Nigdy nie spotkałem osobiście Leopolda Buczkowskiego. Kiedy umierał w kwietniu 1989 roku, kończyłem szkołę średnią i rozpoczynałem studia polonistyczne. W liceum zakupiłem egzemplarz Czarnego potoku (wydanie z 1986 roku z adnotacją, że powieść jest lekturą szkolną dla uczniów klas maturalnych). Nie wiem, co sprawiło, że sięgnąłem akurat po tę książkę nieznanego mi wówczas autora. Być może skusił mnie tytuł ‒ poetycki i enigmatyczny. Na studiach doktoranckich u profesor Marii Janion, która zaproponowała mi jako temat przyszłej dysertacji twórczość „samotnika z Konstancina”, stopniowo wgłębiałem się w tę prozę, wprawiającą mnie często w irytację i konsternację. Każdy miłośnik dzieł Buczkowskiego dobrze zna tę prawidłowość ‒ im późniejsze powieści tego twórcy, tym trudniejsze w interpretacji. W takiej sytuacji często szuka się odpowiedzi w epistolografii czy tekstach okołoliterackich. W przypadku Buczkowskiego nie jest to jednak wybór gwarantujący sukces. Jego listy do żony ‒ podobnie jak korespondencja z badaczami i ludźmi pióra ‒ zawierają nieliczne, szczątkowe wypowiedzi na temat znaczenia i genezy poszczególnych powieści. Próżno szukać tu pogłębionych autorskich analiz, autointerpretacji. Te zaś, które się pojawiają, nie rozwiązują zagadkowych kwestii; nie rozwiewają licznych wątpliwości, a często wprowadzają dodatkowe znaki zapytania. Buczkowski nie nadawał się do roli egzegety. Wkraczał automatycznie i bezwiednie na teren literatury, zacierając granicę między językiem nauki, filozofii, doświadczenia potocznego i krytyki literackiej. Popadał w postmodernistyczną manierę tłumaczenia przekazu literackiego językiem samej literatury. Dobrze dokumentują to zarówno wywiady w prasie (raczej nieliczne), jak i teksty Wszystko jest dialogiem, Proza żywa i Żywe dialogi. W popularnej monografii Leopold Buczkowski, opublikowanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy, Zygmunt Trziszka stara się „unaukowić” opowieść Buczkowskiego. Ten bowiem własną teorię sztuki prezentował w sposób daleki od systemowego, spójnego wywodu. Była to raczej stylizacja na dyskurs akademicki, nie faktyczne rozważania naukowe.
W listach Buczkowskiego jeszcze mniej niż na temat jego własnej twórczości znajdujemy opinii o ludziach z kręgu artystycznego, o problemach, jakimi żył warszawski świat literacki. Pisarz pojawiał się zresztą w nim sporadycznie. Nie darzył go sympatią. Plotki na temat koleżanek i kolegów po fachu nie zajmowały go zupełnie. Skupiał się na kręgu bliskich i znajomych. Był wśród nich malarz Marian Kratochwil, którego Buczkowski znał jeszcze z czasów młodości spędzonej na Podolu. Był ‒ o prawie dziesięć lat młodszy ‒ inny malarz, ceramik Krzysztof Henisz, z którym Buczkowski zaznajomił się już w Konstancinie. Był również Zenon Skierski, rówieśnik, autor katolicki, dziś niemal całkowicie zapomniany (jego osoba, tak jak Kratochwila i Henisza, powraca w korespondencji rodzinnej). Stały kontakt utrzymywał Buczkowski również z Jerzym Plutą, małżeństwem Falkiewiczów (Krystyną Miłobędzką i jej mężem Andrzejem), Zygmuntem Trziszką, Hanną Kirchner. Bliskie więzy łączyły go też z rodzeństwem (przede wszystkim z siostrą Wandą). Buczkowski pochodził z rodziny wielodzietnej (miał czterech braci i jedną siostrę). Wyjątkowe piętno odcisnęła na nim śmierć dwóch najmłodszych braci. Tadeusz (ur. 1919) i Zygmunt (ur. 1920) zostali zamordowani przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii w marcu 1944 roku w Podkamieniu (w murach klasztoru ojców dominikanów między 12 a 16 marca zabito około czterystu, pięciuset obywateli polskich, głównie cywilów). Buczkowski przywoływał tę zbrodnię w rozmowach z Trziszką (w jednym z tomów „mowy żywej”). Pamięci braci dedykował ‒ kolejną po Czarnym potoku książkę o eksterminacji Żydów i Polaków na Podolu ‒ Dorycki krużganek. Tadeusza i Zygmunta wspominał również na łamach Dziennika wojennego.
