Najważniejszym gestem krytycznym jest wymyślenie chwytliwego tytułu

Wokół tek­stu Šala­mu­nizm jako narzę­dzie zwro­tu kon­ser­wa­tyw­ne­go, opu­bli­ko­wa­ne­go we wrze­śniu na łamach „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go”1, naro­sło już kil­ka pole­mik: pierw­sza, toczą­ca się na pro­fi­lu face­bo­oko­wym Rafa­ła Waw­rzyń­czy­ka, może chy­ba zostać uzna­na za zakoń­czo­ną. Póź­niej uka­za­ły się szki­ce Dawi­da Kuja­wy w „Dzien­ni­ku Lite­rac­kim” (Naj­częst­szą przy­czy­ną zabu­rzeń błęd­ni­ka są infek­cje wiru­so­we)2 oraz Fili­pa Matwiej­czu­ka na łamach „Igli­cy” (Fascy­na­cja twór­czo­ścią poety jako narzę­dzie zwro­tu do fascy­na­cji twór­czo­ścią poety)3. Spra­wę sko­men­to­wa­ło zresz­tą wię­cej osób, choć w nie­co innym try­bie (mię­dzy inny­mi Ivan Davy­den­ko, Któ­rę­dy do Sza­la­mu­no­wic?4).

Słowem wstępu, słowem wyjaśnienia

Odnio­sę się do kwe­stii poru­szo­nych przez pole­mi­stów, sku­pię się jed­nak na tych, któ­re nie zosta­ły dosta­tecz­nie roz­wi­nię­te w moim pierw­szym arty­ku­le – nie­któ­re pro­ble­my poja­wia­ją­ce się w dys­ku­sji na pro­fi­lu Waw­rzyń­czy­ka oraz w wypo­wie­dziach Kuja­wy i Matwiej­czu­ka sta­no­wią po pro­stu nad­in­ter­pre­ta­cje czy prze­ina­cze­nia myśli zawar­tych w mojej pier­wot­nej wypo­wie­dzi. Nawią­żę do nich tyl­ko pokrót­ce. W ana­li­zie šala­mu­ni­zmu w pol­skiej poezji naj­now­szej chcia­łam poru­szyć przede wszyst­kim kwe­stie porząd­ków este­tycz­nych i ich impli­ka­cji (tak­że poli­tycz­nych), sta­nu kry­ty­ki poświę­co­nej dzi­siej­szym zja­wi­skom lite­rac­kim oraz śro­do­wi­sko­we­go kon­stru­owa­nia pojęć i zależ­no­ści mię­dzy poety­ka­mi a poeta­mi. Nie cho­dzi­ło mi więc o kry­ty­kę inspi­ra­cji pisar­stwem Toma­ža Šala­mu­na, nego­wa­nie wyobraź­ni poetyc­kiej czy kwa­li­fi­ko­wa­nie „šala­mu­ni­stycz­nych” narzę­dzi kom­po­no­wa­nia tek­stu jako z góry podej­rza­nych czy wręcz groź­nych – to pierw­sze waż­ne spro­sto­wa­nie.

Bar­dziej inter­pre­ta­cyj­ny cha­rak­ter mia­ła pierw­sza część moje­go szki­cu, w któ­rej przy­wo­ła­łam utwo­ry sło­weń­skie­go poety i auto­rów uzna­wa­nych dziś za šala­mu­ni­stycz­nych, wyra­ża­jąc jed­no­cze­śnie, może nie­wy­star­cza­ją­co dobit­nie, dystans wobec wie­lu tego typu przy­po­rząd­ko­wań: zgod­nie z moją argu­men­ta­cją kate­go­ria ta jest tak roz­my­ta, że zali­cza się do niej twór­ców repre­zen­tu­ją­cych skraj­nie róż­ne idio­my. Wspo­mnia­ni prze­ze mnie auto­rzy – zarów­no kry­ty­cy, jak i poeci – napi­sa­li wie­le świet­nych tek­stów. Napi­sa­li też tro­chę tych gor­szych – natu­ral­na spra­wa. Nie o tym jed­nak był mój arty­kuł i nie na takie dro­gi chcia­łam spro­wa­dzić naszą roz­mo­wę. Tu więc dru­ga popraw­ka do wypo­wie­dzi pole­micz­nych.

Dostrze­żo­no tak­że – i to ostat­nia wąt­pli­wość, któ­rą roz­wie­ję w tym miej­scu – pro­blem z uży­wa­ny­mi prze­ze mnie ter­mi­na­mi. Zauwa­ży­łam – zgod­nie zresz­tą z obser­wa­cją Waw­rzyń­czy­ka poczy­nio­ną w ramach przy­wo­ła­ne­go kra­kow­skie­go spo­tka­nia o šala­mu­ni­zmie – istot­ny zwrot w kry­tycz­nych i pisar­skich ide­ach, czy­li skie­ro­wa­nie się poza tek­sto­wość lite­ra­tu­ry ku jej uję­ciom afek­tyw­nym, mate­rial­nym (choć nie­ko­niecz­nie mate­ria­li­stycz­nym) czy spe­ku­la­tyw­nym, i okre­śli­łam zbior­czo to zja­wi­sko, zazna­cza­jąc dale­ko­sięż­ne obiek­cje i zara­zem celo­wość podob­ne­go uję­cia, „nowym mate­ria­li­zmem”. Powtó­rzę tyl­ko, że zde­cy­do­wa­nie wolę nazy­wać owe sze­ro­kie zmia­ny, zacho­dzą­ce nie tyl­ko w polu lite­ra­tu­ry, lecz tak­że filo­zo­fii czy innych sztuk, przej­ściem para­dyg­ma­tu lin­gwi­stycz­ne­go w este­tycz­ny. Nie czas to jed­nak, aby dywa­go­wać nad tym kon­kret­nie pro­ble­mem. Znacz­nie bar­dziej zaj­mu­ją­ce wyda­ją mi się inne kwe­stie poru­szo­ne przez pole­mi­stów, a przede wszyst­kim przez Kuja­wę – zwłasz­cza pro­blem poli­tycz­no­ści i spraw­czo­ści reflek­sji huma­ni­stycz­nych, w tym lite­ra­tu­ry i badań lite­rac­kich, któ­ry poja­wił się w kon­tek­ście moich uwag.

Błędne koło modernizmu

W dys­ku­sjach wokół poezji nie­ustan­nie powra­ca­my do pojęć moder­ni­stycz­nych: eman­cy­pa­cji, auto­no­mii dzieł sztu­ki, ich spraw­czo­ści, zdol­no­ści odwzo­ro­wy­wa­nia i mode­lo­wa­nia świa­ta. Z pew­ną ostroż­no­ścią do ich sze­re­gu zali­czy­ła­bym tak­że reflek­sje awan­gar­do­we oraz post­mo­der­ni­stycz­ne, takie jak cho­ciaż­by pro­blem zna­ko­wo­ści czy dys­per­sji zna­cze­nia. Roz­ma­wia­my o nich nie bez powo­du: moder­nizm to głów­na reflek­sja este­tycz­na nowo­cze­sno­ści, czy­li wiel­kiej epo­ki powsta­łej wraz z rewo­lu­cją prze­my­sło­wą, tech­no­lo­gi­za­cją i urba­ni­za­cją, któ­re dopro­wa­dzi­ły do powsta­nia zglo­ba­li­zo­wa­ne­go spo­łe­czeń­stwa dzia­ła­ją­ce­go w ramach kapi­ta­li­zmu. Co jasne, sztu­ka musia­ła i dalej musi jakoś się sytu­ować wobec pro­ble­mów wyni­kłych z tego sta­nu rze­czy, a skon­cen­tro­wa­nych wokół kate­go­rii uto­wa­ro­wie­nia – zająć pozy­cję ule­ga­ją­cą lub opor­ną.

W pismach licz­nych bada­czy zagad­nie­nia poja­wia się przy tym waż­na myśl o toż­sa­mo­ści zało­żeń moder­ni­zmu czy awan­gar­dy z logi­ką kapi­ta­łu: oba zja­wi­ska wie­dzio­ne są pra­gnie­niem nowo­ści, nie­po­wstrzy­ma­ne­go postę­pu i prze­kro­cze­nia ist­nie­ją­ce­go porząd­ku. Pró­by wypra­co­wa­nia takich spo­so­bów funk­cjo­no­wa­nia sztu­ki w kapi­ta­li­zmie, któ­re nie pozwo­lą mu na pochło­nię­cie prak­tyk arty­stycz­nych w cało­ści, idą więc krok w krok z samym kapi­ta­li­zmem – zarów­no ze wzglę­du na ich histo­rycz­ną reak­cyj­ność, jak i wspól­ne cechy. Moder­nizm nie­ja­ko z zało­że­nia jest jed­nak opor­ny i nie powie­la kapi­ta­li­stycz­nych klisz cał­ko­wi­cie: do opo­ru wobec zmo­ne­ta­ry­zo­wa­nia popy­cha­ją go cen­tral­ne dla nowo­cze­sno­ści poję­cie i prak­ty­ka eman­cy­pa­cji rozu­mia­nej źró­dło­wo, jako reflek­syj­ne wyzwo­le­nie z narzu­ca­nych norm poznaw­czych, nie zaś w sen­sie uży­wa­nym cza­sem w dys­kur­sach neo­li­be­ral­nych, czy­li unie­za­leż­nie­nia od wszel­kich form spo­łecz­nej zależ­no­ści. Zagad­nie­nie to od oświe­ce­nia sta­no­wi pod­sta­wę filo­zo­fii i stoi za więk­szo­ścią powsta­łych w naszych cza­sach pro­jek­tów arty­stycz­nych i ide­owych. Ujaw­nia­jąc te powią­za­nia, otrzy­mu­je­my naj­głęb­szy, wska­za­ny tak­że przez Kuja­wę pro­blem tej deba­ty: wybór naja­de­kwat­niej­szych wizji i narzę­dzi eman­cy­pa­cji w okre­ślo­nych poli­tycz­nych i eko­no­micz­nych realiach.

