Gniew, jak rękopisy, nie płonie

Lite­ra­tu­ra tak sku­tecz­nie nauczy­ła nas sub­li­mo­wać uczu­cia, że pra­wie utra­ci­li­śmy zdol­ność prze­ży­wa­nia emo­cji za jej pośred­nic­twem. Dzi­siaj Witold Gom­bro­wicz drwił­by nie tyl­ko ze szkol­ne­go impe­ra­ty­wu wzru­sza­nia się Sło­wac­kim i spół­ką. Śmiał­by się z roz­dwo­jo­ne­go ryn­ku książ­ki, któ­ry z jed­nej stro­ny pro­mu­je dzie­ła „moc­ne”, „chwy­ta­ją­ce za ser­ca” – publi­ka­cje, „obok któ­rych nie moż­na przejść obo­jęt­nie”, a z dru­giej wkła­da nam do (inter­ne­to­we­go) koszy­ka lite­ra­tu­rę „koją­cą” i „dzia­ła­ją­cą jak bal­sam”. Kapi­ta­lizm afek­tyw­ny oprócz wzru­sze­nia i empa­tii zago­spo­da­ro­wał tak­że szczę­ście, strach czy wstyd. Jedy­nie gniew nie tak łatwo daje się ujarz­mić i cza­sem wyzie­ra zza kra­wę­dzi okład­ki.

W sierp­niu zeszłe­go roku w „Dzien­ni­ku Lite­rac­kim” zaczę­ła toczyć się dys­ku­sja o emo­cjach, któ­re wywo­łu­je lite­ra­tu­ra – ta doce­nia­na przez śro­do­wi­sko kry­tycz­ne i ta obda­rza­na nie­na­chal­nie łaska­wym spoj­rze­niem. Zuzan­na Sala w ese­ju Poda­wać w wąt­pli­wość wła­sne łzy oraz Piotr Sadzik w pole­mi­ce Zaufać (nie­któ­rym) łzom poru­sza­li się mię­dzy życz­li­wym dystan­sem do lite­ra­tu­ry popu­lar­nej a przy­wró­ce­niem wia­ry w to, że twór­czość wyso­kich lotów oca­li w nas okre­ślo­ną wraż­li­wość – nie­sen­ty­men­tal­ną i nie­pen­sjo­nar­ską, ale huma­ni­stycz­ną i zako­rze­nio­ną w idei racjo­nal­ne­go współ­od­czu­wa­nia. Anna Chro­mik, w szki­cu Odcze­pić się od wła­snych łez – do cze­go mogą przy­dać się afek­ty? usi­łu­ją­ca prze­kro­czyć zary­so­wa­ną mię­dzy Salą a Sadzi­kiem opo­zy­cję, upo­mnia­ła się o meta­per­spek­ty­wę zwro­tu afek­tyw­ne­go, odrzu­co­ną przez Sadzi­ka. Nie pyta­ła, któ­re łzy są szczer­sze od innych, lecz dla­cze­go łzy czy­tel­ni­ków sta­ły się pro­ble­mem.

Nie będę pró­bo­wa­ła pogo­dzić Chro­mik z Salą i Sadzi­kiem. Poza wstę­pem nie będę rów­nież pisać o łzach – ani tych spon­ta­nicz­nych, ani tych sztucz­nie wywo­ła­nych. Moim zamia­rem jest prze­nieść dys­ku­sję o emo­cjach z lite­ra­tu­ry na szer­szy plan, w któ­rym obser­wu­je­my dziś związ­ki mię­dzy tek­stem a publicz­no­ścią. Zaj­rzę do fabry­ki emo­cji, zwa­nej kul­tu­rą domi­nu­ją­cą, i do par­ty­zanc­kich manu­fak­tur lite­rac­kie­go opo­ru.

Jak wytworzyć szczęśliwych czytelników?

Zacznę od wyzna­nia. Żyje­my w świec­kiej kul­tu­rze dawa­nia świa­dec­twa (poży­czam tę kate­go­rię od socjo­loż­ki Kata­rzy­ny Waniek), więc wyzna­nie musi być, aby zaświad­czyć o tym, że mówię praw­dę. Zresz­tą Sala i Sadzik, któ­rzy skru­pu­lat­nie zda­li spra­wę z tego, przy jakich książ­kach i fil­mach pła­ka­li, ośmie­li­li mnie do małe­go rachun­ku sumie­nia.

Otóż trud­no mi sobie przy­po­mnieć, kie­dy ostat­nio pła­ka­łam przy lek­tu­rze. Oczy­wi­ście łzy wyci­ska­ły w pod­sta­wów­ce Pies, któ­ry jeź­dził kole­ją, Dziew­czyn­ka z zapał­ka­mi czy Bra­cia Lwie Ser­ce. Potem może Wichro­we Wzgó­rzaDżu­ma. Póź­niej dłu­go nic. Wresz­cie usta­li­łam, że ostat­nim razem, kie­dy kart­ka napu­chła od łez, czy­ta­łam Uśpio­ne Anthony’ego Pas­se­ro­na. To oszczęd­na w środ­kach fabu­la­ry­zo­wa­na histo­ria jego rodzi­ny, z ele­men­ta­mi repor­ta­żu nauko­we­go, opo­wia­da­ją­ca o zapo­mnia­nych we Fran­cji ofia­rach epi­de­mii AIDS – mło­dych ludziach ucie­ka­ją­cych od ocze­ki­wań rodzi­ców i od ogra­ni­czo­nych szans w świat nar­ko­ty­ków. Zapła­ka­łam, czy­ta­jąc o bra­ta­ni­cy auto­ra, któ­ra śmier­tel­nym wów­czas wiru­sem zosta­ła zara­żo­na w brzu­chu mat­ki. Nie­win­na, odrzu­co­na przez oto­cze­nie dziew­czyn­ka odcho­dzi­ła na oczach bli­skich:

Pra­wie nic nie pamię­tam. Chciał­bym pozbyć się resz­tek wspo­mnień. Bia­ła tru­mien­ka, zaplom­bo­wa­na jak trum­ny ojca i mat­ki Émi­lie. Roz­miar trum­ny, któ­ry nie powi­nien ist­nieć. Nawet Chry­stu­so­wi, skła­da­ne­mu w gro­bie u stóp krzy­ża na drew­nia­nej pła­sko­rzeź­bie, widocz­nej po lewej stro­nie po wej­ściu do kościo­ła, dano czas, by dorósł.

