Zaufać interpretacji

Bar­dzo cie­szą mnie opu­bli­ko­wa­ne na łamach „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” odpo­wie­dzi Pio­tra Sadzi­ka, Anny Chro­mik i Mag­da­le­ny Nowic­kiej-Fran­czak na mój tekst. Żywię bowiem prze­ko­na­nie, że tego rodza­ju wymia­ny zdań słu­żą kla­ry­fi­ka­cji sta­no­wisk i wymu­sza­ją na auto­rach arty­ku­łów poważ­ną, odpo­wie­dzial­ną reak­cję. W dobie prze­no­sze­nia deba­ty o spor­nych roz­po­zna­niach kry­tycz­no­li­te­rac­kich do social­me­dio­wych pohu­ki­wań (jak w przy­pad­ku gło­śnej publi­ka­cji Ada­ma Wrot­za Czy boha­ter pol­skiej powie­ści kupił już sobie kom­pu­ter?, któ­ra tak wie­lu obu­rza­ła, a w zasa­dzie niko­go nie skło­ni­ła do napi­sa­nia pole­mi­ki) fakt, że komuś chce się skon­stru­ować cały dłu­gi tekst w odpo­wie­dzi na przed­sta­wio­ne prze­ze mnie reflek­sje, odczy­tu­ję jako naj­więk­szy kom­ple­ment. Posta­no­wi­łam więc wyko­rzy­stać tę łech­ta­ją­cą moje ego sytu­ację komu­ni­ka­cyj­ną do roz­wi­nię­cia kil­ku wąt­ków i wyja­śnie­nia paru pro­ble­mów.

Twój płacz jest lepszy niż mój

Upo­rząd­ko­wa­nie palą­cych kwe­stii nie będzie łatwe – moi pole­mi­ści poru­sza­ją bowiem zagad­nie­nia tak sze­ro­kie i doty­ka­ją tak wie­lu wąt­ków, że nie spo­sób oddać im spra­wie­dli­wo­ści na prze­strze­ni jed­ne­go tek­stu. Sku­pię się więc na tym, co powin­no zostać wyar­ty­ku­ło­wa­ne już na samym począt­ku moich zeszło­rocz­nych roz­wa­żań, ale przez myl­ne zało­że­nie domyśl­no­ści pro­ble­mu zosta­ło prze­ze mnie pomi­nię­te – na kwe­stii inter­pre­ta­cji. Naj­wię­cej miej­sca poświę­cę odpo­wie­dzi na argu­men­ty Pio­tra Sadzi­ka, dla­te­go że do jego per­spek­ty­wy jest mi naj­bli­żej. Sądzę bowiem, że naj­waż­niej­sze są dys­ku­sje pogłę­bio­ne – doty­czą­ce nie tyl­ko ogól­nych zało­żeń zwią­za­nych z lite­ra­tu­rą, ale przede wszyst­kim szcze­gó­ło­wych roz­po­znań w kwe­stii mecha­ni­zmów jej funk­cjo­no­wa­nia. Wobec tych pole­mi­stek, z któ­ry­mi nie­mal nic mnie świa­to­po­glą­do­wo nie łączy, posta­ram się jedy­nie odno­to­wać miej­sca spo­ru. Nie łudzę się jed­nak, że przy tak dia­me­tral­nych róż­ni­cach w myśle­niu o kul­tu­rze i poli­ty­ce zdo­łam skon­stru­ować argu­men­ty mogą­ce prze­ko­nać więk­szość tych, któ­rzy pod­ję­li ze mną dys­ku­sję.

Przy­zna­ję jed­nak, że począt­ko­wo musia­łam zwal­czyć w sobie poku­sę roze­gra­nia odpo­wie­dzi za pomo­cą moje­go ulu­bio­ne­go mecha­ni­zmu obron­ne­go, pole­ga­ją­ce­go na pozy­cjo­no­wa­niu się jako pro­sta baba. To kuszą­cy, ale dość nisko zawie­szo­ny owoc: żar­ty z tego, że Sadzik pła­cze tyl­ko nad arcy­dzie­ła­mi i to jest ten dobry płacz (więc autor go bro­ni), a ja, dzioł­cha z Bie­ru­to­wa, zaka­sa­ją­ce ręka­wy do robo­ty babisz­cze, nie mam tych inte­li­genc­kich skru­pu­łów i beczę nad co bar­dziej wzru­sza­ją­cy­mi rekla­ma­mi Coca-Coli i wień­czą­cy­mi sezon odcin­ka­mi ame­ry­kań­skich sit­co­mów, co oczy­wi­ście sta­no­wi przy­kład pła­czu złe­go (więc go szka­lu­ję). Prze­rzu­ca­nie się habi­tu­sa­mi było­by jed­nak nie­wła­ści­we nie tyl­ko z powo­du oczy­wi­ste­go fał­szu takie­go zesta­wie­nia (obo­je jeste­śmy pań­stwo dok­to­rzy lite­ra­tu­ro­znaw­stwa miesz­ka­ją­cy w dwóch naj­więk­szych mia­stach Pol­ski, a ja od ład­nych paru lat nie utrzy­mu­ję się z pra­cy fizycz­nej – dzie­li nas mniej, niż mogła­bym suge­ro­wać), ale przede wszyst­kim ze wzglę­du na zupeł­ne omi­nię­cie fak­tycz­nych przy­czyn naszej nie­zgo­dy. Takie zagra­nie reto­rycz­ne kusi­ło mnie jed­nak nie­bez­pod­staw­nie – Sadzik zarzu­cił mi bowiem, że „ułatwia[m] sobie roz­pra­wę ze łza­mi dobo­rem ana­li­zo­wa­ne­go mate­ria­łu”1, a to zupeł­nie zbi­ło mnie z tro­pu. Byłam bowiem prze­ko­na­na, że w tek­ście Poda­wać w wąt­pli­wość wła­sne łzy dobie­ram moż­li­wie jak naj­bar­dziej pro­ble­ma­tycz­ny mate­riał.