Moż­na przy tym dostrzec zróż­ni­co­wa­ne dro­gi reali­za­cji owe­go nowo­cze­sne­go pędu do wol­no­ści w prze­strze­ni arty­stycz­nej – chcąc podzie­lić je napraw­dę rady­kal­nie, da się wyróż­nić dwie głów­ne kon­cep­cje. Pierw­sze uję­cie eman­cy­pa­cji opar­te było­by na pod­kre­śla­niu auto­no­mii sztu­ki i akcen­to­wa­niu tego, że powin­na się ona mak­sy­mal­nie odda­lać od uto­wa­ro­wie­nia, prze­chwy­ce­nia i uty­li­ta­ry­za­cji, na przy­kład poprzez wybór poetyk nie­zro­zu­mia­łych czy auto­re­fe­ren­cjal­nych, do któ­rych odno­si się kato­wic­ki kry­tyk i któ­re żywo inte­re­su­ją rów­nież mnie; cza­sem podob­ne podej­ścia okre­śla się eska­pi­stycz­ny­mi. Dru­ga ścież­ka pro­wa­dzi­ła­by zaś w stro­nę cze­goś, co we współ­cze­snej kry­ty­ce lite­rac­kiej nazy­wa­my zaan­ga­żo­wa­niem – czy­li wezwa­niem, żeby sztu­ka aktyw­nie pod­wa­ża­ła ist­nie­ją­ce sys­te­my eko­no­micz­ne i poli­tycz­ne.

Prze­wa­ża­ją­ca więk­szość reflek­sji este­tycz­nej moder­ni­zmu zda­je się krą­żyć wokół owych bie­gu­nów. Co przy tym istot­ne, już daw­no pró­bo­wa­no te opo­zy­cje pogo­dzić albo od same­go począt­ku mia­ły one wystę­po­wać w zgo­dzie. Jed­nak z jakie­goś powo­du dalej postrze­ga­my je jako sprzecz­ne: wciąż dys­ku­tu­je­my o tym, czy sztu­ka naj­le­piej dzia­ła w chwi­li, kie­dy jest dale­ka od inte­re­sów eko­no­micz­nych i ide­olo­gicz­nych, lub prze­ciw­nie – czy jest naj­bar­dziej wyeman­cy­po­wa­na i eman­cy­pu­ją­ca, kie­dy pod­wa­ża ist­nie­ją­cy stan rze­czy. Kuja­wa ma spo­ro racji, gdy twier­dzi, że zga­dza­my się co do tego punk­tu, ale nie wiem, czy na pew­no walo­ry­zu­je­my go cał­ko­wi­cie odmien­nie: we wspo­mnia­nej przez kry­ty­ka roz­pra­wie o auto­te­ma­ty­zmie sta­ra­łam się wyka­zać, za pomo­cą jakich środ­ków sztu­ka nie­zro­zu­mia­ła czy auto­re­fe­ren­cjal­na powra­ca do prze­strze­ni poli­tycz­nej. Moim zda­niem podej­ścia te funk­cjo­nu­ją wspól­nie – może­my mówić o zaan­ga­żo­wa­niu prak­tycz­nym twór­cy przy jed­no­cze­snym wybo­rze her­me­tycz­nej poety­ki, a przy tym her­me­tycz­na poety­ka może jak naj­bar­dziej pod­wa­żać pew­ne sys­te­my – i tak dalej. Nie jestem więc prze­ciw­nicz­ką pierw­sze­go rodza­ju eman­cy­pa­cji – prze­ciw­nie, sądzę, że pew­ne rodza­je sztu­ki zbyt pospiesz­nie oskar­ża się o poli­tycz­ną nie­świa­do­mość. Dostrze­gam nato­miast pew­ne sła­bo­ści dyk­cji z góry uza­sad­nia­ją­cych takie prak­ty­ki. Oczy­wi­ście nie zna­czy to, że sztu­ka „zaan­ga­żo­wa­na” nie ma swo­ich pro­ble­mów, ale na nich chcia­ła­bym się sku­pić póź­niej.

Co ponad­to istot­ne – moż­na na wszyst­kie stro­ny obra­cać rela­cję eman­cy­pa­cji, eska­pi­zmu i zaan­ga­żo­wa­nia, lecz po pierw­sze od żad­ne­go z nich nie uciek­nie­my, a po dru­gie zwy­kle doj­dzie­my do wnio­sku, że oba podej­ścia są nam potrzeb­ne. Więk­szość inte­re­su­ją­cych nas prak­tyk arty­stycz­nych lawi­ru­je mię­dzy owy­mi bie­gu­na­mi – ucie­ka od zmo­ne­ta­ry­zo­wa­nia swych wytwo­rów i zara­zem w jakiś spo­sób aktyw­nie włą­cza je w prze­strzeń wol­no­ści. Sto­so­wa­ne w nich stra­te­gie jak naj­bar­dziej mogą jed­nak pod­le­gać zróż­ni­co­wa­nym oce­nom, tak jak i ich prze­słan­ki oraz reali­za­cje w kon­kret­nych dzie­łach. Samo poję­cie eman­cy­pa­cji, w któ­rej­kol­wiek z wer­sji, jest więc po pro­stu nie­wy­star­cza­ją­ce – pozo­sta­je abs­trak­cyj­nym ide­ałem: hipo­sta­zą, a nie zja­wi­skiem. Do tego doda­ła­bym inną uwa­gę: warun­ki histo­rycz­ne nie ule­gły aż takiej zmia­nie, żeby­śmy mogli cał­ko­wi­cie uwol­nić się od wska­za­nych moder­ni­stycz­nych kate­go­rii, nie wyklu­cza to jed­nak koniecz­no­ści zre­wi­do­wa­nia pew­nych poglą­dów i słow­ni­ków, choć­by ze wzglę­du na istot­ne trans­for­ma­cje kon­tek­stu poli­tycz­ne­go i eko­no­micz­ne­go naszych cza­sów. W tym też sen­sie pod­cho­dzi­ła­bym z pew­nym dystan­sem do gestów zna­nych z histo­rii – mimo całe­go sza­cun­ku dla wska­za­ne­go przez Kuja­wę Stéphane’a Mal­lar­mégo, trze­ba zazna­czyć, że fran­cu­ski poeta żył sto pięć­dzie­siąt lat temu. Posta­wę poetów par­na­si­stow­skich dość inte­re­su­ją­co opi­sał zaś już Wal­ter Ben­ja­min, róż­ni­cu­jąc idee este­tycz­ne Mal­lar­mégo i Charles’a Baudelaire’a, żeby wska­zać, w jaki spo­sób ich lite­rac­kie „eska­pi­zmy” się od sie­bie róż­ni­ły5 – do tego wąt­ku jesz­cze nawią­żę.

O ile nie bie­rze­my pod uwa­gę wspo­mnia­nej ide­ali­za­cji moder­ni­stycz­nych opo­zy­cji oraz para­dok­sal­nej nie­zmien­no­ści i zara­zem zmien­no­ści warun­ków histo­rycz­nych – nie bez powo­du obec­ną for­mę kapi­ta­li­zmu przy­ję­ło się nazy­wać póź­ną, a para­dyg­mat reflek­syj­ny po-nowo­cze­sno­ścią – kłó­ci­my się o teo­rie, któ­re daw­no już omó­wio­no, a nie o ich fak­tycz­ne prze­ja­wy. Chcia­ła­bym więc prze­su­nąć punkt cięż­ko­ści naszej dys­ku­sji z „albo-albo” na „nie tyl­ko, lecz tak­że” i zauwa­żyć, że jeśli coś jest bytem przede wszyst­kim este­tycz­nym, nie musi być od razu eska­pi­stycz­ne; i vice ver­sa, jeśli dane dzie­ło ma pod­wa­żać okre­ślo­ne dys­kur­sy, nie­ko­niecz­nie jest pozba­wio­ne innych walo­rów. Pro­blem sta­no­wią raczej roze­gra­nie okre­ślo­ne­go utwo­ru, jego dzia­ła­nie w indy­wi­du­al­nym kon­tek­ście oraz kry­te­ria war­to­ścio­wa­nia, któ­re przyj­mu­je­my, te zaś łatwo ule­ga­ją pola­ry­za­cji. Ta ostat­nia kwe­stia kie­ru­je mnie zaś pro­sto do tego, co przy­pi­sa­no mi w pole­mi­kach, czy­li opie­wa­nia zaan­ga­żo­wa­nia sztu­ki. Zosta­ło to zresz­tą wycią­gnię­te ze zda­nia: „nie upo­mi­nam się […] o inter­wen­cyj­ną rolę sztu­ki, ale było­by miło, gdy­by poza nowy­mi świa­ta­mi lite­ra­tu­ra two­rzy­ła obra­zy tego, co nas ota­cza w rze­czy­wi­sto­ści”. Tę wypo­wiedź bar­dzo chęt­nie roz­wi­nę.

