Wokół tekstu Šalamunizm jako narzędzie zwrotu konserwatywnego, opublikowanego we wrześniu na łamach „Dziennika Literackiego”1, narosło już kilka polemik: pierwsza, tocząca się na profilu facebookowym Rafała Wawrzyńczyka, może chyba zostać uznana za zakończoną. Później ukazały się szkice Dawida Kujawy w „Dzienniku Literackim” (Najczęstszą przyczyną zaburzeń błędnika są infekcje wirusowe)2 oraz Filipa Matwiejczuka na łamach „Iglicy” (Fascynacja twórczością poety jako narzędzie zwrotu do fascynacji twórczością poety)3. Sprawę skomentowało zresztą więcej osób, choć w nieco innym trybie (między innymi Ivan Davydenko, Którędy do Szalamunowic?4).
Słowem wstępu, słowem wyjaśnienia
Odniosę się do kwestii poruszonych przez polemistów, skupię się jednak na tych, które nie zostały dostatecznie rozwinięte w moim pierwszym artykule – niektóre problemy pojawiające się w dyskusji na profilu Wawrzyńczyka oraz w wypowiedziach Kujawy i Matwiejczuka stanowią po prostu nadinterpretacje czy przeinaczenia myśli zawartych w mojej pierwotnej wypowiedzi. Nawiążę do nich tylko pokrótce. W analizie šalamunizmu w polskiej poezji najnowszej chciałam poruszyć przede wszystkim kwestie porządków estetycznych i ich implikacji (także politycznych), stanu krytyki poświęconej dzisiejszym zjawiskom literackim oraz środowiskowego konstruowania pojęć i zależności między poetykami a poetami. Nie chodziło mi więc o krytykę inspiracji pisarstwem Tomaža Šalamuna, negowanie wyobraźni poetyckiej czy kwalifikowanie „šalamunistycznych” narzędzi komponowania tekstu jako z góry podejrzanych czy wręcz groźnych – to pierwsze ważne sprostowanie.
Bardziej interpretacyjny charakter miała pierwsza część mojego szkicu, w której przywołałam utwory słoweńskiego poety i autorów uznawanych dziś za šalamunistycznych, wyrażając jednocześnie, może niewystarczająco dobitnie, dystans wobec wielu tego typu przyporządkowań: zgodnie z moją argumentacją kategoria ta jest tak rozmyta, że zalicza się do niej twórców reprezentujących skrajnie różne idiomy. Wspomniani przeze mnie autorzy – zarówno krytycy, jak i poeci – napisali wiele świetnych tekstów. Napisali też trochę tych gorszych – naturalna sprawa. Nie o tym jednak był mój artykuł i nie na takie drogi chciałam sprowadzić naszą rozmowę. Tu więc druga poprawka do wypowiedzi polemicznych.
Dostrzeżono także – i to ostatnia wątpliwość, którą rozwieję w tym miejscu – problem z używanymi przeze mnie terminami. Zauważyłam – zgodnie zresztą z obserwacją Wawrzyńczyka poczynioną w ramach przywołanego krakowskiego spotkania o šalamunizmie – istotny zwrot w krytycznych i pisarskich ideach, czyli skierowanie się poza tekstowość literatury ku jej ujęciom afektywnym, materialnym (choć niekoniecznie materialistycznym) czy spekulatywnym, i określiłam zbiorczo to zjawisko, zaznaczając dalekosiężne obiekcje i zarazem celowość podobnego ujęcia, „nowym materializmem”. Powtórzę tylko, że zdecydowanie wolę nazywać owe szerokie zmiany, zachodzące nie tylko w polu literatury, lecz także filozofii czy innych sztuk, przejściem paradygmatu lingwistycznego w estetyczny. Nie czas to jednak, aby dywagować nad tym konkretnie problemem. Znacznie bardziej zajmujące wydają mi się inne kwestie poruszone przez polemistów, a przede wszystkim przez Kujawę – zwłaszcza problem polityczności i sprawczości refleksji humanistycznych, w tym literatury i badań literackich, który pojawił się w kontekście moich uwag.
Błędne koło modernizmu
W dyskusjach wokół poezji nieustannie powracamy do pojęć modernistycznych: emancypacji, autonomii dzieł sztuki, ich sprawczości, zdolności odwzorowywania i modelowania świata. Z pewną ostrożnością do ich szeregu zaliczyłabym także refleksje awangardowe oraz postmodernistyczne, takie jak chociażby problem znakowości czy dyspersji znaczenia. Rozmawiamy o nich nie bez powodu: modernizm to główna refleksja estetyczna nowoczesności, czyli wielkiej epoki powstałej wraz z rewolucją przemysłową, technologizacją i urbanizacją, które doprowadziły do powstania zglobalizowanego społeczeństwa działającego w ramach kapitalizmu. Co jasne, sztuka musiała i dalej musi jakoś się sytuować wobec problemów wynikłych z tego stanu rzeczy, a skoncentrowanych wokół kategorii utowarowienia – zająć pozycję ulegającą lub oporną.
W pismach licznych badaczy zagadnienia pojawia się przy tym ważna myśl o tożsamości założeń modernizmu czy awangardy z logiką kapitału: oba zjawiska wiedzione są pragnieniem nowości, niepowstrzymanego postępu i przekroczenia istniejącego porządku. Próby wypracowania takich sposobów funkcjonowania sztuki w kapitalizmie, które nie pozwolą mu na pochłonięcie praktyk artystycznych w całości, idą więc krok w krok z samym kapitalizmem – zarówno ze względu na ich historyczną reakcyjność, jak i wspólne cechy. Modernizm niejako z założenia jest jednak oporny i nie powiela kapitalistycznych klisz całkowicie: do oporu wobec zmonetaryzowania popychają go centralne dla nowoczesności pojęcie i praktyka emancypacji rozumianej źródłowo, jako refleksyjne wyzwolenie z narzucanych norm poznawczych, nie zaś w sensie używanym czasem w dyskursach neoliberalnych, czyli uniezależnienia od wszelkich form społecznej zależności. Zagadnienie to od oświecenia stanowi podstawę filozofii i stoi za większością powstałych w naszych czasach projektów artystycznych i ideowych. Ujawniając te powiązania, otrzymujemy najgłębszy, wskazany także przez Kujawę problem tej debaty: wybór najadekwatniejszych wizji i narzędzi emancypacji w określonych politycznych i ekonomicznych realiach.
