Bardzo cieszą mnie opublikowane na łamach „Dziennika Literackiego” odpowiedzi Piotra Sadzika, Anny Chromik i Magdaleny Nowickiej-Franczak na mój tekst. Żywię bowiem przekonanie, że tego rodzaju wymiany zdań służą klaryfikacji stanowisk i wymuszają na autorach artykułów poważną, odpowiedzialną reakcję. W dobie przenoszenia debaty o spornych rozpoznaniach krytycznoliterackich do socialmediowych pohukiwań (jak w przypadku głośnej publikacji Adama Wrotza Czy bohater polskiej powieści kupił już sobie komputer?, która tak wielu oburzała, a w zasadzie nikogo nie skłoniła do napisania polemiki) fakt, że komuś chce się skonstruować cały długi tekst w odpowiedzi na przedstawione przeze mnie refleksje, odczytuję jako największy komplement. Postanowiłam więc wykorzystać tę łechtającą moje ego sytuację komunikacyjną do rozwinięcia kilku wątków i wyjaśnienia paru problemów.
Twój płacz jest lepszy niż mój
Uporządkowanie palących kwestii nie będzie łatwe – moi polemiści poruszają bowiem zagadnienia tak szerokie i dotykają tak wielu wątków, że nie sposób oddać im sprawiedliwości na przestrzeni jednego tekstu. Skupię się więc na tym, co powinno zostać wyartykułowane już na samym początku moich zeszłorocznych rozważań, ale przez mylne założenie domyślności problemu zostało przeze mnie pominięte – na kwestii interpretacji. Najwięcej miejsca poświęcę odpowiedzi na argumenty Piotra Sadzika, dlatego że do jego perspektywy jest mi najbliżej. Sądzę bowiem, że najważniejsze są dyskusje pogłębione – dotyczące nie tylko ogólnych założeń związanych z literaturą, ale przede wszystkim szczegółowych rozpoznań w kwestii mechanizmów jej funkcjonowania. Wobec tych polemistek, z którymi niemal nic mnie światopoglądowo nie łączy, postaram się jedynie odnotować miejsca sporu. Nie łudzę się jednak, że przy tak diametralnych różnicach w myśleniu o kulturze i polityce zdołam skonstruować argumenty mogące przekonać większość tych, którzy podjęli ze mną dyskusję.
Przyznaję jednak, że początkowo musiałam zwalczyć w sobie pokusę rozegrania odpowiedzi za pomocą mojego ulubionego mechanizmu obronnego, polegającego na pozycjonowaniu się jako prosta baba. To kuszący, ale dość nisko zawieszony owoc: żarty z tego, że Sadzik płacze tylko nad arcydziełami i to jest ten dobry płacz (więc autor go broni), a ja, dziołcha z Bierutowa, zakasające rękawy do roboty babiszcze, nie mam tych inteligenckich skrupułów i beczę nad co bardziej wzruszającymi reklamami Coca-Coli i wieńczącymi sezon odcinkami amerykańskich sitcomów, co oczywiście stanowi przykład płaczu złego (więc go szkaluję). Przerzucanie się habitusami byłoby jednak niewłaściwe nie tylko z powodu oczywistego fałszu takiego zestawienia (oboje jesteśmy państwo doktorzy literaturoznawstwa mieszkający w dwóch największych miastach Polski, a ja od ładnych paru lat nie utrzymuję się z pracy fizycznej – dzieli nas mniej, niż mogłabym sugerować), ale przede wszystkim ze względu na zupełne ominięcie faktycznych przyczyn naszej niezgody. Takie zagranie retoryczne kusiło mnie jednak niebezpodstawnie – Sadzik zarzucił mi bowiem, że „ułatwia[m] sobie rozprawę ze łzami doborem analizowanego materiału”1, a to zupełnie zbiło mnie z tropu. Byłam bowiem przekonana, że w tekście Podawać w wątpliwość własne łzy dobieram możliwie jak najbardziej problematyczny materiał.
