Mknąc autostradą literatury

zacznij­my od tego, że redak­cja „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” zadzwo­ni­ła do mnie z pyta­niem, czy ja, wydaw­czy­ni Kie­lon­ka, nie napi­sa­ła­bym dla nich kil­ku słów o tej książ­ce, bo cie­ka­wi ich, z cze­go jest ona zro­bio­na i czy wszyst­ko z nią w porząd­ku, sko­ro w tek­ście bra­ku­je kro­pek, tytuł ory­gi­na­łu skła­da się z dwóch słów, a pol­ski ogra­ni­cza się do jed­ne­go, czy nie jest to błąd albo zanie­cha­nie, pyta redak­cja, bo prze­cież wie, jakie wpad­ki zda­rza­ją się nie­raz wydaw­com, któ­rzy w ostat­niej chwi­li, po wie­lu nocach i dniach wytę­żo­nych prac edy­tor­skich, kie­dy to przy­glą­da­li się pod świa­tło każ­dej przy­daw­ce i roz­trzą­sa­li co dru­gi imie­słów, w koń­cu posy­ła­ją do dru­ku nie­wła­ści­wy plik, a potem dora­bia­ją do tego teo­rię i tłu­ma­czą, że wła­śnie tak mia­ło być, że w naj­drob­niej­szym szcze­gó­le reali­zu­ją swój plan, redak­cja „Dzien­ni­ka” pyta też, jak to jest z tą afry­kań­ską tra­dy­cją, czy autor nawią­zu­je do niej czy też nie, a jeśli tak, to do któ­rej, do tej sprzed pisma, czy może do tej ze zło­te­go okre­su ruchu négri­tu­de, i o co w ogó­le cho­dzi z tymi cyta­ta­mi, któ­rych jest podob­no ponad trzy­sta, a może i wię­cej, dla­cze­go nie zro­bi­li­ście żad­nych przy­pi­sów ani biblio­gra­fii, pyta­ją, czy tak wyglą­da pro­fe­sjo­nal­ne wyda­nie, opi­nii publicz­nej nale­ży się jakieś wyja­śnie­nie, napisz nam, jak to widzisz, no więc po prze­ana­li­zo­wa­niu wszyst­kich „za” i „prze­ciw”, po dogłęb­nym prze­dys­ku­to­wa­niu spra­wy z rodzi­ną, wydaw­nic­twem oraz naj­bar­dziej aktyw­ną czę­ścią komen­ta­ria­tu odpo­wie­dzia­łam, że dobrze, spró­bu­ję napi­sać parę słów o tej powie­ści, podzie­lę się tym, co o niej wiem, co umiem z niej wyczy­tać, dodam też kil­ka przy­pi­sów, żeby czy­tel­nicz­ka, a tym bar­dziej czy­tel­nik nie zagu­bi­li się w gąsz­czu obco brzmią­cych nazwisk i licz­nych akcen­tów, bo Fran­cu­zi, jak wia­do­mo, nie hamu­ją się w swo­ich impe­rial­nych zapę­dach, w jed­nym zda­niu potra­fią po kil­ka razy wska­zać i na Rzym, i na Krym, nie aspi­ru­ję jed­nak do wyczer­pa­nia tema­tu, to chy­ba nie­moż­li­we, ta powieść ma pra­wie dwie­ście stron i na każ­dej roi się od alu­zji, poza tym sam autor, zapy­ta­ny prze­ze mnie kie­dyś, czy opi­su­jąc poje­dy­nek na sika­nie Spłucz­ki i Kazi­mie­rza, któ­ry żyje na pozio­mie, chciał nawią­zać do Fra­nço­is Rabelais’go, zro­bił wiel­kie oczy i powie­dział, że nie, wca­le nie miał takie­go zamia­ru, w ogó­le nie prze­szło mu to przez myśl, no ale już my dobrze wie­my, jak to jest z pisa­rza­mi, nigdy nie nale­ży do koń­ca im ufać

*

W 1998 roku w nie­ist­nie­ją­cym już dziś piśmie „Notre Libra­irie” uka­zał się krót­ki tekst, któ­ry w nie­od­le­głej przy­szło­ści miał stać się przed­mio­tem dys­ku­sji, pole­mik i roz­praw nauko­wych. Nosił tytuł Les enfants de la post­co­lo­nie[1] [Dzie­ci post­ko­lo­nii], a jego autor, Abdo­urah­man Wabe­ri, mło­dy pisarz i inte­lek­tu­ali­sta pocho­dzą­cy z Dżi­bu­ti, zary­so­wał w nim pokrót­ce histo­rię fran­cu­sko­ję­zycz­nej lite­ra­tu­ry afry­kań­skiej. Zauwa­żył, że na sce­nie lite­rac­kiej poja­wi­ła się wła­śnie nowa, czwar­ta już gene­ra­cja twór­ców, któ­rzy zupeł­nie ina­czej niż ich poprzed­ni­cy postrze­ga­ją lite­ra­tu­rę i swo­ją w niej rolę. Oto pisar­ki i pisa­rze uro­dze­ni w latach 60. XX wie­ku, a więc naj­czę­ściej po uzy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści przez ich kra­je, przy­je­cha­li do Fran­cji jako dzie­ci emi­gran­tów albo na stu­dia czy w poszu­ki­wa­niu pra­cy. Publi­ku­ją we Fran­cji, uwa­ża­ją się za Afry­kań­czy­ków, nie chcą jed­nak być postrze­ga­ni wyłącz­nie przez pry­zmat swo­je­go pocho­dze­nia. Odrzu­ca­ją per­spek­ty­wę esen­cja­li­stycz­ną, bez kło­po­tu uży­wa­ją dwóch pasz­por­tów i odma­wia­ją repre­zen­to­wa­nia kogo­kol­wiek poza samy­mi sobą. Spo­ro podró­żu­ją mię­dzy pań­stwa­mi i kon­ty­nen­ta­mi, a ich doświad­cze­nie wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści i życia „pomię­dzy” znaj­du­je ory­gi­nal­ny wyraz w lite­ra­tu­rze, któ­rą two­rzą. Wśród wymie­nio­nych przez Wabe­rie­go repre­zen­tan­tów tego poko­le­nia zna­lazł się mło­dy poeta i począt­ku­ją­cy powie­ścio­pi­sarz Ala­in Mabanc­kou. Dopie­ro kil­ka lat póź­niej miał on opu­bli­ko­wać Kie­lon­kaZwie­rze­nia jeżo­zwie­rza, dwie powie­ści, któ­re uczy­ni­ły go jed­nym z naj­waż­niej­szych gło­sów fran­cu­skiej – celo­wo nie uży­wam tu sło­wa „fran­ko­foń­skiej” – lite­ra­tu­ry.

