Dzień to grzybnia, zasiedla glebę nocy

Gdy prze­śle­dzi się dys­ku­sje o pol­skiej poezji ostat­nich lat, moż­na odnieść wra­że­nie, że recep­cja wier­szy Jaku­ba Gra­bia­ka była wypra­so­wa­na i goto­wa do wyj­ścia, jesz­cze zanim autor opu­bli­ko­wał debiu­tanc­ki tom. Śro­do­wi­sko­wo zwią­za­ny z cza­so­pi­smem „Igli­ca”, roz­czy­ta­ny w Jaro­sła­wie Mar­kie­wi­czu i Gün­te­rze Eichu, w arty­stycz­nych arty­ku­la­cjach eska­pi­stycz­ny i sur­re­al­ny, Gra­biak z zało­że­nia miał być kolej­nym šala­mu­ni­stą, któ­ry roz­py­cha się łok­cia­mi w kul­tu­rze lite­rac­kiej, ale nie ma nic do powie­dze­nia o współ­cze­sno­ści, jedy­nie snu­je się po lesie dzi­kich abs­trak­cji. Co cie­ka­we, po lek­tu­rze tomu Pomyśl cia­ło jako czół­no, któ­re pło­nie (2024) wie­lu czy­tel­ni­ków wyra­ża­ło – i publicz­nie, i zaku­li­so­wo – swo­je roz­cza­ro­wa­nie książ­ką, bo prze­cież mia­ło być „eks­ta­tycz­nie” i burz­li­wie, a dosta­li­śmy utwo­ry wyjąt­ko­wo gład­kie, bez jaskra­wych juk­sta­po­zy­cji, za to peł­ne sub­tel­nych gestów i lek­kiej melo­dii.

A gdy­by­śmy tak porzu­ci­li ama­tor­skie gene­alo­gie, któ­re wię­cej zaciem­nia­ją, niż roz­ja­śnia­ją? Gdy­by­śmy prze­sta­li wycze­ki­wać momen­tu, w któ­rym będzie moż­na wresz­cie zarzu­cić kotwi­cę w suchym lądzie i zacu­mo­wać wier­sze w ich „histo­rycz­no­ści”? Co wte­dy powie­dzia­ły­by nam tek­sty Gra­bia­ka, na jakim pozio­mie docho­dzi­ło­by do ich rozu­mie­nia? Tego rodza­ju pyta­nia nie sta­no­wią pró­by reto­rycz­ne­go uwo­dze­nia czy­tel­ni­ka, wręcz prze­ciw­nie, roz­wa­że­nie tych kwe­stii uwa­żam za koniecz­ne, jeśli chce­my powie­dzieć coś istot­ne­go o dru­giej książ­ce poetyc­kiej tego auto­ra, zaty­tu­ło­wa­nej Kani­ku­ła.

Gra­biak mówi „spraw­dzam” stra­te­gii kry­tycz­nej, któ­rą for­su­je, pró­bu­jąc wyrwać się z objęć tra­dy­cyj­nej her­me­neu­ty­ki, a rów­no­cze­śnie nie wpaść w pułap­ki quasi-socjo­lo­gicz­nej teo­rii afek­tyw­nej, spo­łecz­nej par­ty­cy­pa­cji poprzez sztu­kę i tak dalej. Nie dla­te­go, że jakoś szcze­gól­nie z tą pro­po­zy­cją sym­pa­ty­zu­je, lecz ze wzglę­du na swój spo­sób pisa­nia, prze­cie­ka­ją­cy przez oczka „sia­tek tema­tycz­nych” i nie­da­ją­cy się spro­wa­dzić do oswo­jo­nych pakie­tów toż­sa­mo­ścio­wych. Dwa­dzie­ścia lat temu w zde­rze­niu z taki­mi tek­sta­mi kry­ty­cy natych­miast wycią­ga­li z kie­sze­ni quasi-dekon­struk­cjo­ni­stycz­ne scy­zo­ry­ki – dziś na szczę­ście nikt nie jest tak bez­wstyd­ny, by prze­ko­ny­wać nas, że boha­te­rem książ­ki jest język.