Oso­bi­ście nigdy nie mia­łam więk­sze­go pro­ble­mu z przy­zna­wa­niem się do reak­cji emo­cjo­nal­nej wywo­ły­wa­nej przez dzie­ła war­to­ścio­we. Pod­kre­śla­nie, że rośnie mi w gar­dle gula za każ­dym razem, gdy wra­cam do Anki Wła­dy­sła­wa Bro­niew­skie­go, jest w oczy­wi­sty spo­sób sple­cio­ne z uzna­niem dla mistrzo­stwa for­my opar­tej na two­rze­niu przez poetę ramy poetyc­kiej i wypa­da­niu z niej – zgod­nie z ryt­mem roz­pa­czy i żało­by. Tu wła­ści­wie nie ma żad­ne­go pro­ble­mu, bo walo­ry arty­stycz­ne i emo­cjo­nal­ne spla­ta­ją się w nie­ro­ze­rwal­nym duecie, a nawet sta­ją się nie­roz­róż­nial­ne: autor pisze o prze­ra­ża­ją­co smut­nych rze­czach w prze­ra­ża­ją­co spraw­ny spo­sób i tym samym kon­fron­tu­je z roz­pa­czą mnie jako czy­tel­nicz­kę. Nic dziw­ne­go, że beczę – taka kon­fron­ta­cja to coś, cze­go nie da się łatwo znieść, co wstrzą­sa odbior­cą tak­że w wymia­rach poznaw­czym i este­tycz­nym. Podob­ne przy­kła­dy mogła­bym zresz­tą zna­leźć tak­że w naj­now­szej lite­ra­tu­rze, któ­rą uwa­żam za bar­dzo dobrą. Pła­ka­łam, czy­ta­jąc Zakła­dy holen­der­skie Rado­sła­wa Jur­cza­ka, przede wszyst­kim dla­te­go, że była to książ­ka jed­no­cze­śnie pięk­na i obo­jęt­na wobec świa­ta, z jed­nej stro­ny poka­zu­ją­ca indy­wi­du­al­ne mode­lo­we histo­rie, z dru­giej zaś – pro­jek­tu­ją­ca per­spek­ty­wę bez­względ­nie nie­ludz­ką. Jur­cza­ko­wi uda­ło się uchwy­cić wznio­słość podob­ną do tej odczu­wa­nej prze­ze mnie pod­czas myśle­nia o naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych rze­czach, takich jak ist­nie­nie Pacy­fi­ku, Jowi­sza czy glo­bal­ne­go kapi­ta­łu – wiel­kich bytów, wobec któ­rych jeste­śmy bez­sil­ni, ale i wobec któ­rych ist­nie­je­my. Nie znam potęż­niej­szej trwo­gi. Wysta­wia­nie się na te odczu­cia jest zada­niem tak emo­cjo­nal­nym, jak inte­lek­tu­al­nym. Wiel­kie pro­ble­my mają to do sie­bie, że myśle­nie o nich rzad­ko przy­no­si nie­odro­czo­ne uko­je­nie.

Kie­dy nato­miast się­gam po przy­kła­dy w rodza­ju holo­po­lo, pró­bu­ję zwró­cić uwa­gę na fak­tycz­nie pro­ble­ma­tycz­ne miej­sca: takie, w któ­rych ładu­nek emo­cjo­nal­ny jest klu­czo­wy, a ambi­cje inte­lek­tu­al­ne czy arty­stycz­ne są nam upo­rczy­wie sygna­li­zo­wa­ne, ale nijak nie dosię­ga­ją do pozio­mu emo­cji. Zauwa­że­nie tego sche­ma­tu pozwa­la pójść dalej – zasta­no­wić się, gdzie jesz­cze napo­ty­ka­my podob­ne uprosz­cze­nia, pro­ble­my, mani­pu­la­cje. W poprzed­nim tek­ście opu­bli­ko­wa­nym na łamach „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” pró­bu­ję dowieść, że nie­rzad­ko znaj­dzie­my je we współ­cze­snej pol­skiej lite­ra­tu­rze pięk­nej. Dys­ku­to­wa­nej przez kry­ty­kę lite­rac­ką, opie­wa­nej w lau­da­cjach i nie­mal nigdy nie­roz­li­cza­nej z tego, z cze­go roz­li­cza się holo­po­lo. I o ile w zesta­wie­niu oso­bo­wym Zuzan­na Sala vs. Piotr Sadzik suge­ro­wa­ny prze­ze mnie na począt­ku tek­stu argu­ment z kapi­ta­łu sym­bo­licz­ne­go upa­da (bo poziom tego zaso­bu jest w naszym przy­pad­ku plus minus podob­ny), o tyle w zesta­wie­niu Heather Mor­ris vs. Mate­usz Paku­ła może wytrzy­mać pró­bę wery­fi­ka­cji. Kry­ty­kom, lite­ra­tu­ro­znaw­com, inte­lek­tu­ali­stom tro­chę nie wypa­da pła­kać nad popho­lo­kau­sto­wą oby­cza­jów­ką. Nad poli­tycz­nie zaan­ga­żo­wa­ną eks­pe­ry­men­ta­tor­ską auto­fik­cją napi­sa­ną przez uzna­ne­go dra­ma­to­pi­sa­rza współ­cze­sne­go – cze­mu nie? Sadzik zbył tę kwe­stię, bo nie miał wąt­pli­wo­ści co do war­to­ścio­wa­nia opi­sy­wa­nych prze­ze mnie ksią­żek – nie ceni on bowiem ani holo­po­lo, ani roman­ta­sy, ani naj­now­szej książ­ki Mał­go­rza­ty Leb­dy, ani debiu­tu Mate­usza Paku­ły. I ta dekla­ra­cja wyda­je mi się jed­nym z cen­niej­szych skut­ków ubocz­nych naszej pole­mi­ki – zawsze to dobrze, gdy kry­tyk i juror wyar­ty­ku­łu­je publicz­nie wąt­pli­wo­ści co do prze­ce­nia­nych w dys­kur­sie lite­rac­kim tytu­łów. Powie­dzia­ła­bym może nawet, że to nasz kry­tycz­no­li­te­rac­ki obo­wią­zek – i zachę­ci­ła do częst­sze­go wcho­dze­nia w doraź­ne dys­ku­sje publicz­ne tego rodza­ju, wszak kształ­tu­ją one bie­żą­ce hie­rar­chie i pozwa­la­ją zre­wi­do­wać powta­rza­ne komu­na­ły; są tym samym wła­ści­wym mię­chem kry­ty­ki lite­rac­kiej. Zda­je się jed­nak, że zanim zdą­ży­łam wyar­ty­ku­ło­wać te myśli na łamach „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go”, Sadzik w innym cza­so­pi­śmie („Dwu­ty­go­dni­ku”)2 i bez moje­go stro­fo­wa­nia wziął się do tego rodza­ju pra­cy. Oby tyl­ko nad­mier­nie roz­dmu­cha­na i poza­me­ry­to­rycz­na dys­ku­sja nie znie­chę­ci­ła go do jej kon­ty­nu­owa­nia.

Jed­nak to wła­śnie abso­lut­na oczy­wi­stość nega­tyw­ne­go war­to­ścio­wa­nia ana­li­zo­wa­nych prze­ze mnie utwo­rów tłu­ma­czy, dla­cze­go Sadzik pro­po­nu­je prze­su­nię­cie akcen­tów w naszej dys­ku­sji. Chce się on bowiem zająć nie tyl­ko inte­re­su­ją­cym mnie „złym” (jak to okre­śla) wzru­sze­niem, ale też zaj­mu­ją­cym go wzru­sze­niem „dobrym”. I ten podział wią­że się z pierw­szym pro­ble­mem, któ­ry chcia­ła­bym spró­bo­wać roz­pra­co­wać.

Czym się różnią wzruszenia?

