka Sobotę staje się esej Jakuba Walickiego, w którym autor analizuje filmową adaptację Na srebrnym globie Andrzeja Żuławskiego. Badacz skupia się tu na motywach wykorzenienia, emigracji i poszukiwania domu postrzeganego przez pryzmat filozoficzny. Już na samym wstępie stawia tezę o genezie filmu, związanej z bólem po rozstaniu i tęsknotą za domem. W tego rodzaju odczytaniu proces tworzenia filmu jawi się nie tylko jako artystyczna próba, lecz również działanie o naturze hermeneutycznej, jako zmaganie się z własnym doświadczeniem straty i pragnieniem powrotu do tego, co znane, choć odległe. Dlatego też poszczególnymi tropami interpretacyjnymi stają się poszukiwanie domu, sensy wyzwalane przez filmową przestrzeń, typologia zamieszkiwania w świecie, rodzaje metafizycznego braku, poczucie niespełnienia oraz utopia. Walicki opisuje dzieło Żuławskiego jak swego rodzaju filmowy „test Rorschacha”, dzieło wypełnione „martwymi strefami”, które może przemawiać w różny sposób do każdego odbiorcy. Naczelną zasadą kształtowania się znaczeń w takim odczytaniu byłyby indywidualne zależności psychiczne. Kategoria domu w warunkach eksploracji „Nowej Ziemi” jest oczywiście naznaczona wątkami metafizycznymi. Oznacza ona strukturę rozumienia rzeczywistości, która jest wytwarzana przez wyznawane wartości, relacje międzyludzkie oraz szeroko pojmowaną sferę sacrum. Dom jest także punktem zaczepienia w stale zmieniającym się świecie. Nie dziwi więc, że rożne sensy ekranizacji Walicki zestawia z kluczowymi koncepcjami Martina Heideggera:
Rzeczywistość jest tajemnicą – mówi sam reżyser – lecz tajemnica jest osadzona w człowieku. A ściśle mówiąc: w jego wykorzenieniu. Być może dlatego Jerzy w pewnym momencie przestaje rejestrować otoczenie, kierując obiektyw kamery na samego siebie. Sądzę, że w jakimś sensie podąża on tu śladem Heideggera, który twierdzi, że to „Dasein” (jestestwo) ujawnia bycie. Jeżeli bowiem to w podmiocie „obrazuje się przemiana widzialnego w niewidzialne” (słowa Marka), jeżeli istnieje dla nas wyłącznie to, co postrzegamy („esse est percipi” ), co włączymy w naszą subiektywność w trakcie mimowolnej subiektywizacji, zagadka w pewnym sensie skrywa się w ludzkim doświadczeniu rzeczywistości3.
W rozmowie autorów książki poruszone zostają między innymi wątki dotyczące różnic i podobieństw występujących między literacką trylogią a ekranizacją, tematyka zmagania z komunistycznymi cenzorami, zagadnienia źródeł reżyserskiej inspiracji, sprawa formalnej strony filmu oraz zjawiska buntu i pesymizmu twórczego. Sporą wartością dodaną są z pewnością dygresje pojawiające się między konkretnymi dociekaniami autorów. Dotyczą one tematów wielkich i aktualnych, takich jak choćby zderzenie ludzkiej natury z najnowszymi technologiami czy metafizyka w dziejach polskiej fantastyki. Film Na srebrnym globie już na początku rozmowy zostaje określony jako sztuka filozoficzna, utwór o podłożu metafizycznym, przekraczającym ramy gatunkowe fantastyki naukowej. Andrzej Żuławski zostaje przedstawiony jako skrajny pesymista, którego dziełom blisko do gnostyckiej wizji rzeczywistości. Wyprawa filmowych bohaterów, pragnących poczucia transcendencji, jest tak naprawdę wyprawą gnostycką, czyli wiodącą w głąb samego siebie – aż do krańców samopoznania. Bardzo ciekawe są ustępy opisujące praktykę reżyserską Żuławskiego, którą pod wieloma względami można by określić jako „szamaniczną”, zmuszającą aktorów do wchodzenia w wyczerpujący, odbierający życiowe siły trans. Zdaje się, że w dużej mierze to właśnie dzięki tej metodzie świat przedstawiony w Na srebrnym globie można określić jako „niedomknięty”, operujący estetyką niedopowiedzenia.