Muzy­ko­lo­gicz­na wraż­li­wość poety pozwa­la mu opie­rać się w pro­ce­sie twór­czym na struk­tu­rach har­mo­nicz­nych zaadap­to­wa­nych w języ­ku: poszcze­gól­ne jed­nost­ki akustyczne/semantyczne postrze­ga Gra­biak jako ele­men­ty skła­do­we „pięk­nych akor­dów”, któ­re nastę­pu­ją po sobie zgod­nie z wewnętrz­ną zasa­dą orga­ni­za­cji. Na wszel­ki wypa­dek dopre­cy­zu­ję: bar­wę, wyso­kość i natę­że­nie lirycz­ne­go „dźwię­ku” okre­śla­ją tu zarów­no brzmie­nie, jak i seman­ty­ka – od naj­prost­szych jed­no­stek zna­cze­nio­wych aż po zło­żo­ne ale­go­rie. Nie cho­dzi oczy­wi­ście o to, że wier­sze Gra­bia­ka zosta­ły napi­sa­ne pod jakiś kon­kret­ny spo­sób lek­tu­ry (tak jak­by w ogó­le ist­nia­ło wie­le spo­so­bów lek­tu­ry). Sed­no zagad­nie­nia tkwi w tym, że pre­tek­sto­wa sub­stan­cja, na któ­rej odby­wa się ope­ra­cja sty­li­stycz­na, jest – wła­śnie – wyraź­nie pre­tek­sto­wa.

Mimo wszyst­ko moż­na wyobra­zić sobie takie omó­wie­nie Kani­ku­ły, któ­re przed­sta­wia ją jako poemat o doj­rze­wa­niu skom­pli­ko­wa­ne­go chłop­ca na Pod­la­siu: cer­kwie, lasy, cha­ty jak twa­rze sta­rych kobiet. Dla pew­nych śro­do­wisk kry­tycz­nych było­by to nawet kuszą­ce, o czym świad­czy nie­daw­na pro­po­zy­cja Agniesz­ki Wali­gó­ry zapre­zen­to­wa­na na łamach „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go”. W takim omó­wie­niu tra­ci­my jed­nak wszyst­ko, co w wier­szach napraw­dę war­to­ścio­we. Autor Kani­ku­ły nie cie­szy się uzna­niem mło­dej kry­ty­ki, ponie­waż funk­cjo­nu­je jako ktoś, kto two­rzy atmos­fe­rę zamiast zna­czeń. To praw­da, ale praw­da wznie­sio­na na fał­szy­wym fun­da­men­cie: afekt nie jest bowiem z zasa­dy czymś męt­nym, zwod­ni­czym i wid­mo­wym, może być wyso­ce zło­żo­ny i sty­mu­lu­ją­cy dla kla­sycz­nej inter­pre­ta­cji – wyma­ga po pro­stu dobre­go roz­po­zna­nia, by pod­dać się znacz­nie skru­pu­lat­niej­szym opi­som.

Ów fał­szy­wy fun­da­ment towa­rzy­szył dzie­więt­na­sto­wiecz­nym tyra­dom o obra­zach impre­sjo­ni­stycz­nych jako dzie­łach, któ­rych celem było przed­sta­wie­nie kra­jo­bra­zu, mar­twej natu­ry lub scen z życia codzien­ne­go – a prze­cież wie­my, że w przy­pad­ku Claude’a Mone­ta, Pierre’a Bon­nar­da czy Mary Cas­satt to wybór tema­tu został podyk­to­wa­ny wzglę­da­mi sty­li­stycz­ny­mi, nie odwrot­nie. Malo­wa­no to, co pozwa­la­ło oddać grę świa­teł, ruch, nie­bie­skie cie­nie, taniec cie­płych kolo­rów i jego efe­me­rycz­ność. Treść może być prze­kła­da­na z jed­nej płasz­czy­zny tech­nicz­nej na inną tyl­ko pod warun­kiem, że oby­dwie są w jakimś stop­niu dys­kur­syw­ne – afekt nato­miast (to wła­śnie dało impre­sjo­ni­stom nie­śmier­tel­ność: nie typo­wy dla nich temat, lecz typo­wy dla nich afekt) jest co praw­da trud­niej­szy w prze­kła­dzie, ale nie ogra­ni­cza się do dys­kur­syw­nej płasz­czy­zny tech­nicz­nej. Stąd wyraź­ne powi­no­wac­twa mię­dzy wspo­mnia­nym Mone­tem, a tak­że Stéphane’em Mal­lar­mém i Claude’em Debus­sym, któ­re ist­nie­ją inter­su­biek­tyw­nie, wyczu­wal­ne są nawet dla ama­to­ra, a któ­rych nie spo­sób opi­sać bez odwo­ły­wa­nia się do poję­cia sty­lu. Być może ta dygre­sja nie roz­ja­śni­ła wystar­cza­ją­co isto­ty zagad­nie­nia, więc rzuć­my wresz­cie okiem na tytu­ło­wy utwór z Kani­ku­ły:

pocią­gi pły­wa­ły tutaj w tune­lach sze­ro­kich jak ręka­wy,
ręka­wy wyplu­wa­ły pocią­gi w prze­strzeń jak pest­ki,

 

wte­dy drża­ły szklan­ki w opusz­czo­nych cha­tach,
a ja leża­łem na osu­wa­ją­cym się w noc nasy­pie.

