Literatura tak skutecznie nauczyła nas sublimować uczucia, że prawie utraciliśmy zdolność przeżywania emocji za jej pośrednictwem. Dzisiaj Witold Gombrowicz drwiłby nie tylko ze szkolnego imperatywu wzruszania się Słowackim i spółką. Śmiałby się z rozdwojonego rynku książki, który z jednej strony promuje dzieła „mocne”, „chwytające za serca” – publikacje, „obok których nie można przejść obojętnie”, a z drugiej wkłada nam do (internetowego) koszyka literaturę „kojącą” i „działającą jak balsam”. Kapitalizm afektywny oprócz wzruszenia i empatii zagospodarował także szczęście, strach czy wstyd. Jedynie gniew nie tak łatwo daje się ujarzmić i czasem wyziera zza krawędzi okładki.
W sierpniu zeszłego roku w „Dzienniku Literackim” zaczęła toczyć się dyskusja o emocjach, które wywołuje literatura – ta doceniana przez środowisko krytyczne i ta obdarzana nienachalnie łaskawym spojrzeniem. Zuzanna Sala w eseju Podawać w wątpliwość własne łzy oraz Piotr Sadzik w polemice Zaufać (niektórym) łzom poruszali się między życzliwym dystansem do literatury popularnej a przywróceniem wiary w to, że twórczość wysokich lotów ocali w nas określoną wrażliwość – niesentymentalną i niepensjonarską, ale humanistyczną i zakorzenioną w idei racjonalnego współodczuwania. Anna Chromik, w szkicu Odczepić się od własnych łez – do czego mogą przydać się afekty? usiłująca przekroczyć zarysowaną między Salą a Sadzikiem opozycję, upomniała się o metaperspektywę zwrotu afektywnego, odrzuconą przez Sadzika. Nie pytała, które łzy są szczersze od innych, lecz dlaczego łzy czytelników stały się problemem.
Nie będę próbowała pogodzić Chromik z Salą i Sadzikiem. Poza wstępem nie będę również pisać o łzach – ani tych spontanicznych, ani tych sztucznie wywołanych. Moim zamiarem jest przenieść dyskusję o emocjach z literatury na szerszy plan, w którym obserwujemy dziś związki między tekstem a publicznością. Zajrzę do fabryki emocji, zwanej kulturą dominującą, i do partyzanckich manufaktur literackiego oporu.
Jak wytworzyć szczęśliwych czytelników?
Zacznę od wyznania. Żyjemy w świeckiej kulturze dawania świadectwa (pożyczam tę kategorię od socjolożki Katarzyny Waniek), więc wyznanie musi być, aby zaświadczyć o tym, że mówię prawdę. Zresztą Sala i Sadzik, którzy skrupulatnie zdali sprawę z tego, przy jakich książkach i filmach płakali, ośmielili mnie do małego rachunku sumienia.
Otóż trudno mi sobie przypomnieć, kiedy ostatnio płakałam przy lekturze. Oczywiście łzy wyciskały w podstawówce Pies, który jeździł koleją, Dziewczynka z zapałkami czy Bracia Lwie Serce. Potem może Wichrowe Wzgórza i Dżuma. Później długo nic. Wreszcie ustaliłam, że ostatnim razem, kiedy kartka napuchła od łez, czytałam Uśpione Anthony’ego Passerona. To oszczędna w środkach fabularyzowana historia jego rodziny, z elementami reportażu naukowego, opowiadająca o zapomnianych we Francji ofiarach epidemii AIDS – młodych ludziach uciekających od oczekiwań rodziców i od ograniczonych szans w świat narkotyków. Zapłakałam, czytając o bratanicy autora, która śmiertelnym wówczas wirusem została zarażona w brzuchu matki. Niewinna, odrzucona przez otoczenie dziewczynka odchodziła na oczach bliskich:
Prawie nic nie pamiętam. Chciałbym pozbyć się resztek wspomnień. Biała trumienka, zaplombowana jak trumny ojca i matki Émilie. Rozmiar trumny, który nie powinien istnieć. Nawet Chrystusowi, składanemu w grobie u stóp krzyża na drewnianej płaskorzeźbie, widocznej po lewej stronie po wejściu do kościoła, dano czas, by dorósł.