Osobiście nigdy nie miałam większego problemu z przyznawaniem się do reakcji emocjonalnej wywoływanej przez dzieła wartościowe. Podkreślanie, że rośnie mi w gardle gula za każdym razem, gdy wracam do Anki Władysława Broniewskiego, jest w oczywisty sposób splecione z uznaniem dla mistrzostwa formy opartej na tworzeniu przez poetę ramy poetyckiej i wypadaniu z niej – zgodnie z rytmem rozpaczy i żałoby. Tu właściwie nie ma żadnego problemu, bo walory artystyczne i emocjonalne splatają się w nierozerwalnym duecie, a nawet stają się nierozróżnialne: autor pisze o przerażająco smutnych rzeczach w przerażająco sprawny sposób i tym samym konfrontuje z rozpaczą mnie jako czytelniczkę. Nic dziwnego, że beczę – taka konfrontacja to coś, czego nie da się łatwo znieść, co wstrząsa odbiorcą także w wymiarach poznawczym i estetycznym. Podobne przykłady mogłabym zresztą znaleźć także w najnowszej literaturze, którą uważam za bardzo dobrą. Płakałam, czytając Zakłady holenderskie Radosława Jurczaka, przede wszystkim dlatego, że była to książka jednocześnie piękna i obojętna wobec świata, z jednej strony pokazująca indywidualne modelowe historie, z drugiej zaś – projektująca perspektywę bezwzględnie nieludzką. Jurczakowi udało się uchwycić wzniosłość podobną do tej odczuwanej przeze mnie podczas myślenia o najbardziej przerażających rzeczach, takich jak istnienie Pacyfiku, Jowisza czy globalnego kapitału – wielkich bytów, wobec których jesteśmy bezsilni, ale i wobec których istniejemy. Nie znam potężniejszej trwogi. Wystawianie się na te odczucia jest zadaniem tak emocjonalnym, jak intelektualnym. Wielkie problemy mają to do siebie, że myślenie o nich rzadko przynosi nieodroczone ukojenie.
Kiedy natomiast sięgam po przykłady w rodzaju holopolo, próbuję zwrócić uwagę na faktycznie problematyczne miejsca: takie, w których ładunek emocjonalny jest kluczowy, a ambicje intelektualne czy artystyczne są nam uporczywie sygnalizowane, ale nijak nie dosięgają do poziomu emocji. Zauważenie tego schematu pozwala pójść dalej – zastanowić się, gdzie jeszcze napotykamy podobne uproszczenia, problemy, manipulacje. W poprzednim tekście opublikowanym na łamach „Dziennika Literackiego” próbuję dowieść, że nierzadko znajdziemy je we współczesnej polskiej literaturze pięknej. Dyskutowanej przez krytykę literacką, opiewanej w laudacjach i niemal nigdy nierozliczanej z tego, z czego rozlicza się holopolo. I o ile w zestawieniu osobowym Zuzanna Sala vs. Piotr Sadzik sugerowany przeze mnie na początku tekstu argument z kapitału symbolicznego upada (bo poziom tego zasobu jest w naszym przypadku plus minus podobny), o tyle w zestawieniu Heather Morris vs. Mateusz Pakuła może wytrzymać próbę weryfikacji. Krytykom, literaturoznawcom, intelektualistom trochę nie wypada płakać nad popholokaustową obyczajówką. Nad politycznie zaangażowaną eksperymentatorską autofikcją napisaną przez uznanego dramatopisarza współczesnego – czemu nie? Sadzik zbył tę kwestię, bo nie miał wątpliwości co do wartościowania opisywanych przeze mnie książek – nie ceni on bowiem ani holopolo, ani romantasy, ani najnowszej książki Małgorzaty Lebdy, ani debiutu Mateusza Pakuły. I ta deklaracja wydaje mi się jednym z cenniejszych skutków ubocznych naszej polemiki – zawsze to dobrze, gdy krytyk i juror wyartykułuje publicznie wątpliwości co do przecenianych w dyskursie literackim tytułów. Powiedziałabym może nawet, że to nasz krytycznoliteracki obowiązek – i zachęciła do częstszego wchodzenia w doraźne dyskusje publiczne tego rodzaju, wszak kształtują one bieżące hierarchie i pozwalają zrewidować powtarzane komunały; są tym samym właściwym mięchem krytyki literackiej. Zdaje się jednak, że zanim zdążyłam wyartykułować te myśli na łamach „Dziennika Literackiego”, Sadzik w innym czasopiśmie („Dwutygodniku”)2 i bez mojego strofowania wziął się do tego rodzaju pracy. Oby tylko nadmiernie rozdmuchana i pozamerytoryczna dyskusja nie zniechęciła go do jej kontynuowania.
Jednak to właśnie absolutna oczywistość negatywnego wartościowania analizowanych przeze mnie utworów tłumaczy, dlaczego Sadzik proponuje przesunięcie akcentów w naszej dyskusji. Chce się on bowiem zająć nie tylko interesującym mnie „złym” (jak to określa) wzruszeniem, ale też zajmującym go wzruszeniem „dobrym”. I ten podział wiąże się z pierwszym problemem, który chciałabym spróbować rozpracować.
Czym się różnią wzruszenia?