 

i myśla­łem o śnie­gu, któ­ry spa­da, by nakar­mić
śnieg. wiecz­nie, wiru­jąc jak der­wisz,

 

gdy prze­cią­gał się nad hory­zon­tem smu­kły łuk
Izy­dy, grzę­da, obe­rwa­ny koł­czan1.

Na domi­nu­ją­cy afekt twór­cy zawsze wpły­wa­ją porząd­ki brzmie­nio­wy, figu­ra­tyw­ny i ale­go­rycz­ny, nie może­my ogra­ni­czać się do żad­ne­go z nich, powin­ni­śmy przy­glą­dać się dyna­mi­ce ich rela­cji. Nagro­ma­dze­nie plo­zji w pierw­szym dys­ty­chu (powra­ca­ją­ca spół­gło­ska „p”) łączy się z obra­zem „wyplu­wa­nia” pocią­gów przez „ręka­wy”. Plo­zja jest jed­nak odrę­twia­ła, stłu­mio­na przez bez­dź­więcz­ność „p”; impli­ku­je pewien rodzaj oni­rycz­ne­go otę­pie­nia, któ­re pozwa­la dość natu­ral­nie ukon­sty­tu­ować się figu­rze tune­lu jako ręka­wa. A może ręka­wa jako tune­lu? W poezji Gra­bia­ka nośnik i temat nigdy nie zosta­ją raz na zawsze obsa­dzo­ne w swo­ich rolach, dzię­ki cze­mu powsta­je wra­że­nie nie­koń­czą­cej się reku­ren­cji, w któ­rej moż­li­we kon­sty­tu­uje real­ne, żeby real­ne mogło ukon­sty­tu­ować to, co moż­li­we – i tak dalej.

Okładka tomu wierszy Jakuba Grabiaka pod tytułem „Kanikuła”.
Jakub Grabiak, „Kanikuła”, Warszawa: Convivo, 2025.

Klam­ra struk­tu­ral­na jest nie­mal nie­wi­docz­na, ale zosta­ła pre­cy­zyj­nie zapro­jek­to­wa­na: tekst otwie­ra „po-ciąg”, a koń­czy go „prze-cią­ga­nie” łuku Izy­dy. Figu­ra­cje zwią­za­ne z siła­mi kon­tak­to­wy­mi – zasad­ni­czy­mi dla mecha­ni­ki kla­sycz­nej – cia­sno otu­la­ją dys­ty­chy Gra­bia­ka, a wewnątrz nich docho­dzi do zawie­sze­nia New­to­now­skich zasad dyna­mi­ki. Pro­szę o zacho­wa­nie spo­ko­ju tych z pań­stwa, któ­rym Sokal otwo­rzył się w kie­sze­ni – nie inte­re­su­je mnie dowo­dze­nie nauko­we, zaj­mu­ją mnie intu­icje onto­lo­gicz­no-este­tycz­ne.

Istot­na dla sty­lu Gra­bia­ka wznio­słość jest wyni­kiem spo­tka­nia z wszech­po­tęż­ną natu­rą, ale nie wyczer­pu­je się w wykład­ni roman­tycz­nej – jeśli chce­my zna­leźć jej pre­fi­gu­ra­cję, nie szu­kaj­my jej w dzie­łach Caspa­ra Davi­da Frie­dri­cha, lecz w notat­kach Wer­ne­ra Heisen­ber­ga:

Mia­łem uczu­cie, że patrzę poprzez powierzch­nię zja­wisk ato­mo­wych na leżą­ce głę­biej pod nią pod­ło­że o zadzi­wia­ją­cej wewnętrz­nej uro­dzie i dosta­łem pra­wie zawro­tu gło­wy na myśl, że mam teraz prze­śle­dzić peł­nię struk­tur mate­ma­tycz­nych, któ­re przy­ro­da roz­ło­ży­ła tutaj przede mną. Byłem tak pod­nie­co­ny, że nie mogłem myśleć o śnie. Wysze­dłem więc z domu o roz­po­czy­na­ją­cym się już świ­ta­niu i posze­dłem na pół­noc­ny cypel wyży­ny, gdzie samot­na, wysta­ją­ca w morze igli­ca skal­na wciąż budzi­ła we mnie ocho­tę do prób wspi­nacz­ko­wych2.

