Mąż, ojciec i pisarz

Nigdy nie spo­tka­łem oso­bi­ście Leopol­da Bucz­kow­skie­go. Kie­dy umie­rał w kwiet­niu 1989 roku, koń­czy­łem szko­łę śred­nią i roz­po­czy­na­łem stu­dia polo­ni­stycz­ne. W liceum zaku­pi­łem egzem­plarz Czar­ne­go poto­ku (wyda­nie z 1986 roku z adno­ta­cją, że powieść jest lek­tu­rą szkol­ną dla uczniów klas matu­ral­nych). Nie wiem, co spra­wi­ło, że się­gną­łem aku­rat po tę książ­kę nie­zna­ne­go mi wów­czas auto­ra. Być może sku­sił mnie tytuł ‒ poetyc­ki i enig­ma­tycz­ny. Na stu­diach dok­to­ranc­kich u pro­fe­sor Marii Janion, któ­ra zapro­po­no­wa­ła mi jako temat przy­szłej dyser­ta­cji twór­czość „samot­ni­ka z Kon­stan­ci­na”, stop­nio­wo wgłę­bia­łem się w tę pro­zę, wpra­wia­ją­cą mnie czę­sto w iry­ta­cję i kon­ster­na­cję. Każ­dy miło­śnik dzieł Bucz­kow­skie­go dobrze zna tę pra­wi­dło­wość ‒ im póź­niej­sze powie­ści tego twór­cy, tym trud­niej­sze w inter­pre­ta­cji. W takiej sytu­acji czę­sto szu­ka się odpo­wie­dzi w epi­sto­lo­gra­fii czy tek­stach oko­ło­li­te­rac­kich. W przy­pad­ku Bucz­kow­skie­go nie jest to jed­nak wybór gwa­ran­tu­ją­cy suk­ces. Jego listy do żony ‒ podob­nie jak kore­spon­den­cja z bada­cza­mi i ludź­mi pió­ra ‒ zawie­ra­ją nie­licz­ne, szcząt­ko­we wypo­wie­dzi na temat zna­cze­nia i gene­zy poszcze­gól­nych powie­ści. Próż­no szu­kać tu pogłę­bio­nych autor­skich ana­liz, auto­in­ter­pre­ta­cji. Te zaś, któ­re się poja­wia­ją, nie roz­wią­zu­ją zagad­ko­wych kwe­stii; nie roz­wie­wa­ją licz­nych wąt­pli­wo­ści, a czę­sto wpro­wa­dza­ją dodat­ko­we zna­ki zapy­ta­nia. Bucz­kow­ski nie nada­wał się do roli egze­ge­ty. Wkra­czał auto­ma­tycz­nie i bez­wied­nie na teren lite­ra­tu­ry, zacie­ra­jąc gra­ni­cę mię­dzy języ­kiem nauki, filo­zo­fii, doświad­cze­nia potocz­ne­go i kry­ty­ki lite­rac­kiej. Popa­dał w post­mo­der­ni­stycz­ną manie­rę tłu­ma­cze­nia prze­ka­zu lite­rac­kie­go języ­kiem samej lite­ra­tu­ry. Dobrze doku­men­tu­ją to zarów­no wywia­dy w pra­sie (raczej nie­licz­ne), jak i tek­sty Wszyst­ko jest dia­lo­giem, Pro­za żywaŻywe dia­lo­gi. W popu­lar­nej mono­gra­fii Leopold Bucz­kow­ski, opu­bli­ko­wa­nej przez Pań­stwo­wy Insty­tut Wydaw­ni­czy, Zyg­munt Trzisz­ka sta­ra się „unau­ko­wić” opo­wieść Bucz­kow­skie­go. Ten bowiem wła­sną teo­rię sztu­ki pre­zen­to­wał w spo­sób dale­ki od sys­te­mo­we­go, spój­ne­go wywo­du. Była to raczej sty­li­za­cja na dys­kurs aka­de­mic­ki, nie fak­tycz­ne roz­wa­ża­nia nauko­we.