Wabe­ri uka­zy­wał „poko­le­nie post­ko­lo­nii”[2] na tle poprzed­nich gene­ra­cji, bo wła­śnie ten kon­tekst pozwa­lał w peł­ni rozu­mieć zna­cze­nie este­tycz­nych i egzy­sten­cjal­nych wybo­rów mło­dych twór­ców. Histo­ria afry­kań­skiej lite­ra­tu­ry w języ­ku fran­cu­skim nie jest dłu­ga, się­ga rap­tem począt­ku XX wie­ku. Jej pio­nie­rzy sta­ra­li się przede wszyst­kim wyka­zać bie­gło­ścią w opa­no­wa­niu języ­ka, któ­re­go nauczy­li się nie z wybo­ru, ale pod przy­mu­sem. Już deka­dę póź­niej afry­kań­scy twór­cy nie tyl­ko zna­ko­mi­cie ope­ro­wa­li koda­mi lite­rac­kiej fran­cusz­czy­zny, ale tak­że wraz z pisa­rza­mi pocho­dzą­cy­mi z Kara­ibów stwo­rzy­li potęż­ny poli­tycz­ny i lite­rac­ki ruch négri­tu­de, któ­re­go ambi­cją była wal­ka z rasi­zmem i afir­ma­cja czar­nej kul­tu­ry. Publi­ko­wa­li w piśmie i wydaw­nic­twie o tej samej nazwie – Présen­ce Afri­ca­ine w dziel­ni­cy łaciń­skiej w Pary­żu, opie­wa­li afry­kań­ską prze­szłość, uczest­ni­czy­li w kon­gre­sach czar­nych pisa­rzy, byli feto­wa­ni przez fran­cu­skich inte­lek­tu­ali­stów, takich jak Jean-Paul Sar­tre, André Gide czy Michel Leiris, pro­wa­dzi­li inten­syw­ną dzia­łal­ność poli­tycz­ną. Do histo­rii prze­szło wystą­pie­nie malij­skie­go pisa­rza Ama­dou Ham­pâté-Bâ w ramach Kon­fe­ren­cji Gene­ral­nej UNESCO w 1960 roku, któ­ry doma­ga­jąc się wyasy­gno­wa­nia środ­ków na ochro­nę afry­kań­skie­go dzie­dzic­twa kul­tu­ro­we­go i tra­dy­cji oral­nej, wypo­wie­dział słyn­ne zda­nie: „Kie­dy w Afry­ce umie­ra sta­rzec, wraz z nim ginie cała biblio­te­ka”. Po latach wie­lu pisa­rzy z tej gru­py obję­ło waż­ne funk­cje pań­stwo­we. Jeden z zało­ży­cie­li ruchu, Léo­pold Sen­ghor, został pre­zy­den­tem Sene­ga­lu, a dru­gi, Aimé Césa­ire, autor słyn­nej Roz­pra­wy z kolo­nia­li­zmem[3] oraz Powro­tu do rodzin­ne­go kra­ju [tłum. dosł. Zeszyt powro­tu do rodzin­ne­go kra­ju][4], objął funk­cje bur­mi­strza Fort-de-Fran­ce na Mar­ty­ni­ce oraz posła do fran­cu­skie­go Zgro­ma­dze­nia Naro­do­we­go.

Następ­cy ruchu négri­tu­de, okre­śle­ni przez Wabe­rie­go mia­nem „poko­le­nia nie­pod­le­gło­ści” (co nawią­zu­je do tytu­łu powie­ści Iwo­ryj­czy­ka Ahma­dou Kouro­umy Le Sole­il des indépen­dan­ces), zerwa­li z pro­gra­mo­wą ide­ali­za­cją Afry­ki i afry­kań­skich spo­łe­czeństw. W swo­ich książ­kach sta­ra­li się mie­rzyć z rze­czy­wi­sto­ścią kra­jów, któ­re wła­śnie wyzwa­la­ły się od kolo­nia­li­zmu, zda­wać spra­wę z trud­nych realiów życia swo­ich roda­ków. Nie uni­ka­li tema­tów prze­mo­cy, bie­dy, mizo­gi­nii, korup­cji, byli kry­tycz­ni wobec rzą­dzą­cych i wobec glo­ry­fi­ko­wa­nia histo­rii kon­ty­nen­tu. Naj­bar­dziej emble­ma­tycz­na jest tu chy­ba postać Malij­czy­ka Yam­bo Ouolo­gu­ema, któ­ry w 1968 roku zdo­był fran­cu­ską Nagro­dę Renau­dot za powieść Le Devo­ir de vio­len­ce [Obo­wią­zek prze­mo­cy]. Opi­sał w niej współ­udział Afry­kań­czy­ków w han­dlu nie­wol­ni­ka­mi, czym ścią­gnął na sie­bie grad kry­ty­ki – oskar­żo­no go o zdra­dę, chęć przy­po­do­ba­nia się Euro­pej­czy­kom i pró­bę zdję­cia z nich odpo­wie­dzial­no­ści za popeł­nio­ne w Afry­ce zbrod­nie.

Tu docie­ra­my do klu­czo­wych pytań, na któ­re każ­de poko­le­nie afry­kań­skich twór­ców udzie­la­ło sobie zgo­ła innych odpo­wie­dzi: dla kogo piszą? Przed kim są odpo­wie­dzial­ni? Do cze­go jest im potrzeb­na lite­ra­tu­ra? Odpo­wie­dzi róż­ni­ły się w zależ­no­ści od uwa­run­ko­wań poli­tycz­nych, ale tak­że zmie­nia­ją­ce­go się pro­fi­lu odbior­ców. O ile u swe­go zara­nia lite­ra­tu­ra two­rzo­na przez afry­kań­skich pisa­rzy jedy­nie w nikłym stop­niu mogła być czy­ta­na przez Afry­kan­ki i Afry­ka­nów – ze wzglę­du na jej nie­do­stęp­ność na kon­ty­nen­cie, wyso­kie ceny impor­to­wa­nych ksią­żek etc. – o tyle z bie­giem lat jej czy­tel­ni­ków przy­by­wa­ło nie tyl­ko w Euro­pie, w tym wśród coraz licz­niej­szej spo­łecz­no­ści afro­pej­skiej, ale i w samej Afry­ce. To w nie­unik­nio­ny spo­sób kom­pli­ko­wa­ło sytu­ację pisa­rek i pisa­rzy, któ­rzy byli coraz bar­dziej uwi­kła­ni w sie­ci sprzecz­nych i nie­moż­li­wych do zaspo­ko­je­nia ocze­ki­wań zróż­ni­co­wa­nej publicz­no­ści i kry­ty­ki. Jak pogo­dzić lojal­ność wobec roda­ków z potrze­bą zacho­wa­nia arty­stycz­nej nie­za­leż­no­ści? Gdzie posta­wić gra­ni­cę mię­dzy powin­no­ścia­mi Afry­kań­czy­ka i pisa­rza?