Pamię­tam tyl­ko to przej­mu­ją­ce zim­no listo­pa­do­we­go popo­łu­dnia i mil­czą­cy tłum, któ­ry odwra­ca wzrok, sły­sząc krzy­ki bab­ci. Ludzie pod­trzy­mu­ją ją na cze­le orsza­ku, tro­chę jak ran­ne­go żoł­nie­rza, wra­ca­ją­ce­go z fron­tu. Dzień klę­ski1.

Pła­ka­łam nie tyle ze smut­ku, ile ze zło­ści na nie­spra­wie­dli­we fatum, bez­sil­ność doro­słych i spóź­nio­ną medy­cy­nę. Wię­cej łza­wych wzru­szeń nie pamię­tam. To nie zna­czy, że nie wzru­szam się „na sucho”. Odwra­cam wte­dy wzrok od kart­ki, a sło­wa prze­twa­rza­ne w gło­wie na chwi­lę się roz­pierz­cha­ją. I czy­tam dalej – z sza­cun­ku dla histo­rii, któ­ra sta­wi­ła opór mojej bez­dusz­nej czy­tel­ni­czej zachłan­no­ści. Zamiast zasta­na­wiać się, czy to ze mną coś jest nie tak, spo­glą­dam jed­nak w stro­nę kul­tu­ry i w jej stro­nę odbi­jam pyta­nie: „Kul­tu­ro, co z tobą jest nie tak, że powścią­gam łzy i czy­tam dalej, a kie­dy udzie­la mi się gniew, to czy­tam szyb­ciej i żar­li­wiej, ale nie wsta­ję z fote­la i nie idę zmie­niać świa­ta?”.

Anna Chro­mik powo­łu­je się mię­dzy inny­mi na Bria­na Mas­su­mie­go, Erin Man­ning i Sarę Ahmed, czo­ło­we posta­cie zwro­tu afek­tyw­ne­go, akcen­tu­jąc spo­łecz­ne pocho­dze­nie emo­cji i kul­tu­ro­we nor­my ich prze­ży­wa­nia. Pójdź­my dalej i zapy­taj­my o sto­ją­cą za prze­ży­wa­niem uczuć eko­no­mię emo­cji oraz jej fla­go­wy pro­dukt – porad­nik psy­cho­lo­gicz­ny. Pod koniec grud­nia „Gaze­ta Wybor­cza” opu­bli­ko­wa­ła ran­king ksią­żek naj­chęt­niej kupo­wa­nych przez Pola­ków w 2025 roku. Podium zaję­ły porad­ni­ki: na pierw­szym miej­scu Mel Rob­bins z Teo­rią „Pozwól im”. Odmie­nia­ją­cym życie narzę­dziem, o któ­rym mówią milio­ny ludzi, a na dru­gim James Cle­ar z Ato­mo­wy­mi nawy­ka­mi. Drob­ny­mi zmia­na­mi, nie­zwy­kły­mi efek­ta­mi. Zaraz za nimi upla­so­wa­ły się dwa porad­ni­ki o zdro­wiu: Jes­sie Inchau­spé z Glu­ko­zo­wą rewo­lu­cją i Tade­usz Olesz­czuk ze Zdro­wiem bez wymó­wek. Prze­wod­ni­kiem po die­cie, bada­niach i tera­pii hor­mo­nal­nej dla kobiet i męż­czyzn. Dopie­ro za nim zna­lazł się Andrzej Sap­kow­ski z Roz­dro­żem kru­ków. Wiedź­mi­nem i utrzy­mu­ją­ca się od trzech lat w czo­łów­ce Joan­na Kuciel-Fry­dry­szak z Chłop­ka­mi. Opo­wie­ścią o naszych bab­kach2.

Porad­nik to ema­na­cja tego, jak w póź­no­ka­pi­ta­li­stycz­nej kul­tu­rze zde­cy­do­wa­li­śmy się rozu­mieć upra­gnio­ny stan emo­cjo­nal­ny, czy­li szczę­ście. Edgar Caba­nas i Eva Illo­uz w książ­ce Manu­fac­tu­ring Hap­py Citi­zens. How the Scien­ce and Indu­stry of Hap­pi­ness Con­trol our Lives pod­kre­śla­ją, że prze­sta­li­śmy łączyć szczę­ście z bra­kiem cier­pie­nia:

Szczę­ście jest dziś powszech­nie postrze­ga­ne jako nasta­wie­nie, któ­re może być zapro­jek­to­wa­ne siłą woli, to rezul­tat prak­tycz­ne­go dzia­ła­nia naszych wewnętrz­nych mocy i auten­tycz­nych jaź­ni; to jedy­ny cel, któ­ry czy­ni życie war­tym prze­ży­cia, to stan­dar­do­wa mia­ra, któ­rą powin­ni­śmy mie­rzyć war­tość naszych bio­gra­fii, to roz­miar naszych suk­ce­sów i pora­żek oraz wiel­kość nasze­go psy­chicz­ne­go i emo­cjo­nal­ne­go roz­wo­ju3.

Szczę­ście jako marze­nie zosta­ło zastą­pio­ne szczę­ściem jako obo­wiąz­kiem. Tak Sara Ahmed w The Pro­mi­se of Hap­pi­ness nazy­wa zobo­wią­za­nie sta­wia­ne przed spo­łe­czeń­stwem i przed każ­dym z nas z osob­na. Mamy zachwa­lać to, co daje szczę­ście, zachę­cać innych ludzi do jego aktyw­ne­go szu­ka­nia i świe­cić przy­kła­dem, że moż­na je zna­leźć4. Tery­to­rium szczę­ścia jest rynek sper­so­na­li­zo­wa­nej wol­nej kon­sump­cji, samo­roz­wo­ju i dobro­sta­nu. Mapą wska­zu­ją­cą, gdzie go szu­kać, jest prze­mysł kul­tu­ro­wy, w tym rynek książ­ki, sta­ra­ją­cy się wykro­ić dla sie­bie słod­ki kawa­łek tor­tu zwa­ne­go szczę­ściem.