W listach Bucz­kow­skie­go jesz­cze mniej niż na temat jego wła­snej twór­czo­ści znaj­du­je­my opi­nii o ludziach z krę­gu arty­stycz­ne­go, o pro­ble­mach, jaki­mi żył war­szaw­ski świat lite­rac­ki. Pisarz poja­wiał się zresz­tą w nim spo­ra­dycz­nie. Nie darzył go sym­pa­tią. Plot­ki na temat kole­ża­nek i kole­gów po fachu nie zaj­mo­wa­ły go zupeł­nie. Sku­piał się na krę­gu bli­skich i zna­jo­mych. Był wśród nich malarz Marian Kra­to­chwil, któ­re­go Bucz­kow­ski znał jesz­cze z cza­sów mło­do­ści spę­dzo­nej na Podo­lu. Był ‒ o pra­wie dzie­sięć lat młod­szy ‒ inny malarz, cera­mik Krzysz­tof Henisz, z któ­rym Bucz­kow­ski zazna­jo­mił się już w Kon­stan­ci­nie. Był rów­nież Zenon Skier­ski, rówie­śnik, autor kato­lic­ki, dziś nie­mal cał­ko­wi­cie zapo­mnia­ny (jego oso­ba, tak jak Kra­to­chwi­la i Heni­sza, powra­ca w kore­spon­den­cji rodzin­nej). Sta­ły kon­takt utrzy­my­wał Bucz­kow­ski rów­nież z Jerzym Plu­tą, mał­żeń­stwem Fal­kie­wi­czów (Kry­sty­ną Miło­będz­ką i jej mężem Andrze­jem), Zyg­mun­tem Trzisz­ką, Han­ną Kirch­ner. Bli­skie wię­zy łączy­ły go też z rodzeń­stwem (przede wszyst­kim z sio­strą Wan­dą). Bucz­kow­ski pocho­dził z rodzi­ny wie­lo­dziet­nej (miał czte­rech bra­ci i jed­ną sio­strę). Wyjąt­ko­we pięt­no odci­snę­ła na nim śmierć dwóch naj­młod­szych bra­ci. Tade­usz (ur. 1919) i Zyg­munt (ur. 1920) zosta­li zamor­do­wa­ni przez oddzia­ły Ukra­iń­skiej Powstań­czej Armii w mar­cu 1944 roku w Pod­ka­mie­niu (w murach klasz­to­ru ojców domi­ni­ka­nów mię­dzy 12 a 16 mar­ca zabi­to oko­ło czte­ry­stu, pię­ciu­set oby­wa­te­li pol­skich, głów­nie cywi­lów). Bucz­kow­ski przy­wo­ły­wał tę zbrod­nię w roz­mo­wach z Trzisz­ką (w jed­nym z tomów „mowy żywej”). Pamię­ci bra­ci dedy­ko­wał ‒ kolej­ną po Czar­nym poto­ku książ­kę o eks­ter­mi­na­cji Żydów i Pola­ków na Podo­lu ‒ Doryc­ki kruż­ga­nek. Tade­usza i Zyg­mun­ta wspo­mi­nał rów­nież na łamach Dzien­ni­ka wojen­ne­go.

Przez dłu­gie lata Bucz­kow­ski zna­ny był przede wszyst­kim jako powie­ścio­pi­sarz, nie­co mniej jako malarz, rzeź­biarz, poeta. Bar­dzo rzad­ko na łamach cza­so­pism lite­rac­kich poja­wia­ły się jego listy. Stan ten zmie­ni­ła dopie­ro publi­ka­cja Wydaw­nic­twa Auste­ria z 2025 roku zaty­tu­ło­wa­na Listy rodzin­ne. Jaki por­tret pisa­rza wyła­nia się z Listów rodzin­nych w opra­co­wa­niu Justy­ny Sta­roń? Wca­le nie taki, jak go czę­sto malu­je­my, jaki skry­wa się pod okre­śle­niem „samot­nik z Kon­stan­ci­na”. Oczy­wi­ście Bucz­kow­ski nie bywał na war­szaw­skich salo­nach, rzad­ko poja­wiał się w gro­nie innych lite­ra­tów. Nie bry­lo­wał w SPA­TiF, Bri­sto­lu, Haren­dzie, w kawiar­ni PIW czy „Czy­tel­ni­ka”. Bez wąt­pie­nia był twór­cą funk­cjo­nu­ją­cym ma mar­gi­ne­sie peere­low­skie­go życia arty­stycz­ne­go. Wybie­rał dom rodzin­ny ‒ pisa­nie, rzeź­bie­nie albo wyko­ny­wa­nie drob­nych prac gospo­dar­skich. Praw­dą jest jed­nak i to, że nazy­wa­nie go odlud­kiem, mizan­tro­pem (co nie­kie­dy czy­nio­no i czy­ni się wciąż) jest pew­nym nad­uży­ciem. Wie­my, że pisarz pro­wa­dził dom otwar­ty. Na Pia­sta 28 żyło się skrom­nie, ale zawsze ser­decz­nie przyj­mo­wa­ło gości.

Bucz­kow­ski źle zno­sił roz­sta­nia. Tęsk­nił. Nie lubił zgieł­ku: „Na dłuż­szą metę Paryż jest nie do wytrzy­ma­nia, zwłasz­cza dla mnie, któ­ry lubi spo­kój”. Przed woj­ną był wol­nym, nie­spo­koj­nym duchem. Pro­wa­dził życie wędrow­ne. Na krót­ko tra­fił nawet do tru­py teatral­nej, z któ­rą prze­mie­rzał Podo­le. Sta­le zmie­niał miej­sce poby­tu. Imał się róż­nych zajęć, by się utrzy­mać w Kra­ko­wie, potem w War­sza­wie. Gdy w 1943 roku spo­tkał o jede­na­ście lat młod­szą Marię Paproc­ką, z któ­rą dość szyb­ko wzię­li ślub w kwiet­niu 1944 roku, zmie­nił się. Ustat­ko­wał.