Nie­zwy­kle bli­ska mi oso­ba w rodzi­nie wzru­sza się nad praw­do­po­dob­nie wyso­ce wąt­pli­wy­mi poli­tycz­nie pop­po­wie­ścia­mi oby­cza­jo­wy­mi doty­czą­cy­mi rze­zi wołyń­skiej, któ­re – jak mnie­mam – są spe­cy­ficz­ną ite­ra­cją tego same­go gatun­ku co holo­po­lo. Nie sądzę jed­nak, aby te tek­sty „ofer[owały] naj­wy­żej dresz­czyk wyni­ka­ją­cy z obco­wa­nia z por­no­gra­fią zbrod­ni”3 – ich wraż­li­wa i czu­ła czy­tel­nicz­ka, któ­rą mam teraz na myśli, wzru­sza się ze wzglę­du na inny odruch, sze­ro­ko dziś opie­wa­ny we współ­cze­snej huma­ni­sty­ce: empa­tię. Ewen­tu­al­na por­no­gra­ficz­ność zbrod­ni ma w oczach tej odbior­czy­ni jeden wymiar: uwy­pu­kla cier­pie­nie ofiar, z któ­ry­mi nale­ży współ­od­czu­wać i o któ­rych nale­ży pamię­tać. Jej wzru­sze­nie bie­rze się z kon­fron­ta­cji z nie­uza­sad­nio­ną krzyw­dą, z wewnętrz­nej nie­zgo­dy na nią i z bez­sil­no­ści wobec histo­rii. Nie wiem, czy jej moty­wa­cje i prze­ży­cia emo­cjo­nal­ne są mniej skom­pli­ko­wa­ne, prost­sze albo łatwiej­sze do oswo­je­nia niż moje, gdy czy­tam tre­ny Bro­niew­skie­go albo prze­ra­ża­ją­cą poezję Jur­cza­ka. Każ­dą z nas prze­ży­wa­ne emo­cje zmu­sza­ją do kon­fron­ta­cji z czymś, co roz­po­zna­je­my jako wiel­kie i trud­ne, ale żad­nej z nas nie ponie­wie­ra­ją bez koń­ca – osta­tecz­nie obie wsta­je­my od lek­tur, otrzą­sa­my się i wra­ca­my do obo­wiąz­ków. Szcze­rze powie­dziaw­szy, mam wąt­pli­wo­ści, czy te emo­cje same w sobie róż­nią się w jaki­kol­wiek dają­cy się uchwy­cić spo­sób – podob­nie jak mam wąt­pli­wo­ści, czy wzru­sze­nie nad Żeby Pol­ska była Pol­ską da się tak łatwo oddzie­lić od wzru­sze­nia nad Pol­ską Madon­ną. Fak­tycz­na róż­ni­ca mię­dzy tymi przy­kła­da­mi (zarów­no pod­su­wa­ny­mi prze­ze mnie, jak i przez Sadzi­ka) tkwi bowiem nie w samej emo­cji – jak suge­ru­je Sadzik – a w struk­tu­rze zna­czą­cej, któ­ra daną emo­cję wyko­rzy­stu­je i pro­jek­tu­je. Gdy­by­śmy mie­li sobie to zwi­zu­ali­zo­wać, zoba­czy­li­by­śmy dwa zbio­ry: jeden więk­szy, dru­gi mniej­szy (w znacz­nej mie­rze zawar­ty w tym więk­szym).

Wykres przedstawiający relacje między znaczeniem czytanego tekstu a emocjami czytelnika.

Sadzik argu­men­tu­je, że przy obco­wa­niu z zesta­wia­ny­mi przez nie­go tek­sta­mi (czy­li wła­śnie Żeby Pol­ska była Pol­ską Pol­ską Madon­ną) zacho­dzą „róż­ni­ce w samej akty­wi­zo­wa­nej […] emo­cji”4. Kie­dy jed­nak przyj­rzy­my się jego argu­men­ta­cji, może­my zwąt­pić, czy fak­tycz­nie pisze on o emo­cjach. Zda­je się, że mój pole­mi­sta prze­su­wa uwa­gę z mniej­sze­go zbio­ru na ten więk­szy, obej­mu­ją­cy po pro­stu zna­cze­nie inte­re­su­ją­cych go utwo­rów. Jak twier­dzi:

Mówiąc naj­kró­cej, w pierw­szym przy­pad­ku łzy wypły­wa­ją z kon­so­li­du­ją­ce­go „ja” pokrze­pie­nia przy­na­leż­no­ścią do kolek­ty­wu, któ­ry w łań­cu­chu poko­leń, mimo burz histo­rii i prze­ciw­no­ści losu, niósł opo­wieść o sobie samym, by dzię­ki temu prze­trwać. Pio­sen­ka Mary­li Rodo­wicz do słów Agniesz­ki Osiec­kiej żad­ne­go pokrze­pie­nia nie nie­sie. Zamiast tego zapew­nia gorz­ką i pre­cy­zyj­ną dia­gno­zę poło­że­nia jed­nost­ki nara­żo­nej na jak naj­bar­dziej kon­kret­ną, histo­rycz­nie uwa­run­ko­wa­ną spo­łecz­ną prze­moc, któ­ra, jak to w naj­lep­szych tek­stach bywa, prze­kra­cza cia­sne ramy doraź­no­ści. Płacz bie­rze się tu więc z tego, że – jak zawsze – Osiec­ka, arcy­mi­strzy­ni dia­lek­tycz­nych histo­rii o poha­ra­ta­nym życiu, nie ma złu­dzeń („sen ci daru­je nadzie­ję płon­ną”), a zara­zem ludzie, choć poka­le­cze­ni, nigdy nie dają u niej za wygra­ną5.

Jeśli w ślad za Rober­tem L. Leahym, auto­rem pod­ręcz­ni­ka Tech­ni­ki tera­pii poznaw­czej, zauwa­ży­my, że: „1) Myśli są zja­wi­skiem odręb­nym od uczuć; 2) Myśli wywo­łu­ją uczu­cia (i zacho­wa­nia)”6, to jeste­śmy w sta­nie pójść dalej i użyć tej wie­dzy do zazna­cze­nia gra­ni­cy mię­dzy jed­nym a dru­gim. Dla uła­twie­nia może­my nawet sko­rzy­stać z wzo­ru tabe­li umiesz­czo­ne­go w tym samym pod­ręcz­ni­ku:

Tabela dotycząca tego, jak tworzą się uczucia.
Rysunek 2.1. W jaki sposób tworzą się uczucia [w:] „Techniki terapii poznawczej. Podręcznik praktyka”, wyd. 2. rozszerzone: „Psychiatria i Psychoterapia”, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2018, s. 30.