Niezwykle bliska mi osoba w rodzinie wzrusza się nad prawdopodobnie wysoce wątpliwymi politycznie poppowieściami obyczajowymi dotyczącymi rzezi wołyńskiej, które – jak mniemam – są specyficzną iteracją tego samego gatunku co holopolo. Nie sądzę jednak, aby te teksty „ofer[owały] najwyżej dreszczyk wynikający z obcowania z pornografią zbrodni”3 – ich wrażliwa i czuła czytelniczka, którą mam teraz na myśli, wzrusza się ze względu na inny odruch, szeroko dziś opiewany we współczesnej humanistyce: empatię. Ewentualna pornograficzność zbrodni ma w oczach tej odbiorczyni jeden wymiar: uwypukla cierpienie ofiar, z którymi należy współodczuwać i o których należy pamiętać. Jej wzruszenie bierze się z konfrontacji z nieuzasadnioną krzywdą, z wewnętrznej niezgody na nią i z bezsilności wobec historii. Nie wiem, czy jej motywacje i przeżycia emocjonalne są mniej skomplikowane, prostsze albo łatwiejsze do oswojenia niż moje, gdy czytam treny Broniewskiego albo przerażającą poezję Jurczaka. Każdą z nas przeżywane emocje zmuszają do konfrontacji z czymś, co rozpoznajemy jako wielkie i trudne, ale żadnej z nas nie poniewierają bez końca – ostatecznie obie wstajemy od lektur, otrząsamy się i wracamy do obowiązków. Szczerze powiedziawszy, mam wątpliwości, czy te emocje same w sobie różnią się w jakikolwiek dający się uchwycić sposób – podobnie jak mam wątpliwości, czy wzruszenie nad Żeby Polska była Polską da się tak łatwo oddzielić od wzruszenia nad Polską Madonną. Faktyczna różnica między tymi przykładami (zarówno podsuwanymi przeze mnie, jak i przez Sadzika) tkwi bowiem nie w samej emocji – jak sugeruje Sadzik – a w strukturze znaczącej, która daną emocję wykorzystuje i projektuje. Gdybyśmy mieli sobie to zwizualizować, zobaczylibyśmy dwa zbiory: jeden większy, drugi mniejszy (w znacznej mierze zawarty w tym większym).
Sadzik argumentuje, że przy obcowaniu z zestawianymi przez niego tekstami (czyli właśnie Żeby Polska była Polską i Polską Madonną) zachodzą „różnice w samej aktywizowanej […] emocji”4. Kiedy jednak przyjrzymy się jego argumentacji, możemy zwątpić, czy faktycznie pisze on o emocjach. Zdaje się, że mój polemista przesuwa uwagę z mniejszego zbioru na ten większy, obejmujący po prostu znaczenie interesujących go utworów. Jak twierdzi:
Mówiąc najkrócej, w pierwszym przypadku łzy wypływają z konsolidującego „ja” pokrzepienia przynależnością do kolektywu, który w łańcuchu pokoleń, mimo burz historii i przeciwności losu, niósł opowieść o sobie samym, by dzięki temu przetrwać. Piosenka Maryli Rodowicz do słów Agnieszki Osieckiej żadnego pokrzepienia nie niesie. Zamiast tego zapewnia gorzką i precyzyjną diagnozę położenia jednostki narażonej na jak najbardziej konkretną, historycznie uwarunkowaną społeczną przemoc, która, jak to w najlepszych tekstach bywa, przekracza ciasne ramy doraźności. Płacz bierze się tu więc z tego, że – jak zawsze – Osiecka, arcymistrzyni dialektycznych historii o poharatanym życiu, nie ma złudzeń („sen ci daruje nadzieję płonną”), a zarazem ludzie, choć pokaleczeni, nigdy nie dają u niej za wygraną5.