Można przy tym dostrzec zróżnicowane drogi realizacji owego nowoczesnego pędu do wolności w przestrzeni artystycznej – chcąc podzielić je naprawdę radykalnie, da się wyróżnić dwie główne koncepcje. Pierwsze ujęcie emancypacji oparte byłoby na podkreślaniu autonomii sztuki i akcentowaniu tego, że powinna się ona maksymalnie oddalać od utowarowienia, przechwycenia i utylitaryzacji, na przykład poprzez wybór poetyk niezrozumiałych czy autoreferencjalnych, do których odnosi się katowicki krytyk i które żywo interesują również mnie; czasem podobne podejścia określa się eskapistycznymi. Druga ścieżka prowadziłaby zaś w stronę czegoś, co we współczesnej krytyce literackiej nazywamy zaangażowaniem – czyli wezwaniem, żeby sztuka aktywnie podważała istniejące systemy ekonomiczne i polityczne.
Przeważająca większość refleksji estetycznej modernizmu zdaje się krążyć wokół owych biegunów. Co przy tym istotne, już dawno próbowano te opozycje pogodzić albo od samego początku miały one występować w zgodzie. Jednak z jakiegoś powodu dalej postrzegamy je jako sprzeczne: wciąż dyskutujemy o tym, czy sztuka najlepiej działa w chwili, kiedy jest daleka od interesów ekonomicznych i ideologicznych, lub przeciwnie – czy jest najbardziej wyemancypowana i emancypująca, kiedy podważa istniejący stan rzeczy. Kujawa ma sporo racji, gdy twierdzi, że zgadzamy się co do tego punktu, ale nie wiem, czy na pewno waloryzujemy go całkowicie odmiennie: we wspomnianej przez krytyka rozprawie o autotematyzmie starałam się wykazać, za pomocą jakich środków sztuka niezrozumiała czy autoreferencjalna powraca do przestrzeni politycznej. Moim zdaniem podejścia te funkcjonują wspólnie – możemy mówić o zaangażowaniu praktycznym twórcy przy jednoczesnym wyborze hermetycznej poetyki, a przy tym hermetyczna poetyka może jak najbardziej podważać pewne systemy – i tak dalej. Nie jestem więc przeciwniczką pierwszego rodzaju emancypacji – przeciwnie, sądzę, że pewne rodzaje sztuki zbyt pospiesznie oskarża się o polityczną nieświadomość. Dostrzegam natomiast pewne słabości dykcji z góry uzasadniających takie praktyki. Oczywiście nie znaczy to, że sztuka „zaangażowana” nie ma swoich problemów, ale na nich chciałabym się skupić później.
Co ponadto istotne – można na wszystkie strony obracać relację emancypacji, eskapizmu i zaangażowania, lecz po pierwsze od żadnego z nich nie uciekniemy, a po drugie zwykle dojdziemy do wniosku, że oba podejścia są nam potrzebne. Większość interesujących nas praktyk artystycznych lawiruje między owymi biegunami – ucieka od zmonetaryzowania swych wytworów i zarazem w jakiś sposób aktywnie włącza je w przestrzeń wolności. Stosowane w nich strategie jak najbardziej mogą jednak podlegać zróżnicowanym ocenom, tak jak i ich przesłanki oraz realizacje w konkretnych dziełach. Samo pojęcie emancypacji, w którejkolwiek z wersji, jest więc po prostu niewystarczające – pozostaje abstrakcyjnym ideałem: hipostazą, a nie zjawiskiem. Do tego dodałabym inną uwagę: warunki historyczne nie uległy aż takiej zmianie, żebyśmy mogli całkowicie uwolnić się od wskazanych modernistycznych kategorii, nie wyklucza to jednak konieczności zrewidowania pewnych poglądów i słowników, choćby ze względu na istotne transformacje kontekstu politycznego i ekonomicznego naszych czasów. W tym też sensie podchodziłabym z pewnym dystansem do gestów znanych z historii – mimo całego szacunku dla wskazanego przez Kujawę Stéphane’a Mallarmégo, trzeba zaznaczyć, że francuski poeta żył sto pięćdziesiąt lat temu. Postawę poetów parnasistowskich dość interesująco opisał zaś już Walter Benjamin, różnicując idee estetyczne Mallarmégo i Charles’a Baudelaire’a, żeby wskazać, w jaki sposób ich literackie „eskapizmy” się od siebie różniły5 – do tego wątku jeszcze nawiążę.
O ile nie bierzemy pod uwagę wspomnianej idealizacji modernistycznych opozycji oraz paradoksalnej niezmienności i zarazem zmienności warunków historycznych – nie bez powodu obecną formę kapitalizmu przyjęło się nazywać późną, a paradygmat refleksyjny po-nowoczesnością – kłócimy się o teorie, które dawno już omówiono, a nie o ich faktyczne przejawy. Chciałabym więc przesunąć punkt ciężkości naszej dyskusji z „albo-albo” na „nie tylko, lecz także” i zauważyć, że jeśli coś jest bytem przede wszystkim estetycznym, nie musi być od razu eskapistyczne; i vice versa, jeśli dane dzieło ma podważać określone dyskursy, niekoniecznie jest pozbawione innych walorów. Problem stanowią raczej rozegranie określonego utworu, jego działanie w indywidualnym kontekście oraz kryteria wartościowania, które przyjmujemy, te zaś łatwo ulegają polaryzacji. Ta ostatnia kwestia kieruje mnie zaś prosto do tego, co przypisano mi w polemikach, czyli opiewania zaangażowania sztuki. Zostało to zresztą wyciągnięte ze zdania: „nie upominam się […] o interwencyjną rolę sztuki, ale byłoby miło, gdyby poza nowymi światami literatura tworzyła obrazy tego, co nas otacza w rzeczywistości”. Tę wypowiedź bardzo chętnie rozwinę.