Zadzi­wiać może cał­ko­wi­ta nie­obec­ność w kore­spon­den­cji rodzin­nej wyda­rzeń poli­tycz­nych. A prze­cież sta­no­wi­ły one natu­ral­ne tło świa­ta, w któ­rym przy­szło żyć pisa­rzo­wi. Bucz­kow­ski mil­czy i o prze­ło­mie paź­dzier­ni­ko­wym, i o Mar­cu ’68, i o ruchu Soli­dar­ność. Jego listy są impre­gno­wa­ne na wszyst­ko, co zwią­za­ne z bie­żą­cą pro­ble­ma­ty­ką spo­łecz­no-poli­tycz­ną w PRL. Kłó­ci się to z akce­sem do Patrio­tycz­ne­go Ruchu Odro­dze­nia Naro­do­we­go (PRON) w latach 80. W tym przy­pad­ku jed­nak decy­du­ją­cą rolę ode­grał zapew­ne Trzisz­ka, nama­wia­jąc pisa­rza do poczy­nie­nia takie­go kro­ku. Nie sądzę, by Bucz­kow­ski chciał wes­przeć dzia­ła­nia wła­dzy komu­ni­stycz­nej. Nie przy­pusz­czam, by wie­rzył, że PRON zała­go­dzi (lub wręcz zli­kwi­du­je) jeden z naj­więk­szych podzia­łów ‒ pomię­dzy ludź­mi sztu­ki a wła­dzą.

Histo­ria Pol­ski od momen­tu prze­ję­cia rzą­dów przez komu­ni­stów poja­wia się akcy­den­tal­nie w kore­spon­den­cji pocho­dzą­cej od zna­jo­mych (zgro­ma­dzo­nej w Muzeum Lite­ra­tu­ry w War­sza­wie). Ale i wte­dy Bucz­kow­ski nie dawał się wcią­gnąć w dywa­ga­cje na ten temat. Nie komen­to­wał pro­te­stów spo­łecz­nych ani dzia­łań wła­dzy. Trud­no zakła­dać, by ktoś, kto w Pol­sce Ludo­wej kon­se­kwent­nie igno­ro­wał sfe­rę poli­ty­ki, nagle pod koniec życia uznał ją za zna­czą­cą i war­tą bez­po­śred­nie­go indy­wi­du­al­ne­go zaan­ga­żo­wa­nia. Sta­roń się­ga po inny argu­ment. Powo­łu­je się przy tym na wie­lo­let­nie­go zna­jo­me­go, admi­ra­to­ra twór­czo­ści pana Leopol­da ‒ Jerze­go Plu­tę. Autor Stu Czy­ży­ków prze­ko­ny­wał, że Bucz­kow­ski oba­wiał się eks­mi­sji z domu przy Pia­sta i dla­te­go „zgo­dził się «wypo­ży­czyć» swo­je nazwi­sko wła­dzom sta­nu wojen­ne­go”. Trud­na sytu­acja eko­no­micz­na nie ode­bra­ła mu jed­nak rado­ści życia i two­rze­nia. Zachłan­ność na pięk­no przy­ro­dy i sztu­ki nigdy go nie opusz­cza­ła. Lubił prze­by­wać w ogro­dzie oka­la­ją­cym dom przy Pia­sta 28.

Listy rodzin­ne poka­zu­ją Bucz­kow­skie­go jako arty­stę, ale przede wszyst­kim ojca, męża, domow­ni­ka w Kon­stan­ci­nie. Widzi­my go w zwy­czaj­nych sytu­acjach życio­wych. Zatro­ska­ne­go o naj­bliż­szych, bory­ka­ją­ce­go się z finan­sa­mi. „Bucz­kow­ski był roz­dar­ty, ponie­waż zda­wał sobie roz­pra­wę, że jest odpo­wie­dzial­ny za rodzi­nę […]. Zara­zem chciał speł­niać się arty­stycz­nie” ‒ pisze Sta­roń1. Spójrz­my na listy z 1948, 1949 i 1950 roku. Trzy tema­ty sta­le w nich wybrzmie­wa­ją: miłość do żony, tro­ska o Syna (pisa­ne­go zawsze wiel­ką lite­rą) oraz kło­po­ty finan­so­we. Żonie bez­u­stan­nie przy­ka­zu­je: „Ser­decz­nie cału­ję Synecz­ka”; „Synecz­ka cału­ję”; „Pil­nuj Synecz­ka!”2; „Ach ‒ jak to potem czło­wiek żału­je, że się za mało wyba­wił z nim! Dzi­siaj to ja naj­bar­dziej tęsk­nię za nim! Powiedz mu to!”3; „I Cie­bie kocham, i Synecz­ka kocham, i obo­je, i razem, i mar­twię się, i tęsk­nię. Całuj go w moim imie­niu po rękach i nogach, i opo­wia­daj mu baj­ki roz­le­głe!”4. Listy Bucz­kow­skie­go są czę­sto krót­kie, nie­kie­dy wręcz spra­woz­daw­cze, ale zawsze ser­decz­ne, peł­ne cie­pła, empa­tii. Pisarz jest w nich szcze­ry i auten­tycz­ny. Przed naj­bliż­szą rodzi­ną się nie kry­gu­je. Nie pro­wo­ku­je, ocze­ku­jąc reak­cji, jak zwykł to nie­kie­dy czy­nić w kon­tak­tach z inny­mi oso­ba­mi, zwłasz­cza nowo pozna­ny­mi. Był to jego spo­sób son­do­wa­nia, ana­li­zo­wa­nia duszy inter­lo­ku­to­ra. Nie­kie­dy przed­mio­tem takich testów bywa­li dzien­ni­ka­rze oraz mło­dzi lite­ra­tu­ro­znaw­cy odwie­dza­ją­cy go w Kon­stan­ci­nie.