Jeśli w ślad za Robertem L. Leahym, autorem podręcznika Techniki terapii poznawczej, zauważymy, że: „1) Myśli są zjawiskiem odrębnym od uczuć; 2) Myśli wywołują uczucia (i zachowania)”6, to jesteśmy w stanie pójść dalej i użyć tej wiedzy do zaznaczenia granicy między jednym a drugim. Dla ułatwienia możemy nawet skorzystać z wzoru tabeli umieszczonego w tym samym podręczniku:
Tego, co wypunktowane zostało w prawej kolumnie tabeli, nie da się odczuwać bez uprzedniego przyswojenia tego, co znajduje się w kolumnie lewej. Kiedy interpretujemy, czyli dociekamy znaczenia utworów, musimy oczywiście odnotować treść obu kolumn (nie możemy zignorować oczekiwanego/projektowanego wpływu emocjonalnego na odbiorcę – wpływ ów jest elementem znaczenia dzieła). Łatwo jednak zauważyć, że choć lewa strona tabeli jest dość zróżnicowana, to opcje z prawej łatwiej się powtarzają – na przykład „pokrzepienie” znajduje się zarówno w pierwszej linijce (dotyczącej Żeby Polska była Polską), jak i w ostatniej (odnoszącej się do Polskiej Madonny)7. Nie sądzę, aby istniała jakaś faktyczna różnica między pokrzepieniem1 a pokrzepieniem2 – uczucie zdefiniowane przez Słownik Języka Polskiego PWN jako „coś, co dodaje sił psychicznych, krzepi”8, polega na tym samym w obu przytoczonych przez Sadzika utworach. Różnica leży nie w „samej aktywizowanej […] emocji”9, a w tym, jak dana emocja została wprowadzona i wykorzystana na potrzeby utworu. W docenionej przez mojego polemistę Polskiej Madonnie zderzone zostają sprzeczne wnioski egzystencjalne i emocjonalne – kompleksowość opowieści ma wynikać z jej (jak wskazał Sadzik) dialektycznej struktury. Huśtawka emocjonalna (od poczucia beznadziei do jego przeciwieństwa) wprowadza niepewność i niuansuje wnioski. Żeby Polska była Polską nie osiąga tego efektu ze względu na swoją jednoznaczność i prostolinijność – pokrzepienie1 wydaje nam się prostsze niż pokrzepienie2 nie dlatego, że samo w sobie takie jest, ale ze względu na strukturę znaczącą, w jaką zostało wpisane.
To drobna korekta, ale wprowadzenie jej niweluje właściwie większość różnicy zdań między mną a Piotrem Sadzikiem – wyjaśnia rozbieżność wynikłą z komunikacyjnego nieporozumienia (która z kolei najpewniej jest pokłosiem braku precyzji terminologicznej w moim pierwotnym tekście). Dzięki proponowanemu wyżej dookreśleniu jesteśmy w stanie zauważyć, że – mimo podjętych przeze mnie nie bez polemicznej radości przepychanek – niespecjalnie istotne jest to, kto nad czym płacze, a próba ustawienia granicy między autentycznym/ważnym/pogłębionym wzruszeniem a tym, „co zostało bezczelnie spreparowane jako mające poruszać”10 (zgodnie z postulatem Sadzika i niedaleko od rozważań Magdaleny Nowickiej-Franczak), z konieczności musi skończyć się na arbitralnym przyjęciu własnego doświadczenia estetycznego jako gwarancji dystynkcji. A więc na argumencie z autorytetu.
Sama argumentu z autorytetu nie kupuję, interesuje mnie jedynie argument z argumentu (interpretacyjnego). I właśnie dzięki przywiązaniu do niego mam okazję zauważyć, że choć emocje niezwykle bliskiej mi osoby zaczytującej się w poppowieściach o rzezi wołyńskiej są niewinne i wypływają z dobroci serca, wciąż mogę spierać się z tą osobą o to, do czego zostały wykorzystane w danej literaturze i reprodukcji jakiej wizji świata służą (a więc jakiej struktury znaczącej są elementem). Nie muszę jej w tym celu wcale dowodzić, że dała się ogłupić, zmanipulować czy nabrać na łatwy chwyt. Sama zbyt często daję się nabrać, żeby w chlipaniu jako takim widzieć problem.
Jak widać, opowiadam się w tym miejscu przeciwko antykognitywistycznym teoriom emocji – prezentowanym w tej dyskusji, jeśli dobrze zrozumiałam, przede wszystkim przez Annę Chromik. Nie będę tutaj dokładnie rekonstruować przekonujących w moim mniemaniu krytyk tych (wywodzących się od Williama Jamesa) koncepcji, które lokują emocje pierwotnie w ciele i które z założenia mają dowodzić przedpoznawczego charakteru afektów. Na własne potrzeby sprowadzę wątpliwości co do tych perspektyw do prostego pytania: jeśli czujemy rzeczy najpierw w ciele, a dopiero na podstawie rozpoznania reakcji cielesnej zaczynamy poznawczo przyswajać emocje, to jak wytłumaczyć fakt, że nasze gruczoły potowe „wiedzą” o przyczynach naszego stresu? A nasze mięśnie w nogach, odpowiadające za mimowolne ugięcie kolan, o naszym gwałtownym wzruszeniu? Odpowiedź brzmi: oczywiście nie wiedzą, dostają te informacje z mózgu. Nasze emocje nie tylko są źródłem wiedzy o nas samych, ale także wynikają z naszej wiedzy na temat sytuacji, w której się znaleźliśmy (choćby i ta wiedza nie była przez nas do końca uświadomiona). Co prawda zwykle w pełni zdajemy sobie sprawę z naszych emocji dopiero po tym, gdy zinterpretujemy reakcje własnego ciała, ale nie zmienia to faktu, że emocje były przedmiotem naszej wiedzy już wcześniej. Bo tak, możemy wiedzieć o czymś, czego nie jesteśmy w pełni świadomi. Nie ma w tym żadnej sprzeczności, choć jest zniuansowana i warta naszej uwagi struktura emocji jako intencjonalnego procesu11.