Przez długie lata Buczkowski znany był przede wszystkim jako powieściopisarz, nieco mniej jako malarz, rzeźbiarz, poeta. Bardzo rzadko na łamach czasopism literackich pojawiały się jego listy. Stan ten zmieniła dopiero publikacja Wydawnictwa Austeria z 2025 roku zatytułowana Listy rodzinne. Jaki portret pisarza wyłania się z Listów rodzinnych w opracowaniu Justyny Staroń? Wcale nie taki, jak go często malujemy, jaki skrywa się pod określeniem „samotnik z Konstancina”. Oczywiście Buczkowski nie bywał na warszawskich salonach, rzadko pojawiał się w gronie innych literatów. Nie brylował w SPATiF, Bristolu, Harendzie, w kawiarni PIW czy „Czytelnika”. Bez wątpienia był twórcą funkcjonującym ma marginesie peerelowskiego życia artystycznego. Wybierał dom rodzinny ‒ pisanie, rzeźbienie albo wykonywanie drobnych prac gospodarskich. Prawdą jest jednak i to, że nazywanie go odludkiem, mizantropem (co niekiedy czyniono i czyni się wciąż) jest pewnym nadużyciem. Wiemy, że pisarz prowadził dom otwarty. Na Piasta 28 żyło się skromnie, ale zawsze serdecznie przyjmowało gości.
Buczkowski źle znosił rozstania. Tęsknił. Nie lubił zgiełku: „Na dłuższą metę Paryż jest nie do wytrzymania, zwłaszcza dla mnie, który lubi spokój”. Przed wojną był wolnym, niespokojnym duchem. Prowadził życie wędrowne. Na krótko trafił nawet do trupy teatralnej, z którą przemierzał Podole. Stale zmieniał miejsce pobytu. Imał się różnych zajęć, by się utrzymać w Krakowie, potem w Warszawie. Gdy w 1943 roku spotkał o jedenaście lat młodszą Marię Paprocką, z którą dość szybko wzięli ślub w kwietniu 1944 roku, zmienił się. Ustatkował.
Zadziwiać może całkowita nieobecność w korespondencji rodzinnej wydarzeń politycznych. A przecież stanowiły one naturalne tło świata, w którym przyszło żyć pisarzowi. Buczkowski milczy i o przełomie październikowym, i o Marcu ’68, i o ruchu Solidarność. Jego listy są impregnowane na wszystko, co związane z bieżącą problematyką społeczno-polityczną w PRL. Kłóci się to z akcesem do Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego (PRON) w latach 80. W tym przypadku jednak decydującą rolę odegrał zapewne Trziszka, namawiając pisarza do poczynienia takiego kroku. Nie sądzę, by Buczkowski chciał wesprzeć działania władzy komunistycznej. Nie przypuszczam, by wierzył, że PRON załagodzi (lub wręcz zlikwiduje) jeden z największych podziałów ‒ pomiędzy ludźmi sztuki a władzą.
Historia Polski od momentu przejęcia rządów przez komunistów pojawia się akcydentalnie w korespondencji pochodzącej od znajomych (zgromadzonej w Muzeum Literatury w Warszawie). Ale i wtedy Buczkowski nie dawał się wciągnąć w dywagacje na ten temat. Nie komentował protestów społecznych ani działań władzy. Trudno zakładać, by ktoś, kto w Polsce Ludowej konsekwentnie ignorował sferę polityki, nagle pod koniec życia uznał ją za znaczącą i wartą bezpośredniego indywidualnego zaangażowania. Staroń sięga po inny argument. Powołuje się przy tym na wieloletniego znajomego, admiratora twórczości pana Leopolda ‒ Jerzego Plutę. Autor Stu Czyżyków przekonywał, że Buczkowski obawiał się eksmisji z domu przy Piasta i dlatego „zgodził się «wypożyczyć» swoje nazwisko władzom stanu wojennego”. Trudna sytuacja ekonomiczna nie odebrała mu jednak radości życia i tworzenia. Zachłanność na piękno przyrody i sztuki nigdy go nie opuszczała. Lubił przebywać w ogrodzie okalającym dom przy Piasta 28.