Terapia na pięć gwiazdek

Co ma lite­ra­tu­ra do impe­ra­ty­wu szczę­ścia? Zacznij­my od począt­ku. Do zwy­cię­stwa sen­su szczę­ścia, któ­re wią­że się z naka­zem dąże­nia do nie­go, przy­czy­ni­ła się pozy­tyw­na psy­cho­lo­gia razem z neo­li­be­ra­li­zmem oraz indy­wi­du­ali­zmem. Nowa defi­ni­cja pozwo­li­ła przy­pu­dro­wać apo­li­tycz­nym, przy­ja­znym dys­kur­sem prze­mo­co­wy cha­rak­ter kapi­ta­li­zmu. Od lat 90. XX wie­ku pozy­tyw­na psy­cho­lo­gia, dzię­ki Mar­ti­no­wi Selig­ma­no­wi, ówcze­sne­mu pre­zy­den­to­wi Ame­ry­kań­skie­go Towa­rzy­stwa Socjo­lo­gicz­ne­go, sta­ła się fila­rem wie­lu poli­tyk spo­łecz­nych i edu­ka­cyj­nych, eko­no­mii i zarzą­dza­nia pra­cow­ni­ka­mi. W książ­ce Praw­dzi­we szczę­ście. Psy­cho­lo­gia pozy­tyw­na a urze­czy­wist­nie­nie naszych moż­li­wo­ści trwa­łe­go speł­nie­nia Selig­man zapro­po­no­wał rów­na­nie na szczę­ście: S = U + O + W. Odczu­wa­ny poziom szczę­ścia (S) to suma usta­lo­ne­go (gene­tycz­nie i spo­łecz­nie) zaso­bu emo­cji pozy­tyw­nych (U, pięć­dzie­siąt pro­cent sumy), nie­za­leż­nych od nas oko­licz­no­ści (O, dzie­sięć pro­cent) oraz woli dąże­nia do szczę­ścia (W, czter­dzie­ści pro­cent)5. Na sty­mu­lo­wa­niu woli­cjo­nal­nych czter­dzie­stu pro­cent kon­cen­tru­je się więk­szość porad­ni­ków. Struk­tu­ral­ne nie­rów­no­ści i uprze­dze­nia znik­nę­ły z zasię­gu wzro­ku, a cen­tral­ne miej­sce zaję­ło dia­gno­zo­wa­nie defi­cy­tów psy­cho­lo­gicz­nych, któ­re nale­ży wyeli­mi­no­wać. Nato­miast lite­ra­tu­ra wcho­dzi w rolę gło­su upo­mi­na­ją­ce­go się o namysł nad deter­mi­nu­ją­cy­mi nasze dzia­ła­nia oko­licz­no­ścia­mi. Ale czy unie­waż­nia rów­na­nie do szczę­ścia? Prze­ciw­nie, wzmac­nia je, pod­su­wa­jąc do oce­ny alter­na­tyw­ne mode­le życia. Lite­ra­tu­ra zawsze to czy­ni­ła, ale dzi­siaj musi robić to bar­dziej i moc­niej, żeby uza­sad­nić swo­je ist­nie­nie w kul­tu­rze, któ­ra mogła­by się bez niej dosko­na­le obejść.

Książ­ki jako rodzaj azy­lu nie tyl­ko mają kon­ku­ren­cję, na przy­kład w mind­ful­nes­sie i fine dinin­gu, ale rów­nież funk­cjo­nu­ją w seg­men­cie gospo­dar­ki, któ­ry za Lucie­nem Kar­pi­kiem moż­na nazwać eko­no­mią jed­nost­ko­wo­ści. To rynek wymia­ny dóbr jed­nost­ko­wych, czy­li takich, któ­re war­to­ścio­wa­ne są mia­rą jako­ści dostar­cza­nych usług i świad­czeń. Mia­ry te nada­ją eks­per­ci i bez­po­śred­ni użyt­kow­ni­cy – a gra­ni­ce mię­dzy tymi dwie­ma rola­mi coraz bar­dziej się zacie­ra­ją – któ­rzy wysta­wia­ją opi­nie, przy­zna­ją taką, a nie inną licz­bę gwiaz­dek, kciuk w górę, kciuk w dół. To oni, z udzia­łem mecha­ni­zmów pozy­cjo­no­wa­nia i algo­ryt­micz­nej selek­cji tre­ści, two­rzą ran­kin­gi, czy­li kwan­ty­fi­ka­cyj­ne sub­sty­tu­ty inte­lek­tu­al­nej wie­dzy eks­perc­kiej. Jako przy­kła­dy tak „ewa­lu­owa­nych” dóbr jed­nost­ko­wych Kar­pik poda­je dzie­ła sztu­ki, pio­sen­ki, fil­mo­we mega­pro­duk­cje, luk­su­so­we wina, usłu­gi praw­ni­cze i medycz­ne, a tak­że książ­ki, któ­rych wiel­kość wyzna­cza pospo­łu sys­tem nagród lite­rac­kich i mie­rzal­nych ocen czy­tel­ni­czych6.