Tego, co wypunk­to­wa­ne zosta­ło w pra­wej kolum­nie tabe­li, nie da się odczu­wać bez uprzed­nie­go przy­swo­je­nia tego, co znaj­du­je się w kolum­nie lewej. Kie­dy inter­pre­tu­je­my, czy­li docie­ka­my zna­cze­nia utwo­rów, musi­my oczy­wi­ście odno­to­wać treść obu kolumn (nie może­my zigno­ro­wać oczekiwanego/projektowanego wpły­wu emo­cjo­nal­ne­go na odbior­cę – wpływ ów jest ele­men­tem zna­cze­nia dzie­ła). Łatwo jed­nak zauwa­żyć, że choć lewa stro­na tabe­li jest dość zróż­ni­co­wa­na, to opcje z pra­wej łatwiej się powta­rza­ją – na przy­kład „pokrze­pie­nie” znaj­du­je się zarów­no w pierw­szej linij­ce (doty­czą­cej Żeby Pol­ska była Pol­ską), jak i w ostat­niej (odno­szą­cej się do Pol­skiej Madon­ny)7. Nie sądzę, aby ist­nia­ła jakaś fak­tycz­na róż­ni­ca mię­dzy pokrze­pie­niem1 a pokrze­pie­niem2 – uczu­cie zde­fi­nio­wa­ne przez Słow­nik Języ­ka Pol­skie­go PWN jako „coś, co doda­je sił psy­chicz­nych, krze­pi”8, pole­ga na tym samym w obu przy­to­czo­nych przez Sadzi­ka utwo­rach. Róż­ni­ca leży nie w „samej akty­wi­zo­wa­nej […] emo­cji”9, a w tym, jak dana emo­cja zosta­ła wpro­wa­dzo­na i wyko­rzy­sta­na na potrze­by utwo­ru. W doce­nio­nej przez moje­go pole­mi­stę Pol­skiej Madon­nie zde­rzo­ne zosta­ją sprzecz­ne wnio­ski egzy­sten­cjal­ne i emo­cjo­nal­ne – kom­plek­so­wość opo­wie­ści ma wyni­kać z jej (jak wska­zał Sadzik) dia­lek­tycz­nej struk­tu­ry. Huś­taw­ka emo­cjo­nal­na (od poczu­cia bez­na­dziei do jego prze­ci­wień­stwa) wpro­wa­dza nie­pew­ność i niu­an­su­je wnio­ski. Żeby Pol­ska była Pol­ską nie osią­ga tego efek­tu ze wzglę­du na swo­ją jed­no­znacz­ność i pro­sto­li­nij­ność – pokrze­pie­nie1 wyda­je nam się prost­sze niż pokrze­pie­nie2 nie dla­te­go, że samo w sobie takie jest, ale ze wzglę­du na struk­tu­rę zna­czą­cą, w jaką zosta­ło wpi­sa­ne.

To drob­na korek­ta, ale wpro­wa­dze­nie jej niwe­lu­je wła­ści­wie więk­szość róż­ni­cy zdań mię­dzy mną a Pio­trem Sadzi­kiem – wyja­śnia roz­bież­ność wyni­kłą z komu­ni­ka­cyj­ne­go nie­po­ro­zu­mie­nia (któ­ra z kolei naj­pew­niej jest pokło­siem bra­ku pre­cy­zji ter­mi­no­lo­gicz­nej w moim pier­wot­nym tek­ście). Dzię­ki pro­po­no­wa­ne­mu wyżej dookre­śle­niu jeste­śmy w sta­nie zauwa­żyć, że – mimo pod­ję­tych prze­ze mnie nie bez pole­micz­nej rado­ści prze­py­cha­nek – nie­spe­cjal­nie istot­ne jest to, kto nad czym pła­cze, a pró­ba usta­wie­nia gra­ni­cy mię­dzy autentycznym/ważnym/pogłębionym wzru­sze­niem a tym, „co zosta­ło bez­czel­nie spre­pa­ro­wa­ne jako mają­ce poru­szać”10 (zgod­nie z postu­la­tem Sadzi­ka i nie­da­le­ko od roz­wa­żań Mag­da­le­ny Nowic­kiej-Fran­czak), z koniecz­no­ści musi skoń­czyć się na arbi­tral­nym przy­ję­ciu wła­sne­go doświad­cze­nia este­tycz­ne­go jako gwa­ran­cji dys­tynk­cji. A więc na argu­men­cie z auto­ry­te­tu.

Sama argu­men­tu z auto­ry­te­tu nie kupu­ję, inte­re­su­je mnie jedy­nie argu­ment z argu­men­tu (inter­pre­ta­cyj­ne­go). I wła­śnie dzię­ki przy­wią­za­niu do nie­go mam oka­zję zauwa­żyć, że choć emo­cje nie­zwy­kle bli­skiej mi oso­by zaczy­tu­ją­cej się w pop­po­wie­ściach o rze­zi wołyń­skiej są nie­win­ne i wypły­wa­ją z dobro­ci ser­ca, wciąż mogę spie­rać się z tą oso­bą o to, do cze­go zosta­ły wyko­rzy­sta­ne w danej lite­ra­tu­rze i repro­duk­cji jakiej wizji świa­ta słu­żą (a więc jakiej struk­tu­ry zna­czą­cej są ele­men­tem). Nie muszę jej w tym celu wca­le dowo­dzić, że dała się ogłu­pić, zma­ni­pu­lo­wać czy nabrać na łatwy chwyt. Sama zbyt czę­sto daję się nabrać, żeby w chli­pa­niu jako takim widzieć pro­blem.

Jak widać, opo­wia­dam się w tym miej­scu prze­ciw­ko anty­ko­gni­ty­wi­stycz­nym teo­riom emo­cji – pre­zen­to­wa­nym w tej dys­ku­sji, jeśli dobrze zro­zu­mia­łam, przede wszyst­kim przez Annę Chro­mik. Nie będę tutaj dokład­nie rekon­stru­ować prze­ko­nu­ją­cych w moim mnie­ma­niu kry­tyk tych (wywo­dzą­cych się od Wil­lia­ma Jame­sa) kon­cep­cji, któ­re loku­ją emo­cje pier­wot­nie w cie­le i któ­re z zało­że­nia mają dowo­dzić przed­po­znaw­cze­go cha­rak­te­ru afek­tów. Na wła­sne potrze­by spro­wa­dzę wąt­pli­wo­ści co do tych per­spek­tyw do pro­ste­go pyta­nia: jeśli czu­je­my rze­czy naj­pierw w cie­le, a dopie­ro na pod­sta­wie roz­po­zna­nia reak­cji cie­le­snej zaczy­na­my poznaw­czo przy­swa­jać emo­cje, to jak wytłu­ma­czyć fakt, że nasze gru­czo­ły poto­we „wie­dzą” o przy­czy­nach nasze­go stre­su? A nasze mię­śnie w nogach, odpo­wia­da­ją­ce za mimo­wol­ne ugię­cie kolan, o naszym gwał­tow­nym wzru­sze­niu? Odpo­wiedź brzmi: oczy­wi­ście nie wie­dzą, dosta­ją te infor­ma­cje z mózgu. Nasze emo­cje nie tyl­ko są źró­dłem wie­dzy o nas samych, ale tak­że wyni­ka­ją z naszej wie­dzy na temat sytu­acji, w któ­rej się zna­leź­li­śmy (choć­by i ta wie­dza nie była przez nas do koń­ca uświa­do­mio­na). Co praw­da zwy­kle w peł­ni zda­je­my sobie spra­wę z naszych emo­cji dopie­ro po tym, gdy zin­ter­pre­tu­je­my reak­cje wła­sne­go cia­ła, ale nie zmie­nia to fak­tu, że emo­cje były przed­mio­tem naszej wie­dzy już wcze­śniej. Bo tak, może­my wie­dzieć o czymś, cze­go nie jeste­śmy w peł­ni świa­do­mi. Nie ma w tym żad­nej sprzecz­no­ści, choć jest zniu­an­so­wa­na i war­ta naszej uwa­gi struk­tu­ra emo­cji jako inten­cjo­nal­ne­go pro­ce­su11.