Pamiętam tylko to przejmujące zimno listopadowego popołudnia i milczący tłum, który odwraca wzrok, słysząc krzyki babci. Ludzie podtrzymują ją na czele orszaku, trochę jak rannego żołnierza, wracającego z frontu. Dzień klęski1.
Płakałam nie tyle ze smutku, ile ze złości na niesprawiedliwe fatum, bezsilność dorosłych i spóźnioną medycynę. Więcej łzawych wzruszeń nie pamiętam. To nie znaczy, że nie wzruszam się „na sucho”. Odwracam wtedy wzrok od kartki, a słowa przetwarzane w głowie na chwilę się rozpierzchają. I czytam dalej – z szacunku dla historii, która stawiła opór mojej bezdusznej czytelniczej zachłanności. Zamiast zastanawiać się, czy to ze mną coś jest nie tak, spoglądam jednak w stronę kultury i w jej stronę odbijam pytanie: „Kulturo, co z tobą jest nie tak, że powściągam łzy i czytam dalej, a kiedy udziela mi się gniew, to czytam szybciej i żarliwiej, ale nie wstaję z fotela i nie idę zmieniać świata?”.
Anna Chromik powołuje się między innymi na Briana Massumiego, Erin Manning i Sarę Ahmed, czołowe postacie zwrotu afektywnego, akcentując społeczne pochodzenie emocji i kulturowe normy ich przeżywania. Pójdźmy dalej i zapytajmy o stojącą za przeżywaniem uczuć ekonomię emocji oraz jej flagowy produkt – poradnik psychologiczny. Pod koniec grudnia „Gazeta Wyborcza” opublikowała ranking książek najchętniej kupowanych przez Polaków w 2025 roku. Podium zajęły poradniki: na pierwszym miejscu Mel Robbins z Teorią „Pozwól im”. Odmieniającym życie narzędziem, o którym mówią miliony ludzi, a na drugim James Clear z Atomowymi nawykami. Drobnymi zmianami, niezwykłymi efektami. Zaraz za nimi uplasowały się dwa poradniki o zdrowiu: Jessie Inchauspé z Glukozową rewolucją i Tadeusz Oleszczuk ze Zdrowiem bez wymówek. Przewodnikiem po diecie, badaniach i terapii hormonalnej dla kobiet i mężczyzn. Dopiero za nim znalazł się Andrzej Sapkowski z Rozdrożem kruków. Wiedźminem i utrzymująca się od trzech lat w czołówce Joanna Kuciel-Frydryszak z Chłopkami. Opowieścią o naszych babkach2.
Poradnik to emanacja tego, jak w późnokapitalistycznej kulturze zdecydowaliśmy się rozumieć upragniony stan emocjonalny, czyli szczęście. Edgar Cabanas i Eva Illouz w książce Manufacturing Happy Citizens. How the Science and Industry of Happiness Control our Lives podkreślają, że przestaliśmy łączyć szczęście z brakiem cierpienia:
Szczęście jest dziś powszechnie postrzegane jako nastawienie, które może być zaprojektowane siłą woli, to rezultat praktycznego działania naszych wewnętrznych mocy i autentycznych jaźni; to jedyny cel, który czyni życie wartym przeżycia, to standardowa miara, którą powinniśmy mierzyć wartość naszych biografii, to rozmiar naszych sukcesów i porażek oraz wielkość naszego psychicznego i emocjonalnego rozwoju3.
Szczęście jako marzenie zostało zastąpione szczęściem jako obowiązkiem. Tak Sara Ahmed w The Promise of Happiness nazywa zobowiązanie stawiane przed społeczeństwem i przed każdym z nas z osobna. Mamy zachwalać to, co daje szczęście, zachęcać innych ludzi do jego aktywnego szukania i świecić przykładem, że można je znaleźć4. Terytorium szczęścia jest rynek spersonalizowanej wolnej konsumpcji, samorozwoju i dobrostanu. Mapą wskazującą, gdzie go szukać, jest przemysł kulturowy, w tym rynek książki, starający się wykroić dla siebie słodki kawałek tortu zwanego szczęściem.