Polityczność, reprezentacja i interwencja
Cytowane zdanie streszcza w sobie – przynajmniej, jak się okazało, według polemistów – trzy powiązane ze sobą imperatywy: aby się angażować, czyli zapewne zawierać w swoich tekstach bezpośrednie deklaracje światopoglądowe, które miałyby być warunkiem polityczności sztuki; aby owe deklaracje reprezentowały interes grup marginalizowanych i, ostatecznie, aby tak pojmowane zaangażowanie owocowało społeczną interwencją. Omówienie tej przeklętej triady wydaje mi się kluczowe nie tylko ze względu na jej żywotność w niniejszej polemice, lecz także z racji jej szerszego zakresu oddziaływania – dotyczy ona problemu bardziej złożonego od „wojny szalamunowskiej”.
Pojęcie zaangażowania, pochodzące z pism Jeana-Paula Sartre’a6 i w tym kontekście wielokrotnie już komentowane7, stanowiło w Polsce popularne określenie zjawisk literackich pierwszych dwóch dekad XXI wieku. Zadomowiło się w słowniku na tle zwrotu politycznego, otwartego przez słynną książkę Igora Stokfiszewskiego, i prędko stało się łatką używaną wobec wszystkich osób piszących, które rozumiały emancypację wyraźniej w ten drugi sposób: Szczepana Kopyta, Ilony Witkowskiej czy Kiry Pietrek. Przy tym zdecydowana większość poetów i poetek, także tych uznawanych za głównych w ramach nurtu, jawnie się od takiej etykiety odcinała – świetnym przykładem byłby Konrad Góra. Odbiór ówczesnych poetyk zaangażowanych i dzisiejszego šalamunizmu plasuje się zatem na dwóch stronach tego samego krytycznoliterackiego medalu, wyostrzającego stanowiska w kwestii emancypacji. Biorąc pod uwagę ten fakt oraz kwestię rzekomo ideologicznego progresywizmu orientacji zaangażowanej przy jednoczesnym powiązaniu poezji wyobraźniowej z wizją konserwatywną, które dokonuje się zresztą w pracy krytycznej samego Kujawy, ułożyłam je w swoim pierwszym tekście w możliwie dwutorową wizję postępu: w teorii poetyki wyobraźniowe przychodzą po zaangażowanych, a zatem je przekraczają, jednak na osi politycznej stanowią ich odwrócenie. Nie ferowałam tu wyroków ani nie gloryfikowałam idei rozwoju. Zgodnie z przedstawionym przeze mnie w poprzednim podrozdziale porządkiem siłą rzeczy oba ujęcia są bowiem historyczne i pozostają efektem pewnego redukcjonizmu – to drobne, ale istotne sprostowanie.
Szybko dostrzeżono słabości owego zaangażowanego ujęcia literatury: nie tylko łatwo sprowadzało ją to do poziomu deklaratywnych, niemal publicystycznych wypowiedzi o charakterze politycznym, odzierając z innych jakości, lecz także pozostawało mieczem obosiecznym (prawicowa poezja może być równie zaangażowana, co lewicowa, a taki był domyślny modus owego pojęcia) czy wreszcie nie uwzględniało jednego z najistotniejszych komponentów ówczesnych praktyk literackich, jakim było – tak, tak – afektywne oddziaływanie na osoby czytające. Podobne obserwacje notował wtedy między innymi Krzysztof Hoffmann, proponując formułę poezji angażującej, a nie zaangażowanej8 – przenosiło to punkt ciężkości z literatury jako narzędzia walki na literaturę jako medium postaw.
Gdyby utożsamiać zaangażowanie z politycznością (która stanowi pojęcie zdecydowanie szersze), a polityczność z partyjnością, miałoby to charakter manipulacyjny. Jak się natomiast wydaje, kompletnie nie o to chodziło. Jak poezja „šalamunistyczna” nie wstydzi się własnej intensywności, wykraczającej poza tradycyjne kategorie rozumowe, tak poezja „tamtych czasów” nie wstydziła się swojego usytuowania politycznego – i to właśnie ten brak wstydu przekuto w polskie ujęcie zaangażowania. Zastanawia mnie jednak łatwość, z jaką utożsamiono to z poziomem deklaracji światopoglądowych zawartych w literaturze. Przyznam, że nie znam wielu autorów funkcjonujących w dzisiejszym polu literackim, którzy budowaliby swoją twórczość na tak pojmowanej agitacji politycznej. To jasne, że poezja nie jest równoznaczna z negocjowaniem w rozumieniu politycznym. Nie jest też dziennikarstwem, reporterstwem, socjologią, politologią czy filozofią, choć może z nich czerpać. Poezja jest zanurzona w przestrzeni estetycznej, pozostaje komunikatem – jak określił to Paweł Kaczmarski – opornym. Gdyby osoby piszące chciały zostać politykami, byłyby politykami, a nie osobami piszącymi; pracują one w języku postrzeganym przez pryzmat jakości innych niż czysto komunikacyjne, co nie znaczy, że w ogóle nie biorą ich pod uwagę.
Czym więc byłaby polityczność literatury? Zacznę od pierwszego rozumienia, wypływającego prosto z obserwacji postaw autorów, o których wspominają Kujawa (pisząc o Mallarmém) i Matwiejczuk. Cóż – pełna zgoda. Mamy odziedziczoną jeszcze po romantyzmie wizję poety, który wytycza drogę wspólnoty lub buduje określone normy postępowania nie tylko poprzez to, co mówi, lecz także dzięki temu, co robi. W tym kontekście Roland Barthes zarysował różnicę między pisarzami a piszącymi9: pisarz to rola w performatywnym sensie tego słowa. Osoba parająca się literaturą posiada określony zestaw atrybutów czy rekwizytów, działa w konkretnej scenografii. Jeśli nie kultywuje owych społecznie i historycznie wytwarzanych norm, staje się po prostu producentem słów. Oczywiście można tu podnieść zarzuty o zmaskulinizowanie figury literata. Niemniej dla Barthes’a teatr życia społecznego wiąże się z etyką działań artysty, o której wspomina także w szkicu Pisanie polityczne10. Polityczność opiera się tam właśnie na adekwatności warunków historycznych, języka i postawy artysty, a jałowe nawoływanie do sprawiedliwości społecznej z przestrzeni zacisznego gabinetu intelektualisty jest uznane za zasłonę dymną. Najważniejsza pozostaje sfera naszych wyborów – tego, co, jak i gdzie publikujemy, oraz tego, jakie wiążemy z tym zadania osoby publicznej, którą artysta, nawet niszowy, na mocy naszej tradycji kulturowej pozostaje.