Pię­ciu gwiaz­dek nie daje się już „za dar­mo” – to zna­czy za to, że powieść, esej czy tomik wier­szy wycią­gnę­ły z języ­ka esen­cję lite­ra­tu­ry. Kul­tu­ra auto­te­licz­na, dają­ca doświad­cze­nie nie­słu­żą­ce nicze­mu poza samym dozna­niem inte­lek­tu­al­nym, este­tycz­nym lub ducho­wym, od daw­na nie ma się dobrze, a dziś wyda­je się zupeł­nie zbęd­na. Tak­że lite­ra­tu­ra musi coś nam robić, żeby opła­ca­ło się ją czy­tać. Musi poru­szać, bawić, uczyć, pocie­szać, wzru­szać, porząd­nie nastra­szyć lub wpra­wić w dobry nastrój. Nie­przy­pad­ko­wo, obok porad­ni­ków i pro­zy gatun­ko­wej, naj­le­piej sprze­da­ją się tak zwa­ne com­fort booki. To ład­nie opa­ko­wa­ne maszyn­ki do for­mo­wa­nia lite­rac­kiej pul­py w kształt­ne fabu­ły o ludziach poha­ra­ta­nych, wokół któ­rych kolej­ne roz­dzia­ły owi­ja­ją się jak ban­daż z opa­trun­kiem na naj­głęb­sze rany. Zresz­tą złe zakoń­cze­nia też mają wyce­ny i ran­kin­gi. God­na uwa­gi książ­ka musi porząd­nie prze­czoł­gać czy­tel­ni­ka albo kazać czy­tel­nicz­ce opu­ścić jej „stre­fę kom­for­tu”. Szczę­śli­wa oso­ba czy­tel­ni­cza to taka, któ­ra wie, że pro­duk­tyw­nie spę­dzi­ła czas. Dosta­ła skrypt radze­nia sobie z wła­snym życiem, przy­tul­ne schro­nie­nie albo kopa adre­na­li­ny, któ­ry pozwo­li jej „nała­do­wać aku­mu­la­to­ry” na dal­sze zma­ga­nia z pozak­siąż­ko­wą rze­czy­wi­sto­ścią.

Notatki z genealogii gniewu

W zasa­dzie nic we współ­cze­snej kul­tu­rze nie zachę­ca nas do nie­wy­kal­ku­lo­wa­ne­go i spon­ta­nicz­ne­go prze­ży­wa­nia emo­cji poprzez lite­ra­tu­rę. Ponie­waż wycho­dzi się z zało­że­nia, że na ryn­ku książ­ka nie obro­ni się sama, trze­ba ją spa­cy­fi­ko­wać. Ubrać w blur­by i dys­kurs pro­mo­cji niczym w kaftan bez­pie­czeń­stwa. Pod­po­wie­dzieć czy­tel­ni­kom, kie­dy powin­ni zadrżeć z emo­cji. Uczy­nić z lite­ra­tu­ry sit­com, tyle że z łka­niem zamiast śmie­chu. Ale nie tyl­ko rynek przy­kła­da to tego rękę. Tak­że w lite­ra­tu­rze, zwłasz­cza w pro­zie, zmie­ni­ło się podej­ście do emo­cji. Prze­my­sław Cza­pliń­ski w posło­wiu do Roz­bież­nych eman­cy­pa­cji. Prze­wod­ni­ka po pro­zie 1976–2020 dia­gno­zu­je odej­ście od poszu­ki­wań języ­ków zapi­su­ją­cych się po stro­nie wol­no­ścio­wej rewo­lu­cji i żąda­ją­cych rów­no­ści róż­no­rod­nych nar­ra­cji. Ich miej­sce przej­mu­je figu­ra „tera­pii, któ­ra zmie­rza nie do prze­kształ­ca­nia świa­ta, lecz do popraw­ne­go roz­po­zna­nia pro­ble­mów wewnętrz­nych jed­nost­ki i wyzna­cze­nia gra­nic dzia­ła­niom napraw­czym”7 Pro­za daje coraz szer­szy wgląd w dobro­stan (a naj­czę­ściej „zło­stan”) emo­cjo­nal­ny boha­te­rów po to, żeby­śmy mie­li narzę­dzie do auto­dia­gno­zy i sta­wia­nia pytań: Czy ja dzie­lę te same trau­my? Czy mogę sobie z nimi pora­dzić lepiej niż papie­ro­we posta­ci? Jak osią­gnąć „nor­mal­ność”?

Smu­tek, roz­pacz, strach, wstyd, współ­czu­cie – wszyst­kie zosta­ją zaopie­ko­wa­ne przez pisa­nie tera­peu­tycz­ne. Tyl­ko gniew i czy­sta nie­zgo­da jesz­cze tro­chę wymy­ka­ją się poto­po­wi tro­ski. Odróż­nia­ją się. To ta nie­kon­for­mi­stycz­na żar­li­wość nadal przy­cią­ga czy­tel­ni­ków do gniew­nych mani­fe­stów fla­go­wych auto­rów ruchu anty­ko­lo­nial­ne­go i anty­ra­si­stow­skie­go: Frant­za Fano­na, Ange­li Davies czy Jame­sa Bal­dwi­na. Ich tek­sty są świa­do­mą, celo­wą zaczep­ką, ale nie­wy­kal­ku­lo­wa­ną, bo nie­pew­ną reak­cji odbior­ców i napę­dza­ną.

Po co pisze tę książ­kę? Nikt mnie o to nie pro­sił.
Na pew­no nie ci, do któ­rych jest skie­ro­wa­na.
Więc? Więc spo­koj­nie odpo­wia­dam, że na tym świe­cie jest zbyt wie­lu głup­ców. A sko­ro tak mówię, powi­nie­nem to udo­wod­nić udo­wod­nić8.