Polityczność, reprezentacja i interwencja

Cyto­wa­ne zda­nie stresz­cza w sobie – przy­naj­mniej, jak się oka­za­ło, według pole­mi­stów – trzy powią­za­ne ze sobą impe­ra­ty­wy: aby się anga­żo­wać, czy­li zapew­ne zawie­rać w swo­ich tek­stach bez­po­śred­nie dekla­ra­cje świa­to­po­glą­do­we, któ­re mia­ły­by być warun­kiem poli­tycz­no­ści sztu­ki; aby owe dekla­ra­cje repre­zen­to­wa­ły inte­res grup mar­gi­na­li­zo­wa­nych i, osta­tecz­nie, aby tak poj­mo­wa­ne zaan­ga­żo­wa­nie owo­co­wa­ło spo­łecz­ną inter­wen­cją. Omó­wie­nie tej prze­klę­tej tria­dy wyda­je mi się klu­czo­we nie tyl­ko ze wzglę­du na jej żywot­ność w niniej­szej pole­mi­ce, lecz tak­że z racji jej szer­sze­go zakre­su oddzia­ły­wa­nia – doty­czy ona pro­ble­mu bar­dziej zło­żo­ne­go od „woj­ny sza­la­mu­now­skiej”.

Poję­cie zaan­ga­żo­wa­nia, pocho­dzą­ce z pism Jeana-Pau­la Sartre’a6 i w tym kon­tek­ście wie­lo­krot­nie już komen­to­wa­ne7, sta­no­wi­ło w Pol­sce popu­lar­ne okre­śle­nie zja­wisk lite­rac­kich pierw­szych dwóch dekad XXI wie­ku. Zado­mo­wi­ło się w słow­ni­ku na tle zwro­tu poli­tycz­ne­go, otwar­te­go przez słyn­ną książ­kę Igo­ra Stok­fi­szew­skie­go, i pręd­ko sta­ło się łat­ką uży­wa­ną wobec wszyst­kich osób piszą­cych, któ­re rozu­mia­ły eman­cy­pa­cję wyraź­niej w ten dru­gi spo­sób: Szcze­pa­na Kopy­ta, Ilo­ny Wit­kow­skiej czy Kiry Pie­trek. Przy tym zde­cy­do­wa­na więk­szość poetów i poetek, tak­że tych uzna­wa­nych za głów­nych w ramach nur­tu, jaw­nie się od takiej ety­kie­ty odci­na­ła – świet­nym przy­kła­dem był­by Kon­rad Góra. Odbiór ówcze­snych poetyk zaan­ga­żo­wa­nych i dzi­siej­sze­go šala­mu­ni­zmu pla­su­je się zatem na dwóch stro­nach tego same­go kry­tycz­no­li­te­rac­kie­go meda­lu, wyostrza­ją­ce­go sta­no­wi­ska w kwe­stii eman­cy­pa­cji. Bio­rąc pod uwa­gę ten fakt oraz kwe­stię rze­ko­mo ide­olo­gicz­ne­go pro­gre­sy­wi­zmu orien­ta­cji zaan­ga­żo­wa­nej przy jed­no­cze­snym powią­za­niu poezji wyobraź­nio­wej z wizją kon­ser­wa­tyw­ną, któ­re doko­nu­je się zresz­tą w pra­cy kry­tycz­nej same­go Kuja­wy, uło­ży­łam je w swo­im pierw­szym tek­ście w moż­li­wie dwu­to­ro­wą wizję postę­pu: w teo­rii poety­ki wyobraź­nio­we przy­cho­dzą po zaan­ga­żo­wa­nych, a zatem je prze­kra­cza­ją, jed­nak na osi poli­tycz­nej sta­no­wią ich odwró­ce­nie. Nie fero­wa­łam tu wyro­ków ani nie glo­ry­fi­ko­wa­łam idei roz­wo­ju. Zgod­nie z przed­sta­wio­nym prze­ze mnie w poprzed­nim pod­roz­dzia­le porząd­kiem siłą rze­czy oba uję­cia są bowiem histo­rycz­ne i pozo­sta­ją efek­tem pew­ne­go reduk­cjo­ni­zmu – to drob­ne, ale istot­ne spro­sto­wa­nie.

Szyb­ko dostrze­żo­no sła­bo­ści owe­go zaan­ga­żo­wa­ne­go uję­cia lite­ra­tu­ry: nie tyl­ko łatwo spro­wa­dza­ło ją to do pozio­mu dekla­ra­tyw­nych, nie­mal publi­cy­stycz­nych wypo­wie­dzi o cha­rak­te­rze poli­tycz­nym, odzie­ra­jąc z innych jako­ści, lecz tak­że pozo­sta­wa­ło mie­czem obo­siecz­nym (pra­wi­co­wa poezja może być rów­nie zaan­ga­żo­wa­na, co lewi­co­wa, a taki był domyśl­ny modus owe­go poję­cia) czy wresz­cie nie uwzględ­nia­ło jed­ne­go z naj­istot­niej­szych kom­po­nen­tów ówcze­snych prak­tyk lite­rac­kich, jakim było – tak, tak – afek­tyw­ne oddzia­ły­wa­nie na oso­by czy­ta­ją­ce. Podob­ne obser­wa­cje noto­wał wte­dy mię­dzy inny­mi Krzysz­tof Hof­f­mann, pro­po­nu­jąc for­mu­łę poezji anga­żu­ją­cej, a nie zaan­ga­żo­wa­nej8 – prze­no­si­ło to punkt cięż­ko­ści z lite­ra­tu­ry jako narzę­dzia wal­ki na lite­ra­tu­rę jako medium postaw.

Gdy­by utoż­sa­miać zaan­ga­żo­wa­nie z poli­tycz­no­ścią (któ­ra sta­no­wi poję­cie zde­cy­do­wa­nie szer­sze), a poli­tycz­ność z par­tyj­no­ścią, mia­ło­by to cha­rak­ter mani­pu­la­cyj­ny. Jak się nato­miast wyda­je, kom­plet­nie nie o to cho­dzi­ło. Jak poezja „šala­mu­ni­stycz­na” nie wsty­dzi się wła­snej inten­syw­no­ści, wykra­cza­ją­cej poza tra­dy­cyj­ne kate­go­rie rozu­mo­we, tak poezja „tam­tych cza­sów” nie wsty­dzi­ła się swo­je­go usy­tu­owa­nia poli­tycz­ne­go – i to wła­śnie ten brak wsty­du prze­ku­to w pol­skie uję­cie zaan­ga­żo­wa­nia. Zasta­na­wia mnie jed­nak łatwość, z jaką utoż­sa­mio­no to z pozio­mem dekla­ra­cji świa­to­po­glą­do­wych zawar­tych w lite­ra­tu­rze. Przy­znam, że nie znam wie­lu auto­rów funk­cjo­nu­ją­cych w dzi­siej­szym polu lite­rac­kim, któ­rzy budo­wa­li­by swo­ją twór­czość na tak poj­mo­wa­nej agi­ta­cji poli­tycz­nej. To jasne, że poezja nie jest rów­no­znacz­na z nego­cjo­wa­niem w rozu­mie­niu poli­tycz­nym. Nie jest też dzien­ni­kar­stwem, repor­ter­stwem, socjo­lo­gią, poli­to­lo­gią czy filo­zo­fią, choć może z nich czer­pać. Poezja jest zanu­rzo­na w prze­strze­ni este­tycz­nej, pozo­sta­je komu­ni­ka­tem – jak okre­ślił to Paweł Kacz­mar­ski – opor­nym. Gdy­by oso­by piszą­ce chcia­ły zostać poli­ty­ka­mi, były­by poli­ty­ka­mi, a nie oso­ba­mi piszą­cy­mi; pra­cu­ją one w języ­ku postrze­ga­nym przez pry­zmat jako­ści innych niż czy­sto komu­ni­ka­cyj­ne, co nie zna­czy, że w ogó­le nie bio­rą ich pod uwa­gę.

Czym więc była­by poli­tycz­ność lite­ra­tu­ry? Zacznę od pierw­sze­go rozu­mie­nia, wypły­wa­ją­ce­go pro­sto z obser­wa­cji postaw auto­rów, o któ­rych wspo­mi­na­ją Kuja­wa (pisząc o Mal­lar­mém) i Matwiej­czuk. Cóż – peł­na zgo­da. Mamy odzie­dzi­czo­ną jesz­cze po roman­ty­zmie wizję poety, któ­ry wyty­cza dro­gę wspól­no­ty lub budu­je okre­ślo­ne nor­my postę­po­wa­nia nie tyl­ko poprzez to, co mówi, lecz tak­że dzię­ki temu, co robi. W tym kon­tek­ście Roland Bar­thes zary­so­wał róż­ni­cę mię­dzy pisa­rza­mi a piszą­cy­mi9: pisarz to rola w per­for­ma­tyw­nym sen­sie tego sło­wa. Oso­ba para­ją­ca się lite­ra­tu­rą posia­da okre­ślo­ny zestaw atry­bu­tów czy rekwi­zy­tów, dzia­ła w kon­kret­nej sce­no­gra­fii. Jeśli nie kul­ty­wu­je owych spo­łecz­nie i histo­rycz­nie wytwa­rza­nych norm, sta­je się po pro­stu pro­du­cen­tem słów. Oczy­wi­ście moż­na tu pod­nieść zarzu­ty o zma­sku­li­ni­zo­wa­nie figu­ry lite­ra­ta. Nie­mniej dla Barthes’a teatr życia spo­łecz­ne­go wią­że się z ety­ką dzia­łań arty­sty, o któ­rej wspo­mi­na tak­że w szki­cu Pisa­nie poli­tycz­ne10. Poli­tycz­ność opie­ra się tam wła­śnie na ade­kwat­no­ści warun­ków histo­rycz­nych, języ­ka i posta­wy arty­sty, a jało­we nawo­ły­wa­nie do spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej z prze­strze­ni zacisz­ne­go gabi­ne­tu inte­lek­tu­ali­sty jest uzna­ne za zasło­nę dym­ną. Naj­waż­niej­sza pozo­sta­je sfe­ra naszych wybo­rów – tego, co, jak i gdzie publi­ku­je­my, oraz tego, jakie wią­że­my z tym zada­nia oso­by publicz­nej, któ­rą arty­sta, nawet niszo­wy, na mocy naszej tra­dy­cji kul­tu­ro­wej pozo­sta­je.