Rzecz jasna, mamy już w pełni rozwinięty alternatywny model działania kreatywnego: influencerski, medialny, w pełni skapitalizowany. Tutaj, chyba po myśli katowickiego krytyka, opowiedziałabym się za określonym rodzajem konserwatyzmu: wizja poety wypracowana przez romantyzm i podnoszona przez rzekomo eskapistyczny poststrukturalizm nadal wydaje mi się zasadna, choć oczywiście należałoby nanieść na nią pewne korekty. Jak najbardziej może być też reprezentowana przez osoby opowiadające się raczej za emancypacją sztuki z przestrzeni polityki – świetnym przykładem byliby tu nie tylko niektórzy parnasiści, ale też zapewne stare antyestablishmentowe postawy poetów szkoły nowojorskiej czy pierwszych polskich brulionowców. Postawa wydaje się zatem kluczowa, to jasne – choć wciąż nie zapominałabym o jej tekstowych analogonach, bo przecież to o tekstach rozmawiamy.
W obrębie imperatywu formułowania deklaracji często rzuca mi się w oczy wspomniana interpretacja polityczności i zaangażowania jako konieczności występowania w imieniu marginalizowanych grup społecznych. Wiąże się ona z kategorią reprezentacji, jednak nie w jej rozumieniu filozoficzno-literaturoznawczym, a aktywistycznym czy socjologicznym, gdzie oznacza widzialność i głos dla podmiotów wykluczanych z przestrzeni publicznej. W takiej perspektywie dzisiejszym nurtem poezji zaangażowanej miałaby być liryka oparta na ewokacjach tożsamości marginalizowanych – kobiet, osób queerowych, niektórych grup etnicznych czy też uciskanej klasy robotniczej. Taka perspektywa także nie wydaje mi się zasadna. Najpierw natomiast zaznaczę: nie widzę nic złego w tym, że osoby wykluczane ze sfery polityczno-społecznej mówią o tym doświadczeniu w sztuce, odzyskują dla siebie przestrzeń wolności czy walczą o widzialność. Powstają z tego niejednokrotnie znakomite, przełomowe teksty. Rozumiem jednak, skąd płyną zarzuty: absolutyzacja tożsamości, o ile nie uwzględnia głębszych implikacji i mechanizmów wykluczenia, spłyca dyskurs emancypacyjny, bo nie dostrzega, że podstawowym motorem produkującym i wzmacniającym nierówności jest kapitalizm. Nie sądzę jednak, żeby wykluczenie tak zwanego obyczajowego komponentu z debat politycznych było dobrym posunięciem11.
Nie zmienia to przy tym faktu, że w takim ujęciu polityczność sztuki uzasadnia identyfikacja osoby twórczej albo opisywanej grupy, a nie jakości samego dzieła artystycznego. Rozmawiamy wtedy na poziomie mniej istotnym dla literaturoznawstwa, a bardziej dla socjologii. Osobiście wolę poruszać się w rejonie porządków estetycznych i powiązanych z nimi refleksji filozoficznych, więc to na tych kwestiach się skupię.
Po pierwsze, w perspektywie materialistycznej literatura jest po prostu elementem rzeczywistości. Podlega takim samym prawom co inne sfery działalności człowieka, jakkolwiek jej jakości są zgoła inne – można na przykład stwierdzić, że cechuje ją bezinteresowność i że nie poddaje się rygorowi użyteczności. Pełna zgoda. W tym jednak kryje się podstawa jej polityczności, a nie domniemanej apolityczności – poprzez takie postawy sztuka przeciwstawia się ideologii kapitału, zajmuje określoną perspektywę wobec świata. Po drugie, zgodnie z wytartą już chyba, ale wciąż funkcjonalną wizją Jacques’a Rancière’a, estetyka jest polityką w tym sensie, w jakim dzieli to, co postrzegalne12. Jak się wydaje, filozofowi nie chodzi o przyznawanie reprezentacji marginalizowanym grupom społecznym, a o prosty fakt, że tworzenie zawsze dokonuje się z pewnego usytuowania, dobiera punkty widzenia na określone kwestie, jedne tematy porusza, innych nie, opiera się na kompozycji, w której coś staje się dostrzegalne, a coś innego wymazane z pola widzenia. W tym sensie sztuka z samej swej definicji jest działaniem politycznym, bo ingeruje we wspólne pole doświadczenia. Ponownie nie chodzi przy tym o partyjność, deklaratywność czy interwencyjność, a o świadomość usytuowania i oddziaływania.
Co zaś jeszcze z koniecznością występowania w obronie uciśnionych czy reprezentacją grup mniejszościowych, które zawładnęły dzisiejszym rozumieniem zaangażowania? Wydaje mi się, że zachodzi tu dosyć prosta i zasadniczo pozaestetyczna zależność: to właśnie takie rozumienie polityczności sztuki przeniknęło do sfery polityki instytucjonalnej. Panujący dyskurs neoliberalny przejmuje z polityczności działań artystycznych właśnie tę ich najprostszą, najłatwiejszą do skapitalizowania i zarazem niepodważającą politycznego status quo warstwę, jaką jest polityka tożsamościowa albo wołanie o sprawiedliwość ekologiczną. Dzięki temu jurorzy niektórych nagród literackich zdają się doceniać projekty tożsamości mniejszych czy te skupione na wezwaniach do ochrony klimatu. Jest to nie tylko okrawanie polityczności do jej najprostszych i jednocześnie nikomu niezagrażających wersji – na przykład pisanie z pozycji queerowych jest w takiej wizji wyłącznie niszowym działaniem artystycznym, mieszczącym się w ramach dyskursu o inkluzywnej polityce, a nie demontażem binarnej opozycji ról płciowych, stanowiącej podstawę gospodarki13 – lecz także prosty efekt myślenia o sztuce w kategorii użyteczności: jeśli na coś mają zostać przeznaczone publiczne pieniądze, niechże przysłuży się to wspólnocie, z której podatków takie przedsięwzięcia są opłacane.