Listy rodzinne pokazują Buczkowskiego jako artystę, ale przede wszystkim ojca, męża, domownika w Konstancinie. Widzimy go w zwyczajnych sytuacjach życiowych. Zatroskanego o najbliższych, borykającego się z finansami. „Buczkowski był rozdarty, ponieważ zdawał sobie rozprawę, że jest odpowiedzialny za rodzinę […]. Zarazem chciał spełniać się artystycznie” ‒ pisze Staroń1. Spójrzmy na listy z 1948, 1949 i 1950 roku. Trzy tematy stale w nich wybrzmiewają: miłość do żony, troska o Syna (pisanego zawsze wielką literą) oraz kłopoty finansowe. Żonie bezustannie przykazuje: „Serdecznie całuję Syneczka”; „Syneczka całuję”; „Pilnuj Syneczka!”2; „Ach ‒ jak to potem człowiek żałuje, że się za mało wybawił z nim! Dzisiaj to ja najbardziej tęsknię za nim! Powiedz mu to!”3; „I Ciebie kocham, i Syneczka kocham, i oboje, i razem, i martwię się, i tęsknię. Całuj go w moim imieniu po rękach i nogach, i opowiadaj mu bajki rozległe!”4. Listy Buczkowskiego są często krótkie, niekiedy wręcz sprawozdawcze, ale zawsze serdeczne, pełne ciepła, empatii. Pisarz jest w nich szczery i autentyczny. Przed najbliższą rodziną się nie kryguje. Nie prowokuje, oczekując reakcji, jak zwykł to niekiedy czynić w kontaktach z innymi osobami, zwłaszcza nowo poznanymi. Był to jego sposób sondowania, analizowania duszy interlokutora. Niekiedy przedmiotem takich testów bywali dziennikarze oraz młodzi literaturoznawcy odwiedzający go w Konstancinie.
Pod koniec lat 90. lub w okolicach roku 2000 na spotkaniu z Tadeuszem Buczkowskim (synem) dowiedziałem się, że Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza posiada pokaźny zbiór maszynopisów i rękopisów, wśród których jest również korespondencja. Wtedy zainteresowałem się listami, ale nie do osób prywatnych, lecz do instytucji. Ich treść i forma fascynowała, a zarazem wywoływała mimowolny delikatny uśmiech. Listy były tak różne od tych, które zwykło się słać do instytucji państwowych, że aż wydawało się nieprawdopodobne, by ktoś w ten sposób zamierzał korespondować w urzędowych sprawach. Adresaci tych pism musieli czuć się nieswojo, czytając zdania, które pochodziły jakby z innej rzeczywistości. Ewidentnie nie przystawały one do sformalizowanego języka urzędowego. Oto list do Redakcji Polskiej Literatury Współczesnej PIW. W połowie stycznia 1968 roku Buczkowski odpowiada w nim na pytanie o termin złożenia do druku tekstu Obroty (upływał on 31 grudnia 1967 roku):
Jak Jozue przez Jordan, Cezar z komentarzami przez Nil – tak i ja, tonąc przez łozy w zaroślach, i być może w tej łozie odkryłem zarodki wielu wypadków, i do tego stopnia utajonej i zagadkowej, że żaden umysł śmiertelny, któremu los przypiął blaszany baniaczek ambicji, mieszając wyobraźnię ze zdrowym rozumem – spóźniłem się z powodu cnotliwych zasad, lecz czyn pobicia siebie jest tylko o włos mniej zawstydzającym. A że przyroda jeszcze działa, i ja sam kręcę się w obrotach Scorpio – zgoła widać przejrzyście, że Państwowy Instytut Wydawniczy, sposobiony ku mnie przyjaźnie, biegły w odróżnianiu, przyjmie z wiarą moje zapewnienie, że rękopis „Obrotów” oddam w październiku lub listopadzie roku bieżącego, poprawiony i rozwinięty doświadczeniami. Proszę więc o przedłużenie umowy o rok5.