Czysto hipotetycznie: jeśli czytam książkę, w której znajduje się opis wysokiej brunetki w ramonesce, moje serce może mocniej zabić. Gdy rozpoznam tę reakcję ciała, mogę zastanowić się, z czego ona wynikła. Po chwili dotrze do mnie, że bohaterka książki szokująco przypomina moją byłą partnerkę, z którą rozstałam się trzy tygodnie temu – rana po zakończeniu relacji jest jeszcze niezabliźniona, więc każde skojarzenie tego typu może wywołać we mnie silne emocje. Dopóki nie dam sobie czasu na rozpoznanie tej reakcji, nie zrozumiem, z czego ona wynikała. Jednak to, czy przepracuję nagłe wzruszenie czy nie, nie zmieni faktu, że ono się wydarzyło, a jego powód był cały czas ten sam. Jeśli nie dam sobie przestrzeni na jego przemyślenie, to nie będę zdawała sobie sprawy, że wzruszyłam się czy zestresowałam, bo coś przypomniało mi moją byłą. Ale to, że tak się stało, wciąż będzie prawdą.
Idąc tym tropem: dzięki zastanowieniu się i zinterpretowaniu tego odczucia związanego z lekturą mogę dowiedzieć się czegoś na własny temat – zrozumieć lepiej sytuację, w której się znajduję, i uznać trudny, wrażliwy moment w moim życiu. Jest to bez wątpienia przyrost wiedzy – ta wiedza dotyczy jednak moich emocji, doświadczeń, relacji. Nie mówi mi natomiast nic o interpretowanym tekście. Autor nie opisał przecież wysokiej brunetki w ramonesce po to, by wystawić mnie na wspomnienie byłej. W kolorowym grafie, który rozrysowałam wyżej, moje wzruszenie lokowałoby się więc na żółtym tle, należałoby do „innych emocji czytelnika”, towarzyszących lekturze, ale niebędących częścią procesu rozumienia tekstu. I w tym sensie lokowałoby się obok problemów związanych z interpretowaniem i wartościowaniem dzieła – obok problemów krytyki literackiej.
Anna Chromik w tekście Odczepić się od własnych łez – do czego mogą przydać się afekty? skupia się jednak na takich właśnie sytuacjach i problemach, co prowadzi ją do przekonania, że „literatura i krytyka są zawsze formami ekspresji określonego usytuowania – rezultatami doświadczanej lokalności, mobilności i widzialności w sieciach społecznych, a więc efektami relacji patrzenia i bycia postrzeganym”12. I tym samym opowiada się po stronie apologii przyczynowo-skutkowego (by nie powiedzieć: deterministycznego) spojrzenia na literaturę. Rezygnacja z krytyki literackiej na rzecz myślenia wyłącznie o „przyczynie i skutku, o stanie i symptomie” nie jest bowiem – jak twierdzi Chromik – związana ze skupianiem się na psyche autora/artysty. Jest związana ze skupianiem się na pozycjach podmiotowych dyskutujących zamiast na przedmiocie sporu. I naprawdę nie ma znaczenia, czy nasze pozycje są silne, czy słabe, czy jestem wykładowczynią na największej polskiej polonistyce, czy córką alkoholika z wykształceniem podstawowym, który nie płacił alimentów (czy może oboma?). Nie ma znaczenia, czy nasze emocje to gniew, czy wzruszenie (co, zdaje się, jest istotnym problemem dla Magdaleny Nowickiej-Franczak)13. Bo jeśli skupiamy się na tym, co nam robią teksty i jak to o nas świadczy, to uprawiamy autopsychoterapię, nie krytykę. Oczywiście można lobbować za mieszaniem tych porządków – sama jednak pozostanę orędowniczką ich oddzielania. Mam bowiem wrażenie, że autopsychoterapia łatwo może zdominować całą krytykę, podporządkować sobie wszystkie spory i sprowadzić naszą rozmowę do ekspresji indywidualnych pozycji podmiotowych. Czyli znaturalizować neoliberalizm w dyskusji o literaturze.