Dostrzeżenie tej zależności tłumaczy, dlaczego „eskapistyczna” poezja nie jest obecnie głównym przedmiotem zainteresowania kapituł i innych dystrybutorów środków instytucjonalnych, i wyjaśnia przyczyny, dla których mainstreamowy szacunek zyskuje raczej Małgorzata Lebda niż Łukasz Woźniak – albo Patrycja Sikora, a nie Łęko Zygmuntówne. Oczywiście w grę wchodzi także charakter komunikatu, w tym jego wspomniana oporność, to, czy łatwo poddaje się on zinstrumentalizowaniu. Wskazane przechwycenie pojęcia polityczności to jednak nie jedyny możliwy powód opisywanej dystrybucji prestiżu wobec poezji wyobraźniowej. Niewiele jest osób, które radykalnie reprezentują dziś podobny nurt i zarazem z punktu widzenia szerszego grona zapisały się jako oryginalne i konsekwentne do tego stopnia, by jednoznacznie przedrzeć się ze swoim wykorzystaniem języka przez istniejące już, docenione poetyki – choć oczywiście niektóre świetnie się zapowiadają. Horyzont refleksji uznanych „niezaangażowanych” twórczości jest zaś tak szeroki, że rozsadzają one wspomniane w pierwszej części artykułu opozycje, a nie je wzmacniają: przykładem Miłosz Biedrzycki czy sam Šalamun, spośród młodych nazwisk wskazałabym natomiast między innymi Justynę Kulikowską czy Joannę Łępicką. Wreszcie dodałabym, że z niedocenienia instytucjonalnego także można uczynić kapitał kulturowy, i nie jest to wcale tak rzadkie zjawisko.
Opisane myślenie o polityczności sztuki, które splata ją z monetarnie postrzeganą utylitarnością i ramami narzuconymi przez politykę instytucjonalną, nie tylko jest uproszczone, lecz także przyczynia się do wspomnianego już w moim pierwszym tekście spacyfikowania sprawczości humanistyki. Dochodzi do niego, kiedy postrzegamy polityczność jako element bezpiecznej sfery, wypracowanej przez istniejącą obecnie politykę i ekonomię – niezależnie, czy od niej uciekamy czy działamy w jej ramach. Jeśli więc mówić o katastrofie klimatycznej, to wychwytując miłe dla ucha metafory znaczącej materii, a nie odnosząc się do realnych mechanizmów wyzysku zasobów naturalnych. Jeśli o grupach marginalizowanych, to nie w zakresie ich funkcjonowania ekonomicznego i kulturowego, a w kontekście retorycznie dowartościowywanych tożsamości mniejszych, których reprezentantom uściśniemy dłoń na wiecu, lecz nie przyznamy żadnych należnych im praw.
Jasne, literatura nie zajmuje się bezpośrednią walką o zmianę tej sytuacji. Pracuje za to na języku, wyobraźni i ideach, które są równie istotnym komponentem owych procesów i stojących za nimi sił. Interesująca mnie zaangażowana, czyli pozbawiona wstydu wobec swojej polityczności literatura zajmuje się zaś właśnie tym, co otwiera się poza obrębem zastanego w polityce dyskursu. Najistotniejsza jest więc po prostu świadomość tego, jak dyskursy dominujące kolonizują naszą wyobraźnię i język. W przestrzeni rozwiązań modernistycznych można pracować przeciwko tym procesom, można też pracować poza nimi. Najwięcej jednak tracimy wtedy, kiedy są dla nas przezroczyste lub przyjmujemy ich instrumentalne rozumienie. To był mój główny punkt sprzeciwu wobec stanu dzisiejszej krytyki i jej interpretacji polityczności w dominującej, paradoksalnie apolitycznej formule.
Wawrzyńczyk i Kujawa także w tym zakresie postawili mi zarzut – o podkreślenie zbiegu podobnych konwencji krytyczno-artystycznych z rosnącą popularnością partyjnych opcji konserwatywnych. Zaznaczę: w mojej opinii nie istnieje prosta linia zależności między inspiracją poezją wyobraźniową a faktem, że jako społeczeństwo coraz wyraźniej kierujemy się ku konserwatywnemu populizmowi. Zachodzi natomiast pewien splot w czasie dotyczący marginalizacji wyjaśnionego przeze mnie pojmowania polityczności oraz pewnych tendencji w polityce rozumianej doraźnie, i nie dotyczy on wyłącznie naszego rodzimego podwórka. Odpolitycznienie sztuki czy zmiękczenie jej polityczności do akceptowalnych form polityki obyczajowej lub gumowego młotka na kapitalizm, które zostało przyjęte w okołoliterackich kręgach, jest zaś w interesie władzy, czego dowód stanowią niektóre decyzje instytucjonalne poprzedniego rządu.
Nie oznacza to, że istnieją tematy i poetyki słuszne i niesłuszne. Naprawdę, można pisać o czymkolwiek się chce i jakkolwiek się chce. Podzielam przekonanie katowickiego krytyka, że sztuka pozostaje wolnym gestem. W idei wolności tkwi jednak pewien haczyk: pojęcie to wypływa prosto z kategorii woli, która w klasycznej filozofii jest rozumną dyspozycją człowieka. Nie racjonalną – nie chodzi o podporządkowanie jej prawidłom obiektywizmu czy zasadom poznania. Rozumność należy do sfery praktyki, czy, jak kto woli, etyki; dotyczy form współżycia społecznego i nie zamyka się tam w formie neoliberalnego hasła, że moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innych ludzi. Moja wolność nie ma końca, ale jest świadoma własnego uwikłania. Tym mniej więcej byłoby wspomniane przeze mnie uwspólnienie sztuki, o które dopytywali polemiści.