Pod koniec lat 90. lub w oko­li­cach roku 2000 na spo­tka­niu z Tade­uszem Bucz­kow­skim (synem) dowie­dzia­łem się, że Muzeum Lite­ra­tu­ry im. Ada­ma Mic­kie­wi­cza posia­da pokaź­ny zbiór maszy­no­pi­sów i ręko­pi­sów, wśród któ­rych jest rów­nież kore­spon­den­cja. Wte­dy zain­te­re­so­wa­łem się lista­mi, ale nie do osób pry­wat­nych, lecz do insty­tu­cji. Ich treść i for­ma fascy­no­wa­ła, a zara­zem wywo­ły­wa­ła mimo­wol­ny deli­kat­ny uśmiech. Listy były tak róż­ne od tych, któ­re zwy­kło się słać do insty­tu­cji pań­stwo­wych, że aż wyda­wa­ło się nie­praw­do­po­dob­ne, by ktoś w ten spo­sób zamie­rzał kore­spon­do­wać w urzę­do­wych spra­wach. Adre­sa­ci tych pism musie­li czuć się nie­swo­jo, czy­ta­jąc zda­nia, któ­re pocho­dzi­ły jak­by z innej rze­czy­wi­sto­ści. Ewi­dent­nie nie przy­sta­wa­ły one do sfor­ma­li­zo­wa­ne­go języ­ka urzę­do­we­go. Oto list do Redak­cji Pol­skiej Lite­ra­tu­ry Współ­cze­snej PIW. W poło­wie stycz­nia 1968 roku Bucz­kow­ski odpo­wia­da w nim na pyta­nie o ter­min zło­że­nia do dru­ku tek­stu Obro­ty (upły­wał on 31 grud­nia 1967 roku):

Jak Jozue przez Jor­dan, Cezar z komen­ta­rza­mi przez Nil – tak i ja, tonąc przez łozy w zaro­ślach, i być może w tej łozie odkry­łem zarod­ki wie­lu wypad­ków, i do tego stop­nia uta­jo­nej i zagad­ko­wej, że żaden umysł śmier­tel­ny, któ­re­mu los przy­piął bla­sza­ny bania­czek ambi­cji, mie­sza­jąc wyobraź­nię ze zdro­wym rozu­mem – spóź­ni­łem się z powo­du cno­tli­wych zasad, lecz czyn pobi­cia sie­bie jest tyl­ko o włos mniej zawsty­dza­ją­cym. A że przy­ro­da jesz­cze dzia­ła, i ja sam krę­cę się w obro­tach Scor­pio – zgo­ła widać przej­rzy­ście, że Pań­stwo­wy Insty­tut Wydaw­ni­czy, spo­so­bio­ny ku mnie przy­jaź­nie, bie­gły w odróż­nia­niu, przyj­mie z wia­rą moje zapew­nie­nie, że ręko­pis „Obro­tów” oddam w paź­dzier­ni­ku lub listo­pa­dzie roku bie­żą­ce­go, popra­wio­ny i roz­wi­nię­ty doświad­cze­nia­mi. Pro­szę więc o prze­dłu­że­nie umo­wy o rok5.

A tak wyglą­da pro­po­zy­cja zawar­cia umo­wy wydaw­ni­czej z PIW zło­żo­na w liście z 6 czerw­ca 1970 roku:

Lis zjadł kwocz­kę na śnia­da­nie, a teraz sam wysia­du­je jaja. Skut­kiem powyż­szych oko­licz­no­ści znaj­dzie­my, przy­pa­tru­jąc się uważ­nie, widok ulot­ny auto­ra w sta­nie zgod­nym z natu­rą. Nie­po­kój ten prze­no­sze­nia ener­gii nie jest pozba­wio­ny nadziei – znaj­du­je sobie sta­ły punkt, woko­ło któ­re­go może się obra­cać bez hała­su. Mówiąc pro­stym obra­zem, wol­no się domy­ślić, że cho­dzi o punkt w Pań­stwo­wym Insty­tu­cie Wydaw­ni­czym. Pozwa­lam sobie zapro­po­no­wać umo­wę wydaw­ni­czą na dzie­ło, któ­re wysia­du­ję z czu­łą opie­ką6.