– tak Fanon zaczy­na Czar­ną skó­rę, bia­łe maski. Z bra­ku legi­ty­ma­cji do pisa­nia w okre­ślo­ny spo­sób czy­ni zobo­wią­za­nie do tego, żeby mówić dalej, bez ogró­dek, nazy­wać rze­czy i prze­ko­na­nia po imie­niu, któ­re­go do tej pory nie mia­ły. Jego nie­zgo­da roz­py­cha się w języ­ku i żąda nie tyl­ko wysłu­cha­nia, ale uni­ce­stwie­nia domi­nu­ją­cych tak­so­no­mii róż­ni­cy – raso­wej, kul­tu­ro­wej i psy­cho­lo­gicz­nej – poprzez ich rady­kal­ne unie­waż­nie­nie. Z kolei u Bal­dwi­na gniew jest pozba­wio­ny nie­na­wi­ści, a jego siła wyni­ka z wcią­ga­nia wszyst­kich, czar­nych i bia­łych, w tra­jek­to­rię cier­pie­nia (oczy­wi­ście z zacho­wa­niem odpo­wied­nich pro­por­cji). Gniew to sprze­ciw wobec nie­uchron­no­ści, deter­mi­ni­zmu i odra­dza­nia się pogar­dy:

Tam­te­go żało­śnie pamięt­ne­go ran­ka nie­na­wi­dzi­łem tych nie­wia­ry­god­nych ulic, a tak­że Murzy­nów i bia­łych, któ­rzy na rów­ni spra­wi­li, że takie się sta­ły. Ale wie­dzia­łem, że to sza­leń­stwo, jak powie­dział­by mój ojciec, ta gorycz to sza­leń­stwo. Koniecz­nie trze­ba było trwać przy spra­wach, któ­re się liczy­ły. Liczył się ten czło­wiek, któ­ry odszedł, liczy­ło się to nowe życie – biel i czerń się nie liczy­ły; wie­rzyć zaś, że się liczą, było rów­no­znacz­ne z przy­kła­da­niem ręki do wła­sne­go znisz­cze­nia. Nie­na­wiść, mogą­ca znisz­czyć tak wie­le, zawsze nisz­czy­ła tego, któ­ry nie­na­wi­dził, i to pra­wo było nie­zmien­ne9.

– pisze w poświę­co­nym zmar­łe­mu ojcu ese­ju Zapi­ski syna tego kra­ju. Nie­na­wiść ozna­cza dla Bal­dwi­na ule­ga­nie nie­uchron­no­ści. Dla­te­go trze­ba być czuj­nym, czy­li nie tyl­ko czuć, ale pytać o to, co się czu­je, jakim języ­kiem wyra­ża się afekt i wypa­try­wać, czy posła­ny w świat – nie wró­ci jak bume­rang i nie wytnie w pień oskar­ży­ciel­skich słów. Utwo­ry Bal­dwi­na czy Fano­na trak­tu­ją czy­tel­ni­ków poważ­nie. Nie jako zewną­trz­ste­row­ne­go robo­ta albo wszyst­ko chło­ną­cą gąb­kę, lecz jako pod­miot inter­pe­lo­wa­ny do tego, żeby powie­dzieć języ­ko­wi inter­pre­to­wa­nia sie­bie i świa­ta: spraw­dzam. Te książ­ki-akty oskar­że­nia wyda­wa­ne dziś, czy­li po latach od momen­tu, kie­dy mia­ły bez­po­śred­nio reago­wać na rze­czy­wi­stość, mogą nadal inten­syw­nie oddzia­ły­wać na czy­tel­ni­ków, zwłasz­cza że spra­wy, któ­rych doty­ka­ją, nie zosta­ły zała­twio­ne. Jed­nak tym, co budzą jest raczej „retro­bunt” i nostal­gia za tym, że kie­dyś to był gniew… Nie potrze­bo­wał matry­cy, algo­ryt­mu ani medial­ne­go wspo­ma­ga­nia. Pod­pa­lał język, nie dając mu spło­nąć na popiół, ale zmu­sza­jąc do prze­obra­żeń.

Jeśli mia­ła­bym wska­zać współ­cze­sne­go auto­ra, któ­ry nie pozwa­la gnie­wo­wi się wypa­lić, był­by to Kamel Daoud, Algier­czyk piszą­cy po fran­cu­sku. Już jego powie­ścio­wy debiut był zama­chem na kanon metro­po­lii – Obce­go Alber­ta Camu­sa. W Spra­wie Meur­saul­ta Daoud bez­li­to­śnie obna­ża orien­ta­lizm, euro­pej­ską hipo­kry­zję i emo­cjo­nal­ną jed­no­stron­ność dzie­ła Fran­cu­za. Co waż­ne nie robi tego tyl­ko po to, żeby roze­pchnąć się we fran­ko­foń­skim polu lite­rac­kim, ale w imie­niu nie­mych posta­ci, któ­rych losy są wyko­rzy­sta­ne do zbu­do­wa­nia przy­po­wie­ści o dobru i złu. Nar­ra­to­rem czy­ni bra­ta zabi­te­go przez Meur­sal­ta Ara­ba, któ­ry dopie­ro w wer­sji popra­wio­nej gnie­wem i sprze­ci­wem dosta­je imię, pocho­dze­nie i oso­bo­wość:

Dobry Boże, jak moż­na zabić kogoś i ode­brać mu nawet jego śmierć? To mój brat zgi­nął od kuli, a nie on! Musa, a nie Meur­sault, no nie? Jest coś, co mnie zdu­mie­wa. Nikt, nawet po odzy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści, nie był cie­ka­wy, jak brzmia­ło nazwi­sko ofia­ry, gdzie miesz­ka­ła, kim byli jej przod­ko­wie, ewen­tu­al­nie dzie­ci. Nikt. Wszy­scy onie­mie­li z zachwy­tu nad dosko­na­ło­ścią języ­ka, któ­ry lśni jak dia­ment, i współ­czu­li pogrą­żo­ne­mu w samot­no­ści zbrod­nia­rzo­wi, skła­da­jąc mu nie­sły­cha­nie uczo­ne kon­do­len­cje10.