Czy­sto hipo­te­tycz­nie: jeśli czy­tam książ­kę, w któ­rej znaj­du­je się opis wyso­kiej bru­net­ki w ramo­ne­sce, moje ser­ce może moc­niej zabić. Gdy roz­po­znam tę reak­cję cia­ła, mogę zasta­no­wić się, z cze­go ona wyni­kła. Po chwi­li dotrze do mnie, że boha­ter­ka książ­ki szo­ku­ją­co przy­po­mi­na moją byłą part­ner­kę, z któ­rą roz­sta­łam się trzy tygo­dnie temu – rana po zakoń­cze­niu rela­cji jest jesz­cze nie­za­bliź­nio­na, więc każ­de sko­ja­rze­nie tego typu może wywo­łać we mnie sil­ne emo­cje. Dopó­ki nie dam sobie cza­su na roz­po­zna­nie tej reak­cji, nie zro­zu­miem, z cze­go ona wyni­ka­ła. Jed­nak to, czy prze­pra­cu­ję nagłe wzru­sze­nie czy nie, nie zmie­ni fak­tu, że ono się wyda­rzy­ło, a jego powód był cały czas ten sam. Jeśli nie dam sobie prze­strze­ni na jego prze­my­śle­nie, to nie będę zda­wa­ła sobie spra­wy, że wzru­szy­łam się czy zestre­so­wa­łam, bo coś przy­po­mnia­ło mi moją byłą. Ale to, że tak się sta­ło, wciąż będzie praw­dą.

Idąc tym tro­pem: dzię­ki zasta­no­wie­niu się i zin­ter­pre­to­wa­niu tego odczu­cia zwią­za­ne­go z lek­tu­rą mogę dowie­dzieć się cze­goś na wła­sny temat – zro­zu­mieć lepiej sytu­ację, w któ­rej się znaj­du­ję, i uznać trud­ny, wraż­li­wy moment w moim życiu. Jest to bez wąt­pie­nia przy­rost wie­dzy – ta wie­dza doty­czy jed­nak moich emo­cji, doświad­czeń, rela­cji. Nie mówi mi nato­miast nic o inter­pre­to­wa­nym tek­ście. Autor nie opi­sał prze­cież wyso­kiej bru­net­ki w ramo­ne­sce po to, by wysta­wić mnie na wspo­mnie­nie byłej. W kolo­ro­wym gra­fie, któ­ry roz­ry­so­wa­łam wyżej, moje wzru­sze­nie loko­wa­ło­by się więc na żół­tym tle, nale­ża­ło­by do „innych emo­cji czy­tel­ni­ka”, towa­rzy­szą­cych lek­tu­rze, ale nie­bę­dą­cych czę­ścią pro­ce­su rozu­mie­nia tek­stu. I w tym sen­sie loko­wa­ło­by się obok pro­ble­mów zwią­za­nych z inter­pre­to­wa­niem i war­to­ścio­wa­niem dzie­ła – obok pro­ble­mów kry­ty­ki lite­rac­kiej.

Anna Chro­mik w tek­ście Odcze­pić się od wła­snych łez – do cze­go mogą przy­dać się afek­ty? sku­pia się jed­nak na takich wła­śnie sytu­acjach i pro­ble­mach, co pro­wa­dzi ją do prze­ko­na­nia, że „lite­ra­tu­ra i kry­ty­ka są zawsze for­ma­mi eks­pre­sji okre­ślo­ne­go usy­tu­owa­nia – rezul­ta­ta­mi doświad­cza­nej lokal­no­ści, mobil­no­ści i widzial­no­ści w sie­ciach spo­łecz­nych, a więc efek­ta­mi rela­cji patrze­nia i bycia postrze­ga­nym”12. I tym samym opo­wia­da się po stro­nie apo­lo­gii przy­czy­no­wo-skut­ko­we­go (by nie powie­dzieć: deter­mi­ni­stycz­ne­go) spoj­rze­nia na lite­ra­tu­rę. Rezy­gna­cja z kry­ty­ki lite­rac­kiej na rzecz myśle­nia wyłącz­nie o „przy­czy­nie i skut­ku, o sta­nie i symp­to­mie” nie jest bowiem – jak twier­dzi Chro­mik – zwią­za­na ze sku­pia­niem się na psy­che autora/artysty. Jest zwią­za­na ze sku­pia­niem się na pozy­cjach pod­mio­to­wych dys­ku­tu­ją­cych zamiast na przed­mio­cie spo­ru. I napraw­dę nie ma zna­cze­nia, czy nasze pozy­cje są sil­ne, czy sła­be, czy jestem wykła­dow­czy­nią na naj­więk­szej pol­skiej polo­ni­sty­ce, czy cór­ką alko­ho­li­ka z wykształ­ce­niem pod­sta­wo­wym, któ­ry nie pła­cił ali­men­tów (czy może obo­ma?). Nie ma zna­cze­nia, czy nasze emo­cje to gniew, czy wzru­sze­nie (co, zda­je się, jest istot­nym pro­ble­mem dla Mag­da­le­ny Nowic­kiej-Fran­czak)13. Bo jeśli sku­pia­my się na tym, co nam robią tek­sty i jak to o nas świad­czy, to upra­wia­my autop­sy­cho­te­ra­pię, nie kry­ty­kę. Oczy­wi­ście moż­na lob­bo­wać za mie­sza­niem tych porząd­ków – sama jed­nak pozo­sta­nę orę­dow­nicz­ką ich oddzie­la­nia. Mam bowiem wra­że­nie, że autop­sy­cho­te­ra­pia łatwo może zdo­mi­no­wać całą kry­ty­kę, pod­po­rząd­ko­wać sobie wszyst­kie spo­ry i spro­wa­dzić naszą roz­mo­wę do eks­pre­sji indy­wi­du­al­nych pozy­cji pod­mio­to­wych. Czy­li zna­tu­ra­li­zo­wać neo­li­be­ra­lizm w dys­ku­sji o lite­ra­tu­rze.

Czy potrzeba nam Proustów?