Czy potrzeba nam Proustów?
Oprócz omówionych przeze mnie powyżej kwestii, których podniesienie przez Sadzika wynikło według mnie w znacznej mierze ze zwykłego nieporozumienia, w Zaufać (niektórym) łzom widać także faktyczne miejsce sporu. A jest nim sprawa „nadrzędności społecznego antagonizmu”14. Łączy się ona nieco z poruszanym przez Annę Chromik problemem reprezentacji i działania, jest jednak zogniskowana na konkretnym zagadnieniu politycznym. Skoro więc Sadzik ironizował z moich milcząco przyjętych założeń na temat sztuki, postanowiłam skorzystać z okazji i dla porządku wyartykułować je wprost. Krótka wersja odpowiedzi na uwagi mojego polemisty brzmiałaby po prostu: owszem, w obecnych warunkach historycznych zauważam nadrzędność określonych struktur generujących społeczne antagonizmy, a jednym z ważniejszych zadań literatury jest według mnie ich celne i adekwatne historycznie uwidacznianie. Ponieważ jednak taka skrótowa deklaracja mogłaby wywołać zrozumiałe wątpliwości czytelników, postaram się wytłumaczyć te sprawy krok po kroku, możliwie jasno.
Zanim jednak zagłębimy się w problemy krytyki literackiej, musimy porozmawiać o świecie – i o przekonaniach na temat jego natury. Do poniższej argumentacji nie przekonam najpewniej radykalnych konstruktywistów czy solipsystów. Żeby rozmawiać o czymkolwiek – na przykład o literaturze – musimy się zgodzić co do tego, że rzeczywistość jest obiektywna, rządzi się możliwymi do badania i poznawania prawami. W konfuzję oczywiście wprawia niewiedza – fakt, że zasady, zgodnie z którymi działa świat, bywają szalenie zniuansowane i trudne do uchwycenia, a także ulegają historycznym aktualizacjom. Daleko nam (jako ludzkości) do osiągnięcia stanu stabilnej i skończonej wiedzy na temat rzeczywistości, ale nie zatrzymujemy się na konstatacji o skomplikowaniu świata. Próbujemy zrozumieć, jak działają te zniuansowane struktury, i niekiedy nam się to udaje – na tym polega rozwój wiedzy.
Badać można nie tylko prawa natury, ale także między innymi ekonomię czy organizację społeczną. Tu oczywiście wchodzimy na grząski grunt, bo w takich dziedzinach jak wyżej wymienione łatwiej zauważyć stawki ideologiczne określonych perspektyw, metodologii czy – najogólniej rozumianych – wyjaśnień, jak działa świat. Kiedy jednak opowiadamy się za jakąś teorią ekonomiczną czy socjologiczną, robimy to zasadniczo z jednego powodu – mianowicie uważamy, że jest ona prawdziwa. Nie myślimy sobie: „tak, to jest właśnie ta propaganda ideologiczna, za którą od tej pory będę podążać jak owieczka”. Przekonuje nas dana wizja – uważamy, że w istocie dobrze opisuje mechanizmy rzeczywistości. Między innymi na to zwracali uwagę Walter Benn Michaels i Stephen Knapp, kiedy pisali: „posiadanie przekonań oznacza po prostu przywiązanie do prawdziwości tego, w co się wierzy, i fałszywości tego, w co się nie wierzy”15. Co do zasady nie wierzymy w rzeczy, których nie uważamy za prawdziwe.
Dlatego nie zamierzam mówić o przekonujących mnie sposobach ujęcia natury rzeczywistości politycznej, ekonomicznej, społecznej czy estetycznej tak, jakby były tylko jedną z wielu możliwości patrzenia na świat. Uważam, że są prawdziwe i adekwatnie opisują stan rzeczywistości (a raczej określone elementy tejże). Nie sądzę, aby był w tym – sugerowany przez Sadzika – dogmatyzm religijny; jest za to próba rozumienia świata i brania odpowiedzialności za swoje przekonania.
Skoro więc zauważam, że żyjemy w neoliberalnym państwie kapitalistycznym, to może mnie interesować próba prześledzenia różnych konsekwencji tego stanu: czy to społecznych, czy to kulturowych. Jak pisał Vivek Chibber w The Class Matrix, gwarancją stabilności kapitalizmu jest struktura klasowa, ponieważ poszczególni agenci muszą ją codziennie reprodukować, aby przetrwać lub utrzymać stabilną pozycję społeczną (w doraźnym indywidualnym interesie pracownika często leży nie tyle bronienie swojej klasy i organizowanie się w celu walki politycznej, ile raczej okupione niewielkim ryzykiem granie zgodnie z zasadami wyznaczonymi przez kierownictwo). Ta sama struktura jest jednak również powodem napięć społecznych, bo opiera się na wyzysku.