Rzecz jasna, mamy już w peł­ni roz­wi­nię­ty alter­na­tyw­ny model dzia­ła­nia kre­atyw­ne­go: influ­en­cer­ski, medial­ny, w peł­ni ska­pi­ta­li­zo­wa­ny. Tutaj, chy­ba po myśli kato­wic­kie­go kry­ty­ka, opo­wie­dzia­ła­bym się za okre­ślo­nym rodza­jem kon­ser­wa­ty­zmu: wizja poety wypra­co­wa­na przez roman­tyzm i pod­no­szo­na przez rze­ko­mo eska­pi­stycz­ny post­struk­tu­ra­lizm nadal wyda­je mi się zasad­na, choć oczy­wi­ście nale­ża­ło­by nanieść na nią pew­ne korek­ty. Jak naj­bar­dziej może być też repre­zen­to­wa­na przez oso­by opo­wia­da­ją­ce się raczej za eman­cy­pa­cją sztu­ki z prze­strze­ni poli­ty­ki – świet­nym przy­kła­dem byli­by tu nie tyl­ko nie­któ­rzy par­na­si­ści, ale też zapew­ne sta­re anty­esta­bli­sh­men­to­we posta­wy poetów szko­ły nowo­jor­skiej czy pierw­szych pol­skich bru­lio­now­ców. Posta­wa wyda­je się zatem klu­czo­wa, to jasne – choć wciąż nie zapo­mi­na­ła­bym o jej tek­sto­wych ana­lo­go­nach, bo prze­cież to o tek­stach roz­ma­wia­my.

W obrę­bie impe­ra­ty­wu for­mu­ło­wa­nia dekla­ra­cji czę­sto rzu­ca mi się w oczy wspo­mnia­na inter­pre­ta­cja poli­tycz­no­ści i zaan­ga­żo­wa­nia jako koniecz­no­ści wystę­po­wa­nia w imie­niu mar­gi­na­li­zo­wa­nych grup spo­łecz­nych. Wią­że się ona z kate­go­rią repre­zen­ta­cji, jed­nak nie w jej rozu­mie­niu filo­zo­ficz­no-lite­ra­tu­ro­znaw­czym, a akty­wi­stycz­nym czy socjo­lo­gicz­nym, gdzie ozna­cza widzial­ność i głos dla pod­mio­tów wyklu­cza­nych z prze­strze­ni publicz­nej. W takiej per­spek­ty­wie dzi­siej­szym nur­tem poezji zaan­ga­żo­wa­nej mia­ła­by być liry­ka opar­ta na ewo­ka­cjach toż­sa­mo­ści mar­gi­na­li­zo­wa­nych – kobiet, osób queero­wych, nie­któ­rych grup etnicz­nych czy też uci­ska­nej kla­sy robot­ni­czej. Taka per­spek­ty­wa tak­że nie wyda­je mi się zasad­na. Naj­pierw nato­miast zazna­czę: nie widzę nic złe­go w tym, że oso­by wyklu­cza­ne ze sfe­ry poli­tycz­no-spo­łecz­nej mówią o tym doświad­cze­niu w sztu­ce, odzy­sku­ją dla sie­bie prze­strzeń wol­no­ści czy wal­czą o widzial­ność. Powsta­ją z tego nie­jed­no­krot­nie zna­ko­mi­te, prze­ło­mo­we tek­sty. Rozu­miem jed­nak, skąd pły­ną zarzu­ty: abso­lu­ty­za­cja toż­sa­mo­ści, o ile nie uwzględ­nia głęb­szych impli­ka­cji i mecha­ni­zmów wyklu­cze­nia, spły­ca dys­kurs eman­cy­pa­cyj­ny, bo nie dostrze­ga, że pod­sta­wo­wym moto­rem pro­du­ku­ją­cym i wzmac­nia­ją­cym nie­rów­no­ści jest kapi­ta­lizm. Nie sądzę jed­nak, żeby wyklu­cze­nie tak zwa­ne­go oby­cza­jo­we­go kom­po­nen­tu z debat poli­tycz­nych było dobrym posu­nię­ciem11.

Nie zmie­nia to przy tym fak­tu, że w takim uję­ciu poli­tycz­ność sztu­ki uza­sad­nia iden­ty­fi­ka­cja oso­by twór­czej albo opi­sy­wa­nej gru­py, a nie jako­ści same­go dzie­ła arty­stycz­ne­go. Roz­ma­wia­my wte­dy na pozio­mie mniej istot­nym dla lite­ra­tu­ro­znaw­stwa, a bar­dziej dla socjo­lo­gii. Oso­bi­ście wolę poru­szać się w rejo­nie porząd­ków este­tycz­nych i powią­za­nych z nimi reflek­sji filo­zo­ficz­nych, więc to na tych kwe­stiach się sku­pię.

Po pierw­sze, w per­spek­ty­wie mate­ria­li­stycz­nej lite­ra­tu­ra jest po pro­stu ele­men­tem rze­czy­wi­sto­ści. Pod­le­ga takim samym pra­wom co inne sfe­ry dzia­łal­no­ści czło­wie­ka, jak­kol­wiek jej jako­ści są zgo­ła inne – moż­na na przy­kład stwier­dzić, że cechu­je ją bez­in­te­re­sow­ność i że nie pod­da­je się rygo­ro­wi uży­tecz­no­ści. Peł­na zgo­da. W tym jed­nak kry­je się pod­sta­wa jej poli­tycz­no­ści, a nie domnie­ma­nej apo­li­tycz­no­ści – poprzez takie posta­wy sztu­ka prze­ciw­sta­wia się ide­olo­gii kapi­ta­łu, zaj­mu­je okre­ślo­ną per­spek­ty­wę wobec świa­ta. Po dru­gie, zgod­nie z wytar­tą już chy­ba, ale wciąż funk­cjo­nal­ną wizją Jacques’a Rancière’a, este­ty­ka jest poli­ty­ką w tym sen­sie, w jakim dzie­li to, co postrze­gal­ne12. Jak się wyda­je, filo­zo­fo­wi nie cho­dzi o przy­zna­wa­nie repre­zen­ta­cji mar­gi­na­li­zo­wa­nym gru­pom spo­łecz­nym, a o pro­sty fakt, że two­rze­nie zawsze doko­nu­je się z pew­ne­go usy­tu­owa­nia, dobie­ra punk­ty widze­nia na okre­ślo­ne kwe­stie, jed­ne tema­ty poru­sza, innych nie, opie­ra się na kom­po­zy­cji, w któ­rej coś sta­je się dostrze­gal­ne, a coś inne­go wyma­za­ne z pola widze­nia. W tym sen­sie sztu­ka z samej swej defi­ni­cji jest dzia­ła­niem poli­tycz­nym, bo inge­ru­je we wspól­ne pole doświad­cze­nia. Ponow­nie nie cho­dzi przy tym o par­tyj­ność, dekla­ra­tyw­ność czy inter­wen­cyj­ność, a o świa­do­mość usy­tu­owa­nia i oddzia­ły­wa­nia.

Co zaś jesz­cze z koniecz­no­ścią wystę­po­wa­nia w obro­nie uci­śnio­nych czy repre­zen­ta­cją grup mniej­szo­ścio­wych, któ­re zawład­nę­ły dzi­siej­szym rozu­mie­niem zaan­ga­żo­wa­nia? Wyda­je mi się, że zacho­dzi tu dosyć pro­sta i zasad­ni­czo poza­este­tycz­na zależ­ność: to wła­śnie takie rozu­mie­nie poli­tycz­no­ści sztu­ki prze­nik­nę­ło do sfe­ry poli­ty­ki insty­tu­cjo­nal­nej. Panu­ją­cy dys­kurs neo­li­be­ral­ny przej­mu­je z poli­tycz­no­ści dzia­łań arty­stycz­nych wła­śnie tę ich naj­prost­szą, naj­ła­twiej­szą do ska­pi­ta­li­zo­wa­nia i zara­zem nie­pod­wa­ża­ją­cą poli­tycz­ne­go sta­tus quo war­stwę, jaką jest poli­ty­ka toż­sa­mo­ścio­wa albo woła­nie o spra­wie­dli­wość eko­lo­gicz­ną. Dzię­ki temu juro­rzy nie­któ­rych nagród lite­rac­kich zda­ją się doce­niać pro­jek­ty toż­sa­mo­ści mniej­szych czy te sku­pio­ne na wezwa­niach do ochro­ny kli­ma­tu. Jest to nie tyl­ko okra­wa­nie poli­tycz­no­ści do jej naj­prost­szych i jed­no­cze­śnie niko­mu nie­za­gra­ża­ją­cych wer­sji – na przy­kład pisa­nie z pozy­cji queero­wych jest w takiej wizji wyłącz­nie niszo­wym dzia­ła­niem arty­stycz­nym, miesz­czą­cym się w ramach dys­kur­su o inklu­zyw­nej poli­ty­ce, a nie demon­ta­żem binar­nej opo­zy­cji ról płcio­wych, sta­no­wią­cej pod­sta­wę gospo­dar­ki13 – lecz tak­że pro­sty efekt myśle­nia o sztu­ce w kate­go­rii uży­tecz­no­ści: jeśli na coś mają zostać prze­zna­czo­ne publicz­ne pie­nią­dze, niech­że przy­słu­ży się to wspól­no­cie, z któ­rej podat­ków takie przed­się­wzię­cia są opła­ca­ne.