Przy tym to właśnie owa świadomość stanowiłaby najistotniejszy czynnik odróżniający – wracam do komentarza Benjamina wobec parnasistów – literacki eskapizm skupiony wyłącznie na jednostkowej ekspresji, a zatem neoliberalny i w gruncie rzeczy antywspólnotowy, od wolności rozumianej klasycznie, czyli przez pryzmat jej etycznego znaczenia. Ruchy, które próbują wykroić sztukę i język ze sfery polityki, niekoniecznie są więc emancypacyjne. W swych najlepszych wydaniach są przejściem do poziomu zero, sfery, którą nie zainteresują się ani władza, ani ruchy wobec niej oporne. Jest to cenne, a właściwie bezcenne. Jednak stosunkowo łatwo reprodukować wówczas krytykowaną perspektywę. Jeśli poezja uznawana za zaangażowaną chybia tu swojego celu, robi to po prostu w bardziej widoczny sposób. Nie znaczy to jednak, że literaturze „niezaangażowanej” to nie grozi.
Przy tym jest dla mnie jasne, że w żadnym miejscu tej argumentacji nie trzeba się odwoływać do pojęcia reprezentacji także w tym drugim znaczeniu, filozoficzno-artystycznym, odsyłającym do połączenia między językiem czy literaturą a światem zewnętrznym14. Jeśli przyjmiemy, że polityczność jest po prostu cechą sztuki, zaś zaangażowanie takim rodzajem pisania afektywnego, które ma na celu wyprowadzanie nas z przestrzeni refleksyjnego komfortu, żadne z tych pojęć nie będzie wymagało takiego nawiązania – ani w sensie politycznym, ani literaturoznawczym. Jednocześnie jednak przedstawieniowość sztuki to temat niezwykle złożony, czego nie uwzględniają liczne narracje antyreprezentacjonistyczne z nowym materializmem na czele. Stanowi dziś za to przydatnego chłopca do bicia, bo wszelkie, niejednokrotnie zniuansowane i subtelne ujęcia historyczne można łatwo podporządkować dominującej modzie badawczej. Pojęcie „obrazu świata”, którego użyłam w pierwszym tekście, można zaś odczytywać na różne sposoby, w tym jako określone siatki pojęciowe, które fundują postrzeganie rzeczywistości. To łączy się zresztą z ostatnim punktem mojej tytułowej triady.
Co bowiem z interwencją, opus magnum polityczności i zaangażowania? Nie da się rozsądnie sformułować założenia, że sztuka w cokolwiek bezpośrednio interweniuje, to znaczy wiersz jako obiekt estetyczny może zmienić rzeczywistość sam przez siebie. Tekst może modelować zmianę społeczną czy ideową, wytwarzać przestrzeń o odmiennej metafizyce i porządku. Jednak literatura działa poprzez afekty i nasze praktyczne postawy. Możemy projektować sposoby oddziaływania tekstów, ale nigdy nie wymierzymy ich w pełni – są zależne od licznych czynników, których nie możemy przewidzieć. Nie stwierdzałabym natomiast, że niemożliwe – mamy jednak dosyć istotne przykłady inspiracji tekstami literackimi i okołoliterackimi, które doprowadziły do pewnych przemian. Proponowanie określonych słowników wpływa na język, którym posługujemy się wszyscy; odciska się na zbiorowej wyobraźni. Pomyślmy tu o popularności dyskursu terapeutycznego, który rozplenił się dzięki mediom społecznościowym – czy on nic dla nas nie zmienił? A z drugiej strony: siatka pojęciowa marksizmu?
Oczywiście, można podjąć argument, że poezja jest zjawiskiem zbyt małym, żeby mówić o takiej skali jej oddziaływania. Jestem jednak zwolenniczką wizji dzieła sztuki ujawnionej w myśli Martina Heideggera15, według którego wytwór artystyczny jest komponowany z myślą o tym, że ktoś będzie go oglądał, a nawet jeśli nikt na niego nie patrzy, częścią jego istoty jest ta właśnie dyspozycja. Nie możemy nikogo zmusić do czytania literatury ani do reagowania na nią. Rzecz jasna, możemy inwestować – przynajmniej w pewnym zakresie – w widzialność rozumianą dosłownie, czyli w promocję sztuki. Nie o to jednak chodzi. Chodzi o istotową oglądalność, czyli powołanie do bycia oglądanym. Jeśli sztuka tego nie uwzględnia, to po co w ogóle ją publikować?
Last, but not least – poetki
W swojej polemice Dawid Kujawa odwołuje się do „kokieterii”, z którą miałabym mówić o możliwym wykluczeniu poetek z pewnych dyskursów o literaturze oraz o moim korzystaniu z argumentu usytuowania – wchodzenie w polemikę z osobą identyfikującą się jako kobieta ma z góry rozbrajać wszelkie argumenty dotyczące jej błędów poznawczych lub stanowić uniwersalną broń przeciwko perspektywom ujawnianym przez mężczyzn. Nie wiem, w którym miejscu mojego tekstu miałby się znajdować taki argument albo takie uzasadnienie wypowiedzi. Jest to więc zapewne interpretacja szerszego procesu społecznego, według której podjęcie tematu usytuowania, zwłaszcza tego marginalizowanego, ma zapewniać nam „punkty” możliwe do wykorzystania na naszą korzyść w politycznych przepychankach. Tak przynajmniej rozumiem ten fragment wypowiedzi krytyka w kontekście narracji zaproponowanej w jego nowej książce, W myśl praw geometrii. Jak lewica przestała się martwić i pokochała logikę towarową16.
