zacznijmy od tego, że redakcja „Dziennika Literackiego” zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy ja, wydawczyni Kielonka, nie napisałabym dla nich kilku słów o tej książce, bo ciekawi ich, z czego jest ona zrobiona i czy wszystko z nią w porządku, skoro w tekście brakuje kropek, tytuł oryginału składa się z dwóch słów, a polski ogranicza się do jednego, czy nie jest to błąd albo zaniechanie, pyta redakcja, bo przecież wie, jakie wpadki zdarzają się nieraz wydawcom, którzy w ostatniej chwili, po wielu nocach i dniach wytężonych prac edytorskich, kiedy to przyglądali się pod światło każdej przydawce i roztrząsali co drugi imiesłów, w końcu posyłają do druku niewłaściwy plik, a potem dorabiają do tego teorię i tłumaczą, że właśnie tak miało być, że w najdrobniejszym szczególe realizują swój plan, redakcja „Dziennika” pyta też, jak to jest z tą afrykańską tradycją, czy autor nawiązuje do niej czy też nie, a jeśli tak, to do której, do tej sprzed pisma, czy może do tej ze złotego okresu ruchu négritude, i o co w ogóle chodzi z tymi cytatami, których jest podobno ponad trzysta, a może i więcej, dlaczego nie zrobiliście żadnych przypisów ani bibliografii, pytają, czy tak wygląda profesjonalne wydanie, opinii publicznej należy się jakieś wyjaśnienie, napisz nam, jak to widzisz, no więc po przeanalizowaniu wszystkich „za” i „przeciw”, po dogłębnym przedyskutowaniu sprawy z rodziną, wydawnictwem oraz najbardziej aktywną częścią komentariatu odpowiedziałam, że dobrze, spróbuję napisać parę słów o tej powieści, podzielę się tym, co o niej wiem, co umiem z niej wyczytać, dodam też kilka przypisów, żeby czytelniczka, a tym bardziej czytelnik nie zagubili się w gąszczu obco brzmiących nazwisk i licznych akcentów, bo Francuzi, jak wiadomo, nie hamują się w swoich imperialnych zapędach, w jednym zdaniu potrafią po kilka razy wskazać i na Rzym, i na Krym, nie aspiruję jednak do wyczerpania tematu, to chyba niemożliwe, ta powieść ma prawie dwieście stron i na każdej roi się od aluzji, poza tym sam autor, zapytany przeze mnie kiedyś, czy opisując pojedynek na sikanie Spłuczki i Kazimierza, który żyje na poziomie, chciał nawiązać do François Rabelais’go, zrobił wielkie oczy i powiedział, że nie, wcale nie miał takiego zamiaru, w ogóle nie przeszło mu to przez myśl, no ale już my dobrze wiemy, jak to jest z pisarzami, nigdy nie należy do końca im ufać
*
W 1998 roku w nieistniejącym już dziś piśmie „Notre Librairie” ukazał się krótki tekst, który w nieodległej przyszłości miał stać się przedmiotem dyskusji, polemik i rozpraw naukowych. Nosił tytuł Les enfants de la postcolonie[1] [Dzieci postkolonii], a jego autor, Abdourahman Waberi, młody pisarz i intelektualista pochodzący z Dżibuti, zarysował w nim pokrótce historię francuskojęzycznej literatury afrykańskiej. Zauważył, że na scenie literackiej pojawiła się właśnie nowa, czwarta już generacja twórców, którzy zupełnie inaczej niż ich poprzednicy postrzegają literaturę i swoją w niej rolę. Oto pisarki i pisarze urodzeni w latach 60. XX wieku, a więc najczęściej po uzyskaniu niepodległości przez ich kraje, przyjechali do Francji jako dzieci emigrantów albo na studia czy w poszukiwaniu pracy. Publikują we Francji, uważają się za Afrykańczyków, nie chcą jednak być postrzegani wyłącznie przez pryzmat swojego pochodzenia. Odrzucają perspektywę esencjalistyczną, bez kłopotu używają dwóch paszportów i odmawiają reprezentowania kogokolwiek poza samymi sobą. Sporo podróżują między państwami i kontynentami, a ich doświadczenie wielokulturowości i życia „pomiędzy” znajduje oryginalny wyraz w literaturze, którą tworzą. Wśród wymienionych przez Waberiego reprezentantów tego pokolenia znalazł się młody poeta i początkujący powieściopisarz Alain Mabanckou. Dopiero kilka lat później miał on opublikować Kielonka i Zwierzenia jeżozwierza, dwie powieści, które uczyniły go jednym z najważniejszych głosów francuskiej – celowo nie używam tu słowa „frankofońskiej” – literatury.