Dostrze­że­nie tej zależ­no­ści tłu­ma­czy, dla­cze­go „eska­pi­stycz­na” poezja nie jest obec­nie głów­nym przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia kapi­tuł i innych dys­try­bu­to­rów środ­ków insty­tu­cjo­nal­nych, i wyja­śnia przy­czy­ny, dla któ­rych main­stre­amo­wy sza­cu­nek zysku­je raczej Mał­go­rza­ta Leb­da niż Łukasz Woź­niak – albo Patry­cja Siko­ra, a nie Łęko Zyg­mun­tów­ne. Oczy­wi­ście w grę wcho­dzi tak­że cha­rak­ter komu­ni­ka­tu, w tym jego wspo­mnia­na opor­ność, to, czy łatwo pod­da­je się on zin­stru­men­ta­li­zo­wa­niu. Wska­za­ne prze­chwy­ce­nie poję­cia poli­tycz­no­ści to jed­nak nie jedy­ny moż­li­wy powód opi­sy­wa­nej dys­try­bu­cji pre­sti­żu wobec poezji wyobraź­nio­wej. Nie­wie­le jest osób, któ­re rady­kal­nie repre­zen­tu­ją dziś podob­ny nurt i zara­zem z punk­tu widze­nia szer­sze­go gro­na zapi­sa­ły się jako ory­gi­nal­ne i kon­se­kwent­ne do tego stop­nia, by jed­no­znacz­nie prze­drzeć się ze swo­im wyko­rzy­sta­niem języ­ka przez ist­nie­ją­ce już, doce­nio­ne poety­ki – choć oczy­wi­ście nie­któ­re świet­nie się zapo­wia­da­ją. Hory­zont reflek­sji uzna­nych „nie­za­an­ga­żo­wa­nych” twór­czo­ści jest zaś tak sze­ro­ki, że roz­sa­dza­ją one wspo­mnia­ne w pierw­szej czę­ści arty­ku­łu opo­zy­cje, a nie je wzmac­nia­ją: przy­kła­dem Miłosz Bie­drzyc­ki czy sam Šala­mun, spo­śród mło­dych nazwisk wska­za­ła­bym nato­miast mię­dzy inny­mi Justy­nę Kuli­kow­ską czy Joan­nę Łępic­ką. Wresz­cie doda­ła­bym, że z nie­do­ce­nie­nia insty­tu­cjo­nal­ne­go tak­że moż­na uczy­nić kapi­tał kul­tu­ro­wy, i nie jest to wca­le tak rzad­kie zja­wi­sko.

Opi­sa­ne myśle­nie o poli­tycz­no­ści sztu­ki, któ­re spla­ta ją z mone­tar­nie postrze­ga­ną uty­li­tar­no­ścią i rama­mi narzu­co­ny­mi przez poli­ty­kę insty­tu­cjo­nal­ną, nie tyl­ko jest uprosz­czo­ne, lecz tak­że przy­czy­nia się do wspo­mnia­ne­go już w moim pierw­szym tek­ście spa­cy­fi­ko­wa­nia spraw­czo­ści huma­ni­sty­ki. Docho­dzi do nie­go, kie­dy postrze­ga­my poli­tycz­ność jako ele­ment bez­piecz­nej sfe­ry, wypra­co­wa­nej przez ist­nie­ją­cą obec­nie poli­ty­kę i eko­no­mię – nie­za­leż­nie, czy od niej ucie­ka­my czy dzia­ła­my w jej ramach. Jeśli więc mówić o kata­stro­fie kli­ma­tycz­nej, to wychwy­tu­jąc miłe dla ucha meta­fo­ry zna­czą­cej mate­rii, a nie odno­sząc się do real­nych mecha­ni­zmów wyzy­sku zaso­bów natu­ral­nych. Jeśli o gru­pach mar­gi­na­li­zo­wa­nych, to nie w zakre­sie ich funk­cjo­no­wa­nia eko­no­micz­ne­go i kul­tu­ro­we­go, a w kon­tek­ście reto­rycz­nie dowar­to­ścio­wy­wa­nych toż­sa­mo­ści mniej­szych, któ­rych repre­zen­tan­tom uści­śnie­my dłoń na wie­cu, lecz nie przy­zna­my żad­nych należ­nych im praw.

Jasne, lite­ra­tu­ra nie zaj­mu­je się bez­po­śred­nią wal­ką o zmia­nę tej sytu­acji. Pra­cu­je za to na języ­ku, wyobraź­ni i ide­ach, któ­re są rów­nie istot­nym kom­po­nen­tem owych pro­ce­sów i sto­ją­cych za nimi sił. Inte­re­su­ją­ca mnie zaan­ga­żo­wa­na, czy­li pozba­wio­na wsty­du wobec swo­jej poli­tycz­no­ści lite­ra­tu­ra zaj­mu­je się zaś wła­śnie tym, co otwie­ra się poza obrę­bem zasta­ne­go w poli­ty­ce dys­kur­su. Naj­istot­niej­sza jest więc po pro­stu świa­do­mość tego, jak dys­kur­sy domi­nu­ją­ce kolo­ni­zu­ją naszą wyobraź­nię i język. W prze­strze­ni roz­wią­zań moder­ni­stycz­nych moż­na pra­co­wać prze­ciw­ko tym pro­ce­som, moż­na też pra­co­wać poza nimi. Naj­wię­cej jed­nak tra­ci­my wte­dy, kie­dy są dla nas prze­zro­czy­ste lub przyj­mu­je­my ich instru­men­tal­ne rozu­mie­nie. To był mój głów­ny punkt sprze­ci­wu wobec sta­nu dzi­siej­szej kry­ty­ki i jej inter­pre­ta­cji poli­tycz­no­ści w domi­nu­ją­cej, para­dok­sal­nie apo­li­tycz­nej for­mu­le.

Waw­rzyń­czyk i Kuja­wa tak­że w tym zakre­sie posta­wi­li mi zarzut – o pod­kre­śle­nie zbie­gu podob­nych kon­wen­cji kry­tycz­no-arty­stycz­nych z rosną­cą popu­lar­no­ścią par­tyj­nych opcji kon­ser­wa­tyw­nych. Zazna­czę: w mojej opi­nii nie ist­nie­je pro­sta linia zależ­no­ści mię­dzy inspi­ra­cją poezją wyobraź­nio­wą a fak­tem, że jako spo­łe­czeń­stwo coraz wyraź­niej kie­ru­je­my się ku kon­ser­wa­tyw­ne­mu popu­li­zmo­wi. Zacho­dzi nato­miast pewien splot w cza­sie doty­czą­cy mar­gi­na­li­za­cji wyja­śnio­ne­go prze­ze mnie poj­mo­wa­nia poli­tycz­no­ści oraz pew­nych ten­den­cji w poli­ty­ce rozu­mia­nej doraź­nie, i nie doty­czy on wyłącz­nie nasze­go rodzi­me­go podwór­ka. Odpo­li­tycz­nie­nie sztu­ki czy zmięk­cze­nie jej poli­tycz­no­ści do akcep­to­wal­nych form poli­ty­ki oby­cza­jo­wej lub gumo­we­go młot­ka na kapi­ta­lizm, któ­re zosta­ło przy­ję­te w oko­ło­li­te­rac­kich krę­gach, jest zaś w inte­re­sie wła­dzy, cze­go dowód sta­no­wią nie­któ­re decy­zje insty­tu­cjo­nal­ne poprzed­nie­go rzą­du.

Nie ozna­cza to, że ist­nie­ją tema­ty i poety­ki słusz­ne i nie­słusz­ne. Napraw­dę, moż­na pisać o czym­kol­wiek się chce i jak­kol­wiek się chce. Podzie­lam prze­ko­na­nie kato­wic­kie­go kry­ty­ka, że sztu­ka pozo­sta­je wol­nym gestem. W idei wol­no­ści tkwi jed­nak pewien haczyk: poję­cie to wypły­wa pro­sto z kate­go­rii woli, któ­ra w kla­sycz­nej filo­zo­fii jest rozum­ną dys­po­zy­cją czło­wie­ka. Nie racjo­nal­ną – nie cho­dzi o pod­po­rząd­ko­wa­nie jej pra­wi­dłom obiek­ty­wi­zmu czy zasa­dom pozna­nia. Rozum­ność nale­ży do sfe­ry prak­ty­ki, czy, jak kto woli, ety­ki; doty­czy form współ­ży­cia spo­łecz­ne­go i nie zamy­ka się tam w for­mie neo­li­be­ral­ne­go hasła, że moja wol­ność koń­czy się tam, gdzie zaczy­na się wol­ność innych ludzi. Moja wol­ność nie ma koń­ca, ale jest świa­do­ma wła­sne­go uwi­kła­nia. Tym mniej wię­cej było­by wspo­mnia­ne prze­ze mnie uwspól­nie­nie sztu­ki, o któ­re dopy­ty­wa­li pole­mi­ści.