Oprócz omó­wio­nych prze­ze mnie powy­żej kwe­stii, któ­rych pod­nie­sie­nie przez Sadzi­ka wyni­kło według mnie w znacz­nej mie­rze ze zwy­kłe­go nie­po­ro­zu­mie­nia, w Zaufać (nie­któ­rym) łzom widać tak­że fak­tycz­ne miej­sce spo­ru. A jest nim spra­wa „nad­rzęd­no­ści spo­łecz­ne­go anta­go­ni­zmu”14. Łączy się ona nie­co z poru­sza­nym przez Annę Chro­mik pro­ble­mem repre­zen­ta­cji i dzia­ła­nia, jest jed­nak zogni­sko­wa­na na kon­kret­nym zagad­nie­niu poli­tycz­nym. Sko­ro więc Sadzik iro­ni­zo­wał z moich mil­czą­co przy­ję­tych zało­żeń na temat sztu­ki, posta­no­wi­łam sko­rzy­stać z oka­zji i dla porząd­ku wyar­ty­ku­ło­wać je wprost. Krót­ka wer­sja odpo­wie­dzi na uwa­gi moje­go pole­mi­sty brzmia­ła­by po pro­stu: owszem, w obec­nych warun­kach histo­rycz­nych zauwa­żam nad­rzęd­ność okre­ślo­nych struk­tur gene­ru­ją­cych spo­łecz­ne anta­go­ni­zmy, a jed­nym z waż­niej­szych zadań lite­ra­tu­ry jest według mnie ich cel­ne i ade­kwat­ne histo­rycz­nie uwi­dacz­nia­nie. Ponie­waż jed­nak taka skró­to­wa dekla­ra­cja mogła­by wywo­łać zro­zu­mia­łe wąt­pli­wo­ści czy­tel­ni­ków, posta­ram się wytłu­ma­czyć te spra­wy krok po kro­ku, moż­li­wie jasno.

Zanim jed­nak zagłę­bi­my się w pro­ble­my kry­ty­ki lite­rac­kiej, musi­my poroz­ma­wiać o świe­cie – i o prze­ko­na­niach na temat jego natu­ry. Do poniż­szej argu­men­ta­cji nie prze­ko­nam naj­pew­niej rady­kal­nych kon­struk­ty­wi­stów czy solip­sy­stów. Żeby roz­ma­wiać o czym­kol­wiek – na przy­kład o lite­ra­tu­rze – musi­my się zgo­dzić co do tego, że rze­czy­wi­stość jest obiek­tyw­na, rzą­dzi się moż­li­wy­mi do bada­nia i pozna­wa­nia pra­wa­mi. W kon­fu­zję oczy­wi­ście wpra­wia nie­wie­dza – fakt, że zasa­dy, zgod­nie z któ­ry­mi dzia­ła świat, bywa­ją sza­le­nie zniu­an­so­wa­ne i trud­ne do uchwy­ce­nia, a tak­że ule­ga­ją histo­rycz­nym aktu­ali­za­cjom. Dale­ko nam (jako ludz­ko­ści) do osią­gnię­cia sta­nu sta­bil­nej i skoń­czo­nej wie­dzy na temat rze­czy­wi­sto­ści, ale nie zatrzy­mu­je­my się na kon­sta­ta­cji o skom­pli­ko­wa­niu świa­ta. Pró­bu­je­my zro­zu­mieć, jak dzia­ła­ją te zniu­an­so­wa­ne struk­tu­ry, i nie­kie­dy nam się to uda­je – na tym pole­ga roz­wój wie­dzy.

Badać moż­na nie tyl­ko pra­wa natu­ry, ale tak­że mię­dzy inny­mi eko­no­mię czy orga­ni­za­cję spo­łecz­ną. Tu oczy­wi­ście wcho­dzi­my na grzą­ski grunt, bo w takich dzie­dzi­nach jak wyżej wymie­nio­ne łatwiej zauwa­żyć staw­ki ide­olo­gicz­ne okre­ślo­nych per­spek­tyw, meto­do­lo­gii czy – naj­ogól­niej rozu­mia­nych – wyja­śnień, jak dzia­ła świat. Kie­dy jed­nak opo­wia­da­my się za jakąś teo­rią eko­no­micz­ną czy socjo­lo­gicz­ną, robi­my to zasad­ni­czo z jed­ne­go powo­du – mia­no­wi­cie uwa­ża­my, że jest ona praw­dzi­wa. Nie myśli­my sobie: „tak, to jest wła­śnie ta pro­pa­gan­da ide­olo­gicz­na, za któ­rą od tej pory będę podą­żać jak owiecz­ka”. Prze­ko­nu­je nas dana wizja – uwa­ża­my, że w isto­cie dobrze opi­su­je mecha­ni­zmy rze­czy­wi­sto­ści. Mię­dzy inny­mi na to zwra­ca­li uwa­gę Wal­ter Benn Micha­els i Ste­phen Knapp, kie­dy pisa­li: „posia­da­nie prze­ko­nań ozna­cza po pro­stu przy­wią­za­nie do praw­dzi­wo­ści tego, w co się wie­rzy, i fał­szy­wo­ści tego, w co się nie wie­rzy”15. Co do zasa­dy nie wie­rzy­my w rze­czy, któ­rych nie uwa­ża­my za praw­dzi­we.

Dla­te­go nie zamie­rzam mówić o prze­ko­nu­ją­cych mnie spo­so­bach uję­cia natu­ry rze­czy­wi­sto­ści poli­tycz­nej, eko­no­micz­nej, spo­łecz­nej czy este­tycz­nej tak, jak­by były tyl­ko jed­ną z wie­lu moż­li­wo­ści patrze­nia na świat. Uwa­żam, że są praw­dzi­we i ade­kwat­nie opi­su­ją stan rze­czy­wi­sto­ści (a raczej okre­ślo­ne ele­men­ty tej­że). Nie sądzę, aby był w tym – suge­ro­wa­ny przez Sadzi­ka – dogma­tyzm reli­gij­ny; jest za to pró­ba rozu­mie­nia świa­ta i bra­nia odpo­wie­dzial­no­ści za swo­je prze­ko­na­nia.

Sko­ro więc zauwa­żam, że żyje­my w neo­li­be­ral­nym pań­stwie kapi­ta­li­stycz­nym, to może mnie inte­re­so­wać pró­ba prze­śle­dze­nia róż­nych kon­se­kwen­cji tego sta­nu: czy to spo­łecz­nych, czy to kul­tu­ro­wych. Jak pisał Vivek Chib­ber w The Class Matrix, gwa­ran­cją sta­bil­no­ści kapi­ta­li­zmu jest struk­tu­ra kla­so­wa, ponie­waż poszcze­gól­ni agen­ci muszą ją codzien­nie repro­du­ko­wać, aby prze­trwać lub utrzy­mać sta­bil­ną pozy­cję spo­łecz­ną (w doraź­nym indy­wi­du­al­nym inte­re­sie pra­cow­ni­ka czę­sto leży nie tyle bro­nie­nie swo­jej kla­sy i orga­ni­zo­wa­nie się w celu wal­ki poli­tycz­nej, ile raczej oku­pio­ne nie­wiel­kim ryzy­kiem gra­nie zgod­nie z zasa­da­mi wyzna­czo­ny­mi przez kie­row­nic­two). Ta sama struk­tu­ra jest jed­nak rów­nież powo­dem napięć spo­łecz­nych, bo opie­ra się na wyzy­sku.