*

zacznij­my od tego, że wła­ści­ciel baru Śmierć Kre­dy­tom wrę­czył mi zeszyt, żebym mógł w nim gry­zmo­lić, i świę­cie wie­rzy, że ja, Kie­lo­nek, mogę spło­dzić książ­kę, bo kie­dyś w żar­tach opo­wie­dzia­łem mu histo­rię o sław­nym pisa­rzu, któ­ry pił jak gąb­ka, o pisa­rzu, któ­re­go gdy się upił, trze­ba było pod­no­sić z uli­cy, więc lepiej nie żar­to­wać z pryn­cy­pa­łem, bo bie­rze wszyst­ko wprost, a dając mi ten zeszyt, zazna­czył, że to będzie dla nie­go, tyl­ko i wyłącz­nie, że nikt inny tego nie prze­czy­ta, chcia­łem wie­dzieć, dla­cze­go tak mu zale­ży na owym zeszy­cie, odparł, że nie chce, by bar Śmierć Kre­dy­tom znik­nął kie­dyś ot tak, dodał, że w tym kra­ju ludzie nie mają daru zapa­mię­ty­wa­nia, że czas opo­wia­stek snu­tych przez zgrzy­bia­łe bab­ki się skoń­czył, że wybi­ła godzi­na sło­wa pisa­ne­go, bo tyl­ko to pozo­sta­nie, mowa ulat­nia się jak dym, to tyle co kocie siuś­ki, wła­ści­ciel baru Śmierć Kre­dy­tom nie lubi goto­wych for­mu­łek w rodza­ju „gdy w Afry­ce umie­ra sta­rzec, wraz z nim pło­nie cała biblio­te­ka”, a gdy sły­szy ten jak­że wyświech­ta­ny fra­zes, napraw­dę się zło­ści i powia­da „zale­ży, jaki sta­rzec, prze­stań­cie się wygłu­piać, ja tam wie­rzę tyl­ko w to, co napi­sa­ne”, więc tro­chę, by mu zro­bić przy­jem­ność, bazgrzę coś cza­sa­mi, choć sam nie wiem napraw­dę, co tu opo­wia­dam, nie ukry­wam, że nawet w tym zasma­ko­wa­łem, choć za nic się nie przy­znam, zaczął­by myśleć Bóg wie co i zmu­sił mnie do jesz­cze więk­sze­go galo­pu, a ja chcę być wol­ny i pisać, kie­dy mam ocho­tę[5]

*

Kie­lo­nek, któ­re­go po pol­sku czy­ta­my w prze­kła­dzie Jac­ka Gisz­cza­ka, od pierw­szych zdań wcią­ga nas w same trze­wia lite­ra­tu­ry, mię­dzy fał­dy roz­pru­wa­nej i zszy­wa­nej na naszych oczach opo­wie­ści. Jest książ­ką osten­ta­cyj­nie auto­te­licz­ną, nie tyle naszpi­ko­wa­ną lite­rac­ki­mi alu­zja­mi i cyta­ta­mi, ile wręcz z nich poskle­ja­ną. Prze­śmiew­czy, rubasz­ny ton suge­ru­je, że mamy do czy­nie­nia z poka­zem lite­rac­kiej wol­ty­żer­ki i inter­tek­stu­al­ną zaba­wą. Im bar­dziej jed­nak zagłę­bia­my się w roz­sia­ne po książ­ce tro­py, tym wyraź­niej widzi­my, że to zale­d­wie jed­na z jej warstw i że w powie­ści, owszem, toczy się pew­na gra, ale o znacz­nie wyż­szą staw­kę.

Okładka książki Alaina Mabanckou pod tytułem „Kielonek”.
Alain Mabanckou, „Kielonek”, przeł. Jacek Giszczak, Kraków: Wydawnictwo Karakter, 2024.

Głów­ny boha­ter i zara­zem nar­ra­tor powie­ści pew­ne­go dnia otrzy­mu­je misję spi­sa­nia histo­rii baru, w któ­rym wraz z inny­mi bywal­ca­mi prze­sia­du­je nad kolej­ny­mi kie­lisz­ka­mi tanie­go wina. Ten bar to cały ich świat – tu spę­dza­ją czas przy dźwię­kach rum­by, tu opo­wia­da­ją sobie histo­rie, wspo­mi­na­ją życie, żalą się, kłó­cą, prze­chwa­la­ją, dys­ku­tu­ją o poli­ty­ce. Bar mie­ści się w ubo­giej dziel­ni­cy Poin­te-Noire, kon­gij­skie­go mia­sta u wybrze­ży Atlan­ty­ku, a jego bywal­cy to w więk­szo­ści męż­czyź­ni w jakimś stop­niu pokie­re­szo­wa­ni przez los, nie­umie­ją­cy zna­leźć dla sie­bie miej­sca i dość chęt­nie zrzu­ca­ją­cy winę za wszel­kie nie­szczę­ścia, jakie ich spo­tka­ły, na kobie­ty – a to ich zda­niem wred­ne, a to nie­wier­ne, a to nie­wdzięcz­ne, ponie­waż nie chcia­ły bier­nie przy­glą­dać się ich pijań­stwu, tole­ro­wać zdrad i akcep­to­wać bez­czyn­no­ści.