Przy tym to wła­śnie owa świa­do­mość sta­no­wi­ła­by naj­istot­niej­szy czyn­nik odróż­nia­ją­cy – wra­cam do komen­ta­rza Ben­ja­mi­na wobec par­na­si­stów – lite­rac­ki eska­pizm sku­pio­ny wyłącz­nie na jed­nost­ko­wej eks­pre­sji, a zatem neo­li­be­ral­ny i w grun­cie rze­czy antyw­spól­no­to­wy, od wol­no­ści rozu­mia­nej kla­sycz­nie, czy­li przez pry­zmat jej etycz­ne­go zna­cze­nia. Ruchy, któ­re pró­bu­ją wykro­ić sztu­kę i język ze sfe­ry poli­ty­ki, nie­ko­niecz­nie są więc eman­cy­pa­cyj­ne. W swych naj­lep­szych wyda­niach są przej­ściem do pozio­mu zero, sfe­ry, któ­rą nie zain­te­re­su­ją się ani wła­dza, ani ruchy wobec niej opor­ne. Jest to cen­ne, a wła­ści­wie bez­cen­ne. Jed­nak sto­sun­ko­wo łatwo repro­du­ko­wać wów­czas kry­ty­ko­wa­ną per­spek­ty­wę. Jeśli poezja uzna­wa­na za zaan­ga­żo­wa­ną chy­bia tu swo­je­go celu, robi to po pro­stu w bar­dziej widocz­ny spo­sób. Nie zna­czy to jed­nak, że lite­ra­tu­rze „nie­za­an­ga­żo­wa­nej” to nie gro­zi.

Przy tym jest dla mnie jasne, że w żad­nym miej­scu tej argu­men­ta­cji nie trze­ba się odwo­ły­wać do poję­cia repre­zen­ta­cji tak­że w tym dru­gim zna­cze­niu, filo­zo­ficz­no-arty­stycz­nym, odsy­ła­ją­cym do połą­cze­nia mię­dzy języ­kiem czy lite­ra­tu­rą a świa­tem zewnętrz­nym14. Jeśli przyj­mie­my, że poli­tycz­ność jest po pro­stu cechą sztu­ki, zaś zaan­ga­żo­wa­nie takim rodza­jem pisa­nia afek­tyw­ne­go, któ­re ma na celu wypro­wa­dza­nie nas z prze­strze­ni reflek­syj­ne­go kom­for­tu, żad­ne z tych pojęć nie będzie wyma­ga­ło takie­go nawią­za­nia – ani w sen­sie poli­tycz­nym, ani lite­ra­tu­ro­znaw­czym. Jed­no­cze­śnie jed­nak przed­sta­wie­nio­wość sztu­ki to temat nie­zwy­kle zło­żo­ny, cze­go nie uwzględ­nia­ją licz­ne nar­ra­cje anty­re­pre­zen­ta­cjo­ni­stycz­ne z nowym mate­ria­li­zmem na cze­le. Sta­no­wi dziś za to przy­dat­ne­go chłop­ca do bicia, bo wszel­kie, nie­jed­no­krot­nie zniu­an­so­wa­ne i sub­tel­ne uję­cia histo­rycz­ne moż­na łatwo pod­po­rząd­ko­wać domi­nu­ją­cej modzie badaw­czej. Poję­cie „obra­zu świa­ta”, któ­re­go uży­łam w pierw­szym tek­ście, moż­na zaś odczy­ty­wać na róż­ne spo­so­by, w tym jako okre­ślo­ne siat­ki poję­cio­we, któ­re fun­du­ją postrze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści. To łączy się zresz­tą z ostat­nim punk­tem mojej tytu­ło­wej tria­dy.

Co bowiem z inter­wen­cją, opus magnum poli­tycz­no­ści i zaan­ga­żo­wa­nia? Nie da się roz­sąd­nie sfor­mu­ło­wać zało­że­nia, że sztu­ka w cokol­wiek bez­po­śred­nio inter­we­niu­je, to zna­czy wiersz jako obiekt este­tycz­ny może zmie­nić rze­czy­wi­stość sam przez sie­bie. Tekst może mode­lo­wać zmia­nę spo­łecz­ną czy ide­ową, wytwa­rzać prze­strzeń o odmien­nej meta­fi­zy­ce i porząd­ku. Jed­nak lite­ra­tu­ra dzia­ła poprzez afek­ty i nasze prak­tycz­ne posta­wy. Może­my pro­jek­to­wać spo­so­by oddzia­ły­wa­nia tek­stów, ale nigdy nie wymie­rzy­my ich w peł­ni – są zależ­ne od licz­nych czyn­ni­ków, któ­rych nie może­my prze­wi­dzieć. Nie stwier­dza­ła­bym nato­miast, że nie­moż­li­we – mamy jed­nak dosyć istot­ne przy­kła­dy inspi­ra­cji tek­sta­mi lite­rac­ki­mi i oko­ło­li­te­rac­ki­mi, któ­re dopro­wa­dzi­ły do pew­nych prze­mian. Pro­po­no­wa­nie okre­ślo­nych słow­ni­ków wpły­wa na język, któ­rym posłu­gu­je­my się wszy­scy; odci­ska się na zbio­ro­wej wyobraź­ni. Pomyśl­my tu o popu­lar­no­ści dys­kur­su tera­peu­tycz­ne­go, któ­ry roz­ple­nił się dzię­ki mediom spo­łecz­no­ścio­wym – czy on nic dla nas nie zmie­nił? A z dru­giej stro­ny: siat­ka poję­cio­wa mark­si­zmu?

Oczy­wi­ście, moż­na pod­jąć argu­ment, że poezja jest zja­wi­skiem zbyt małym, żeby mówić o takiej ska­li jej oddzia­ły­wa­nia. Jestem jed­nak zwo­len­nicz­ką wizji dzie­ła sztu­ki ujaw­nio­nej w myśli Mar­ti­na Heideg­ge­ra15, według któ­re­go wytwór arty­stycz­ny jest kom­po­no­wa­ny z myślą o tym, że ktoś będzie go oglą­dał, a nawet jeśli nikt na nie­go nie patrzy, czę­ścią jego isto­ty jest ta wła­śnie dys­po­zy­cja. Nie może­my niko­go zmu­sić do czy­ta­nia lite­ra­tu­ry ani do reago­wa­nia na nią. Rzecz jasna, może­my inwe­sto­wać – przy­naj­mniej w pew­nym zakre­sie – w widzial­ność rozu­mia­ną dosłow­nie, czy­li w pro­mo­cję sztu­ki. Nie o to jed­nak cho­dzi. Cho­dzi o isto­to­wą oglą­dal­ność, czy­li powo­ła­nie do bycia oglą­da­nym. Jeśli sztu­ka tego nie uwzględ­nia, to po co w ogó­le ją publi­ko­wać?

Last, but not least – poetki

W swo­jej pole­mi­ce Dawid Kuja­wa odwo­łu­je się do „kokie­te­rii”, z któ­rą mia­ła­bym mówić o moż­li­wym wyklu­cze­niu poetek z pew­nych dys­kur­sów o lite­ra­tu­rze oraz o moim korzy­sta­niu z argu­men­tu usy­tu­owa­nia – wcho­dze­nie w pole­mi­kę z oso­bą iden­ty­fi­ku­ją­cą się jako kobie­ta ma z góry roz­bra­jać wszel­kie argu­men­ty doty­czą­ce jej błę­dów poznaw­czych lub sta­no­wić uni­wer­sal­ną broń prze­ciw­ko per­spek­ty­wom ujaw­nia­nym przez męż­czyzn. Nie wiem, w któ­rym miej­scu moje­go tek­stu miał­by się znaj­do­wać taki argu­ment albo takie uza­sad­nie­nie wypo­wie­dzi. Jest to więc zapew­ne inter­pre­ta­cja szer­sze­go pro­ce­su spo­łecz­ne­go, według któ­rej pod­ję­cie tema­tu usy­tu­owa­nia, zwłasz­cza tego mar­gi­na­li­zo­wa­ne­go, ma zapew­niać nam „punk­ty” moż­li­we do wyko­rzy­sta­nia na naszą korzyść w poli­tycz­nych prze­py­chan­kach. Tak przy­naj­mniej rozu­miem ten frag­ment wypo­wie­dzi kry­ty­ka w kon­tek­ście nar­ra­cji zapro­po­no­wa­nej w jego nowej książ­ce, W myśl praw geo­me­trii. Jak lewi­ca prze­sta­ła się mar­twić i poko­cha­ła logi­kę towa­ro­wą16.