Tyl­ko w jaki spo­sób (i czy aby nie zbyt wul­gar­ny, bez­po­śred­ni albo deter­mi­ni­stycz­ny) te obser­wa­cje natu­ry spo­łecz­nej mają wpły­wać na sztu­kę? Otóż nie ist­nie­je żad­na twór­czość, któ­ra nie odno­si­ła­by się w jakimś sen­sie do rze­czy­wi­sto­ści zewnętrz­nej. To prze­ko­na­nie nie musi wca­le nieść za sobą przed­mo­der­ni­stycz­ne­go zało­że­nia o przy­le­gło­ści sło­wa do rze­czy, nie musi nas też kie­ro­wać w stro­nę żad­nych sko­dy­fi­ko­wa­nych poetyk reali­stycz­nych. Było ono wszak arty­ku­ło­wa­ne już przez Roge­ra Garaudy’ego w jego ana­li­zach twór­czo­ści Pabla Picas­sa czy Fran­za Kaf­ki. Samo zauwa­że­nie, że sztu­ka zawsze coś (mniej­sze­go lub więk­sze­go, bar­dziej lub mniej syn­te­tycz­ne­go, bar­dziej lub mniej praw­dzi­we­go) mówi o rze­czy­wi­sto­ści, jesz­cze nie skut­ku­je żad­ny­mi postu­la­ta­mi kry­tycz­ny­mi. Takie postu­la­ty moż­na jed­nak for­mu­ło­wać. I na przy­kład w ślad za poja­wia­ją­cym się w naszych poprzed­nich tek­stach Ber­tol­tem Brech­tem powie­dzieć, że zada­niem sztu­ki jest budo­wa­nie ade­kwat­ne­go (czy­li praw­dzi­we­go) obra­zu świa­ta, nie w sen­sie ana­chro­nicz­nym ani wul­gar­nym. Sztu­ka reali­zu­je ten cel, korzy­sta­jąc ze środ­ków i moż­li­wo­ści, któ­rych wyma­ga dany moment histo­rycz­ny (nawet jeśli o tych wyma­ga­niach nie dowie­my się z żad­ne­go źró­dła zewnętrz­ne­go wobec samych dzieł). Mówie­nie bana­łów nigdy nie jest budo­wa­niem ade­kwat­ne­go obra­zu świa­ta – dla­te­go nie spo­sób doce­nić za realizm zbu­do­wa­nej na słusz­nych hasłach i poli­tycz­nych dekla­ra­cjach Modli­twy dla opor­nych Jasia Kape­li, ale moż­na ana­li­tycz­ny i zara­zem roz­bu­cha­ny este­tycz­nie Bailo­ut Toma­sza Bąka. Bo cho­ciaż poli­tycz­nie obu auto­rów wpi­sa­li­by­śmy w sze­ro­ko poję­tą lewi­cę i teo­re­tycz­nie mogli­by­śmy spo­dzie­wać się po nich mówie­nia o świe­cie podob­nych rze­czy, to szyb­ko zauwa­ży­my, że jeden z nich śli­zga się po powierzch­ni rze­czy­wi­sto­ści, a dru­gie­go inte­re­su­ją orga­ni­zu­ją­ce ją struk­tu­ry.

Jed­nak spra­wa nie­kie­dy nie jest tak oczy­wi­sta jak w pod­su­wa­nych prze­ze mnie tek­stach – nie zawsze prze­cież mamy do czy­nie­nia z auto­ra­mi dekla­ra­tyw­nie i świa­do­mie zaan­ga­żo­wa­ny­mi w pro­jekt lewi­co­wej sztu­ki odsła­nia­ją­cej mecha­ni­zmy rze­czy­wi­sto­ści. W powo­jen­nym spo­rze o realizm Artur San­dau­er powo­ły­wał się na pro­zę Bru­no­na Schul­za jako przy­kład twór­czo­ści świet­nie uchwy­tu­ją­cej okre­ślo­ną kon­dy­cję kla­so­wą:

Wyda­je mi się, że nie ma książ­ki sil­niej wyra­ża­ją­cej tra­ge­dię pew­ne­go odła­mu miesz­czań­stwa, pust­kę życio­wą i wyni­ka­ją­cą stąd uciecz­kę w fan­ta­sty­kę – niż „Skle­py cyna­mo­no­we” Schul­za. Rze­czy­wi­stość histo­rycz­na nie jest tak pro­sta, jak skłon­ni byli­by­śmy przy­pusz­czać; spo­sób mówie­nia o niej bywa róż­ny, nie­raz okręż­ny; nie zawsze tre­ścio­wy, cza­sem i for­mal­ny16.

Jan Kott pisał z kolei o ogro­mie wie­dzy, któ­rą moż­na czer­pać z dzieł Mar­ce­la Pro­usta, nazy­wa­ne­go przez nie­go wiel­kim „Balza[kiem] Guer­man­tów, któ­ry poka­zał nicość towa­rzy­skiej kome­dii”17. Przy­kła­dy moż­na by mno­żyć, a pan­te­on lewi­co­wych kry­ty­ków doce­nia­ją­cych eks­pe­ry­men­tal­ne dzie­ła powięk­szać jesz­cze dłu­go. I poka­zy­wać tym samym, że uzna­wa­nie obiek­tyw­no­ści struk­tu­ry kla­so­wej czy nad­rzęd­no­ści spo­łecz­nych anta­go­ni­zmów nie musi – wbrew czę­sto pod­no­szo­nym w roz­ma­itych dys­ku­sjach argu­men­tom – wul­ga­ry­zo­wać wizji lite­ra­tu­ry. Może ją nato­miast porząd­ko­wać i niu­an­so­wać.

Wyj­ścio­we dla naszych pole­mik wzru­sze­nie jest tu kwe­stią dru­go­rzęd­ną. Cza­sem, kie­dy sztu­ka powie nam coś praw­dzi­we­go o świe­cie, może­my się wzru­szyć. Cza­sem, kie­dy sztu­ka powie nam coś nie­praw­dzi­we­go o świe­cie, też może­my się wzru­szyć. W związ­ku z tym naj­waż­niej­szym pyta­niem kry­tycz­no­li­te­rac­kim pozo­sta­je nie to, czy pła­cze­my czy nie, czy nasze łzy są słusz­ne czy wręcz prze­ciw­nie – ale czy uwa­ża­my, że dzie­ło powie­dzia­ło nam coś praw­dzi­we­go o świe­cie (a że mogło to zro­bić za pośred­nic­twem wzru­sze­nia – to dla mnie rzecz zupeł­nie nie­kon­tro­wer­syj­na).