Na co liczył ktoś, kto w ten spo­sób pisał? Jedy­ne, co uda­ło mu się osią­gnąć, to zapew­ne stan kon­fu­zji odbior­cy. Styl listów urzę­do­wych Bucz­kow­skie­go nie sprzy­jał bowiem poro­zu­mie­niu stron. Czy Bucz­kow­ski nie znał kon­wen­cji? Oczy­wi­ście, że znał – i dla­te­go podej­mo­wał grę. Nie zapo­mi­naj­my, jak twór­ca Czar­ne­go poto­ku obcho­dził się z kon­wen­cja­mi powie­ścio­wy­mi. Obo­wią­zy­wa­ła tu stra­te­gia pro­wo­ka­cji. W Doryc­kim kruż­gan­ku, Pierw­szej świet­no­ści ‒ nie mówiąc o póź­niej­szych dzie­łach ‒ ich autor regu­lar­nie pod­mi­no­wy­wał regu­ły gatun­ko­we. Podob­nie czy­nił z poety­ką ofi­cjal­nej kore­spon­den­cji.

Okładka książki Leopolda Buczkowskiego pod tytułem „Listy rodzinne”.
Leopold Buczkowski, „Listy rodzinne”, red. J. Staroń. Kraków: Austeria, 2025.

Listy rodzin­ne to nie tyl­ko edy­cja źró­deł przy­go­to­wa­na z nie­zwy­kła dba­ło­ścią o naj­mniej­szy szcze­gół, ale tak­że przy­czy­nek do bio­gra­fii Bucz­kow­skie­go, zawie­ra­ją­cej wie­le bia­łych plam; bio­gra­fii wciąż peł­nej tajem­nic, miejsc nie­ja­snych, zagma­twa­nych, wąt­pli­wych poznaw­czo. Sta­roń wyko­na­ła olbrzy­mią, detek­ty­wi­stycz­ną pra­cę, kon­sul­tu­jąc zdo­by­tą wie­dzę z krę­giem żyją­cych zna­jo­mych Bucz­kow­skie­go, człon­ka­mi jego rodzi­ny, porów­nu­jąc doku­men­ty i wypo­wie­dzi same­go auto­ra. W rezul­ta­cie otrzy­ma­li­śmy mię­dzy inny­mi bio­gra­my rodzeń­stwa Leopol­da. Zawar­tych w nich infor­ma­cji nie znaj­dzie­my we wcze­śniej­szej lite­ra­tu­rze przed­mio­to­wej. Twór­ca Kąpie­li w Luc­ca w roz­mo­wach z Trzisz­ką poda­wał nie­kie­dy ską­pe infor­ma­cje o rodzeń­stwie, jed­nak Sta­roń na nich nie poprze­sta­ła. Potrak­to­wa­ła je raczej jako punkt wyj­ścia wła­snych poszu­ki­wań. Nie wszyst­ko uda­ło się wyja­śnić i nie wszyst­ko w przy­szło­ści da się wyja­śnić. Trze­ba się pogo­dzić z fak­tem, że życio­rys „samot­ni­ka z Kon­stan­ci­na” pozo­sta­nie do koń­ca zagad­ko­wy, zakry­ty przed oczy­ma czy­tel­ni­ka i bada­cza. W istot­nym stop­niu odpo­wie­dzial­ny jest za to sam Bucz­kow­ski, któ­ry klu­czył, mylił tro­py (czy­nił to czę­sto nie­świa­do­mie lub pod­da­jąc się nastro­jo­wi chwi­li), przed­sta­wia­jąc fak­ty ze swe­go życia. Kie­dy mówił mi o tym daw­no temu Tomasz Bucz­kow­ski (syn Maria­na Ruth Bucz­kow­skie­go), przyj­mo­wa­łem te rewe­la­cje tro­chę z nie­do­wie­rza­niem i kła­dłem na karb zazdro­ści o bar­dziej popu­lar­ne­go stry­ja (nota­be­ne mię­dzy brać­mi ist­nia­ła wie­lo­let­nia, cicha rywa­li­za­cja na tej płasz­czyź­nie). Szyb­ko jed­nak oka­za­ło się, że stryj nie tyl­ko „kradł” nie­któ­re fak­ty z prze­żyć młod­sze­go bra­ta Maria­na, ale też swo­bod­nie roz­po­rzą­dzał zda­rze­nia­mi z życio­ry­sów innych osób. Przy czym rów­nież je mody­fi­ko­wał, prze­kształ­cał, pod­da­wał doraź­nym zmia­nom, nie przej­mu­jąc się nazbyt zasa­da­mi praw­do­po­do­bień­stwa. Waż­ne, by w danej chwi­li współ­gra­ły one ze snu­tą opo­wie­ścią, by budo­wa­ły kli­mat opo­wia­da­nej aneg­do­ty, dyk­te­ryj­ki czy sta­no­wi­ły asumpt do filo­zo­ficz­ne­go uogól­nie­nia. Fak­ty scho­dzi­ły wte­dy na dru­gi plan. Naj­waż­niej­sza była magia opo­wie­ści. Ów prym lite­ra­tu­ry nad życiem oka­zał się sta­łym kom­po­nen­tem pisar­skiej wyobraź­ni Bucz­kow­skie­go. Zara­zem skłon­ność do prze­ni­ka­nia się świa­ta real­ne­go i fik­cyj­ne­go była powszech­nie zna­na wie­lu zna­jo­mym twór­cy. Daje temu wyraz jeden z listów Kra­to­chwi­la, kory­gu­ją­ce­go infor­ma­cje upo­wszech­nia­ne przez Leopol­da. Nota­be­ne przy­pi­sy spo­rzą­dzo­ne przez Sta­roń sta­no­wią nie­oce­nio­ny rezer­wu­ar wie­dzy o dzie­jach tek­stów, w tym o pery­pe­tiach zwią­za­nych z dru­kiem. Tak z listów, jak z przy­pi­sów dowia­du­je­my się spo­ro o zre­ali­zo­wa­nych i nie­zre­ali­zo­wa­nych pro­jek­tach lite­rac­kich. Autor Czar­ne­go poto­ku bowiem wie­le dzieł roz­po­czy­nał, a potem zarzu­cał ‒ nie koń­czył albo pozo­sta­wiał na wcze­snym eta­pie roz­wo­ju.