To nam Daoud, przez gniew­ne­go nar­ra­to­ra, zada­je nie­wy­god­ne pyta­nia o moral­ny wymiar zachwy­tu, wzru­sze­nia i empa­tii, pły­ną­cej z lite­ra­tu­ry. Sko­ro wszyst­ko tak chęt­nie dziś oce­nia­my, to dla­cze­go nie pod­da­my osą­do­wi tego, jak doświad­cza­my dobro i zło poprzez lite­ra­tu­rę? Podob­nie w Hury­sce, nagro­dzo­nej w 2024 roku Nagro­dą Gon­co­ur­tów, boha­ter­ka mówi nie tyl­ko we wła­snym imie­niu, ale jest gło­sem sio­stry i rodzi­ców, zaszlach­to­wa­nych w trak­cie algier­skiej woj­ny domo­wej, trwa­ją­cej od lat dzie­więć­dzie­sią­tych do począt­ku dwu­ty­sięcz­nych. Głos sta­no­wi tutaj meto­ni­mię obec­no­ści, bo Aube nie mówi, tyl­ko szep­ce. Na szyi ma sze­ro­ką niczym uśmiech bli­znę po nie­uda­nej pró­bie pode­rżnię­cia jej gar­dła przez isla­mi­stów, a obok niej kaniu­lę, dzię­ki któ­rej oddy­cha. Ludzie, któ­ry wybra­li zapo­mnie­nie, boją się na nią patrzeć. Sko­ro oddy­cha, to wciąż żyje, a sko­ro żyje, to opo­wie histo­rię swo­jej pierw­szej śmier­ci i dru­gich naro­dzin – prze­ka­zu­je ją cór­ce, któ­rą nosi w sobie. Język Aube „jest szyb­ki jak wąż, poru­sza się zyg­za­kiem, bie­gnie po bia­łym brzu­chu kart­ki”11. Daoud poszu­ku­je roz­dź­wię­ków i zgrzy­tów mię­dzy mate­rial­nym świa­tem odzwier­cie­dlo­nym w powie­ści a wewnętrz­nym mono­lo­giem boha­ter­ki. Znaj­du­je je w szcze­li­nie mię­dzy ubo­gą, zakła­ma­ną gada­ni­ną ludzi, któ­rzy nie chcą pamię­tać ofiar, takich jak Aube i jej sio­stra, a boga­tym w zna­cze­nia i zde­ter­mi­no­wa­nym do odby­cia podró­ży w prze­szłość mil­cze­niem tej pierw­szej. Prze­ista­cza się ono w szcze­rą roz­mo­wę z isto­tą, któ­ra jest pro­jek­cją cór­ki oraz w kąsa­nie czy­tel­ni­ka, wysta­wia­nie na pró­bę obo­jęt­no­ści wobec cudzych histo­rii rodza­ju żeń­skie­go.

Zimny ogień słowa

Nie trze­ba teatru woj­ny i rady­kal­nej prze­mo­cy, żeby coś się zadzia­ło mię­dzy tek­stem a odbior­cą. Cza­sem wystar­czy, że treść uwie­ra, a język zaci­ska pętlę. Zda­niem tak kry­ty­ków, jak i czy­tel­ni­ków, jed­nym z naj­bar­dziej poru­sza­ją­cych utwo­rów ostat­nich lat jest Wczo­raj byłaś zła na zie­lo­no Eli­zy Kąc­kiej. Intym­ny mono­log mat­ki o cór­ce uni­ka dosłow­no­ści. Nie epa­tu­je dia­gno­za­mi i roz­po­zna­nia­mi. Nie jest oskar­że­niem kie­ro­wa­nym pod adre­sem insty­tu­cji, pań­stwa czy spo­łe­czeń­stwa. A jed­no­cze­śnie nar­ra­tor­ka wcią­ga czy­tel­ni­ków w swój mono­log i czy­ni jego bier­ną czę­ścią. W momen­cie, kie­dy czy­tasz, nie odwra­casz bowiem wzro­ku, musisz uznać takie samo jak two­je pra­wo TEJ mat­ki i TEJ cór­ki do bycia w prze­strze­ni mia­sta, uli­cy, metra. Wię­cej – czu­jesz na sobie ich wzrok:

Pod­jeż­dża pociąg metra, nie wska­ku­je­my. Cze­kam na kolej­ny, tym razem to ja muszę mieć siłę, by sko­czyć. Czu­ję, jak bar­dzo jest napię­ta, gdy sia­da­my tuż przy wej­ściu. Jeste­śmy dwu­gło­wym ter­ro­ry­stą, bom­bą z opóź­nio­nym zapło­nem. Trzy­mam ją na kola­nach i oko­pu­ję się w nadziei, że wytrzy­ma, gdy pierw­szy sąsiad wsta­nie, pierw­sze dziec­ko zacznie kopać noga­mi. […]
Na Gdań­skim wsia­da mat­ka z dzieć­mi i te zaczy­na­ją grę w „chcę two­je miej­sce­ee”. Tego nie robi się nasze­mu świa­tu. Bom­ba, ona wybu­cha.
Tak, widzę wasze obu­rze­nie. Zła mat­ka, nie­grzecz­ny bachor. Bez­rad­na mat­ka i mała zło­śni­ca. Mat­ka z pro­ble­ma­mi i obar­czo­ne nimi dziec­ko. To wszyst­ko widzę w waszych oczach, każ­dą z tych momen­tal­nych dia­gnoz wyczy­tam z waszych twa­rzy, nie musi­cie się odzy­wać. Przed chwi­lą jesz­cze uśmie­cha­li­ście się do mnie, bo nie wie­dzie­li­ście, że wio­zę kota w wor­ku.
Ale w koń­cu wyśli­zgu­je mi się, wyry­wa, spa­da na pod­ło­gę metra i zarzy­na wierz­gać i kopać z całej siły. […] Zaha­cza noga o nogę sta­rusz­ki. „Co za wred­ny gów­niarz, niech pani z tym zro­bi…”. „Tak, porzą­dek” – dopo­wia­dam, pod­no­sząc ją z zie­mi12.