Jeste­śmy coraz bli­żej: afekt Gra­bia­ka odno­si się do sta­nu, któ­ry towa­rzy­szy odkry­ciu kwan­to­we­go pod­ło­ża rze­czy­wi­sto­ści. Nie jest ani lękiem, ani szo­kiem, ani eufo­rią, ani żar­li­wo­ścią; jest nimi wszyst­ki­mi, ale jako­ścio­wo róż­ni się od ich sumy; jest wypeł­nio­ny spo­ko­jem i opa­no­wa­niem, któ­re może osią­gnąć tyl­ko ktoś, kto zin­ter­na­li­zo­wał moni­stycz­ny obraz świa­ta. Gra­biak jest przy­ga­szo­nym eks­ta­ty­kiem.

Gior­da­no Bru­no stwo­rzył fun­da­men­ty pod onto­lo­gię, któ­ra naj­peł­niej odpo­wia­da współ­cze­sne­mu sta­no­wi wie­dzy z zakre­su fizy­ki. „Dzień” natu­ry – twier­dził – wyni­ka z jej „nocy”, to zna­czy z nie­skoń­czo­nej poten­cjal­no­ści stwa­rza­nia rela­tyw­nych świa­tów i cza­sów. Dzień odsła­nia zja­wi­ska, noc spra­wia, że na pierw­szy plan wysu­wa się pro­ces indy­wi­du­acji. „[D]zień to grzyb­nia, jak Holen­drzy zasie­dla gle­bę nocy!”3, „noc ostrzy brzy­twę na zło­tym tru­pie dnia”4. Gra­ham Har­man powie­dział­by, że kie­dy „nasyp osu­wa się w noc”, docho­dzi do meta­fi­zycz­ne­go pod­ko­pa­nia przed­mio­tów: tra­cą one swo­je kon­tu­ry, sta­jąc się przy­god­ną eks­pre­sją falo­wej rze­czy­wi­sto­ści. Ale wiersz nie jest od tego, żeby pre­zen­to­wać jakie­kol­wiek praw­dy onto­lo­gicz­ne: płasz­czy­zna kom­po­zy­cji ma prze­cho­wy­wać wir­tu­al­ne wra­że­nia pozba­wio­ne swo­je­go pod­mio­tu (sko­ja­rze­nia z Ern­stem Machem są na miej­scu), któ­re na pozio­mie este­tycz­nym kore­spon­du­ją z owy­mi onto­lo­gicz­ny­mi praw­da­mi („i wszyst­ko zaczę­ło się poru­szać, bez obro­ży patrze­nia, / bez mojej obec­no­ści”)5.

Jak misty­cy­zu­ją­cy spek­tra­li­ści rumuń­scy kon­cen­tro­wa­li się na głę­bi poje­dyn­cze­go dźwię­ku, kon­tem­plu­jąc jego ali­kwo­ty, tak Gra­biak sku­pia się na naj­drob­niej­szych aspek­tach języ­ko­wych obra­zów i figur, pró­bu­jąc dotrzeć do ich naj­głęb­szych, przed­dy­skur­syw­nych źró­deł. Nie bez powo­du Kani­ku­ła peł­na jest figur tran­zy­to­wych, dziur, stud­ni, bram, fur­tek, otwar­tych ust. Sub­stan­cjal­na isto­ta przed­mio­tu nie jest klu­czo­wa – zasad­ni­czą kwe­stią jest to, dokąd ów przed­miot pro­wa­dzi.

 

1 J. Gra­biak, Kani­ku­ła, War­sza­wa: Convi­vo, 2025, s. 9.

2 W. Heisen­berg, Część i całość. Roz­mo­wy o fizy­ce ato­mu, tłum. K. Napiór­kow­ski, War­sza­wa: PIW, 1987, s. 87.

3 J. Gra­biak, Kani­ku­ła, s. 42.

4 Tam­że, s. 47.

5 Tam­że, s. 48.

– krytyk literacki i redaktor. Opublikował Pocałunki ludu. Poezja i krytyka po roku 2000 (Ha!art, 2021) oraz Niedzielne ziemie. Poezja i dobra wspólne (Convivo, 2024).

więcej →

– adept Abrahama ben Abulafii.

więcej →

Powiązane teksty