Waberi ukazywał „pokolenie postkolonii”[2] na tle poprzednich generacji, bo właśnie ten kontekst pozwalał w pełni rozumieć znaczenie estetycznych i egzystencjalnych wyborów młodych twórców. Historia afrykańskiej literatury w języku francuskim nie jest długa, sięga raptem początku XX wieku. Jej pionierzy starali się przede wszystkim wykazać biegłością w opanowaniu języka, którego nauczyli się nie z wyboru, ale pod przymusem. Już dekadę później afrykańscy twórcy nie tylko znakomicie operowali kodami literackiej francuszczyzny, ale także wraz z pisarzami pochodzącymi z Karaibów stworzyli potężny polityczny i literacki ruch négritude, którego ambicją była walka z rasizmem i afirmacja czarnej kultury. Publikowali w piśmie i wydawnictwie o tej samej nazwie – Présence Africaine w dzielnicy łacińskiej w Paryżu, opiewali afrykańską przeszłość, uczestniczyli w kongresach czarnych pisarzy, byli fetowani przez francuskich intelektualistów, takich jak Jean-Paul Sartre, André Gide czy Michel Leiris, prowadzili intensywną działalność polityczną. Do historii przeszło wystąpienie malijskiego pisarza Amadou Hampâté-Bâ w ramach Konferencji Generalnej UNESCO w 1960 roku, który domagając się wyasygnowania środków na ochronę afrykańskiego dziedzictwa kulturowego i tradycji oralnej, wypowiedział słynne zdanie: „Kiedy w Afryce umiera starzec, wraz z nim ginie cała biblioteka”. Po latach wielu pisarzy z tej grupy objęło ważne funkcje państwowe. Jeden z założycieli ruchu, Léopold Senghor, został prezydentem Senegalu, a drugi, Aimé Césaire, autor słynnej Rozprawy z kolonializmem[3] oraz Powrotu do rodzinnego kraju [tłum. dosł. Zeszyt powrotu do rodzinnego kraju][4], objął funkcje burmistrza Fort-de-France na Martynice oraz posła do francuskiego Zgromadzenia Narodowego.
Następcy ruchu négritude, określeni przez Waberiego mianem „pokolenia niepodległości” (co nawiązuje do tytułu powieści Iworyjczyka Ahmadou Kouroumy Le Soleil des indépendances), zerwali z programową idealizacją Afryki i afrykańskich społeczeństw. W swoich książkach starali się mierzyć z rzeczywistością krajów, które właśnie wyzwalały się od kolonializmu, zdawać sprawę z trudnych realiów życia swoich rodaków. Nie unikali tematów przemocy, biedy, mizoginii, korupcji, byli krytyczni wobec rządzących i wobec gloryfikowania historii kontynentu. Najbardziej emblematyczna jest tu chyba postać Malijczyka Yambo Ouologuema, który w 1968 roku zdobył francuską Nagrodę Renaudot za powieść Le Devoir de violence [Obowiązek przemocy]. Opisał w niej współudział Afrykańczyków w handlu niewolnikami, czym ściągnął na siebie grad krytyki – oskarżono go o zdradę, chęć przypodobania się Europejczykom i próbę zdjęcia z nich odpowiedzialności za popełnione w Afryce zbrodnie.
Tu docieramy do kluczowych pytań, na które każde pokolenie afrykańskich twórców udzielało sobie zgoła innych odpowiedzi: dla kogo piszą? Przed kim są odpowiedzialni? Do czego jest im potrzebna literatura? Odpowiedzi różniły się w zależności od uwarunkowań politycznych, ale także zmieniającego się profilu odbiorców. O ile u swego zarania literatura tworzona przez afrykańskich pisarzy jedynie w nikłym stopniu mogła być czytana przez Afrykanki i Afrykanów – ze względu na jej niedostępność na kontynencie, wysokie ceny importowanych książek etc. – o tyle z biegiem lat jej czytelników przybywało nie tylko w Europie, w tym wśród coraz liczniejszej społeczności afropejskiej, ale i w samej Afryce. To w nieunikniony sposób komplikowało sytuację pisarek i pisarzy, którzy byli coraz bardziej uwikłani w sieci sprzecznych i niemożliwych do zaspokojenia oczekiwań zróżnicowanej publiczności i krytyki. Jak pogodzić lojalność wobec rodaków z potrzebą zachowania artystycznej niezależności? Gdzie postawić granicę między powinnościami Afrykańczyka i pisarza?