W tej sce­nie wszyst­ko wyda­je się dziać na opak. Dziew­czyn­ka jest ter­ro­ryst­ką, a jej mat­ka wspól­nicz­ką. Nie ma uśmiech­nię­tej, figlar­nej Zazie, jak ta z pamięt­nej powie­ści Ray­mon­da Quene­au, marzą­cej o przy­go­dzie w metrze, jest za to Ruda uwię­zio­na w metrze. Są też ludzie, któ­rym coś się dzie­je, bo ich ruty­na zosta­je zakłó­co­na przez czy­jąś małą apo­ka­lip­są. Ale jeśli tyl­ko lek­ko zmie­nić kąt spoj­rze­nia, prze­siąść się z jed­nej ław­ki na prze­ciw­le­głą, to oka­że się, że to oni coś robią innym, przy­pi­na­ją ety­kie­ty, uzur­pu­ją sobie wyklu­cza­ją­ce tak­so­no­mie. To im bra­ku­je języ­ka, a nie Rudej i jej mat­ce, któ­re na bie­żą­co obmy­śla­ją plan prze­trwa­nia w nie­czu­łym makro­ko­smo­sie. Lek­tu­rę książ­ki Kąc­kiej też napę­dza gniew – nie taki gwał­tow­ny, roz­pa­la­ją­cy do czer­wo­no­ści, ale powo­li, stop­nio­wo wzbie­ra­ją­cy pod powierzch­nią kart­ki. I jest to w dużej mie­rze gniew skie­ro­wa­ny na nas samych, bar­dziej ubo­gich w języ­ku zmy­słów i uczuć, niż chcie­li­by­śmy to przed sobą przy­znać.

Zuzan­na Sala wspo­mi­na z kolei debiut pro­za­tor­ski Mate­usza Paku­ły z 2021 roku, Jak nie zabi­łem swo­je­go ojca i jak bar­dzo tego żału­ję. Moż­na zapy­tać, czy wycy­ze­lo­wa­ny tekst budził w pierw­szej kolej­no­ści współ­czu­cie dla umie­ra­ją­ce­go w cier­pie­niach tytu­ło­we­go ojca, czy raczej – tak po bern­har­dow­sku – gniew na to, że żyje­my w TAKIM KRAJU, w tak doj­mu­ją­cy spo­sób odbie­ra­ją­cym god­ność i pod­mio­to­wość ludzi prze­cho­dzą­cych przez śmierć?

Wca­le nie trze­ba współ­czuć auto­ro­wi, żeby poczuć sil­ny skurcz przy prze­wra­ca­niu kart­ki. Przy lek­tu­rze Życia, sta­ro­ści i śmier­ci kobie­ty z ludu Didie­ra Eri­bo­na, nie­któ­rzy będą pomsto­wać na auto­ra, czuć za nie­go wstyd albo łapać się za gło­wę. Ta kafe­te­ria reak­cji jest być może naj­więk­szą war­to­ścią pły­ną­cą z ese­ju Fran­cu­za. Oto mat­ka czte­rech synów tra­fia do domu opie­ki, cier­pi tam, bła­ga o pomoc, a wkrót­ce umie­ra. Syn, któ­re­go naj­mniej rozu­mie, ale któ­ry dzię­ki jej cięż­kiej pra­cy mógł doko­nać spek­ta­ku­lar­ne­go awan­su spo­łecz­ne­go z chło­pa­ka z ludu do pary­skie­go inte­lek­tu­ali­sty, odwie­dza ją dwu­krot­nie, jedzie na waka­cje, na kon­fe­ren­cję, nie docie­ra na jej pogrzeb. Następ­nie pisze o ostat­nich tygo­dniach jej życia esej, dia­gno­zu­ją­cy sta­tus sta­ro­ści we fran­cu­skim spo­łe­czeń­stwie. W Pol­sce, gdzie opie­ka nad scho­ro­wa­ny­mi człon­ka­mi rodzi­ny jest naj­czę­ściej na bar­kach nie­co tyl­ko młod­szych poko­leń, głów­nie kobiet, czy­ta się tekst Eri­bo­na w spo­sób, o któ­rym auto­ro­wi się nie śni­ło – jako dys­to­pię i ostrze­że­nie, że rady­kal­ny zwrot i zrzu­ce­nie zobo­wią­za­nia do tro­ski też ma ciem­ną stro­nę. W tej histo­rii nikt nie jest nie­win­ny – ani sys­tem, ani jed­nost­ka, ani lite­ra­tu­ra. A nie­zgo­da czy wręcz gniew wyni­ka z nie­do­pa­so­wa­nia świa­ta auto­ra i świa­ta lokal­nych czy­tel­ni­ków. Tekst pło­nie zim­nym ogniem, nie parzy, ale draż­ni. Za to mu chwa­ła (za inne kwe­stie – nie­ko­niecz­nie).

Na koniec parę słów o książ­ce, któ­ra w tytu­le ma Gorycz, a w środ­ku gniew w sen­sie ści­słym. To nie jest rzecz „arcy­dziel­na” ani „sen­sa­cja wydaw­ni­cza”. Nie wró­żę Annie Zawadz­kiej „topo­wych” nagród. Podzi­wiam jed­nak za odwa­gę i bez­kom­pro­mi­so­wość w zry­wa­niu kolej­nych zasłon z mitu aka­de­mii. Jej auto­bio­gra­ficz­na pro­za mogła­by poży­czyć tytuł od słyn­ne­go repor­ta­żu Bar­ba­ry Ehren­re­ich Za gro­sze. Pra­co­wać i (nie) prze­żyć. Kie­dy nie­po­kor­na badacz­ka bez war­szaw­skie­go kapi­ta­łu spo­łecz­ne­go nie jest w sta­nie za gło­do­wą pen­sję utrzy­mać sie­bie i kota, wyjeż­dża do Ber­li­na pra­co­wać fizycz­nie. Jako imi­grant­ka nie­zna­ją­ca języ­ka tubyl­ców sta­je się nikim. Oka­zu­je się, że dla zna­jo­mych inte­li­gen­tów też zdą­ży­ła prze­stać być kimś. Nie chcą oni przy­jąć do wia­do­mo­ści, że obok karier aka­de­mic­kich są też aka­de­mic­kie poraż­ki i że szkla­ny sufit nie jest jedy­nym, któ­ry trze­ba prze­bić, żeby prze­trwać. Kolej­ne roz­dzia­ły i aka­pi­ty Gory­czy są niczym zaci­ska­ją­ca, a cza­sem lek­ko roz­luź­nia­ją­ca się pętla na szyi nar­ra­tor­ki. Prze­gra­ne star­cia z dobry­mi Niem­ca­mi i jesz­cze lep­szy­mi Pola­ka­mi pro­wa­dzą do roz­li­cze­nia wła­snych uczuć bez zapi­sy­wa­nia się na tera­pię:

Ludzie chy­ba myślą, że faj­nie jest pisać o nie­na­wi­ści. Że to takie buń­czucz­ne. Nie, nie jest faj­nie. […] To prze­po­wia­da­nie jej sobie kolej­ny raz, jak prze­po­wia­da­nie przy­szło­ści. A prze­cież ja też jestem boga­ta. W oczach bied­niej­szych ode mnie, któ­rych są milio­ny. Wszy­scy patrzy­my w górę. Ja też. I tego też nie­na­wi­dzę. Tych marzeń, aspi­ra­cji, fan­ta­zji. Tych wszyst­kich posta­ci z ksią­żek i fil­mów, któ­re nafa­sze­ro­wa­ły moją gło­wę nie­moż­li­wym tyl­ko po to, by potem ta nie­moż­li­wość bola­ła13.

Gniew nar­ra­tor­ki tra­fia przede wszyst­kim w tych, któ­rzy twier­dzą, że ją rozu­mie­ją i chcą zagar­nąć jej histo­rię i prze­pi­sać na swo­je kate­go­rie. Może to naiw­ne podej­ście – wszak wypusz­cza­jąc opo­wieść w świat, dzie­ląc się nią z inny­mi, tra­ci się mono­pol na jej inter­pre­ta­cję. Ale może w upar­tym trzy­ma­niu wła­sne­go języ­ka za sło­wo tkwi tajem­ni­ca takie­go prze­ży­cia tek­stu lite­rac­kie­go, któ­re jesz­cze jest dla nas dziś moż­li­we– w epo­ce dóbr jed­nost­ko­wych, reżi­mu cyfro­wych gwiaz­dek, impe­ra­ty­wu szczę­ścia i przy­mu­su tera­pii. Jeśli gniew, jak ręko­pi­sy, nie pło­nie, to zna­czy, że jest być może w sta­nie nie wypa­lić się w tym „pie­kiel­nym” ogniu, ale dzia­łać jak indy­wi­du­al­ny bilet wstę­pu na pole bitwy zwa­ne książ­ką.

 

1 A. Pas­se­ron, Uśpio­ne, tłum. J. Gisz­czak, Woło­wiec: Czar­ne, 2025, s. 181.

2 W. Szot, Best­sel­le­ry 2025 roku. Te książ­ki poko­cha­li Pola­cy, onli­ne: https://wyborcza.pl/7,75517,32486570,bestsellery-2025-roku-te-ksiazki-pokochali-polacy.html [dostęp: 10.02.2026].

3 E. Caba­nas, E. Illo­uz, Manu­fac­tu­ring Hap­py Citi­zens: How the Scien­ce and Indu­stry of Hap­pi­ness Con­trol our Lives, Cam­brid­ge: Poli­ty Press, s. 3. Tłu­ma­cze­nie cyta­tu – M.N.F.

4 S. Ahmed, The Pro­mi­se of Hap­pi­ness, Durham–London: Duke Uni­wer­si­ty Press, s. 7.

5 Zob. wię­cej: M.E.P. Selig­man, Praw­dzi­we szczę­ście. Psy­cho­lo­gia pozy­tyw­na a urze­czy­wist­nie­nie naszych moż­li­wo­ści trwa­łe­go speł­nie­nia, tłum. A. Jan­kow­ski, Poznań: Media Rodzi­na, 2005.

6 Zob. wię­cej: L. Kar­pik, Eko­no­mia jed­nost­ko­wo­ści, tłum. A. Kar­po­wicz, War­sza­wa: Ofi­cy­na Nauko­wa, 2022.

7 P. Cza­pliń­ski, Roz­bież­ne eman­cy­pa­cje. Prze­wod­nik po pro­zie 1976–2020, Kra­ków: Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, 2025, s. 811.

8 F. Fanon, Czar­na skó­ra, bia­łe maski, tłum. U. Kro­pi­wiec, Kra­ków: Karak­ter, 2020, s. 5.

9 J. Bal­dwin, Zapi­ski syna tego kra­ju, tłum. M. Den­der­ski, Kra­ków: Karak­ter, 2019, s. 147–148.

10 K. Daoud, Spra­wa Meur­saul­ta, tłum. M. Szczu­rek, Kra­ków: Karak­ter, 2015, s. 12.

11 Tegoż, Hury­ska, tłum. O. Hede­mann, War­sza­wa: Artra­ge, 2025, s. 21.

12 E. Kąc­ka, Wczo­raj byłaś zła na zie­lo­no, Kra­ków: Karak­ter, 2024, s. 210–211.

13 A. Zawadz­ka, Gorycz, Woło­wiec: Czar­ne, 2025, s. 179.

Magdalena Nowicka-Franczak

– socjolożka, krytyczka literacka, czytelniczka.

więcej →

– adiunktka w Instytucie Filologii Angielskiej UKEN w Krakowie.

więcej →

– adiunkt na Wydziale Polonistyki UW.

więcej →

– krytyczka literacka, literaturoznawczyni, asystentka w Katedrze Krytyki Współczesnej na Wydziale Polonistyki UJ.

więcej →

Powiązane teksty

31.01.2026
Polemika

Najważniejszym gestem krytycznym jest wymyślenie chwytliwego tytułu

W swojej polemice Dawid Kujawa odwołuje się do „kokieterii”, z którą miałabym mówić o wykluczeniu poetek z pewnych dyskursów o literaturze oraz o moim korzystaniu z argumentu usytuowania – Agnieszka Waligóra polemizuje z tezami przedstawionymi w szkicu Dawida Kujawy opublikowanym w „Dzienniku Literackim” 28 października 2025 roku.