A tak wygląda propozycja zawarcia umowy wydawniczej z PIW złożona w liście z 6 czerwca 1970 roku:
Lis zjadł kwoczkę na śniadanie, a teraz sam wysiaduje jaja. Skutkiem powyższych okoliczności znajdziemy, przypatrując się uważnie, widok ulotny autora w stanie zgodnym z naturą. Niepokój ten przenoszenia energii nie jest pozbawiony nadziei – znajduje sobie stały punkt, wokoło którego może się obracać bez hałasu. Mówiąc prostym obrazem, wolno się domyślić, że chodzi o punkt w Państwowym Instytucie Wydawniczym. Pozwalam sobie zaproponować umowę wydawniczą na dzieło, które wysiaduję z czułą opieką6.
Na co liczył ktoś, kto w ten sposób pisał? Jedyne, co udało mu się osiągnąć, to zapewne stan konfuzji odbiorcy. Styl listów urzędowych Buczkowskiego nie sprzyjał bowiem porozumieniu stron. Czy Buczkowski nie znał konwencji? Oczywiście, że znał – i dlatego podejmował grę. Nie zapominajmy, jak twórca Czarnego potoku obchodził się z konwencjami powieściowymi. Obowiązywała tu strategia prowokacji. W Doryckim krużganku, Pierwszej świetności ‒ nie mówiąc o późniejszych dziełach ‒ ich autor regularnie podminowywał reguły gatunkowe. Podobnie czynił z poetyką oficjalnej korespondencji.
Listy rodzinne to nie tylko edycja źródeł przygotowana z niezwykła dbałością o najmniejszy szczegół, ale także przyczynek do biografii Buczkowskiego, zawierającej wiele białych plam; biografii wciąż pełnej tajemnic, miejsc niejasnych, zagmatwanych, wątpliwych poznawczo. Staroń wykonała olbrzymią, detektywistyczną pracę, konsultując zdobytą wiedzę z kręgiem żyjących znajomych Buczkowskiego, członkami jego rodziny, porównując dokumenty i wypowiedzi samego autora. W rezultacie otrzymaliśmy między innymi biogramy rodzeństwa Leopolda. Zawartych w nich informacji nie znajdziemy we wcześniejszej literaturze przedmiotowej. Twórca Kąpieli w Lucca w rozmowach z Trziszką podawał niekiedy skąpe informacje o rodzeństwie, jednak Staroń na nich nie poprzestała. Potraktowała je raczej jako punkt wyjścia własnych poszukiwań. Nie wszystko udało się wyjaśnić i nie wszystko w przyszłości da się wyjaśnić. Trzeba się pogodzić z faktem, że życiorys „samotnika z Konstancina” pozostanie do końca zagadkowy, zakryty przed oczyma czytelnika i badacza. W istotnym stopniu odpowiedzialny jest za to sam Buczkowski, który kluczył, mylił tropy (czynił to często nieświadomie lub poddając się nastrojowi chwili), przedstawiając fakty ze swego życia. Kiedy mówił mi o tym dawno temu Tomasz Buczkowski (syn Mariana Ruth Buczkowskiego), przyjmowałem te rewelacje trochę z niedowierzaniem i kładłem na karb zazdrości o bardziej popularnego stryja (notabene między braćmi istniała wieloletnia, cicha rywalizacja na tej płaszczyźnie). Szybko jednak okazało się, że stryj nie tylko „kradł” niektóre fakty z przeżyć młodszego brata Mariana, ale też swobodnie rozporządzał zdarzeniami z życiorysów innych osób. Przy czym również je modyfikował, przekształcał, poddawał doraźnym zmianom, nie przejmując się nazbyt zasadami prawdopodobieństwa. Ważne, by w danej chwili współgrały one ze snutą opowieścią, by budowały klimat opowiadanej anegdoty, dykteryjki czy stanowiły asumpt do filozoficznego uogólnienia. Fakty schodziły wtedy na drugi plan. Najważniejsza była magia opowieści. Ów prym literatury nad życiem okazał się stałym komponentem pisarskiej wyobraźni Buczkowskiego. Zarazem skłonność do przenikania się świata realnego i fikcyjnego była powszechnie znana wielu znajomym twórcy. Daje temu wyraz jeden z listów Kratochwila, korygującego informacje upowszechniane przez Leopolda. Notabene przypisy sporządzone przez Staroń stanowią nieoceniony rezerwuar wiedzy o dziejach tekstów, w tym o perypetiach związanych z drukiem. Tak z listów, jak z przypisów dowiadujemy się sporo o zrealizowanych i niezrealizowanych projektach literackich. Autor Czarnego potoku bowiem wiele dzieł rozpoczynał, a potem zarzucał ‒ nie kończył albo pozostawiał na wczesnym etapie rozwoju.