*
zacznijmy od tego, że właściciel baru Śmierć Kredytom wręczył mi zeszyt, żebym mógł w nim gryzmolić, i święcie wierzy, że ja, Kielonek, mogę spłodzić książkę, bo kiedyś w żartach opowiedziałem mu historię o sławnym pisarzu, który pił jak gąbka, o pisarzu, którego gdy się upił, trzeba było podnosić z ulicy, więc lepiej nie żartować z pryncypałem, bo bierze wszystko wprost, a dając mi ten zeszyt, zaznaczył, że to będzie dla niego, tylko i wyłącznie, że nikt inny tego nie przeczyta, chciałem wiedzieć, dlaczego tak mu zależy na owym zeszycie, odparł, że nie chce, by bar Śmierć Kredytom zniknął kiedyś ot tak, dodał, że w tym kraju ludzie nie mają daru zapamiętywania, że czas opowiastek snutych przez zgrzybiałe babki się skończył, że wybiła godzina słowa pisanego, bo tylko to pozostanie, mowa ulatnia się jak dym, to tyle co kocie siuśki, właściciel baru Śmierć Kredytom nie lubi gotowych formułek w rodzaju „gdy w Afryce umiera starzec, wraz z nim płonie cała biblioteka”, a gdy słyszy ten jakże wyświechtany frazes, naprawdę się złości i powiada „zależy, jaki starzec, przestańcie się wygłupiać, ja tam wierzę tylko w to, co napisane”, więc trochę, by mu zrobić przyjemność, bazgrzę coś czasami, choć sam nie wiem naprawdę, co tu opowiadam, nie ukrywam, że nawet w tym zasmakowałem, choć za nic się nie przyznam, zacząłby myśleć Bóg wie co i zmusił mnie do jeszcze większego galopu, a ja chcę być wolny i pisać, kiedy mam ochotę[5]
*
Kielonek, którego po polsku czytamy w przekładzie Jacka Giszczaka, od pierwszych zdań wciąga nas w same trzewia literatury, między fałdy rozpruwanej i zszywanej na naszych oczach opowieści. Jest książką ostentacyjnie autoteliczną, nie tyle naszpikowaną literackimi aluzjami i cytatami, ile wręcz z nich posklejaną. Prześmiewczy, rubaszny ton sugeruje, że mamy do czynienia z pokazem literackiej woltyżerki i intertekstualną zabawą. Im bardziej jednak zagłębiamy się w rozsiane po książce tropy, tym wyraźniej widzimy, że to zaledwie jedna z jej warstw i że w powieści, owszem, toczy się pewna gra, ale o znacznie wyższą stawkę.
Główny bohater i zarazem narrator powieści pewnego dnia otrzymuje misję spisania historii baru, w którym wraz z innymi bywalcami przesiaduje nad kolejnymi kieliszkami taniego wina. Ten bar to cały ich świat – tu spędzają czas przy dźwiękach rumby, tu opowiadają sobie historie, wspominają życie, żalą się, kłócą, przechwalają, dyskutują o polityce. Bar mieści się w ubogiej dzielnicy Pointe-Noire, kongijskiego miasta u wybrzeży Atlantyku, a jego bywalcy to w większości mężczyźni w jakimś stopniu pokiereszowani przez los, nieumiejący znaleźć dla siebie miejsca i dość chętnie zrzucający winę za wszelkie nieszczęścia, jakie ich spotkały, na kobiety – a to ich zdaniem wredne, a to niewierne, a to niewdzięczne, ponieważ nie chciały biernie przyglądać się ich pijaństwu, tolerować zdrad i akceptować bezczynności.