Hory­zont aspi­ra­cji bywal­ców baru wyzna­cza Fran­cja, budzą­ca w nich ambi­wa­lent­ne emo­cje: jest pogar­dza­nym byłym kolo­ni­za­to­rem, ale i nie­do­sięż­nym rajem, do któ­re­go każ­dy chciał­by wyje­chać. Spo­so­bem na prze­kro­cze­nie tej ambi­wa­len­cji jest w ich oczach seks, zwią­zek, a naj­le­piej mał­żeń­stwo z bia­łą Fran­cuz­ką, bo w patriar­chal­nym świe­cie naj­czę­ściej wła­śnie tak – poprzez kobie­ce cia­ło – męż­czyź­ni pró­bu­ją pozbyć się kom­plek­su poni­że­nia i zaspo­ko­ić potrze­bę odwe­tu. Przy­kła­dem takie­go, nie do koń­ca uda­ne­go, sko­ku jest histo­ria Dru­ka­rza, któ­ry twier­dzi, że „zali­czył Fran­cję”: pra­co­wał w wiel­kiej dru­kar­ni na przed­mie­ściach Pary­ża, był sze­fem eki­py („zatrud­nia­łem też bied­nych bez­ro­bot­nych bia­łych, żółt­ków i tak dalej, robi­łem melanż”, s. 47) i oże­nił się z Fran­cuz­ką o imie­niu Céli­ne – do tego tro­pu wró­cę za moment – został jed­nak przez nią zdra­dzo­ny z wła­snym synem z pierw­sze­go związ­ku. Dopro­wa­dzi­ło to męż­czy­znę do zała­ma­nia, po któ­rym musiał wró­cić do rodzin­ne­go kra­ju.

Inne­go rodza­ju odwet na daw­nym kolo­ni­za­to­rze bie­rze boha­ter zwa­ny Kazi­mie­rzem, któ­ry żyje na pozio­mie. Pew­ne­go dnia po wypi­ciu dużej ilo­ści alko­ho­lu zosta­je on wyzwa­ny na poje­dy­nek na sika­nie, wycho­dzi za drzwi baru i za pomo­cą swo­jej ury­ny kre­śli na zie­mi wiel­ką mapę Fran­cji – wraz z Kor­sy­ką. Imię boha­te­ra nie jest przy­pad­ko­we – jak oczy­wi­ście żad­ne imię w tej książ­ce – Mabanc­kou przy­wo­łu­je tu postać Casi­mi­ra Maistre’a, jed­ne­go z fran­cu­skich eks­plo­ra­to­rów Afry­ki, któ­ry pod koniec XIX wie­ku przy­był do Kon­ga z misją badaw­czo-kolo­ni­za­cyj­ną. Po powro­cie – a przy­je­chał nie sam, lecz z nie­wol­ni­kiem – przy­zna­no mu legię hono­ro­wą oraz zło­ty medal Towa­rzy­stwa Geo­gra­ficz­ne­go. Wysi­ka­nie przez Kazi­mie­rza, któ­ry żyje na pozio­mie, mapy Fran­cji wyda­je się aktem aż nad­to wymow­nym. Akt ów sta­je się jed­nak wymow­ny jesz­cze bar­dziej, gdy przy­wo­ła się sce­nę z Rabelais’go, jed­ne­go z ojców zało­ży­cie­li fran­cu­skiej powie­ści. Oto po przy­by­ciu do pogar­dza­ne­go przez sie­bie Pary­ża Gar­gan­tua „oble­wa” swo­ją wizy­tę z miesz­kań­ca­mi, to zna­czy dosłow­nie zale­wa ich ury­ną pro­sto z wie­ży kościo­ła Naj­święt­szej Pan­ny, zata­pia­jąc w ten spo­sób kil­ka­dzie­siąt tysię­cy gapiów. Mabanc­kou jest co praw­da dużo bar­dziej powścią­gli­wy, jed­nak gro­te­ska i kar­na­wa­li­za­cja świa­ta sta­no­wią este­tycz­ną domi­nan­tę wie­lu frag­men­tów powie­ści. Rubasz­ność spod zna­ku Rabelais’go przy­da­je się Mabanc­kou w demon­to­wa­niu kul­tu­ro­wych sche­ma­tów będą­cych spu­ści­zną kolo­nia­li­zmu. Śmiech, saty­ra, odwró­ce­nie porząd­ku sprzy­ja­ją sym­bo­licz­ne­mu wyrów­ny­wa­niu rachun­ków mię­dzy Afry­ką a Euro­pą. Roz­bro­jo­ne za pomo­cą iro­nii ste­reo­ty­py w jed­nej chwi­li tra­cą swo­ją upo­ka­rza­ją­cą i uprzed­mia­ta­wia­ją­cą moc. Śmie­chem ude­rza pisarz w afry­kań­skie reżi­my i w daw­nych kolo­ni­za­to­rów, w nie­wier­nych mężów i lite­rac­kich epi­go­nów, „któ­rzy two­rzą kor­ki na auto­stra­dach lite­ra­tu­ry”. W tym nur­cie miesz­czą się też dłu­gie enu­me­ra­cje, gry w sko­ja­rze­nia, zaba­wa sty­lem.

Książ­ka jest podzie­lo­na na dwie czę­ści – Pierw­sze i Ostat­nie kart­ki – i ma przy­po­mi­nać zapi­sy­wa­ny na naszych oczach bru­lion. Jak pamię­ta­my, Kie­lo­nek nie chwy­ta po zeszyt sam z sie­bie, lecz otrzy­mu­je kon­kret­ne zamó­wie­nie – zeszyt wrę­cza mu wła­ści­ciel przy­byt­ku, Upar­ty Śli­mak. W pierw­szym odru­chu nasz boha­ter podej­mu­je się reali­za­cji zle­ce­nia, jed­nak im bar­dziej roz­sma­ko­wu­je się w pisa­niu, tym wyraź­niej dostrze­ga pię­trzą­ce się przed nim ogra­ni­cze­nia. Z jed­nej stro­ny chce zado­wo­lić wła­ści­cie­la baru, z dru­giej towa­rzy­sze, któ­rych opo­wie­ści sta­ra się oddać z naj­więk­szą pie­czo­ło­wi­to­ścią, zaglą­da­ją mu przez ramię i pró­bu­ją kon­tro­lo­wać, co i jak o nich pisze. Wybu­cha­ją awan­tu­ry, a Kie­lo­nek popa­da w coraz więk­szą fru­stra­cję. W koń­cu porzu­ca zada­nie spi­sy­wa­nia cudzych histo­rii, któ­rych wia­ry­god­ność budzi zresz­tą jego wąt­pli­wo­ści, i prze­cho­dzi do intym­nej opo­wie­ści o sobie i swo­im upad­ku – alko­ho­li­zmie, któ­ry spra­wił, że stra­cił pra­cę w szko­le i że porzu­ci­ła go żona. Nad jego chwi­la­mi przy­krym, chwi­la­mi lirycz­nym wyzna­niem uno­si się duch melan­cho­lii i tęsk­no­ty za mat­ką – ta uto­nę­ła w odmę­tach rze­ki Czi­nu­ki, praw­do­po­dob­nie popeł­ni­ła samo­bój­stwo.