Często zakładamy, że twórcy awangardowi mają kłopoty z odnalezieniem się w rzeczywistości. Z Buczkowskim było inaczej. Wiemy, że był on zaradnym człowiekiem. Choć niemal przez całe życie miał problemy finansowe, starał się zapewnić byt dzieciom i żonie. Chwytał się różnych możliwości i szans (o czym skrupulatnie powiadamiał żonę). Składał wnioski o stypendia, zapomogi, pożyczał niewielkie kwoty od znajomych. Wszystko, co udało mu się zarobić (dzięki pisaniu, ilustrowaniu książek, pracy zecera), wysyłał rodzinie. Żył skromnie, ale nie narzekał, nie utyskiwał. Jak zgodnie stwierdzają ich dzieci, Leopold i Maria, jeśli było to tylko możliwe, starali się korzystać z drobnych przyjemności (wspólnych wyjazdów, wakacji). Czynili wszystko, by syn i córka nie odczuwali niedostatku. Pisarz chciał, by dzieci dorastały w otoczeniu sztuki ‒ rozmów o sztuce, rzeźb, obrazów, książek, ludzi, dla których była ona chlebem powszednim. Tadeusz podążył drogą ojca.
Buczkowski wykonał własnoręcznie wiele przedmiotów codziennego użytku (w tym meble). Przeprowadzał samodzielnie drobne naprawy w domu. Jeśli zatem skłonni bylibyśmy myśleć o wielkim eksperymentatorze, jakim niewątpliwie był, jako o człowieku z głową w chmurach, to nie o Buczkowskim. Posiadał on bowiem umiejętność przełączania się z trybu artystycznego na tryb codziennych zajęć i prac. Takimi oto talentami wykazywał się człowiek, który najchętniej przebywał w świecie sztuki. Najlepiej się bowiem w nim czuł. Do niego też lgnęła nieokiełznana i stale pobudzona wyobraźnia Buczkowskiego.
Dodatkowym atutem Listów rodzinnych jest komponent ikonograficzny. Współtworzą go dwa bloki fotografii. Pierwszy zbiór ‒ liczniejszy ‒ stanowią zdjęcia rodzinne ‒ babki Anny i dziadka Tomasza, ojca (również Tomasza), żony Marii Buczkowskiej, dzieci (Tadeusza i Agnieszki Buczkowskich). Są wśród tych fotografii zdjęcia rzadko lub nigdy wcześniej niepublikowane. Na jednym z nich widzimy braci Leopolda ‒ Józefa i Mariana (uznanego przed wojną pisarza, autora Tragicznego pokolenia), siostrę Wandę. Na innym patrzy na nas najstarszy z rodzeństwa ‒ Tomasz Józef Buczkowski w mundurze żołnierza armii austro-węgierskiej. Rodzinne ciepło emanuje z fotografii dzieci ‒ Agnieszki i Tadeusza. Drugi zbiór to zdjęcia, które wykonał sam Buczkowski albo które pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego (przedstawiają one między innymi Podkamień, Zakopane, Kraków). Fotografia była pasją twórcy. Zdjęcia wykonywał on przed wojną (architektura, ludzie i przyroda Podola), ale też w jej trakcie (dokumentował przebieg powstania warszawskiego, o czym dowiadujemy się z fragmentu Dziennika wojennego zatytułowanego Powstanie na Żoliborzu). Niestety większość tych materiałów zaginęła.