Horyzont aspiracji bywalców baru wyznacza Francja, budząca w nich ambiwalentne emocje: jest pogardzanym byłym kolonizatorem, ale i niedosiężnym rajem, do którego każdy chciałby wyjechać. Sposobem na przekroczenie tej ambiwalencji jest w ich oczach seks, związek, a najlepiej małżeństwo z białą Francuzką, bo w patriarchalnym świecie najczęściej właśnie tak – poprzez kobiece ciało – mężczyźni próbują pozbyć się kompleksu poniżenia i zaspokoić potrzebę odwetu. Przykładem takiego, nie do końca udanego, skoku jest historia Drukarza, który twierdzi, że „zaliczył Francję”: pracował w wielkiej drukarni na przedmieściach Paryża, był szefem ekipy („zatrudniałem też biednych bezrobotnych białych, żółtków i tak dalej, robiłem melanż”, s. 47) i ożenił się z Francuzką o imieniu Céline – do tego tropu wrócę za moment – został jednak przez nią zdradzony z własnym synem z pierwszego związku. Doprowadziło to mężczyznę do załamania, po którym musiał wrócić do rodzinnego kraju.
Innego rodzaju odwet na dawnym kolonizatorze bierze bohater zwany Kazimierzem, który żyje na poziomie. Pewnego dnia po wypiciu dużej ilości alkoholu zostaje on wyzwany na pojedynek na sikanie, wychodzi za drzwi baru i za pomocą swojej uryny kreśli na ziemi wielką mapę Francji – wraz z Korsyką. Imię bohatera nie jest przypadkowe – jak oczywiście żadne imię w tej książce – Mabanckou przywołuje tu postać Casimira Maistre’a, jednego z francuskich eksploratorów Afryki, który pod koniec XIX wieku przybył do Konga z misją badawczo-kolonizacyjną. Po powrocie – a przyjechał nie sam, lecz z niewolnikiem – przyznano mu legię honorową oraz złoty medal Towarzystwa Geograficznego. Wysikanie przez Kazimierza, który żyje na poziomie, mapy Francji wydaje się aktem aż nadto wymownym. Akt ów staje się jednak wymowny jeszcze bardziej, gdy przywoła się scenę z Rabelais’go, jednego z ojców założycieli francuskiej powieści. Oto po przybyciu do pogardzanego przez siebie Paryża Gargantua „oblewa” swoją wizytę z mieszkańcami, to znaczy dosłownie zalewa ich uryną prosto z wieży kościoła Najświętszej Panny, zatapiając w ten sposób kilkadziesiąt tysięcy gapiów. Mabanckou jest co prawda dużo bardziej powściągliwy, jednak groteska i karnawalizacja świata stanowią estetyczną dominantę wielu fragmentów powieści. Rubaszność spod znaku Rabelais’go przydaje się Mabanckou w demontowaniu kulturowych schematów będących spuścizną kolonializmu. Śmiech, satyra, odwrócenie porządku sprzyjają symbolicznemu wyrównywaniu rachunków między Afryką a Europą. Rozbrojone za pomocą ironii stereotypy w jednej chwili tracą swoją upokarzającą i uprzedmiatawiającą moc. Śmiechem uderza pisarz w afrykańskie reżimy i w dawnych kolonizatorów, w niewiernych mężów i literackich epigonów, „którzy tworzą korki na autostradach literatury”. W tym nurcie mieszczą się też długie enumeracje, gry w skojarzenia, zabawa stylem.
Książka jest podzielona na dwie części – Pierwsze i Ostatnie kartki – i ma przypominać zapisywany na naszych oczach brulion. Jak pamiętamy, Kielonek nie chwyta po zeszyt sam z siebie, lecz otrzymuje konkretne zamówienie – zeszyt wręcza mu właściciel przybytku, Uparty Ślimak. W pierwszym odruchu nasz bohater podejmuje się realizacji zlecenia, jednak im bardziej rozsmakowuje się w pisaniu, tym wyraźniej dostrzega piętrzące się przed nim ograniczenia. Z jednej strony chce zadowolić właściciela baru, z drugiej towarzysze, których opowieści stara się oddać z największą pieczołowitością, zaglądają mu przez ramię i próbują kontrolować, co i jak o nich pisze. Wybuchają awantury, a Kielonek popada w coraz większą frustrację. W końcu porzuca zadanie spisywania cudzych historii, których wiarygodność budzi zresztą jego wątpliwości, i przechodzi do intymnej opowieści o sobie i swoim upadku – alkoholizmie, który sprawił, że stracił pracę w szkole i że porzuciła go żona. Nad jego chwilami przykrym, chwilami lirycznym wyznaniem unosi się duch melancholii i tęsknoty za matką – ta utonęła w odmętach rzeki Czinuki, prawdopodobnie popełniła samobójstwo.