Czę­sto zakła­da­my, że twór­cy awan­gar­do­wi mają kło­po­ty z odna­le­zie­niem się w rze­czy­wi­sto­ści. Z Bucz­kow­skim było ina­czej. Wie­my, że był on zarad­nym czło­wie­kiem. Choć nie­mal przez całe życie miał pro­ble­my finan­so­we, sta­rał się zapew­nić byt dzie­ciom i żonie. Chwy­tał się róż­nych moż­li­wo­ści i szans (o czym skru­pu­lat­nie powia­da­miał żonę). Skła­dał wnio­ski o sty­pen­dia, zapo­mo­gi, poży­czał nie­wiel­kie kwo­ty od zna­jo­mych. Wszyst­ko, co uda­ło mu się zaro­bić (dzię­ki pisa­niu, ilu­stro­wa­niu ksią­żek, pra­cy zece­ra), wysy­łał rodzi­nie. Żył skrom­nie, ale nie narze­kał, nie uty­ski­wał. Jak zgod­nie stwier­dza­ją ich dzie­ci, Leopold i Maria, jeśli było to tyl­ko moż­li­we, sta­ra­li się korzy­stać z drob­nych przy­jem­no­ści (wspól­nych wyjaz­dów, waka­cji). Czy­ni­li wszyst­ko, by syn i cór­ka nie odczu­wa­li nie­do­stat­ku. Pisarz chciał, by dzie­ci dora­sta­ły w oto­cze­niu sztu­ki ‒ roz­mów o sztu­ce, rzeźb, obra­zów, ksią­żek, ludzi, dla któ­rych była ona chle­bem powsze­dnim. Tade­usz podą­żył dro­gą ojca.

Bucz­kow­ski wyko­nał wła­sno­ręcz­nie wie­le przed­mio­tów codzien­ne­go użyt­ku (w tym meble). Prze­pro­wa­dzał samo­dziel­nie drob­ne napra­wy w domu. Jeśli zatem skłon­ni byli­by­śmy myśleć o wiel­kim eks­pe­ry­men­ta­to­rze, jakim nie­wąt­pli­wie był, jako o czło­wie­ku z gło­wą w chmu­rach, to nie o Bucz­kow­skim. Posia­dał on bowiem umie­jęt­ność prze­łą­cza­nia się z try­bu arty­stycz­ne­go na tryb codzien­nych zajęć i prac. Taki­mi oto talen­ta­mi wyka­zy­wał się czło­wiek, któ­ry naj­chęt­niej prze­by­wał w świe­cie sztu­ki. Naj­le­piej się bowiem w nim czuł. Do nie­go też lgnę­ła nie­okieł­zna­na i sta­le pobu­dzo­na wyobraź­nia Bucz­kow­skie­go.