Terapia na pięć gwiazdek
Co ma literatura do imperatywu szczęścia? Zacznijmy od początku. Do zwycięstwa sensu szczęścia, które wiąże się z nakazem dążenia do niego, przyczyniła się pozytywna psychologia razem z neoliberalizmem oraz indywidualizmem. Nowa definicja pozwoliła przypudrować apolitycznym, przyjaznym dyskursem przemocowy charakter kapitalizmu. Od lat 90. XX wieku pozytywna psychologia, dzięki Martinowi Seligmanowi, ówczesnemu prezydentowi Amerykańskiego Towarzystwa Socjologicznego, stała się filarem wielu polityk społecznych i edukacyjnych, ekonomii i zarządzania pracownikami. W książce Prawdziwe szczęście. Psychologia pozytywna a urzeczywistnienie naszych możliwości trwałego spełnienia Seligman zaproponował równanie na szczęście: S = U + O + W. Odczuwany poziom szczęścia (S) to suma ustalonego (genetycznie i społecznie) zasobu emocji pozytywnych (U, pięćdziesiąt procent sumy), niezależnych od nas okoliczności (O, dziesięć procent) oraz woli dążenia do szczęścia (W, czterdzieści procent)5. Na stymulowaniu wolicjonalnych czterdziestu procent koncentruje się większość poradników. Strukturalne nierówności i uprzedzenia zniknęły z zasięgu wzroku, a centralne miejsce zajęło diagnozowanie deficytów psychologicznych, które należy wyeliminować. Natomiast literatura wchodzi w rolę głosu upominającego się o namysł nad determinującymi nasze działania okolicznościami. Ale czy unieważnia równanie do szczęścia? Przeciwnie, wzmacnia je, podsuwając do oceny alternatywne modele życia. Literatura zawsze to czyniła, ale dzisiaj musi robić to bardziej i mocniej, żeby uzasadnić swoje istnienie w kulturze, która mogłaby się bez niej doskonale obejść.
Książki jako rodzaj azylu nie tylko mają konkurencję, na przykład w mindfulnessie i fine diningu, ale również funkcjonują w segmencie gospodarki, który za Lucienem Karpikiem można nazwać ekonomią jednostkowości. To rynek wymiany dóbr jednostkowych, czyli takich, które wartościowane są miarą jakości dostarczanych usług i świadczeń. Miary te nadają eksperci i bezpośredni użytkownicy – a granice między tymi dwiema rolami coraz bardziej się zacierają – którzy wystawiają opinie, przyznają taką, a nie inną liczbę gwiazdek, kciuk w górę, kciuk w dół. To oni, z udziałem mechanizmów pozycjonowania i algorytmicznej selekcji treści, tworzą rankingi, czyli kwantyfikacyjne substytuty intelektualnej wiedzy eksperckiej. Jako przykłady tak „ewaluowanych” dóbr jednostkowych Karpik podaje dzieła sztuki, piosenki, filmowe megaprodukcje, luksusowe wina, usługi prawnicze i medyczne, a także książki, których wielkość wyznacza pospołu system nagród literackich i mierzalnych ocen czytelniczych6.