Narracja w symboliczny sposób odtwarza więc proces wybijania się na pisarską niepodległość – bohatera powieści, a może i samego Mabanckou oraz afrykańskiej literatury jako takiej. Najpierw narrator wywiązuje się z postawionego przed nim zadania, ale po pewnym czasie rezygnuje z obowiązków wobec wspólnoty, by spełniać własne ambicje; przechodzi od świadectwa do subiektywnej opowieści. „Kiedy pisałem Kielonka, nie byłem jeszcze świadom, że właśnie wtedy zacząłem pozbywać się tików afrykańskiego pisarza. Tego odruchu, że pisarz afrykański ma ratować Afrykę. A przecież literatura nie jest po to, żeby ratować kontynent. Ma być przestrzenią indywidualnej wyobraźni”[6] – mówił Mabanckou w wywiadzie w 2020 roku, piętnaście lat po ukazaniu się książki. Wyzwalając się od uwewnętrznionej presji oczekiwań w stosunku do swojego pisarstwa, autor coraz bardziej poszerzał pole swojej wolności. Kielonek jest powieścią błyskotliwą, zuchwałą, zaskakującą, niewygodną. Mabanckou robi tu, co mu się żywnie podoba: uwodzi poczuciem humoru, zachwyca sprawnością, zniesmacza naturalizmem i skatologią, zadziwia nagłym liryzmem…
*
Kielonek to w oryginale Verre Cassé. Jacek Giszczak, który znakomicie oddał ton i styl powieści, w przekładzie tytułu słusznie zrezygnował z dosłowności na rzecz kolokwializmu. Po francusku „verre cassé” może oznaczać rozbite szkło albo stłuczony kieliszek. Jest to również tytuł piosenki z 1984 roku wykonywanej przez kongijskiego[7] artystę Simaro Lutumbę, który ze względu na wyjątkową wartość artystyczną swoich tekstów dorobił się przydomka Poeta. W piosence Verre cassé śpiewa o nieszczęśliwej miłości – kobieta odchodzi od mężczyzny wbrew jego prośbom, a kiedy chce wrócić, nie jest to już możliwe, gdyż ich relacja pękła jak szkło. Jednak „verre cassé” ma po francusku także homonim – „vers cassé” oznacza połamany wers czy też łamany wiersz, co od razu przywodzi na myśl „łamany język” czy „łamaną francuszczyznę”.
W Kielonku obcujemy z językiem pełnym kolokwializmów, oddającym rytm żywej mowy, ale zarazem poddanym intensywnej literackiej obróbce polegającej między innymi na spiętrzeniu w tekście cytatów i aluzji. Wbrew obiegowym opiniom wyczuwalna oralność tej powieści niewiele ma wspólnego z afrykańską tradycją ludową. Jest zakotwiczona w prozie najważniejszego literackiego patrona Mabanckou, Louisa-Ferdinanda Céline’a, który, co w tym kontekście ciekawe, zaczął pisać po powrocie z pobytu w Afryce[8]. Céline złamał reguły literackiej francuszczyzny i wprowadził do niej rwany, potoczny styl, który miał być możliwie blisko życia. W Kielonku do Céline’a wiedzie mnóstwo czytelnych ścieżek, między innymi nazwa baru, pojawiające się w tekście imiona postaci – Céline i Ferdinand, a także Drukarz, rozsiane w tekście tytuły innych jego książek. Na inspirację Céline’em wskazuje też narrator, kiedy wyznaje, że chciałby napisać coś „słowami koślawymi, stylem szarpanym”, mając „gdzieś zasady czystego rozumu, metodę, fonetykę, prozę”, „w tym zafajdanym języku”, a jego tekst, złożony „z odpadków, ze zgnilizny”, miałby być czymś „na granicy pisania i życia” (s. 142). Z gruntu Céline’owskie są w Kielonku nie tylko język, nie tylko podejście do pisania, ale i postaci, zwłaszcza narrator, który upada na samo dno człowieczeństwa i dosłownie brudzi się własnym gównem, co przywołuje na myśl naturalistyczne sceny ze Śmierci na kredyt i Podróży do kresu nocy. Tradycja Céline’owska, choć dostarcza pożywki dla języka, niesie w sobie egzystencjalny mrok i niepokój. To, co niskie, nie ma tu już powabu wesołej rewolty, otwiera na rozpacz, śmierć i nicość. W Kielonku ten żywioł ujawnia się w pełni w drugiej części powieści, kiedy bohater decyduje się wejść w tryb osobistego wyznania. Wtedy właśnie zaczyna rozmyślać o samobójstwie, chce dołączyć do swojej zmarłej matki, znaleźć się gdzieś tam, po drugiej stronie. Co ważne, Mabanckou bierze z Céline’a dokładnie tyle, ile chce, bezlitośnie drwiąc z jego rasizmu – Drukarz mówi Kielonkowi: „jestem dumny z mojej murzyńskiej kultury, wiesz, o czym mówię, właśnie dlatego Céline mnie szanowała” (s. 53).