Nar­ra­cja w sym­bo­licz­ny spo­sób odtwa­rza więc pro­ces wybi­ja­nia się na pisar­ską nie­pod­le­głość – boha­te­ra powie­ści, a może i same­go Mabanc­kou oraz afry­kań­skiej lite­ra­tu­ry jako takiej. Naj­pierw nar­ra­tor wywią­zu­je się z posta­wio­ne­go przed nim zada­nia, ale po pew­nym cza­sie rezy­gnu­je z obo­wiąz­ków wobec wspól­no­ty, by speł­niać wła­sne ambi­cje; prze­cho­dzi od świa­dec­twa do subiek­tyw­nej opo­wie­ści. „Kie­dy pisa­łem Kie­lon­ka, nie byłem jesz­cze świa­dom, że wła­śnie wte­dy zaczą­łem pozby­wać się tików afry­kań­skie­go pisa­rza. Tego odru­chu, że pisarz afry­kań­ski ma rato­wać Afry­kę. A prze­cież lite­ra­tu­ra nie jest po to, żeby rato­wać kon­ty­nent. Ma być prze­strze­nią indy­wi­du­al­nej wyobraź­ni”[6] – mówił Mabanc­kou w wywia­dzie w 2020 roku, pięt­na­ście lat po uka­za­niu się książ­ki. Wyzwa­la­jąc się od uwew­nętrz­nio­nej pre­sji ocze­ki­wań w sto­sun­ku do swo­je­go pisar­stwa, autor coraz bar­dziej posze­rzał pole swo­jej wol­no­ści. Kie­lo­nek jest powie­ścią bły­sko­tli­wą, zuchwa­łą, zaska­ku­ją­cą, nie­wy­god­ną. Mabanc­kou robi tu, co mu się żyw­nie podo­ba: uwo­dzi poczu­ciem humo­ru, zachwy­ca spraw­no­ścią, znie­sma­cza natu­ra­li­zmem i ska­to­lo­gią, zadzi­wia nagłym liry­zmem…

*

Kie­lo­nek to w ory­gi­na­le Ver­re Cas­sé. Jacek Gisz­czak, któ­ry zna­ko­mi­cie oddał ton i styl powie­ści, w prze­kła­dzie tytu­łu słusz­nie zre­zy­gno­wał z dosłow­no­ści na rzecz kolo­kwia­li­zmu. Po fran­cu­sku „ver­re cas­sé” może ozna­czać roz­bi­te szkło albo stłu­czo­ny kie­li­szek. Jest to rów­nież tytuł pio­sen­ki z 1984 roku wyko­ny­wa­nej przez kon­gij­skie­go[7] arty­stę Sima­ro Lutum­bę, któ­ry ze wzglę­du na wyjąt­ko­wą war­tość arty­stycz­ną swo­ich tek­stów doro­bił się przy­dom­ka Poeta. W pio­sen­ce Ver­re cas­sé śpie­wa o nie­szczę­śli­wej miło­ści – kobie­ta odcho­dzi od męż­czy­zny wbrew jego proś­bom, a kie­dy chce wró­cić, nie jest to już moż­li­we, gdyż ich rela­cja pękła jak szkło. Jed­nak „ver­re cas­sé” ma po fran­cu­sku tak­że homo­nim – „vers cas­sé” ozna­cza poła­ma­ny wers czy też łama­ny wiersz, co od razu przy­wo­dzi na myśl „łama­ny język” czy „łama­ną fran­cusz­czy­znę”.

W Kie­lon­ku obcu­je­my z języ­kiem peł­nym kolo­kwia­li­zmów, odda­ją­cym rytm żywej mowy, ale zara­zem pod­da­nym inten­syw­nej lite­rac­kiej obrób­ce pole­ga­ją­cej mię­dzy inny­mi na spię­trze­niu w tek­ście cyta­tów i alu­zji. Wbrew obie­go­wym opi­niom wyczu­wal­na oral­ność tej powie­ści nie­wie­le ma wspól­ne­go z afry­kań­ską tra­dy­cją ludo­wą. Jest zako­twi­czo­na w pro­zie naj­waż­niej­sze­go lite­rac­kie­go patro­na Mabanc­kou, Louisa-Fer­di­nan­da Céline’a, któ­ry, co w tym kon­tek­ście cie­ka­we, zaczął pisać po powro­cie z poby­tu w Afry­ce[8]. Céli­ne zła­mał regu­ły lite­rac­kiej fran­cusz­czy­zny i wpro­wa­dził do niej rwa­ny, potocz­ny styl, któ­ry miał być moż­li­wie bli­sko życia. W Kie­lon­ku do Céline’a wie­dzie mnó­stwo czy­tel­nych ście­żek, mię­dzy inny­mi nazwa baru, poja­wia­ją­ce się w tek­ście imio­na posta­ci – Céli­ne i Fer­di­nand, a tak­że Dru­karz, roz­sia­ne w tek­ście tytu­ły innych jego ksią­żek. Na inspi­ra­cję Céline’em wska­zu­je też nar­ra­tor, kie­dy wyzna­je, że chciał­by napi­sać coś „sło­wa­mi kośla­wy­mi, sty­lem szar­pa­nym”, mając „gdzieś zasa­dy czy­ste­go rozu­mu, meto­dę, fone­ty­kę, pro­zę”, „w tym zafaj­da­nym języ­ku”, a jego tekst, zło­żo­ny „z odpad­ków, ze zgni­li­zny”, miał­by być czymś „na gra­ni­cy pisa­nia i życia” (s. 142). Z grun­tu Céline’owskie są w Kie­lon­ku nie tyl­ko język, nie tyl­ko podej­ście do pisa­nia, ale i posta­ci, zwłasz­cza nar­ra­tor, któ­ry upa­da na samo dno czło­wie­czeń­stwa i dosłow­nie bru­dzi się wła­snym gów­nem, co przy­wo­łu­je na myśl natu­ra­li­stycz­ne sce­ny ze Śmier­ci na kre­dytPodró­ży do kre­su nocy. Tra­dy­cja Céline’owska, choć dostar­cza pożyw­ki dla języ­ka, nie­sie w sobie egzy­sten­cjal­ny mrok i nie­po­kój. To, co niskie, nie ma tu już powa­bu weso­łej rewol­ty, otwie­ra na roz­pacz, śmierć i nicość. W Kie­lon­ku ten żywioł ujaw­nia się w peł­ni w dru­giej czę­ści powie­ści, kie­dy boha­ter decy­du­je się wejść w tryb oso­bi­ste­go wyzna­nia. Wte­dy wła­śnie zaczy­na roz­my­ślać o samo­bój­stwie, chce dołą­czyć do swo­jej zmar­łej mat­ki, zna­leźć się gdzieś tam, po dru­giej stro­nie. Co waż­ne, Mabanc­kou bie­rze z Céline’a dokład­nie tyle, ile chce, bez­li­to­śnie drwiąc z jego rasi­zmu – Dru­karz mówi Kie­lon­ko­wi: „jestem dum­ny z mojej murzyń­skiej kul­tu­ry, wiesz, o czym mówię, wła­śnie dla­te­go Céli­ne mnie sza­no­wa­ła” (s. 53).