Pięciu gwiazdek nie daje się już „za darmo” – to znaczy za to, że powieść, esej czy tomik wierszy wyciągnęły z języka esencję literatury. Kultura autoteliczna, dająca doświadczenie niesłużące niczemu poza samym doznaniem intelektualnym, estetycznym lub duchowym, od dawna nie ma się dobrze, a dziś wydaje się zupełnie zbędna. Także literatura musi coś nam robić, żeby opłacało się ją czytać. Musi poruszać, bawić, uczyć, pocieszać, wzruszać, porządnie nastraszyć lub wprawić w dobry nastrój. Nieprzypadkowo, obok poradników i prozy gatunkowej, najlepiej sprzedają się tak zwane comfort booki. To ładnie opakowane maszynki do formowania literackiej pulpy w kształtne fabuły o ludziach poharatanych, wokół których kolejne rozdziały owijają się jak bandaż z opatrunkiem na najgłębsze rany. Zresztą złe zakończenia też mają wyceny i rankingi. Godna uwagi książka musi porządnie przeczołgać czytelnika albo kazać czytelniczce opuścić jej „strefę komfortu”. Szczęśliwa osoba czytelnicza to taka, która wie, że produktywnie spędziła czas. Dostała skrypt radzenia sobie z własnym życiem, przytulne schronienie albo kopa adrenaliny, który pozwoli jej „naładować akumulatory” na dalsze zmagania z pozaksiążkową rzeczywistością.
Notatki z genealogii gniewu
W zasadzie nic we współczesnej kulturze nie zachęca nas do niewykalkulowanego i spontanicznego przeżywania emocji poprzez literaturę. Ponieważ wychodzi się z założenia, że na rynku książka nie obroni się sama, trzeba ją spacyfikować. Ubrać w blurby i dyskurs promocji niczym w kaftan bezpieczeństwa. Podpowiedzieć czytelnikom, kiedy powinni zadrżeć z emocji. Uczynić z literatury sitcom, tyle że z łkaniem zamiast śmiechu. Ale nie tylko rynek przykłada to tego rękę. Także w literaturze, zwłaszcza w prozie, zmieniło się podejście do emocji. Przemysław Czapliński w posłowiu do Rozbieżnych emancypacji. Przewodnika po prozie 1976–2020 diagnozuje odejście od poszukiwań języków zapisujących się po stronie wolnościowej rewolucji i żądających równości różnorodnych narracji. Ich miejsce przejmuje figura „terapii, która zmierza nie do przekształcania świata, lecz do poprawnego rozpoznania problemów wewnętrznych jednostki i wyznaczenia granic działaniom naprawczym”7 Proza daje coraz szerszy wgląd w dobrostan (a najczęściej „złostan”) emocjonalny bohaterów po to, żebyśmy mieli narzędzie do autodiagnozy i stawiania pytań: Czy ja dzielę te same traumy? Czy mogę sobie z nimi poradzić lepiej niż papierowe postaci? Jak osiągnąć „normalność”?
Smutek, rozpacz, strach, wstyd, współczucie – wszystkie zostają zaopiekowane przez pisanie terapeutyczne. Tylko gniew i czysta niezgoda jeszcze trochę wymykają się potopowi troski. Odróżniają się. To ta niekonformistyczna żarliwość nadal przyciąga czytelników do gniewnych manifestów flagowych autorów ruchu antykolonialnego i antyrasistowskiego: Frantza Fanona, Angeli Davies czy Jamesa Baldwina. Ich teksty są świadomą, celową zaczepką, ale niewykalkulowaną, bo niepewną reakcji odbiorców i napędzaną.
Po co pisze tę książkę? Nikt mnie o to nie prosił.
Na pewno nie ci, do których jest skierowana.
Więc? Więc spokojnie odpowiadam, że na tym świecie jest zbyt wielu głupców. A skoro tak mówię, powinienem to udowodnić udowodnić8.