Tylko w jaki sposób (i czy aby nie zbyt wulgarny, bezpośredni albo deterministyczny) te obserwacje natury społecznej mają wpływać na sztukę? Otóż nie istnieje żadna twórczość, która nie odnosiłaby się w jakimś sensie do rzeczywistości zewnętrznej. To przekonanie nie musi wcale nieść za sobą przedmodernistycznego założenia o przyległości słowa do rzeczy, nie musi nas też kierować w stronę żadnych skodyfikowanych poetyk realistycznych. Było ono wszak artykułowane już przez Rogera Garaudy’ego w jego analizach twórczości Pabla Picassa czy Franza Kafki. Samo zauważenie, że sztuka zawsze coś (mniejszego lub większego, bardziej lub mniej syntetycznego, bardziej lub mniej prawdziwego) mówi o rzeczywistości, jeszcze nie skutkuje żadnymi postulatami krytycznymi. Takie postulaty można jednak formułować. I na przykład w ślad za pojawiającym się w naszych poprzednich tekstach Bertoltem Brechtem powiedzieć, że zadaniem sztuki jest budowanie adekwatnego (czyli prawdziwego) obrazu świata, nie w sensie anachronicznym ani wulgarnym. Sztuka realizuje ten cel, korzystając ze środków i możliwości, których wymaga dany moment historyczny (nawet jeśli o tych wymaganiach nie dowiemy się z żadnego źródła zewnętrznego wobec samych dzieł). Mówienie banałów nigdy nie jest budowaniem adekwatnego obrazu świata – dlatego nie sposób docenić za realizm zbudowanej na słusznych hasłach i politycznych deklaracjach Modlitwy dla opornych Jasia Kapeli, ale można analityczny i zarazem rozbuchany estetycznie Bailout Tomasza Bąka. Bo chociaż politycznie obu autorów wpisalibyśmy w szeroko pojętą lewicę i teoretycznie moglibyśmy spodziewać się po nich mówienia o świecie podobnych rzeczy, to szybko zauważymy, że jeden z nich ślizga się po powierzchni rzeczywistości, a drugiego interesują organizujące ją struktury.
Jednak sprawa niekiedy nie jest tak oczywista jak w podsuwanych przeze mnie tekstach – nie zawsze przecież mamy do czynienia z autorami deklaratywnie i świadomie zaangażowanymi w projekt lewicowej sztuki odsłaniającej mechanizmy rzeczywistości. W powojennym sporze o realizm Artur Sandauer powoływał się na prozę Brunona Schulza jako przykład twórczości świetnie uchwytującej określoną kondycję klasową:
Wydaje mi się, że nie ma książki silniej wyrażającej tragedię pewnego odłamu mieszczaństwa, pustkę życiową i wynikającą stąd ucieczkę w fantastykę – niż „Sklepy cynamonowe” Schulza. Rzeczywistość historyczna nie jest tak prosta, jak skłonni bylibyśmy przypuszczać; sposób mówienia o niej bywa różny, nieraz okrężny; nie zawsze treściowy, czasem i formalny16.
Jan Kott pisał z kolei o ogromie wiedzy, którą można czerpać z dzieł Marcela Prousta, nazywanego przez niego wielkim „Balza[kiem] Guermantów, który pokazał nicość towarzyskiej komedii”17. Przykłady można by mnożyć, a panteon lewicowych krytyków doceniających eksperymentalne dzieła powiększać jeszcze długo. I pokazywać tym samym, że uznawanie obiektywności struktury klasowej czy nadrzędności społecznych antagonizmów nie musi – wbrew często podnoszonym w rozmaitych dyskusjach argumentom – wulgaryzować wizji literatury. Może ją natomiast porządkować i niuansować.
Wyjściowe dla naszych polemik wzruszenie jest tu kwestią drugorzędną. Czasem, kiedy sztuka powie nam coś prawdziwego o świecie, możemy się wzruszyć. Czasem, kiedy sztuka powie nam coś nieprawdziwego o świecie, też możemy się wzruszyć. W związku z tym najważniejszym pytaniem krytycznoliterackim pozostaje nie to, czy płaczemy czy nie, czy nasze łzy są słuszne czy wręcz przeciwnie – ale czy uważamy, że dzieło powiedziało nam coś prawdziwego o świecie (a że mogło to zrobić za pośrednictwem wzruszenia – to dla mnie rzecz zupełnie niekontrowersyjna).