Pójdź­my jesz­cze przez chwi­lę tro­pem innych inter­tek­stu­al­nych gier. Pijacz­ko­wie w barze Śmierć Kre­dy­tom przy­wo­dzą na myśl – poza oczy­wi­sty­mi sko­ja­rze­nia­mi – tak­że boha­te­ra powie­ści nige­ryj­skie­go pisa­rza Amo­sa Tutu­oli Sma­kosz wina pal­mo­we­go[9]. Zeszyt (nie­przy­pad­ko­wo pobrzmie­wa w nim echo wspo­mnia­ne­go poema­tu Aimégo Césaire’a [Zeszyt powro­tu do rodzin­ne­go kra­ju]) wrę­cza Kie­lon­ko­wi Upar­ty Śli­mak, po fran­cu­sku L’Escargot Entêté. To z kolei tytuł nie­prze­tłu­ma­czo­nej na język pol­ski powie­ści algier­skie­go pisa­rza Rachi­da Boudje­dry. Jej boha­ter, samot­ny pięć­dzie­się­cio­let­ni urzęd­nik, nie może podo­łać zada­niu dera­ty­za­cji mia­sta i popa­da w sza­leń­stwo – czu­je się prze­śla­do­wa­ny przez śli­ma­ka. Nie­wiel­ka powieść ma for­mę dzien­ni­ka, w któ­rym boha­ter suchym, bez­na­mięt­nym sty­lem notu­je prze­bieg kil­ku dni swo­je­go życia, zapi­su­je kolej­ne lek­tu­ry, obser­wa­cje, obse­sje. Czy­ta­jąc Boudje­drę, myśli­my oczy­wi­ście o Dżu­mie Alber­ta Camu­sa, ale i o powie­ści Joh­na Maxwel­la Coet­ze­ego Cze­ka­jąc na bar­ba­rzyń­ców, a myśląc o Coet­ze­em, myśli­my o Kon­stan­di­no­sie Kawa­fi­sie, i tak dalej, i dalej. Esche­row­ska gra lustrza­nych odbić nie ma kre­su, w lek­tu­rze poru­sza­my się mię­dzy kaska­da­mi sko­ja­rzeń, a roz­pi­sa­na w ten spo­sób powieść otwie­ra się na nie­skoń­czo­ność…

Książ­ki, z któ­rych ule­pio­ny jest Kie­lo­nek, to lite­ra­tu­ra z całe­go – napraw­dę c a ł e g o – świa­ta. Nie­koń­czą­ce się enu­me­ra­cje tytu­łów, z któ­rych jed­ne są natych­miast roz­po­zna­wal­ne dla wszyst­kich, a inne wie­lu czy­tel­ni­kom mogą wyda­wać się kom­plet­nie prze­zro­czy­ste[10] są czymś wię­cej niż tyl­ko zaba­wą, poka­zem eru­dy­cji czy demon­stra­cją pisar­skie­go bigla. Przede wszyst­kim wska­zu­ją na ist­nie­ją­ce wciąż w świe­cie kolo­nial­ne zależ­no­ści, któ­rych trwa­łość mie­rzy się zasię­giem sło­wa uni­wer­sa­lizm. W tym sen­sie zabieg Mabanc­kou ozna­cza sym­bo­licz­ne wysa­dze­nie w powie­trze zachod­nie­go kano­nu lite­rac­kie­go i jest aktem rady­kal­nej deko­lo­ni­za­cji. Autor zda­je się w ten spo­sób suge­ro­wać, że jak dłu­go uni­wer­sal­ni będą dla nas Jero­me David Salin­ger czy Ernest Hemin­gway, ale już nie Ngũgĩ wa Thiong’o czy Mary­se Con­dé, tak dłu­go nie będzie mowy o choć­by względ­nej rów­no­ści mię­dzy Pół­no­cą a Połu­dniem, a uni­wer­sa­lizm pozo­sta­nie wyłącz­nie pustym fra­ze­sem. Może dla­te­go Kie­lo­nek nie jest miły dla Hol­de­na, któ­ry pew­ne­go dnia zja­wia się w barze i doma­ga uwa­gi? Obie­cu­je mu jed­nak, że za jakiś czas spo­tka­ją się przy winie gdzieś tam, po dru­giej stro­nie.

W Kie­lon­ku lite­ra­tu­ra funk­cjo­nu­je jako swe­go rodza­ju kon­ti­nu­um. Pisa­nie jest powta­rza­niem gestów poprzed­nich piszą­cych, dopi­sy­wa­niem do nich kolej­nych i kolej­nych stron – i tak ad infi­ni­tum. Opo­wieść nie ma począt­ku, nie domy­ka się żad­ną krop­ką, wie­dzie w nie­zna­ne. Jest prze­strze­nią, w któ­rej wszyst­ko sta­je się moż­li­we, nawet prze­by­wa­nie z isto­ta­mi spo­za nasze­go świa­ta. W naj­bar­dziej lirycz­nym pas­su­sie powie­ści Kie­lo­nek mówi, że gdy­by umiał pisać, napi­sał­by Książ­kę o mojej mat­ce[11], choć ktoś to już zro­bił, i że była­by to powieść nie­ukoń­czo­na: „wymy­ślił­bym mojej mat­ce dom na skra­ju łez, skrzy­dła, by mogła zostać kró­lo­wą anio­łów w nie­bie, by strze­gła mnie po wsze cza­sy” (s. 172–173). Autor przy­wo­łu­je tu tytuł ele­gij­nej powie­ści Alber­ta Cohe­na, w któ­rej odda­wał on hołd wszyst­kim mat­kom. Uważ­ne czy­tel­nicz­ki Mabanc­kou wie­dzą, że tę i wie­le innych powie­ści zade­dy­ko­wał on Pau­li­nie Ken­gué, czy­li swo­jej mat­ce, któ­ra zmar­ła, kie­dy był już w Euro­pie, i z któ­rą nie mógł się poże­gnać[12]. Pisa­nie było­by więc wciąż pona­wia­nym gestem synow­skiej miło­ści, poprzez któ­ry dzię­ki pra­cy wyobraź­ni moż­na oswo­ić się ze śmier­cią i się­gnąć poza jej gra­ni­cę. Tak jak­by lite­ra­tu­ra była tą jedy­ną dostęp­ną nam kład­ką mię­dzy tym, co ist­nie­je, a tym, o czym nie wie­my, czy ist­nie­je czy też nie. Jak pisał Céli­ne, „Wystar­czy zamknąć oczy. I tam wła­śnie jeste­śmy, po dru­giej stro­nie życia”[13].