I na koniec: napraw­dę nie wiem, czy zga­dzam się z przy­to­czo­nym przez Sadzi­ka zby­wa­ją­cym war­to­ścio­wa­niem dzieł Pro­usta wyar­ty­ku­ło­wa­nym przez Wan­dę Wasi­lew­ską lub Ada­ma Waży­ka (z porów­na­nia do nich nie ukry­wam dzi­kiej dumy). Czy­ta­łam tyl­ko pierw­szy tom W poszu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su, i to daw­no temu. Żeby spró­bo­wać odpo­wie­dzieć na pyta­nie, czy nam Pro­ustów potrze­ba czy nie, musia­ła­bym wró­cić do tej lek­tu­ry, zająć się nią porząd­nie i z uwa­gą tę kwe­stię prze­my­śleć. Jedy­nym, cze­go na pew­no nie zro­bię, jest rytu­al­ne pochy­le­nie gło­wy w geście uzna­nia dla pod­ręcz­ni­ko­we­go auto­ry­te­tu. Do nie­go nie mam zaufa­nia, tak samo jak do wie­lu moich łez – ufam nato­miast wysił­ko­wi inter­pre­ta­cji.

 

1 P. Sadzik, Zaufać (nie­któ­rym) łzom, „Dzien­nik Lite­rac­ki”, 9.10.2025, onli­ne: https://dziennikliteracki.pl/piotr-sadzik-zaufac-niektorym-lzom-zuzanna-sala-podawac-w-watpliwosc-wlasne-lzy-krytyka-wspolczesna-polska-krytyka-wspolczesna-dyskusje-krytyczne-szkice-polemika/ [dostęp: 13.03.2026].

2 Ten­że, Gry pozo­rów, „Dwu­ty­go­dnik”, onli­ne: https://www.dwutygodnik.com/artykul/12327-gry-pozorow.html [dostęp: 13.03.2026].

3 Ten­że, Zaufać

4 Tam­że.

5 Tam­że.

6 Tech­ni­ki tera­pii poznaw­czej. Pod­ręcz­nik prak­ty­ka, wyd. 2. roz­sze­rzo­ne: Psy­chia­tria i Psy­cho­te­ra­pia, Kra­ków: Wydaw­nic­two Uni­wer­sy­te­tu Jagiel­loń­skie­go, 2018, s. 30.

7 Piotr Sadzik zapew­niał co praw­da, że ten utwór „żad­ne­go pokrze­pie­nia nie nie­sie”, jed­nak w tym samym miej­scu opi­sy­wał krze­pią­ce wnio­ski z nie­go wypły­wa­ją­ce („ludzie, choć poka­le­cze­ni, nigdy nie dają u niej za wygra­ną”). Upie­ra­jąc się więc przy uży­ciu tego okre­śle­nia do opi­su ładun­ku emo­cjo­nal­ne­go obu utwo­rów, nie tyle igno­ru­ję roz­po­zna­nia Sadzi­ka, ile raczej sta­ram się wska­zać ich wewnętrz­ną sprzecz­ność.

8 Pokrze­pie­nie [w:] Słow­nik języ­ka pol­skie­go PWN, onli­ne: https://sjp.pwn.pl/sjp/pokrzepienie;2503656.html [dostęp: 13.03.2026].

9 P. Sadzik, Zaufać

10 Tam­że.

11 Zob. mię­dzy inny­mi R. Leys, Wstyd współ­cze­śnie [w:] Histo­rie afek­tyw­ne i poli­ty­ki pamię­ci, red. E.Z. Wichrow­ska i in., tłum. T. Bil­czew­ski, A. Kowal­cze-Paw­lik, War­sza­wa: Insty­tut Badań Lite­rac­kich PAN, 2015, s. 376–377.

12 A. Chro­mik, Odcze­pić się od wła­snych łez – do cze­go mogą przy­dać się afek­ty?, „Dzien­nik Lite­rac­ki”, 4.12.2025, onli­ne: https://dziennikliteracki.pl/anna-chromik-odczepic-sie-od-wlasnych-lez-do-czego-moga-przydac-sie-afekty-zuzanna-sala-podawac-w-watpliwosc-wlasne-lzy-piotr-sadzik-zaufac-niektorym-lzom-krytyka-wspolczesna-polska-krytyka-wspolczesn/ [dostęp: 13.03.2026]. Wyróż­nie­nia w cyta­cie – Z.S.

13 Zob. M. Nowic­ka-Fran­czak, Gniew, jak ręko­pi­sy, nie pło­nie, „Dzien­nik Lite­rac­ki”, 10.02.2026, onli­ne: https://dziennikliteracki.pl/magdalena-nowicka-franczak-gniew-jak-rekopisy-nie-plonie-anna-chromik-odczepic-sie-od-wlasnych-lez-do-czego-moga-przydac-sie-afekty-zuzanna-sala-zuzanna-sala-podawac-w-watpliwosc-wlasne-lzy-piotr-sadz/ [dostęp: 13.03.2026].

14 P. Sadzik, Zaufać

15 W.B. Micha­els, S. Knapp, Aga­inst The­ory [w:] Aga­inst The­ory. Lite­ra­ry Stu­dies and the New Prag­ma­tism, red. W.J.T. Mit­chell, Chi­ca­go: Uni­ver­si­ty of Chi­ca­go Press, 1985, s. 26.

16 A. San­dau­er, Zawi­le [w:] Spór o realizm 1945–1948, t. 20: Pole­mi­ka Kry­tycz­no­li­te­rac­ka w Pol­sce, red. P. Mac­kie­wicz, Poznań: Wydaw­nic­two Poznań­skie­go Towa­rzy­stwa Przy­ja­ciół Nauk, 2020, s. 104–105.

17 J. Kott, Zoil albo o powie­ści współ­cze­snej [w:] Spór o realizm 1945–1948…, s. 188.

– krytyczka literacka, literaturoznawczyni, asystentka w Katedrze Krytyki Współczesnej na Wydziale Polonistyki UJ.

więcej →

– adiunkt na Wydziale Polonistyki UW.

więcej →

– adiunktka w Instytucie Filologii Angielskiej UKEN w Krakowie.

więcej →

Magdalena Nowicka-Franczak

– socjolożka, krytyczka literacka, czytelniczka.

więcej →

Powiązane teksty

10.02.2026
Polemika

Gniew, jak rękopisy, nie płonie

W „Dzienniku Literackim” opublikowaliśmy szkic Zuzanny Sali Podawać w wątpliwość własne łzy, w którym autorka odnosiła się do książek mających wywoływać w nas wzruszenia. Piotr Sadzik częściowo kwestionował jej tezy w artykule Zaufać (niektórym) łzom, Anna Chromik zaś w szkicu Odczepić się od własnych łez – do zapisów trojga autorów nawiązuje Magdalena Nowicka-Franczak.

31.01.2026
Polemika

Najważniejszym gestem krytycznym jest wymyślenie chwytliwego tytułu

W swojej polemice Dawid Kujawa odwołuje się do „kokieterii”, z którą miałabym mówić o wykluczeniu poetek z pewnych dyskursów o literaturze oraz o moim korzystaniu z argumentu usytuowania – Agnieszka Waligóra polemizuje z tezami przedstawionymi w szkicu Dawida Kujawy opublikowanym w „Dzienniku Literackim” 28 października 2025 roku.