– tak Fanon zaczyna Czarną skórę, białe maski. Z braku legitymacji do pisania w określony sposób czyni zobowiązanie do tego, żeby mówić dalej, bez ogródek, nazywać rzeczy i przekonania po imieniu, którego do tej pory nie miały. Jego niezgoda rozpycha się w języku i żąda nie tylko wysłuchania, ale unicestwienia dominujących taksonomii różnicy – rasowej, kulturowej i psychologicznej – poprzez ich radykalne unieważnienie. Z kolei u Baldwina gniew jest pozbawiony nienawiści, a jego siła wynika z wciągania wszystkich, czarnych i białych, w trajektorię cierpienia (oczywiście z zachowaniem odpowiednich proporcji). Gniew to sprzeciw wobec nieuchronności, determinizmu i odradzania się pogardy:
Tamtego żałośnie pamiętnego ranka nienawidziłem tych niewiarygodnych ulic, a także Murzynów i białych, którzy na równi sprawili, że takie się stały. Ale wiedziałem, że to szaleństwo, jak powiedziałby mój ojciec, ta gorycz to szaleństwo. Koniecznie trzeba było trwać przy sprawach, które się liczyły. Liczył się ten człowiek, który odszedł, liczyło się to nowe życie – biel i czerń się nie liczyły; wierzyć zaś, że się liczą, było równoznaczne z przykładaniem ręki do własnego zniszczenia. Nienawiść, mogąca zniszczyć tak wiele, zawsze niszczyła tego, który nienawidził, i to prawo było niezmienne9.
– pisze w poświęconym zmarłemu ojcu eseju Zapiski syna tego kraju. Nienawiść oznacza dla Baldwina uleganie nieuchronności. Dlatego trzeba być czujnym, czyli nie tylko czuć, ale pytać o to, co się czuje, jakim językiem wyraża się afekt i wypatrywać, czy posłany w świat – nie wróci jak bumerang i nie wytnie w pień oskarżycielskich słów. Utwory Baldwina czy Fanona traktują czytelników poważnie. Nie jako zewnątrzsterownego robota albo wszystko chłonącą gąbkę, lecz jako podmiot interpelowany do tego, żeby powiedzieć językowi interpretowania siebie i świata: sprawdzam. Te książki-akty oskarżenia wydawane dziś, czyli po latach od momentu, kiedy miały bezpośrednio reagować na rzeczywistość, mogą nadal intensywnie oddziaływać na czytelników, zwłaszcza że sprawy, których dotykają, nie zostały załatwione. Jednak tym, co budzą jest raczej „retrobunt” i nostalgia za tym, że kiedyś to był gniew… Nie potrzebował matrycy, algorytmu ani medialnego wspomagania. Podpalał język, nie dając mu spłonąć na popiół, ale zmuszając do przeobrażeń.
Jeśli miałabym wskazać współczesnego autora, który nie pozwala gniewowi się wypalić, byłby to Kamel Daoud, Algierczyk piszący po francusku. Już jego powieściowy debiut był zamachem na kanon metropolii – Obcego Alberta Camusa. W Sprawie Meursaulta Daoud bezlitośnie obnaża orientalizm, europejską hipokryzję i emocjonalną jednostronność dzieła Francuza. Co ważne nie robi tego tylko po to, żeby rozepchnąć się we frankofońskim polu literackim, ale w imieniu niemych postaci, których losy są wykorzystane do zbudowania przypowieści o dobru i złu. Narratorem czyni brata zabitego przez Meursalta Araba, który dopiero w wersji poprawionej gniewem i sprzeciwem dostaje imię, pochodzenie i osobowość:
Dobry Boże, jak można zabić kogoś i odebrać mu nawet jego śmierć? To mój brat zginął od kuli, a nie on! Musa, a nie Meursault, no nie? Jest coś, co mnie zdumiewa. Nikt, nawet po odzyskaniu niepodległości, nie był ciekawy, jak brzmiało nazwisko ofiary, gdzie mieszkała, kim byli jej przodkowie, ewentualnie dzieci. Nikt. Wszyscy oniemieli z zachwytu nad doskonałością języka, który lśni jak diament, i współczuli pogrążonemu w samotności zbrodniarzowi, składając mu niesłychanie uczone kondolencje10.