*

15 mar­ca 2007 roku w trak­cie prze­bie­ga­ją­cej pod nacjo­na­li­stycz­ny­mi hasła­mi kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej Nico­la­sa Sarkozy’ego w „Le Mon­de” uka­zał się mani­fest pod­pi­sa­ny przez czter­dzie­ścio­ro czwo­ro pisa­rek i pisa­rzy. Nosił on tytuł Pour une lit­téra­tu­re-mon­de en fra­nça­is [Na rzecz świa­to­wej lite­ra­tu­ry w języ­ku fran­cu­skim]. Wśród sygna­ta­riu­szy zna­leź­li się mię­dzy inny­mi Mary­se Con­dé, Ala­in Mabanc­kou, Abdo­urah­man Wabe­ri[14]. W naj­więk­szym skró­cie: sygna­ta­riu­sze zwra­ca­li uwa­gę na fakt, że w ostat­nim cza­sie wszyst­kie naj­waż­niej­sze fran­cu­skie nagro­dy lite­rac­kie, od Gon­co­ur­tów i Renau­dot po nagro­dę Femi­na, tra­fi­ły w ręce auto­rek i auto­rów wywo­dzą­cych się spo­za Fran­cji. „Czy to przy­pa­dek, czy może raczej koper­ni­kań­ski zwrot w lite­ra­tu­rze języ­ka fran­cu­skie­go?” – pyta­li. „Nie ma już cen­trum, cen­trum roz­pro­szy­ło się na czte­ry stro­ny świa­ta […]. Do Fran­cji wra­ca świat, zbyt dłu­go nie­obec­ny w jej lite­ra­tu­rze”. Pisar­ki i pisa­rze stwier­dza­li, że naj­wyż­sza pora zerwać z wyklu­cza­ją­cym i nie­uza­sad­nio­nym podzia­łem lite­ra­tu­ry na fran­ko­foń­ską i fran­cu­ską. „Nikt nie mówi po fran­ko­foń­sku, nie ma takie­go języ­ka jak fran­ko­foń­ski” – doda­wa­li sar­ka­stycz­nie. Fran­ko­fo­nia to „awa­tar kolo­nia­li­zmu”. Ist­nie­je nato­miast ogrom­na lite­ra­tu­ra języ­ka fran­cu­skie­go, któ­ra – podob­nie jak lite­ra­tu­ra two­rzo­na w języ­ku angiel­skim – nie powin­na być rele­go­wa­na poza obręb głów­ne­go nur­tu, do jakiejś spe­cjal­nej egzo­ty­zu­ją­cej prze­gród­ki. Sygna­ta­riu­sze listu nie doma­ga­li się nicze­go inne­go niż uzna­nia oczy­wi­ste­go już fak­tu, że język powi­nien być „zwol­nio­ny z pak­tu na wyłącz­ność z naro­dem”, powi­nien być uwol­nio­ny spod wszel­kiej wła­dzy – z wyjąt­kiem wła­dzy poezji i wyobraź­ni.

Mani­fest spo­tkał się z żywym odbio­rem i pozo­sta­je waż­nym punk­tem odnie­sie­nia w myśle­niu o fran­cu­skiej lite­ra­tu­rze. Mam jed­nak wra­że­nie, że w prak­ty­ce od tam­tej pory nie­wie­le się zmie­ni­ło. Kolo­nial­ne struk­tu­ry trzy­ma­ją się moc­no, trze­ba wie­le cza­su i wysił­ków, by dopro­wa­dzić do ich roz­bi­cia. We Fran­cji daw­ne for­muł­ki nie prze­sta­ły funk­cjo­no­wać, w dużych księ­gar­niach pół­ki dzie­lą się na te z książ­ka­mi z kra­ju i te z książ­ka­mi zza morza. A w pół­pe­ry­fe­ryj­nych kra­jach Pół­no­cy, takich jak Pol­ska, za uni­wer­sal­ne wciąż uwa­ża się tyl­ko ame­ry­kań­skie powie­ści. Tro­chę to dziw­ne, bo prze­cież taki bar Śmierć Kre­dy­tom mógł­by być gdzieś tuż za rogiem, na sąsied­niej uli­cy. Myślę nawet, że jest.

 

[1] A. Wabe­ri, Les enfants de la post­co­lo­nie [w:] Pen­ser et écri­re l’Afrique aujourd’hui, red. A. Mabanc­kou, Paris: Éditions du Seu­il, 2017, s. 148–161.

[2] Wabe­ri sto­su­je też zamien­nie nazwę „poko­le­nie trans­kon­ty­nen­tal­ne”. Ostat­nio czę­ściej uży­wa się okre­śle­nia „poko­le­nie migri­tu­de” (od słów: négri­tu­de i migra­cja).

[3] A. Césa­ire, Roz­pra­wa z kolo­nia­li­zmem, tłum. Z. Jarem­ko-Żytyń­ska, War­sza­wa: Czy­tel­nik, 1950.

[4] Ten­że, Powrót do rodzin­ne­go kra­ju [w:] tegoż, Poezje, wyb., tłum. i wpro­wa­dze­nie Z. Sto­la­rek, War­sza­wa: Pań­stwo­wy Insty­tut Wydaw­ni­czy, 1978. W pol­skim prze­kła­dzie tytu­łu pomi­nię­to sło­wo „Zeszyt”, choć jest nie­zmier­nie waż­ne – Zbi­gniew Sto­la­rek poświę­ca mu zresz­tą spo­ro miej­sca we wstę­pie do tomu, zasta­na­wia­jąc się nad jego wie­lo­znacz­no­ścią i poru­sza­jąc mię­dzy inny­mi kwe­stię pew­nej zamie­rzo­nej „bru­lio­no­wo­ści” poema­tu. Będę tu uży­wać dosłow­ne­go prze­kła­du tytu­łu.