Stałabym na stanowisku, że takie rozrysowanie problemu jest neoliberalną interpretacją przekonań lewicowych, jak najbardziej obecną w sferze samej lewicy, bo też narzucaną jej przez konkretny dyskurs – pełna zgoda. Jednak kilka kwestii: różnica usytuowań kulturowych, etnicznych i genderowych jest faktem, tak jak różnica usytuowań klasowych czy, jak kto woli, ekonomicznych. „Punkty”, o których mówi krytyk, są zaś doprawdy marnym pocieszeniem w świecie, w którym prawa kobiet, mniejszości seksualnych i etnicznych czy pracowników są regularnie naruszane. Działają one jedynie jako katalizator istniejącego stanu rzeczy. Jasne, istnieją jednostki, które na krzywdzie społecznej budują swoje kariery. Są one jednak kroplą w morzu realnego problemu, jakim jest systemowa przemoc wymierzona w określone grupy. Sprowadzanie tego problemu do kapitału kulturowego, który miałybyśmy, mielibyśmy zbijać na swoim wykluczeniu, uzasadnia i wzmacnia istniejącą opresję. W tych realiach stereotypowe figury białych mężczyzn faktycznie nie dostają punktów za swoje usytuowanie, bo po prostu ich nie potrzebują – jaką krzywdę miałyby im dyskursywnie wynagradzać, poza tą wynikłą z podkreślania niższych usytuowań innych podmiotów? Nie znaczy to oczywiście, że podmioty męskie mają się uniwersalnie dobrze. Obawiam się jednak, że krytykę pozycji społecznej podjęto tu ze złej strony albo niefortunnie ujęto. Sądzę, że Kujawa patrzy na tę kwestię tak samo jak ja: nie kategoria wykluczenia jest problemem, ale jej skapitalizowanie. Jeśli chcemy się jednak „punktować” (sama za bardzo nie chcę), to gesty podważające ideę usytuowania oraz jej znaczenie w debacie publicznej służą zwykle obronie własnego statusu dokładnie w ramach obecnej sytuacji, nie zaś krytyce logiki towarowej, ponieważ to właśnie ona wygenerowała omawiane nierówności na istniejącą dzisiaj skalę. Nierówności te godzą także w mężczyzn. A więc more geometrico.
Co dzieje się dalej, kiedy zapomnimy o usytuowaniach lub automatycznie wcielimy je w przestrzeń dyskursu neoliberalnego? W tę pułapkę krytyk już niestety wpadł – mam tu na myśli ostatnią debatę związaną z jego komentarzem dotyczącym zachowania Kamila Brewińskiego wobec Emilii Konwerskiej. Fragment opisujący ową sytuację pochodzi z cytowanej na początku podrozdziału książki i dotyczy przemocowego zachowania poety oraz call outu dokonanego przez wrocławską autorkę po serii gróźb, które otrzymała od Brewińskiego17. Zdarzenie to zostało przez Kujawę zinterpretowane jako modelowy przykład antywspólnotowego działania i szemranego sygnalizowania cnoty w celu zbicia własnego kapitału kulturowego.
Rozumiem dystans wobec cancel culture i potrzebę dostrzeżenia problemu związanego z mediami społecznościowymi: mechanizm rozwałkowywania niejednokrotnie złożonych sytuacji poprzez gromadzenie internetowych popleczników, wiedzionych masowym afektem, jest bezsprzecznie groźny. Jednak wykorzystany przykład jest nieszczególnie trafny: lubelski poeta był znany z podobnych zachowań już wcześniej, a zgłaszanie sytuacji służbom nie przynosiło efektów. Rozumiem chęć zasygnalizowania, że Brewiński ma poważne problemy osobiste i zdrowotne. Kujawa zaznacza zresztą, że zachowanie poety było niewłaściwe. Jednocześnie wyjaśnienie zachowania nie oznacza usprawiedliwienia go; nie można także zrównywać każdego upublicznienia przemocy z nawoływaniem do linczu: call out bywa po prostu formą reakcji obronnej wypływającej z niewydolności systemu. Odruchowe zakwalifikowanie tej sytuacji jako „sygnalizowania cnoty” przez zaatakowaną kobietę wydaje mi się symptomatyczne w kontekście owych „punktów”, które mamy dostawać za wykluczenie, i zasadniczo nie mam tu innych wniosków. Nie sądzę, aby osoby, którym groźby śmierci sprawiają radość w kontekście zbijania kapitału kulturowego, były tak liczne, a w analizie SWOT sytuacji widzę głównie „zagrożenia” i „słabe strony”. Zapewne dlatego wiele osób zareagowało negatywnie na wypowiedź krytyka, niekiedy również przekraczając granice.
Dyscyplinowanie kobiet za ujawnianie różnic usytuowania i wiążącej się z nimi przemocy wpisuje się jednak doskonale w tryby krytykowanego systemu, w którym nie istnieje właściwa reakcja na przemoc, ponieważ przemoc nie ma spotykać się z faktyczną reakcją. Możemy oczywiście dyskutować o środkach, za pomocą których się to dokonuje, i zapewne tak należałoby rozumieć wypowiedź katowickiego krytyka – liczne działania z założenia emancypacyjne zostały przechwycone w ramach dyskursu neoliberalnego. Jednak w tej konkretnej sytuacji istniały indywidualne i zbiorowe przesłanki do ujawnienia tajemnicy poliszynela. Co stało się z tym dalej – to inna historia. Gdybym miała w tym momencie wyjść z jakąś propozycją, zasugerowałabym wypracowanie środowiskowych sposobów radzenia sobie z podobnymi przypadkami – takich, które nie byłyby związane ani ze strofowaniem osób poszkodowanych, ani z machinalnym obrzucaniem błotem jednostek naruszających zasady życia społecznego. Pewne odpowiedzi są w tych sytuacjach zbyt proste.
Moje wrześniowe stwierdzenie, że nie widzę seksizmu w wypowiedziach Dawida Kujawy czy innych osób wymienionych w tekście, nie było kokieterią. Jak wspomniałam, celem poprzedniego artykułu było ukazanie pewnych mechanizmów, w tym mechanizmu koncentrowania zainteresowań wokół prominentnych męskich postaci, oraz tego, że usytuowanie społeczne może czynić trudniejszym przyjęcie abstrakcyjnej tożsamości – na przykład poety nurtu wyobraźniowego – w kontekście tego, co określonym grupom narzuca społeczeństwo. Moją intencją nie było więc pojawiające się w wypowiedziach polemistów demaskowanie seksisty czy faszysty, lecz podkreślenie pewnych procesów, które pozostają żywe głównie dlatego, że są ugruntowane we wspólnej świadomości i w niej znaturalizowane.