I na koniec: naprawdę nie wiem, czy zgadzam się z przytoczonym przez Sadzika zbywającym wartościowaniem dzieł Prousta wyartykułowanym przez Wandę Wasilewską lub Adama Ważyka (z porównania do nich nie ukrywam dzikiej dumy). Czytałam tylko pierwszy tom W poszukiwaniu straconego czasu, i to dawno temu. Żeby spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy nam Proustów potrzeba czy nie, musiałabym wrócić do tej lektury, zająć się nią porządnie i z uwagą tę kwestię przemyśleć. Jedynym, czego na pewno nie zrobię, jest rytualne pochylenie głowy w geście uznania dla podręcznikowego autorytetu. Do niego nie mam zaufania, tak samo jak do wielu moich łez – ufam natomiast wysiłkowi interpretacji.
1 P. Sadzik, Zaufać (niektórym) łzom, „Dziennik Literacki”, 9.10.2025, online: https://dziennikliteracki.pl/piotr-sadzik-zaufac-niektorym-lzom-zuzanna-sala-podawac-w-watpliwosc-wlasne-lzy-krytyka-wspolczesna-polska-krytyka-wspolczesna-dyskusje-krytyczne-szkice-polemika/ [dostęp: 13.03.2026].
2 Tenże, Gry pozorów, „Dwutygodnik”, online: https://www.dwutygodnik.com/artykul/12327-gry-pozorow.html [dostęp: 13.03.2026].
3 Tenże, Zaufać…
4 Tamże.
5 Tamże.
6 Techniki terapii poznawczej. Podręcznik praktyka, wyd. 2. rozszerzone: Psychiatria i Psychoterapia, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2018, s. 30.
7 Piotr Sadzik zapewniał co prawda, że ten utwór „żadnego pokrzepienia nie niesie”, jednak w tym samym miejscu opisywał krzepiące wnioski z niego wypływające („ludzie, choć pokaleczeni, nigdy nie dają u niej za wygraną”). Upierając się więc przy użyciu tego określenia do opisu ładunku emocjonalnego obu utworów, nie tyle ignoruję rozpoznania Sadzika, ile raczej staram się wskazać ich wewnętrzną sprzeczność.
8 Pokrzepienie [w:] Słownik języka polskiego PWN, online: https://sjp.pwn.pl/sjp/pokrzepienie;2503656.html [dostęp: 13.03.2026].
9 P. Sadzik, Zaufać…
10 Tamże.
11 Zob. między innymi R. Leys, Wstyd współcześnie [w:] Historie afektywne i polityki pamięci, red. E.Z. Wichrowska i in., tłum. T. Bilczewski, A. Kowalcze-Pawlik, Warszawa: Instytut Badań Literackich PAN, 2015, s. 376–377.
12 A. Chromik, Odczepić się od własnych łez – do czego mogą przydać się afekty?, „Dziennik Literacki”, 4.12.2025, online: https://dziennikliteracki.pl/anna-chromik-odczepic-sie-od-wlasnych-lez-do-czego-moga-przydac-sie-afekty-zuzanna-sala-podawac-w-watpliwosc-wlasne-lzy-piotr-sadzik-zaufac-niektorym-lzom-krytyka-wspolczesna-polska-krytyka-wspolczesn/ [dostęp: 13.03.2026]. Wyróżnienia w cytacie – Z.S.
13 Zob. M. Nowicka-Franczak, Gniew, jak rękopisy, nie płonie, „Dziennik Literacki”, 10.02.2026, online: https://dziennikliteracki.pl/magdalena-nowicka-franczak-gniew-jak-rekopisy-nie-plonie-anna-chromik-odczepic-sie-od-wlasnych-lez-do-czego-moga-przydac-sie-afekty-zuzanna-sala-zuzanna-sala-podawac-w-watpliwosc-wlasne-lzy-piotr-sadz/ [dostęp: 13.03.2026].
14 P. Sadzik, Zaufać…
15 W.B. Michaels, S. Knapp, Against Theory [w:] Against Theory. Literary Studies and the New Pragmatism, red. W.J.T. Mitchell, Chicago: University of Chicago Press, 1985, s. 26.
16 A. Sandauer, Zawile [w:] Spór o realizm 1945–1948, t. 20: Polemika Krytycznoliteracka w Polsce, red. P. Mackiewicz, Poznań: Wydawnictwo Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, 2020, s. 104–105.
17 J. Kott, Zoil albo o powieści współczesnej [w:] Spór o realizm 1945–1948…, s. 188.