Jak deklaratywnie orzeka Staroń, w życiu Buczkowskiego były cztery kobiety: babka Anna Bacewicz, od której uczył się sztuki opowiadania, matka Anna, córka Agnieszka (po mężu Wood) oraz żona Maria. Oczywiście pojawiały się też inne. Pośród nich była Krystyna Miłobędzka, badaczka i wielbicielka talentu Hanna Kirchner, z którą łączyła Buczkowskiego wieloletnia więź emocjonalna, Janina Mortkowicz i jej córka Hanna Mortkowicz-Olczak. W listach do niektórych z pań autor Wertepów przybierał prowokacyjną maskę. Figlarny ton pojawia się w zgromadzonej w Muzeum Literatury korespondencji z Kirchner. Zaloty pisarza stanowiły element gry, wyraz uwielbienia dla urody i intelektu. „Romanse” Buczkowskiego realizowały się w sferze wyobraźni, półsłówek, niedopowiedzeń. Nie ulega kwestii, że artysta dobrze czuł się w towarzystwie kobiet, wręcz potrzebował ich obecności ‒ jeśli nie realnej, to przynajmniej korespondencyjnej. Poszukiwał w nich odbicia fizycznego i duchowego piękna, jakie odnajdywał w naturze. Eksploracja tych dwóch rodzajów piękna stanowiła dla niego źródło inspiracji i witalności. Buczkowski był bowiem zawsze czuły na powierzchowność przedstawicielek płci pięknej i urok, jaki wokół siebie roztaczały. Wobec Marii ‒ pełen szacunku i atencji ‒ bywał bezpruderyjny. Bez ogródek wyrażał narastające w nim pożądanie („Całuję Was serdecznie i ściskam, Syneczka całuję, a na Ciebie kładę się”; „Ściskam Was i Całuję ‒ Ciebie rozkładam na łóżku i chciałbym bardzo porżnąć ‒ Całuję Synka. Pa!”)7. W innym miejscu tak mówił o sylwestrze 1948 roku: „Potem polazłem do Karolaków […], wieczerza składana, koledzy z warszawskiej akademii i ich żony, nawet nie było kogo pomacać”8. Żona nie odpowiadała na prowokacje (w każdym razie nic takiego nie znajdujemy w skromnym zbiorze listów od Marii, które zachowały się do naszych czasów). Najprawdopodobniej jednak pod tym względem różniła się od męża, zachowywała większą powściągliwość i dystansowała się od języka namiętności proponowanego przez Leopolda. Marię Buczkowską wspomina się często jako delikatną, ale mocno stąpającą po ziemi, opiekunkę ogniska domowego, osobę, która niekiedy poskramiała (korygowała) historie Buczkowskiego z jego młodości. Dla niej były one każdorazowo „przekręcane” przez męża, dla niego za każdym razem rodziły się na nowo, a kategorie prawdy i fałszu nie miały tu zastosowania.
Oglądane z perspektywy dwóch dekad Listy rodzinne to kolejny dowód na rosnące zainteresowanie dorobkiem „samotnika z Konstancina”. Jak dowiadujemy się z informacji od wydawców, Listy… stanowią pierwszą część pięciotomowej serii „Inedita Leopolda Buczkowskiego”. Na koniec roku 2026 w nobliwej serii Biblioteki Narodowej zapowiadana jest zaś publikacja Czarnego potoku ‒ książki, która stanowi już klasykę literatury polskiej. Nadszedł czas, by światło dzienne ujrzały również inedita.
Po domu w Konstancinie na Piasta 28 nie zostało już nic. Teren wokoło zmienił właściciela. Nie znajdziemy żadnej informacji o tym, że przez kilkadziesiąt lat mieszkał tu jeden z najwybitniejszych prozaików polskich drugiej połowy XX wieku. W kwietniu 1993 roku, gdy zmarła Maria Buczkowska, dokładnie cztery lata po śmierci Leopolda, ich syn zapakował obrazy, rysunki, zabrał maszynopisy, rękopisy i wywiózł je do Splitu ‒ miasta, w którym zamieszkał wraz z żoną i dwiema córkami. Rzeźby oddał na przechowanie przyjacielowi w Konstancinie.
1 J. Staroń, Świat i ludzie Leopolda Buczkowskiego [w:] L. Buczkowski, Listy rodzinne, oprac. i wstęp J. Staroń, Kraków–Budapeszt–Syrakuzy: Wydawnictwo Austeria, 2025, s. 26.
2 Tamże, s. 78.
3 Tamże, s. 95.
4 Tamże, s. 96.
5 L. Buczkowski, Listy z artystami, krytykami, przyjaciółmi, wstęp i oprac. M. Libich, P. Sadzik, Kraków–Budapeszt–Syrakuzy: Wydawnictwo Austeria, 2026, s. 701.
6 Korespondencja urzędowa Leopolda Buczkowskiego, oprac. S. Buryła, „Kresy” 1998, nr 4.
7 L. Buczkowski, Listy rodzinne, s. 90.
8 Tamże, s. 103.