Sta­ła­bym na sta­no­wi­sku, że takie roz­ry­so­wa­nie pro­ble­mu jest neo­li­be­ral­ną inter­pre­ta­cją prze­ko­nań lewi­co­wych, jak naj­bar­dziej obec­ną w sfe­rze samej lewi­cy, bo też narzu­ca­ną jej przez kon­kret­ny dys­kurs – peł­na zgo­da. Jed­nak kil­ka kwe­stii: róż­ni­ca usy­tu­owań kul­tu­ro­wych, etnicz­nych i gen­de­ro­wych jest fak­tem, tak jak róż­ni­ca usy­tu­owań kla­so­wych czy, jak kto woli, eko­no­micz­nych. „Punk­ty”, o któ­rych mówi kry­tyk, są zaś dopraw­dy mar­nym pocie­sze­niem w świe­cie, w któ­rym pra­wa kobiet, mniej­szo­ści sek­su­al­nych i etnicz­nych czy pra­cow­ni­ków są regu­lar­nie naru­sza­ne. Dzia­ła­ją one jedy­nie jako kata­li­za­tor ist­nie­ją­ce­go sta­nu rze­czy. Jasne, ist­nie­ją jed­nost­ki, któ­re na krzyw­dzie spo­łecz­nej budu­ją swo­je karie­ry. Są one jed­nak kro­plą w morzu real­ne­go pro­ble­mu, jakim jest sys­te­mo­wa prze­moc wymie­rzo­na w okre­ślo­ne gru­py. Spro­wa­dza­nie tego pro­ble­mu do kapi­ta­łu kul­tu­ro­we­go, któ­ry mia­ły­by­śmy, mie­li­by­śmy zbi­jać na swo­im wyklu­cze­niu, uza­sad­nia i wzmac­nia ist­nie­ją­cą opre­sję. W tych realiach ste­reo­ty­po­we figu­ry bia­łych męż­czyzn fak­tycz­nie nie dosta­ją punk­tów za swo­je usy­tu­owa­nie, bo po pro­stu ich nie potrze­bu­ją – jaką krzyw­dę mia­ły­by im dys­kur­syw­nie wyna­gra­dzać, poza tą wyni­kłą z pod­kre­śla­nia niż­szych usy­tu­owań innych pod­mio­tów? Nie zna­czy to oczy­wi­ście, że pod­mio­ty męskie mają się uni­wer­sal­nie dobrze. Oba­wiam się jed­nak, że kry­ty­kę pozy­cji spo­łecz­nej pod­ję­to tu ze złej stro­ny albo nie­for­tun­nie uję­to. Sądzę, że Kuja­wa patrzy na tę kwe­stię tak samo jak ja: nie kate­go­ria wyklu­cze­nia jest pro­ble­mem, ale jej ska­pi­ta­li­zo­wa­nie. Jeśli chce­my się jed­nak „punk­to­wać” (sama za bar­dzo nie chcę), to gesty pod­wa­ża­ją­ce ideę usy­tu­owa­nia oraz jej zna­cze­nie w deba­cie publicz­nej słu­żą zwy­kle obro­nie wła­sne­go sta­tu­su dokład­nie w ramach obec­nej sytu­acji, nie zaś kry­ty­ce logi­ki towa­ro­wej, ponie­waż to wła­śnie ona wyge­ne­ro­wa­ła oma­wia­ne nie­rów­no­ści na ist­nie­ją­cą dzi­siaj ska­lę. Nie­rów­no­ści te godzą tak­że w męż­czyzn. A więc more geo­me­tri­co.

Co dzie­je się dalej, kie­dy zapo­mni­my o usy­tu­owa­niach lub auto­ma­tycz­nie wcie­li­my je w prze­strzeń dys­kur­su neo­li­be­ral­ne­go? W tę pułap­kę kry­tyk już nie­ste­ty wpadł – mam tu na myśli ostat­nią deba­tę zwią­za­ną z jego komen­ta­rzem doty­czą­cym zacho­wa­nia Kami­la Bre­wiń­skie­go wobec Emi­lii Kon­wer­skiej. Frag­ment opi­su­ją­cy ową sytu­ację pocho­dzi z cyto­wa­nej na począt­ku pod­roz­dzia­łu książ­ki i doty­czy prze­mo­co­we­go zacho­wa­nia poety oraz call outu doko­na­ne­go przez wro­cław­ską autor­kę po serii gróźb, któ­re otrzy­ma­ła od Bre­wiń­skie­go17. Zda­rze­nie to zosta­ło przez Kuja­wę zin­ter­pre­to­wa­ne jako mode­lo­wy przy­kład antyw­spól­no­to­we­go dzia­ła­nia i szem­ra­ne­go sygna­li­zo­wa­nia cno­ty w celu zbi­cia wła­sne­go kapi­ta­łu kul­tu­ro­we­go.

Rozu­miem dystans wobec can­cel cul­tu­re i potrze­bę dostrze­że­nia pro­ble­mu zwią­za­ne­go z media­mi spo­łecz­no­ścio­wy­mi: mecha­nizm roz­wał­ko­wy­wa­nia nie­jed­no­krot­nie zło­żo­nych sytu­acji poprzez gro­ma­dze­nie inter­ne­to­wych poplecz­ni­ków, wie­dzio­nych maso­wym afek­tem, jest bez­sprzecz­nie groź­ny. Jed­nak wyko­rzy­sta­ny przy­kład jest nie­szcze­gól­nie traf­ny: lubel­ski poeta był zna­ny z podob­nych zacho­wań już wcze­śniej, a zgła­sza­nie sytu­acji służ­bom nie przy­no­si­ło efek­tów. Rozu­miem chęć zasy­gna­li­zo­wa­nia, że Bre­wiń­ski ma poważ­ne pro­ble­my oso­bi­ste i zdro­wot­ne. Kuja­wa zazna­cza zresz­tą, że zacho­wa­nie poety było nie­wła­ści­we. Jed­no­cze­śnie wyja­śnie­nie zacho­wa­nia nie ozna­cza uspra­wie­dli­wie­nia go; nie moż­na tak­że zrów­ny­wać każ­de­go upu­blicz­nie­nia prze­mo­cy z nawo­ły­wa­niem do lin­czu: call out bywa po pro­stu for­mą reak­cji obron­nej wypły­wa­ją­cej z nie­wy­dol­no­ści sys­te­mu. Odru­cho­we zakwa­li­fi­ko­wa­nie tej sytu­acji jako „sygna­li­zo­wa­nia cno­ty” przez zaata­ko­wa­ną kobie­tę wyda­je mi się symp­to­ma­tycz­ne w kon­tek­ście owych „punk­tów”, któ­re mamy dosta­wać za wyklu­cze­nie, i zasad­ni­czo nie mam tu innych wnio­sków. Nie sądzę, aby oso­by, któ­rym groź­by śmier­ci spra­wia­ją radość w kon­tek­ście zbi­ja­nia kapi­ta­łu kul­tu­ro­we­go, były tak licz­ne, a w ana­li­zie SWOT sytu­acji widzę głów­nie „zagro­że­nia” i „sła­be stro­ny”. Zapew­ne dla­te­go wie­le osób zare­ago­wa­ło nega­tyw­nie na wypo­wiedź kry­ty­ka, nie­kie­dy rów­nież prze­kra­cza­jąc gra­ni­ce.

Dys­cy­pli­no­wa­nie kobiet za ujaw­nia­nie róż­nic usy­tu­owa­nia i wią­żą­cej się z nimi prze­mo­cy wpi­su­je się jed­nak dosko­na­le w try­by kry­ty­ko­wa­ne­go sys­te­mu, w któ­rym nie ist­nie­je wła­ści­wa reak­cja na prze­moc, ponie­waż prze­moc nie ma spo­ty­kać się z fak­tycz­ną reak­cją. Może­my oczy­wi­ście dys­ku­to­wać o środ­kach, za pomo­cą któ­rych się to doko­nu­je, i zapew­ne tak nale­ża­ło­by rozu­mieć wypo­wiedź kato­wic­kie­go kry­ty­ka – licz­ne dzia­ła­nia z zało­że­nia eman­cy­pa­cyj­ne zosta­ły prze­chwy­co­ne w ramach dys­kur­su neo­li­be­ral­ne­go. Jed­nak w tej kon­kret­nej sytu­acji ist­nia­ły indy­wi­du­al­ne i zbio­ro­we prze­słan­ki do ujaw­nie­nia tajem­ni­cy poli­szy­ne­la. Co sta­ło się z tym dalej – to inna histo­ria. Gdy­bym mia­ła w tym momen­cie wyjść z jakąś pro­po­zy­cją, zasu­ge­ro­wa­ła­bym wypra­co­wa­nie śro­do­wi­sko­wych spo­so­bów radze­nia sobie z podob­ny­mi przy­pad­ka­mi – takich, któ­re nie były­by zwią­za­ne ani ze stro­fo­wa­niem osób poszko­do­wa­nych, ani z machi­nal­nym obrzu­ca­niem bło­tem jed­no­stek naru­sza­ją­cych zasa­dy życia spo­łecz­ne­go. Pew­ne odpo­wie­dzi są w tych sytu­acjach zbyt pro­ste.

Moje wrze­śnio­we stwier­dze­nie, że nie widzę sek­si­zmu w wypo­wie­dziach Dawi­da Kuja­wy czy innych osób wymie­nio­nych w tek­ście, nie było kokie­te­rią. Jak wspo­mnia­łam, celem poprzed­nie­go arty­ku­łu było uka­za­nie pew­nych mecha­ni­zmów, w tym mecha­ni­zmu kon­cen­tro­wa­nia zain­te­re­so­wań wokół pro­mi­nent­nych męskich posta­ci, oraz tego, że usy­tu­owa­nie spo­łecz­ne może czy­nić trud­niej­szym przy­ję­cie abs­trak­cyj­nej toż­sa­mo­ści – na przy­kład poety nur­tu wyobraź­nio­we­go – w kon­tek­ście tego, co okre­ślo­nym gru­pom narzu­ca spo­łe­czeń­stwo. Moją inten­cją nie było więc poja­wia­ją­ce się w wypo­wie­dziach pole­mi­stów dema­sko­wa­nie sek­si­sty czy faszy­sty, lecz pod­kre­śle­nie pew­nych pro­ce­sów, któ­re pozo­sta­ją żywe głów­nie dla­te­go, że są ugrun­to­wa­ne we wspól­nej świa­do­mo­ści i w niej zna­tu­ra­li­zo­wa­ne.