Dodat­ko­wym atu­tem Listów rodzin­nych jest kom­po­nent iko­no­gra­ficz­ny. Współ­two­rzą go dwa blo­ki foto­gra­fii. Pierw­szy zbiór ‒ licz­niej­szy ‒ sta­no­wią zdję­cia rodzin­ne ‒ bab­ki Anny i dziad­ka Toma­sza, ojca (rów­nież Toma­sza), żony Marii Bucz­kow­skiej, dzie­ci (Tade­usza i Agniesz­ki Bucz­kow­skich). Są wśród tych foto­gra­fii zdję­cia rzad­ko lub nigdy wcze­śniej nie­pu­bli­ko­wa­ne. Na jed­nym z nich widzi­my bra­ci Leopol­da ‒ Józe­fa i Maria­na (uzna­ne­go przed woj­ną pisa­rza, auto­ra Tra­gicz­ne­go poko­le­nia), sio­strę Wan­dę. Na innym patrzy na nas naj­star­szy z rodzeń­stwa ‒ Tomasz Józef Bucz­kow­ski w mun­du­rze żoł­nie­rza armii austro-węgier­skiej. Rodzin­ne cie­pło ema­nu­je z foto­gra­fii dzie­ci ‒ Agniesz­ki i Tade­usza. Dru­gi zbiór to zdję­cia, któ­re wyko­nał sam Bucz­kow­ski albo któ­re pocho­dzą z Naro­do­we­go Archi­wum Cyfro­we­go (przed­sta­wia­ją one mię­dzy inny­mi Pod­ka­mień, Zako­pa­ne, Kra­ków). Foto­gra­fia była pasją twór­cy. Zdję­cia wyko­ny­wał on przed woj­ną (archi­tek­tu­ra, ludzie i przy­ro­da Podo­la), ale też w jej trak­cie (doku­men­to­wał prze­bieg powsta­nia war­szaw­skie­go, o czym dowia­du­je­my się z frag­men­tu Dzien­ni­ka wojen­ne­go zaty­tu­ło­wa­ne­go Powsta­nie na Żoli­bo­rzu). Nie­ste­ty więk­szość tych mate­ria­łów zagi­nę­ła.

Jak dekla­ra­tyw­nie orze­ka Sta­roń, w życiu Bucz­kow­skie­go były czte­ry kobie­ty: bab­ka Anna Bace­wicz, od któ­rej uczył się sztu­ki opo­wia­da­nia, mat­ka Anna, cór­ka Agniesz­ka (po mężu Wood) oraz żona Maria. Oczy­wi­ście poja­wia­ły się też inne. Pośród nich była Kry­sty­na Miło­będz­ka, badacz­ka i wiel­bi­ciel­ka talen­tu Han­na Kirch­ner, z któ­rą łączy­ła Bucz­kow­skie­go wie­lo­let­nia więź emo­cjo­nal­na, Jani­na Mort­ko­wicz i jej cór­ka Han­na Mort­ko­wicz-Olczak. W listach do nie­któ­rych z pań autor Wer­te­pów przy­bie­rał pro­wo­ka­cyj­ną maskę. Figlar­ny ton poja­wia się w zgro­ma­dzo­nej w Muzeum Lite­ra­tu­ry kore­spon­den­cji z Kirch­ner. Zalo­ty pisa­rza sta­no­wi­ły ele­ment gry, wyraz uwiel­bie­nia dla uro­dy i inte­lek­tu. „Roman­se” Bucz­kow­skie­go reali­zo­wa­ły się w sfe­rze wyobraź­ni, pół­słó­wek, nie­do­po­wie­dzeń. Nie ule­ga kwe­stii, że arty­sta dobrze czuł się w towa­rzy­stwie kobiet, wręcz potrze­bo­wał ich obec­no­ści ‒ jeśli nie real­nej, to przy­naj­mniej kore­spon­den­cyj­nej. Poszu­ki­wał w nich odbi­cia fizycz­ne­go i ducho­we­go pięk­na, jakie odnaj­dy­wał w natu­rze. Eks­plo­ra­cja tych dwóch rodza­jów pięk­na sta­no­wi­ła dla nie­go źró­dło inspi­ra­cji i wital­no­ści. Bucz­kow­ski był bowiem zawsze czu­ły na powierz­chow­ność przed­sta­wi­cie­lek płci pięk­nej i urok, jaki wokół sie­bie roz­ta­cza­ły. Wobec Marii ‒ pełen sza­cun­ku i aten­cji ‒ bywał bez­pru­de­ryj­ny. Bez ogró­dek wyra­żał nara­sta­ją­ce w nim pożą­da­nie („Cału­ję Was ser­decz­nie i ści­skam, Synecz­ka cału­ję, a na Cie­bie kła­dę się”; „Ści­skam Was i Cału­ję ‒ Cie­bie roz­kła­dam na łóż­ku i chciał­bym bar­dzo porż­nąć ‒ Cału­ję Syn­ka. Pa!”)7. W innym miej­scu tak mówił o syl­we­strze 1948 roku: „Potem pola­złem do Karo­la­ków […], wie­cze­rza skła­da­na, kole­dzy z war­szaw­skiej aka­de­mii i ich żony, nawet nie było kogo poma­cać”8. Żona nie odpo­wia­da­ła na pro­wo­ka­cje (w każ­dym razie nic takie­go nie znaj­du­je­my w skrom­nym zbio­rze listów od Marii, któ­re zacho­wa­ły się do naszych cza­sów). Naj­praw­do­po­dob­niej jed­nak pod tym wzglę­dem róż­ni­ła się od męża, zacho­wy­wa­ła więk­szą powścią­gli­wość i dystan­so­wa­ła się od języ­ka namięt­no­ści pro­po­no­wa­ne­go przez Leopol­da. Marię Bucz­kow­ską wspo­mi­na się czę­sto jako deli­kat­ną, ale moc­no stą­pa­ją­cą po zie­mi, opie­kun­kę ogni­ska domo­we­go, oso­bę, któ­ra nie­kie­dy poskra­mia­ła (kory­go­wa­ła) histo­rie Bucz­kow­skie­go z jego mło­do­ści. Dla niej były one każ­do­ra­zo­wo „prze­krę­ca­ne” przez męża, dla nie­go za każ­dym razem rodzi­ły się na nowo, a kate­go­rie praw­dy i fał­szu nie mia­ły tu zasto­so­wa­nia.