To nam Daoud, przez gniewnego narratora, zadaje niewygodne pytania o moralny wymiar zachwytu, wzruszenia i empatii, płynącej z literatury. Skoro wszystko tak chętnie dziś oceniamy, to dlaczego nie poddamy osądowi tego, jak doświadczamy dobro i zło poprzez literaturę? Podobnie w Hurysce, nagrodzonej w 2024 roku Nagrodą Goncourtów, bohaterka mówi nie tylko we własnym imieniu, ale jest głosem siostry i rodziców, zaszlachtowanych w trakcie algierskiej wojny domowej, trwającej od lat dziewięćdziesiątych do początku dwutysięcznych. Głos stanowi tutaj metonimię obecności, bo Aube nie mówi, tylko szepce. Na szyi ma szeroką niczym uśmiech bliznę po nieudanej próbie poderżnięcia jej gardła przez islamistów, a obok niej kaniulę, dzięki której oddycha. Ludzie, który wybrali zapomnienie, boją się na nią patrzeć. Skoro oddycha, to wciąż żyje, a skoro żyje, to opowie historię swojej pierwszej śmierci i drugich narodzin – przekazuje ją córce, którą nosi w sobie. Język Aube „jest szybki jak wąż, porusza się zygzakiem, biegnie po białym brzuchu kartki”11. Daoud poszukuje rozdźwięków i zgrzytów między materialnym światem odzwierciedlonym w powieści a wewnętrznym monologiem bohaterki. Znajduje je w szczelinie między ubogą, zakłamaną gadaniną ludzi, którzy nie chcą pamiętać ofiar, takich jak Aube i jej siostra, a bogatym w znaczenia i zdeterminowanym do odbycia podróży w przeszłość milczeniem tej pierwszej. Przeistacza się ono w szczerą rozmowę z istotą, która jest projekcją córki oraz w kąsanie czytelnika, wystawianie na próbę obojętności wobec cudzych historii rodzaju żeńskiego.
Zimny ogień słowa
Nie trzeba teatru wojny i radykalnej przemocy, żeby coś się zadziało między tekstem a odbiorcą. Czasem wystarczy, że treść uwiera, a język zaciska pętlę. Zdaniem tak krytyków, jak i czytelników, jednym z najbardziej poruszających utworów ostatnich lat jest Wczoraj byłaś zła na zielono Elizy Kąckiej. Intymny monolog matki o córce unika dosłowności. Nie epatuje diagnozami i rozpoznaniami. Nie jest oskarżeniem kierowanym pod adresem instytucji, państwa czy społeczeństwa. A jednocześnie narratorka wciąga czytelników w swój monolog i czyni jego bierną częścią. W momencie, kiedy czytasz, nie odwracasz bowiem wzroku, musisz uznać takie samo jak twoje prawo TEJ matki i TEJ córki do bycia w przestrzeni miasta, ulicy, metra. Więcej – czujesz na sobie ich wzrok:
Podjeżdża pociąg metra, nie wskakujemy. Czekam na kolejny, tym razem to ja muszę mieć siłę, by skoczyć. Czuję, jak bardzo jest napięta, gdy siadamy tuż przy wejściu. Jesteśmy dwugłowym terrorystą, bombą z opóźnionym zapłonem. Trzymam ją na kolanach i okopuję się w nadziei, że wytrzyma, gdy pierwszy sąsiad wstanie, pierwsze dziecko zacznie kopać nogami. […]
Na Gdańskim wsiada matka z dziećmi i te zaczynają grę w „chcę twoje miejsceee”. Tego nie robi się naszemu światu. Bomba, ona wybucha.
Tak, widzę wasze oburzenie. Zła matka, niegrzeczny bachor. Bezradna matka i mała złośnica. Matka z problemami i obarczone nimi dziecko. To wszystko widzę w waszych oczach, każdą z tych momentalnych diagnoz wyczytam z waszych twarzy, nie musicie się odzywać. Przed chwilą jeszcze uśmiechaliście się do mnie, bo nie wiedzieliście, że wiozę kota w worku.
Ale w końcu wyślizguje mi się, wyrywa, spada na podłogę metra i zarzyna wierzgać i kopać z całej siły. […] Zahacza noga o nogę staruszki. „Co za wredny gówniarz, niech pani z tym zrobi…”. „Tak, porządek” – dopowiadam, podnosząc ją z ziemi12.