[5] A. Mabanc­kou, Kie­lo­nek, tłum. J. Gisz­czak, Kra­ków: Karak­ter, 2025, s. 7–8. Wszyst­kie następ­ne cyta­ty poda­ję za tym wyda­niem.

[6] Zob. Lit­téra­tu­re clas­si­que afri­ca­ine, RFI, onli­ne: https://www.rfi.fr/fr/podcasts/20200816-verre-cass%C3%A9-alain-mabanckou [dostęp: 12.07.2025].

[7] Sima­ro Lutum­ba pocho­dził z Demo­kra­tycz­nej Repu­bli­ki Kon­ga, a nie, jak Mabanc­kou, z Kon­ga Braz­za­vil­le. Boha­te­ro­wie książ­ki wspo­mi­na­ją inny „mitycz­ny zespół z sąsied­nie­go kra­ju”.

[8] Mabanc­kou nie jest jedy­nym z gro­na afry­kań­skich i kara­ib­skich pisa­rzy, któ­rzy czer­pią inspi­ra­cję z Céline’a. Pisarz ten odci­snął moc­ne pięt­no na twór­czo­ści Ahma­dou Kouro­umy oraz auto­rów poko­le­nia Mabanc­kou, takich jak Patrick Cha­mo­ise­au czy Patri­ce Nga­nang. Bénédic­te Bois­se­ron pisze, że Céli­ne aż pro­sił się o „czar­ną lek­tu­rę”, nie tyl­ko ze wzglę­du na język, ale tak­że rys jego boha­te­rów, któ­rzy żyją na mar­gi­ne­sie spo­łe­czeń­stwa, nie są przez nie akcep­to­wa­ni, a ich los przy­po­mi­na los ludzi pod­po­rząd­ko­wa­nych i znie­wo­lo­nych. (B. Bois­se­ron, Taking the Post­co­lo­nial Lead: Decen­te­ring the Metro­po­le thro­ugh Mar­ti­ni­can Lite­ra­tu­re, Michi­gan: Uni­ver­si­ty of Michi­gan, 2006, za: J.L. Cor­nil­le, J. Rami­li­son, Céli­ne au Con­go, onli­ne: https://scielo.org.za/scielo.php?script=sci_arttext&pid=S0041-476X2017000100008 [dostęp: 12.07.2025].

[9] Po pol­sku uka­za­ła się ona w 1983 roku w prze­kła­dzie Erne­sty­ny Skur­jat.

[10] Weź­my dwa kró­ciut­kie pas­su­sy:

powie­dzia­łem mu, że zosta­wiam pisa­nie tym, któ­rzy opie­wa­ją radość życia, tym, któ­rzy wal­czą i marzą o posze­rze­niu pola wal­ki, tym, któ­rzy two­rzą obrzę­dy, żeby odtań­czyć polkę, tym, któ­rzy wie­dzą, jak zadzi­wić bogów, tym, któ­rzy grzę­zną w hań­bie, tym, któ­rzy wkra­cza­ją pew­nie w wiek męski

– mamy tu powie­ści Émile’a Zoli i Patrice’a Nga­nan­ga pod tym samym tytu­łem, mamy Miche­la Houel­le­be­cqa, dwie powie­ści Kos­sie­go Efo­uie­go (La fabri­que des cérémo­nies, Polka), powieść Bena Okrie­go (Asto­ni­shing the Gods), Joh­na Maxwel­la Coet­ze­ego.

bar­dzo szyb­ko wró­ci­łem do rodzin­ne­go kra­ju, opy­cha­łem się słod­ki­mi owo­ca­mi drze­wa chle­bo­we­go, miesz­ka­łem w hote­lu La Vie et demie, któ­ry już nie ist­nie­je i w któ­rym każ­de­go wie­czo­ru przy jaz­zie i pal­mo­wym winie mój ojciec pew­nie sza­lał­by z rado­ści, i grza­łem się przy ogniu wła­snych korze­ni

– tu znów poja­wia się nawią­za­nie do Aimégo Césaire’a, a potem do powie­ści kon­gij­skich pisa­rzy: Tchi­caya U Tam’siego Ces fru­its doux de l’arbre à pain, Sony’ego Labou Tan­sie­go La Vie et demie, zbio­ru opo­wia­dań Emma­nu­ela Don­ga­li Jazz et vin du pal­me i jego powie­ści Le Feu des ori­gi­nes oraz – być może tak­że – do tomi­ku wier­szy Louisa Ara­go­na.

[11] A. Cohen, Książ­ka o mojej mat­ce, tłum. A. Socho­wa, Kra­ków: Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, 1977.

[12]Kie­lon­ku skła­da jej hołd, nada­jąc jej imię college’owi, do któ­re­go uczęsz­czał boha­ter – tej naj­waż­niej­szej ze szkół (mat­ka Mabanc­kou była oso­bą nie­pi­śmien­ną).

[13] L.F. Céli­ne, Podróż do kre­su nocy, tłum. O. Hede­mann, Iza­be­lin: Świat Lire­rac­ki, 2005, s. 7.

[14] Peł­ną listę moż­na zna­leźć pod adre­sem: https://fr.wikipedia.org/wiki/Pour_une_litt%C3%A9rature-monde_en_fran%C3%A7ais [dostęp: 12.07.2025].

– romanistka, tłumaczka, wydawczyni.

więcej →

– powieściopisarz, poeta, eseista, wykładowca uniwersytecki.

więcej →

Powiązane teksty

19.01.2026
Szkice

Z plastikowej Wenus na cyfrowe wydmy Regis III. Adaptacje i gradaptacje beletrystyki Lema

Przed przystąpieniem do analizy gradaptacji dzieł Lema warto zauważyć, że także inni, współcześni mu klasycy literackiej SF nie zawsze mogli liczyć na udane adaptacje swoich fabuł do formuły gry wideo – o teatralnych, filmowych i komputerowych realizacjach twórczości Stanisława Lema piszą Natalia Kańduła, Szymon Piotr Kukulak i Jakub Gomułka.

13.01.2026
Recenzje

W gorsecie z emocji. Zespalanie światów według Maxa Blechera

Wierzę, że spotkanie z prozą Blechera pozostawia w nas głęboki ślad, dotykając naszych największych atawistycznych lęków – tych związanych z chorobą, samotnością, śmiercią. Równocześnie skłania nas do refleksji nad tym, jak korzystać z życia i mimo wszystko dążyć do względnego dobrostanu – o Dziełach zebranych Maxa Belchera pisze Olga Bartosiewicz-Nikolaev.