Problemem nie jest więc fascynacja grupy konkretnych pisarzy twórczością konkretnego pisarza, ale to, że jako społeczność nadal grupujemy się wokół nazwiskowych totemów, niezależnie od tego, czy oceniamy je pozytywnie czy negatywnie. Totemy te pozostają zaś nieosiągalne lub w ogóle mało nęcące dla osób, które z określonych powodów mają określone uwarunkowania, i fakt – z pewnych pozycji jest to bardziej widoczne. Nie przekonuje mnie natomiast zwyczajne zacieranie różnic usytuowania lub automatyczne sprowadzanie ich do retorycznej gry o własne korzyści. Takie wykorzystywanie owego pojęcia wiąże się ze zignorowaniem zależności ujawnionej dawno temu dzięki feminizmowi marksistowskiemu: usytuowania są pochodną systemu opartego na utrzymaniu ich niewidzialności. Celem ich ujawniania źródłowo nie jest zaś odbieranie pozycji pewnym podmiotom, by mechanicznie przyznać je innym, tylko przebudowa porządku, który w ogóle owe pozycje generuje. Mam zresztą wrażenie, że druga strona polemiki rozumie ten problem, a wspomniana sytuacja jest nieadekwatnym lub nieprecyzyjnie sformułowanym przykładem owej zależności. Nie czuję się więc zaatakowana „jako kobieta” przez to, że ktoś się ze mną nie zgadza lub inaczej widzi daną kwestię – ściślej rzecz biorąc, jako „ja” także nie, o ile trzymamy się poetyki debaty. Po prostu: nie wszystko jest strategią korzyści.
1 A. Waligóra, Šalamunizm jako narzędzie zwrotu konserwatywnego, „Dziennik Literacki” 17.09.2025, online: https://dziennikliteracki.pl/agnieszka-waligora-salamunizm-jako-narzedzie-zwrotu-konserwatywnego-tomaz-salamun-katarina-salamun-biedrzycka-milosz-biedrzycki-rafal-wawrzynczyk-filip-matwiejczuk-szczepan-kopyt-wojciech-kopec-przemy/ [dostęp: 31.01.2026].
2 D. Kujawa, Najczęstszą przyczyną zaburzeń błędnika są infekcje wirusowe, „Dziennik Literacki” 28.10.2025, online: https://dziennikliteracki.pl/dawid-kujawa-najczestsza-przyczyna-zaburzen-blednika-sa-infekcje-wirusowe-agnieszka-waligora-salamunizm-jako-narzedzie-zwrotu-konserwatywnego-tomaz-salamun-katarina-salamun-biedrzycka-milosz-biedrzyck/ [dostęp: 31.01.2026].
3 F. Matwiejczuk, Fascynacja twórczością poety jako narzędzie zwrotu do fascynacji twórczością poety, „Iglica” 2025, online: https://pismoiglica.pl/filip-matwiejczuk-fascynacja-tworczoscia-poety-jako-narzedzie-zwrotu-do-fascynacji-tworczoscia-poety/ [dostęp: 31.01.2026].
4 I. Davydenko, Którędy do Szalamunowic, „Kultura Enter” 2025, nr 116, online: https://kulturaenter.pl/article/spolecznosc-iglica/ [dostęp: 31.01.2026].
5 Zob. W. Benjamin, Paryż II Cesarstwa według Baudelaire’a [w:] tegoż, Anioł historii. Eseje, szkice, fragmenty, wyb. i oprac. H. Orłowski, Poznań: Wydawnictwo Poznańskie, 1996.
6 Zob. J.P. Sartre, Czym jest literatura? Wybór szkiców krytycznoliterackich, wyb. A. Tatarkiewicz, tłum. J. Lalewicz, Warszawa: Państwowy Instytut Literacki, 1968; tenże, Słowa, tłum. J. Rogoziński, posł. W. Sadkowski, Warszawa: Wiedza i Życie, 1997.
7 Zob. na przykład J.F. Louette, O Sartre’owskim zaangażowaniu („Słowa”), tłum. A. Loba, „Przegląd Filozoficzny” 2005, nr 4 (56).
8 Zob. K. Hoffmann, Zaangażowanie Szczepana Kopyta, „Czas Kultury” 2012, nr 5.
9 Zob. R. Barthes, Pisarze i piszący [w:] tegoż, Mit i znak. Eseje, wyb. i słowo wstępne J. Błoński, tłum. W. Błońska i in., Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1970.
10 Zob. R. Barthes, Pisanie polityczne [w:] tegoż, Stopień zero pisania oraz Nowe eseje krytyczne, tłum. K. Kot, Warszawa: Wydawnictwo Aletheia, 2009.
11 Rozwijam ową kwestię w ostatnim podrozdziale, natomiast już w tym miejscu zaznaczam, że istnieje wiele perspektyw podmiotów marginalizowanych, które jak najbardziej dają się uzgodnić z myśleniem marksistowskim czy krytyką kapitalizmu, jak na przykład feminizm intersekcjonalny, będący przedłużeniem feminizmu marksistowskiego – i wcale nie prezentuje on wspólnie działających wykluczeń jako izolowanych sfer opresji.
12 Zob. J. Rancière, Estetyka jako polityka, tłum. J. Kutyła, P. Mościcki, przedm. A. Żmijewski, posł. S. Žižek, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2007.
13 Tu znów istotne są rozpoznania feminizmu marksistowskiego, między innymi feminizmu reprodukcji życia społecznego.
14 Jak się zdaje, przypisano mi z góry sprzyjanie obu pojęciom. Zob. D. Kujawa, Dzień to grzybnia, zasiedla glebę nocy, „Dziennik Literacki” 18.11.2025, online: https://dziennikliteracki.pl/dawid-kujawa-dzien-to-grzybnia-zasiedla-glebe-nocy-jakub-grabiak-kanikula-polska-poezja-wspolczesna-nowa-poezja-polska-krytyka-wspolczesna-nowosci-ksiazkowe-omowienia-recenzje/ [dostęp: 31.01.2026].
15 Zob. na przykład M. Heidegger, Źródło dzieła sztuki, tłum. J. Mizera [w:] tegoż, Drogi lasu, tłum. J. Gierasimiuk i in., Warszawa: Fundacja Aletheia, 1997.
16 Zob. D. Kujawa, W myśl praw geometrii. Jak lewica przestała się martwić i pokochała logikę towarową, Warszawa: Wydawnictwo Filtry, 2025.
17 Zob. tenże, Równość [w:] W myśl praw geometrii…