Wiele powyżej opisanych „partytur refleksji”, choć oczywiście zagranych pod inne melodie, znaleźć można na kartach Nanokultury albo wyznań idioty 2 Jacka Soboty. Okazuje się, że pisarz ten jest spadkobiercą Lema nie tylko w sferze swojej prozatorskiej, ale również eseistycznej i felietonowej działalności. Zebrane w książce felietony i dłuższe formy charakteryzują się oczywiście obszernością podejmowanej tematyki, wnikliwością analizy, a także swego rodzaju ironią, drwiną, sarkazmem, czyli cechami stylu, które wyróżniały przecież autora Bomby megabitowej. Warto rozpocząć od znaczenia tytułu – co właściwie kryje się za terminem „nanokultura”? Sobota diagnozuje stan współczesnej kultury przez porównanie jej do olbrzyma znajdującego się w fazie kolapsu. Nie mamy do czynienia z rozwinięciem tradycji, lecz z jej coraz bardziej szczegółowym ćwiartowaniem. „Olbrzym” zapada się, kurczy, rozdrabnia, nie wytwarza już nowych sensów, a jedynie nieustannie powtarza wyuczone schematy. Kultura stała się niejako własną parodią, cyrkulującą w sferze szeroko rozumianej „memiczności”. Nanotechnika oznacza, w największym uproszczeniu, struktury wytwarzane za pomocą ultradrobnych elementów: być może z podobnych cząstek zbudowana jest współczesna przestrzeń kulturowa. Wciąż powstają historie dookreślające już znane wcześniej historie, masowo produkowane są wszelkiej maści prequele, sequele i spin-offy, poszczególni bohaterowie, nawet drugoplanowi, otrzymują własne serie. Zdaje się, że reprodukcja nie ma końca. Jeśli zaś chodzi o widniejącego w tytule „idiotę”, to oczywiście daleko mu do znaczeń stereotypowo kojarzących się z tym terminem, chodzi raczej o kogoś pokroju księcia Myszkina z powieści Dostojewskiego, kogoś, kto paradoksalnie jest zarazem outsiderem i probierzem świata. Jak wyznaje sam autor:
Najsłynniejszą egzemplifikacją literacką postaci idioty jest, rzecz jasna, książę Myszkin, bohater powieści Dostojewskiego zatytułowanej – nomen omen – „Idiota”. I w tym portrecie psychologicznym pewną dualność da się zaobserwować – z jednej strony, nadwrażliwość bohatera czyni go dziwakiem nieprzystającym do otaczającej rzeczywistości; odbierany bywa przez otoczenie (a czasem i przez czytelników) jako postać kiczowata, nadmiernie ekspresyjna, pozbawiona autoironicznego dystansu wobec siebie. Z drugiej strony, ta sama nieprzystawalność kreuje go – mimo bezradności – na kogoś wyjątkowego, bacznego obserwatora świata, spoglądającego na rzeczywistość pod dziwnym jakimś kątem, postrzegającego ją wyolbrzymioną, wykoślawioną, a przez to – paradoksalnie – prawdziwszą; ba, można by nawet Myszkina nazwać świata probierzem4.
Sobota ogląda współczesność pod najróżniejszymi kątami, nieraz niezmiernie się jej dziwi, lecz mimo to usiłuje ją zrozumieć, uporządkować i opisać. Analizując zmienne zasady gry zwanej rzeczywistością, pisarz zauważa, że gry owej nie da się wygrać. Kultura jest chaotyczna, pełna sprzeczności, wciąż zmienia reguły, wedle których nakazuje człowiekowi toczyć rozgrywkę. W Śmierci książki autor wieszczy rychły zgon drukowanych form wydawniczych, które zostaną w pełni zastąpione przez ich elektroniczne, hipertekstowe wersje – co przecież zgodne jest ze zmianami następującymi w całej kulturze. Książka tradycyjna zmuszała do dyscypliny, poruszania się w granicach wyznaczanych przez strony, wytwarzała świat zamknięty i uporządkowany. Hipertekst zaś ze swojej natury jest chaotyczny, nieuporządkowany, charakteryzuje się labilnością i asocjacyjnością. Osłabia więc poczucie hierarchiczności i logiczności świata na rzecz jego wirtualności i przypadkowości, co trafnie wpisuje się w założenia postaci homo cyber czy też homo interneticus. Żeby zaprezentować ironię autora i jego dystans do samego siebie, warto zacytować ostatni akapit wspomnianego tekstu:
Rzecz jasna, zdaję sobie znakomicie sprawę z tego, że zawarte tu lamenty mają dobitność oraz doniosłość godną szeptu ameby, że procesy zachodzące w kulturze są wynikiem potężnych mechanizmów, determinantów nieodwracalnych zgoła. Że, być może, owe kulturowe przeistoczenia, wymiany nośników informacji, niosą ze sobą pewne pozytywy, przeze mnie prześlepione. Lamentować szeptem – taka już rola idioty5.
Niejako dopełnieniem rozważań o kresie książki staje się tekst o przemijaniu sztuki pisania, w którym Sobota, ku radości piszącego te słowa, opowiada o swoich doświadczeniach akademickich, o pracy ze studentami na seminarium. Tekst Idiotyczne pisanie to rezultat namysłu nad „postpiśmiennymi” tezami Jacka Dukaja; ukazuje ewolucyjne uwikłanie, którego jednym ze skutków ubocznych jest właśnie sztuka pisma. Ironia miesza się w zbiorze Soboty z tematami ważnymi, wiele stawianych przez autora pytań i prób odpowiedzi na nie działa na czytelnika inspirująco. Tak dzieje się między innymi wtedy, gdy Sobota rozbiera na czynniki pierwsze słynne „prawo Lema”, omawia koncept „antologii zerwanych nawiązań” czy analizuje zjawiska „zawieszenia niewiary” oraz niespójności. Wiele tego rodzaju tekstów mogłoby posłużyć jako materiał dydaktyczny w szkołach twórczego pisania. Pozostaje więc życzyć sobie, żeby właśnie o takich „idiotyzmach” uczyli się uczniowie i studenci.
1 J. Sobota, J. Walicki, Jerzego i Andrzeja Żuławskich ekspedycja w kierunku prawdy, Olsztyn: Wydawnictwo Stalker Books, 2025, s. 35–36.
2 Tamże, s. 56.
3 Tamże, s. 196–197.
4 J. Sobota, Nanokultura albo wyznania idioty 2, Olsztyn: Wydawnictwo Stalker Books, 2025, s. 14.
5 Tamże, s. 24.