W tej scenie wszystko wydaje się dziać na opak. Dziewczynka jest terrorystką, a jej matka wspólniczką. Nie ma uśmiechniętej, figlarnej Zazie, jak ta z pamiętnej powieści Raymonda Queneau, marzącej o przygodzie w metrze, jest za to Ruda uwięziona w metrze. Są też ludzie, którym coś się dzieje, bo ich rutyna zostaje zakłócona przez czyjąś małą apokalipsą. Ale jeśli tylko lekko zmienić kąt spojrzenia, przesiąść się z jednej ławki na przeciwległą, to okaże się, że to oni coś robią innym, przypinają etykiety, uzurpują sobie wykluczające taksonomie. To im brakuje języka, a nie Rudej i jej matce, które na bieżąco obmyślają plan przetrwania w nieczułym makrokosmosie. Lekturę książki Kąckiej też napędza gniew – nie taki gwałtowny, rozpalający do czerwoności, ale powoli, stopniowo wzbierający pod powierzchnią kartki. I jest to w dużej mierze gniew skierowany na nas samych, bardziej ubogich w języku zmysłów i uczuć, niż chcielibyśmy to przed sobą przyznać.
Zuzanna Sala wspomina z kolei debiut prozatorski Mateusza Pakuły z 2021 roku, Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję. Można zapytać, czy wycyzelowany tekst budził w pierwszej kolejności współczucie dla umierającego w cierpieniach tytułowego ojca, czy raczej – tak po bernhardowsku – gniew na to, że żyjemy w TAKIM KRAJU, w tak dojmujący sposób odbierającym godność i podmiotowość ludzi przechodzących przez śmierć?
Wcale nie trzeba współczuć autorowi, żeby poczuć silny skurcz przy przewracaniu kartki. Przy lekturze Życia, starości i śmierci kobiety z ludu Didiera Eribona, niektórzy będą pomstować na autora, czuć za niego wstyd albo łapać się za głowę. Ta kafeteria reakcji jest być może największą wartością płynącą z eseju Francuza. Oto matka czterech synów trafia do domu opieki, cierpi tam, błaga o pomoc, a wkrótce umiera. Syn, którego najmniej rozumie, ale który dzięki jej ciężkiej pracy mógł dokonać spektakularnego awansu społecznego z chłopaka z ludu do paryskiego intelektualisty, odwiedza ją dwukrotnie, jedzie na wakacje, na konferencję, nie dociera na jej pogrzeb. Następnie pisze o ostatnich tygodniach jej życia esej, diagnozujący status starości we francuskim społeczeństwie. W Polsce, gdzie opieka nad schorowanymi członkami rodziny jest najczęściej na barkach nieco tylko młodszych pokoleń, głównie kobiet, czyta się tekst Eribona w sposób, o którym autorowi się nie śniło – jako dystopię i ostrzeżenie, że radykalny zwrot i zrzucenie zobowiązania do troski też ma ciemną stronę. W tej historii nikt nie jest niewinny – ani system, ani jednostka, ani literatura. A niezgoda czy wręcz gniew wynika z niedopasowania świata autora i świata lokalnych czytelników. Tekst płonie zimnym ogniem, nie parzy, ale drażni. Za to mu chwała (za inne kwestie – niekoniecznie).