Oglą­da­ne z per­spek­ty­wy dwóch dekad Listy rodzin­ne to kolej­ny dowód na rosną­ce zain­te­re­so­wa­nie dorob­kiem „samot­ni­ka z Kon­stan­ci­na”. Jak dowia­du­je­my się z infor­ma­cji od wydaw­ców, Listy… sta­no­wią pierw­szą część pię­cio­to­mo­wej serii „Ine­di­ta Leopol­da Bucz­kow­skie­go”. Na koniec roku 2026 w nobli­wej serii Biblio­te­ki Naro­do­wej zapo­wia­da­na jest zaś publi­ka­cja Czar­ne­go poto­ku ‒ książ­ki, któ­ra sta­no­wi już kla­sy­kę lite­ra­tu­ry pol­skiej. Nad­szedł czas, by świa­tło dzien­ne ujrza­ły rów­nież ine­di­ta.

Po domu w Kon­stan­ci­nie na Pia­sta 28 nie zosta­ło już nic. Teren woko­ło zmie­nił wła­ści­cie­la. Nie znaj­dzie­my żad­nej infor­ma­cji o tym, że przez kil­ka­dzie­siąt lat miesz­kał tu jeden z naj­wy­bit­niej­szych pro­za­ików pol­skich dru­giej poło­wy XX wie­ku. W kwiet­niu 1993 roku, gdy zmar­ła Maria Bucz­kow­ska, dokład­nie czte­ry lata po śmier­ci Leopol­da, ich syn zapa­ko­wał obra­zy, rysun­ki, zabrał maszy­no­pi­sy, ręko­pi­sy i wywiózł je do Spli­tu ‒ mia­sta, w któ­rym zamiesz­kał wraz z żoną i dwie­ma cór­ka­mi. Rzeź­by oddał na prze­cho­wa­nie przy­ja­cie­lo­wi w Kon­stan­ci­nie.

 

1 J. Sta­roń, Świat i ludzie Leopol­da Bucz­kow­skie­go [w:] L. Bucz­kow­ski, Listy rodzin­ne, oprac. i wstęp J. Sta­roń, Kraków–Budapeszt–Syrakuzy: Wydaw­nic­two Auste­ria, 2025, s. 26.

2 Tam­że, s. 78.

3 Tam­że, s. 95.

4 Tam­że, s. 96.

5 L. Bucz­kow­ski, Listy z arty­sta­mi, kry­ty­ka­mi, przy­ja­ciół­mi, wstęp i oprac. M. Libich, P. Sadzik, Kraków–Budapeszt–Syrakuzy: Wydaw­nic­two Auste­ria, 2026, s. 701.

6 Kore­spon­den­cja urzę­do­wa Leopol­da Bucz­kow­skie­go, oprac. S. Bury­ła, „Kre­sy” 1998, nr 4.

7 L. Bucz­kow­ski, Listy rodzin­ne, s. 90.

8 Tam­że, s. 103.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

28.06.2026 Cykl antologijny

Mapa do gubienia się w

Kiedy myślę o tej antologii, jawi mi się ona jako kolekcja pocztówek z bardzo różnych miejsc. Taka kolekcja opowiada historię całości, której nie da się objąć jednym spojrzeniem i zgrabnie podsumować w kilku zdaniach – o książce Rzecz niepospolita. Antologia opowiadań niesamowitych pisze Marta Malinowska.

27.06.2026 Recenzje

Wyspa Bergera

Stawiane są pytania o granice sztuki oraz o to, jak daleko artysta może się posunąć, by sfinalizować swoje dzieło. Czy poświęcenie jednej osoby dla sztuki może być zrównoważone poświęceniem sztuki innej osobie? – o Wyspie Snów Heikkiego Kännö pisze Piotr Paczkowski.

26.06.2026 Prasówka

Prasówka (26 czerwca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.