Pro­ble­mem nie jest więc fascy­na­cja gru­py kon­kret­nych pisa­rzy twór­czo­ścią kon­kret­ne­go pisa­rza, ale to, że jako spo­łecz­ność nadal gru­pu­je­my się wokół nazwi­sko­wych tote­mów, nie­za­leż­nie od tego, czy oce­nia­my je pozy­tyw­nie czy nega­tyw­nie. Tote­my te pozo­sta­ją zaś nie­osią­gal­ne lub w ogó­le mało nęcą­ce dla osób, któ­re z okre­ślo­nych powo­dów mają okre­ślo­ne uwa­run­ko­wa­nia, i fakt – z pew­nych pozy­cji jest to bar­dziej widocz­ne. Nie prze­ko­nu­je mnie nato­miast zwy­czaj­ne zacie­ra­nie róż­nic usy­tu­owa­nia lub auto­ma­tycz­ne spro­wa­dza­nie ich do reto­rycz­nej gry o wła­sne korzy­ści. Takie wyko­rzy­sty­wa­nie owe­go poję­cia wią­że się ze zigno­ro­wa­niem zależ­no­ści ujaw­nio­nej daw­no temu dzię­ki femi­ni­zmo­wi mark­si­stow­skie­mu: usy­tu­owa­nia są pochod­ną sys­te­mu opar­te­go na utrzy­ma­niu ich nie­wi­dzial­no­ści. Celem ich ujaw­nia­nia źró­dło­wo nie jest zaś odbie­ra­nie pozy­cji pew­nym pod­mio­tom, by mecha­nicz­nie przy­znać je innym, tyl­ko prze­bu­do­wa porząd­ku, któ­ry w ogó­le owe pozy­cje gene­ru­je. Mam zresz­tą wra­że­nie, że dru­ga stro­na pole­mi­ki rozu­mie ten pro­blem, a wspo­mnia­na sytu­acja jest nie­ade­kwat­nym lub nie­pre­cy­zyj­nie sfor­mu­ło­wa­nym przy­kła­dem owej zależ­no­ści. Nie czu­ję się więc zaata­ko­wa­na „jako kobie­ta” przez to, że ktoś się ze mną nie zga­dza lub ina­czej widzi daną kwe­stię – ści­ślej rzecz bio­rąc, jako „ja” tak­że nie, o ile trzy­ma­my się poety­ki deba­ty. Po pro­stu: nie wszyst­ko jest stra­te­gią korzy­ści.

 

1 A. Wali­gó­ra, Šala­mu­nizm jako narzę­dzie zwro­tu kon­ser­wa­tyw­ne­go, „Dzien­nik Lite­rac­ki” 17.09.2025, onli­ne: https://dziennikliteracki.pl/agnieszka-waligora-salamunizm-jako-narzedzie-zwrotu-konserwatywnego-tomaz-salamun-katarina-salamun-biedrzycka-milosz-biedrzycki-rafal-wawrzynczyk-filip-matwiejczuk-szczepan-kopyt-wojciech-kopec-przemy/ [dostęp: 31.01.2026].

2 D. Kuja­wa, Naj­częst­szą przy­czy­ną zabu­rzeń błęd­ni­ka są infek­cje wiru­so­we, „Dzien­nik Lite­rac­ki” 28.10.2025, onli­ne: https://dziennikliteracki.pl/dawid-kujawa-najczestsza-przyczyna-zaburzen-blednika-sa-infekcje-wirusowe-agnieszka-waligora-salamunizm-jako-narzedzie-zwrotu-konserwatywnego-tomaz-salamun-katarina-salamun-biedrzycka-milosz-biedrzyck/ [dostęp: 31.01.2026].

3 F. Matwiej­czuk, Fascy­na­cja twór­czo­ścią poety jako narzę­dzie zwro­tu do fascy­na­cji twór­czo­ścią poety, „Igli­ca” 2025, onli­ne: https://pismoiglica.pl/filip-matwiejczuk-fascynacja-tworczoscia-poety-jako-narzedzie-zwrotu-do-fascynacji-tworczoscia-poety/ [dostęp: 31.01.2026].

4 I. Davy­den­ko, Któ­rę­dy do Sza­la­mu­no­wic, „Kul­tu­ra Enter” 2025, nr 116, onli­ne: https://kulturaenter.pl/article/spolecznosc-iglica/ [dostęp: 31.01.2026].

5 Zob. W. Ben­ja­min, Paryż II Cesar­stwa według Baudelaire’a [w:] tegoż, Anioł histo­rii. Ese­je, szki­ce, frag­men­ty, wyb. i oprac. H. Orłow­ski, Poznań: Wydaw­nic­two Poznań­skie, 1996.

6 Zob. J.P. Sar­tre, Czym jest lite­ra­tu­ra? Wybór szki­ców kry­tycz­no­li­te­rac­kich, wyb. A. Tatar­kie­wicz, tłum. J. Lale­wicz, War­sza­wa: Pań­stwo­wy Insty­tut Lite­rac­ki, 1968; ten­że, Sło­wa, tłum. J. Rogo­ziń­ski, posł. W. Sad­kow­ski, War­sza­wa: Wie­dza i Życie, 1997.

7 Zob. na przy­kład J.F. Louet­te, O Sartre’owskim zaan­ga­żo­wa­niu („Sło­wa”), tłum. A. Loba, „Prze­gląd Filo­zo­ficz­ny” 2005, nr 4 (56).

8 Zob. K. Hof­f­mann, Zaan­ga­żo­wa­nie Szcze­pa­na Kopy­ta, „Czas Kul­tu­ry” 2012, nr 5.

9 Zob. R. Bar­thes, Pisa­rze i piszą­cy [w:] tegoż, Mit i znak. Ese­je, wyb. i sło­wo wstęp­ne J. Błoń­ski, tłum. W. Błoń­ska i in., War­sza­wa: Pań­stwo­wy Insty­tut Wydaw­ni­czy, 1970.

10 Zob. R. Bar­thes, Pisa­nie poli­tycz­ne [w:] tegoż, Sto­pień zero pisa­nia oraz Nowe ese­je kry­tycz­ne, tłum. K. Kot, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Ale­the­ia, 2009.

11 Roz­wi­jam ową kwe­stię w ostat­nim pod­roz­dzia­le, nato­miast już w tym miej­scu zazna­czam, że ist­nie­je wie­le per­spek­tyw pod­mio­tów mar­gi­na­li­zo­wa­nych, któ­re jak naj­bar­dziej dają się uzgod­nić z myśle­niem mark­si­stow­skim czy kry­ty­ką kapi­ta­li­zmu, jak na przy­kład femi­nizm inter­sek­cjo­nal­ny, będą­cy prze­dłu­że­niem femi­ni­zmu mark­si­stow­skie­go – i wca­le nie pre­zen­tu­je on wspól­nie dzia­ła­ją­cych wyklu­czeń jako izo­lo­wa­nych sfer opre­sji.

12 Zob. J. Ran­ci­ère, Este­ty­ka jako poli­ty­ka, tłum. J. Kuty­ła, P. Mościc­ki, przedm. A. Żmi­jew­ski, posł. S. Žižek, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Kry­ty­ki Poli­tycz­nej, 2007.

13 Tu znów istot­ne są roz­po­zna­nia femi­ni­zmu mark­si­stow­skie­go, mię­dzy inny­mi femi­ni­zmu repro­duk­cji życia spo­łecz­ne­go.

14 Jak się zda­je, przy­pi­sa­no mi z góry sprzy­ja­nie obu poję­ciom. Zob. D. Kuja­wa, Dzień to grzyb­nia, zasie­dla gle­bę nocy, „Dzien­nik Lite­rac­ki” 18.11.2025, onli­ne: https://dziennikliteracki.pl/dawid-kujawa-dzien-to-grzybnia-zasiedla-glebe-nocy-jakub-grabiak-kanikula-polska-poezja-wspolczesna-nowa-poezja-polska-krytyka-wspolczesna-nowosci-ksiazkowe-omowienia-recenzje/ [dostęp: 31.01.2026].

15 Zob. na przy­kład M. Heideg­ger, Źró­dło dzie­ła sztu­ki, tłum. J. Mize­ra [w:] tegoż, Dro­gi lasu, tłum. J. Gie­ra­si­miuk i in., War­sza­wa: Fun­da­cja Ale­the­ia, 1997.

16 Zob. D. Kuja­wa, W myśl praw geo­me­trii. Jak lewi­ca prze­sta­ła się mar­twić i poko­cha­ła logi­kę towa­ro­wą, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Fil­try, 2025.

17 Zob. ten­że, Rów­ność [w:] W myśl praw geo­me­trii

– krytyczka literacka, literaturoznawczyni i tłumaczka.

więcej →

– krytyk, teoretyk, redaktor.

więcej →

– słoweński poeta, autor ponad pięćdziesięciu tomów wierszy, tłumaczonych na ponad dwadzieścia języków.

więcej →

Powiązane teksty

10.02.2026
Polemika

Gniew, jak rękopisy, nie płonie

W „Dzienniku Literackim” opublikowaliśmy szkic Zuzanny Sali Podawać w wątpliwość własne łzy, w którym autorka odnosiła się do książek mających wywoływać w nas wzruszenia. Piotr Sadzik częściowo kwestionował jej tezy w artykule Zaufać (niektórym) łzom, Anna Chromik zaś w szkicu Odczepić się od własnych łez – do zapisów trojga autorów nawiązuje Magdalena Nowicka-Franczak.