Na koniec parę słów o książce, która w tytule ma Gorycz, a w środku gniew w sensie ścisłym. To nie jest rzecz „arcydzielna” ani „sensacja wydawnicza”. Nie wróżę Annie Zawadzkiej „topowych” nagród. Podziwiam jednak za odwagę i bezkompromisowość w zrywaniu kolejnych zasłon z mitu akademii. Jej autobiograficzna proza mogłaby pożyczyć tytuł od słynnego reportażu Barbary Ehrenreich Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć. Kiedy niepokorna badaczka bez warszawskiego kapitału społecznego nie jest w stanie za głodową pensję utrzymać siebie i kota, wyjeżdża do Berlina pracować fizycznie. Jako imigrantka nieznająca języka tubylców staje się nikim. Okazuje się, że dla znajomych inteligentów też zdążyła przestać być kimś. Nie chcą oni przyjąć do wiadomości, że obok karier akademickich są też akademickie porażki i że szklany sufit nie jest jedynym, który trzeba przebić, żeby przetrwać. Kolejne rozdziały i akapity Goryczy są niczym zaciskająca, a czasem lekko rozluźniająca się pętla na szyi narratorki. Przegrane starcia z dobrymi Niemcami i jeszcze lepszymi Polakami prowadzą do rozliczenia własnych uczuć bez zapisywania się na terapię:
Ludzie chyba myślą, że fajnie jest pisać o nienawiści. Że to takie buńczuczne. Nie, nie jest fajnie. […] To przepowiadanie jej sobie kolejny raz, jak przepowiadanie przyszłości. A przecież ja też jestem bogata. W oczach biedniejszych ode mnie, których są miliony. Wszyscy patrzymy w górę. Ja też. I tego też nienawidzę. Tych marzeń, aspiracji, fantazji. Tych wszystkich postaci z książek i filmów, które nafaszerowały moją głowę niemożliwym tylko po to, by potem ta niemożliwość bolała13.
Gniew narratorki trafia przede wszystkim w tych, którzy twierdzą, że ją rozumieją i chcą zagarnąć jej historię i przepisać na swoje kategorie. Może to naiwne podejście – wszak wypuszczając opowieść w świat, dzieląc się nią z innymi, traci się monopol na jej interpretację. Ale może w upartym trzymaniu własnego języka za słowo tkwi tajemnica takiego przeżycia tekstu literackiego, które jeszcze jest dla nas dziś możliwe– w epoce dóbr jednostkowych, reżimu cyfrowych gwiazdek, imperatywu szczęścia i przymusu terapii. Jeśli gniew, jak rękopisy, nie płonie, to znaczy, że jest być może w stanie nie wypalić się w tym „piekielnym” ogniu, ale działać jak indywidualny bilet wstępu na pole bitwy zwane książką.
1 A. Passeron, Uśpione, tłum. J. Giszczak, Wołowiec: Czarne, 2025, s. 181.
2 W. Szot, Bestsellery 2025 roku. Te książki pokochali Polacy, online: https://wyborcza.pl/7,75517,32486570,bestsellery-2025-roku-te-ksiazki-pokochali-polacy.html [dostęp: 10.02.2026].
3 E. Cabanas, E. Illouz, Manufacturing Happy Citizens: How the Science and Industry of Happiness Control our Lives, Cambridge: Polity Press, s. 3. Tłumaczenie cytatu – M.N.F.
4 S. Ahmed, The Promise of Happiness, Durham–London: Duke Uniwersity Press, s. 7.
5 Zob. więcej: M.E.P. Seligman, Prawdziwe szczęście. Psychologia pozytywna a urzeczywistnienie naszych możliwości trwałego spełnienia, tłum. A. Jankowski, Poznań: Media Rodzina, 2005.
6 Zob. więcej: L. Karpik, Ekonomia jednostkowości, tłum. A. Karpowicz, Warszawa: Oficyna Naukowa, 2022.
7 P. Czapliński, Rozbieżne emancypacje. Przewodnik po prozie 1976–2020, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2025, s. 811.
8 F. Fanon, Czarna skóra, białe maski, tłum. U. Kropiwiec, Kraków: Karakter, 2020, s. 5.
9 J. Baldwin, Zapiski syna tego kraju, tłum. M. Denderski, Kraków: Karakter, 2019, s. 147–148.
10 K. Daoud, Sprawa Meursaulta, tłum. M. Szczurek, Kraków: Karakter, 2015, s. 12.
11 Tegoż, Huryska, tłum. O. Hedemann, Warszawa: Artrage, 2025, s. 21.
12 E. Kącka, Wczoraj byłaś zła na zielono, Kraków: Karakter, 2024, s. 210–211.
13 A. Zawadzka, Gorycz, Wołowiec: Czarne, 2025, s. 179.