Pójdźmy jeszcze przez chwilę tropem innych intertekstualnych gier. Pijaczkowie w barze Śmierć Kredytom przywodzą na myśl – poza oczywistymi skojarzeniami – także bohatera powieści nigeryjskiego pisarza Amosa Tutuoli Smakosz wina palmowego[9]. Zeszyt (nieprzypadkowo pobrzmiewa w nim echo wspomnianego poematu Aimégo Césaire’a [Zeszyt powrotu do rodzinnego kraju]) wręcza Kielonkowi Uparty Ślimak, po francusku L’Escargot Entêté. To z kolei tytuł nieprzetłumaczonej na język polski powieści algierskiego pisarza Rachida Boudjedry. Jej bohater, samotny pięćdziesięcioletni urzędnik, nie może podołać zadaniu deratyzacji miasta i popada w szaleństwo – czuje się prześladowany przez ślimaka. Niewielka powieść ma formę dziennika, w którym bohater suchym, beznamiętnym stylem notuje przebieg kilku dni swojego życia, zapisuje kolejne lektury, obserwacje, obsesje. Czytając Boudjedrę, myślimy oczywiście o Dżumie Alberta Camusa, ale i o powieści Johna Maxwella Coetzeego Czekając na barbarzyńców, a myśląc o Coetzeem, myślimy o Konstandinosie Kawafisie, i tak dalej, i dalej. Escherowska gra lustrzanych odbić nie ma kresu, w lekturze poruszamy się między kaskadami skojarzeń, a rozpisana w ten sposób powieść otwiera się na nieskończoność…
Książki, z których ulepiony jest Kielonek, to literatura z całego – naprawdę c a ł e g o – świata. Niekończące się enumeracje tytułów, z których jedne są natychmiast rozpoznawalne dla wszystkich, a inne wielu czytelnikom mogą wydawać się kompletnie przezroczyste[10] są czymś więcej niż tylko zabawą, pokazem erudycji czy demonstracją pisarskiego bigla. Przede wszystkim wskazują na istniejące wciąż w świecie kolonialne zależności, których trwałość mierzy się zasięgiem słowa uniwersalizm. W tym sensie zabieg Mabanckou oznacza symboliczne wysadzenie w powietrze zachodniego kanonu literackiego i jest aktem radykalnej dekolonizacji. Autor zdaje się w ten sposób sugerować, że jak długo uniwersalni będą dla nas Jerome David Salinger czy Ernest Hemingway, ale już nie Ngũgĩ wa Thiong’o czy Maryse Condé, tak długo nie będzie mowy o choćby względnej równości między Północą a Południem, a uniwersalizm pozostanie wyłącznie pustym frazesem. Może dlatego Kielonek nie jest miły dla Holdena, który pewnego dnia zjawia się w barze i domaga uwagi? Obiecuje mu jednak, że za jakiś czas spotkają się przy winie gdzieś tam, po drugiej stronie.
W Kielonku literatura funkcjonuje jako swego rodzaju kontinuum. Pisanie jest powtarzaniem gestów poprzednich piszących, dopisywaniem do nich kolejnych i kolejnych stron – i tak ad infinitum. Opowieść nie ma początku, nie domyka się żadną kropką, wiedzie w nieznane. Jest przestrzenią, w której wszystko staje się możliwe, nawet przebywanie z istotami spoza naszego świata. W najbardziej lirycznym passusie powieści Kielonek mówi, że gdyby umiał pisać, napisałby Książkę o mojej matce[11], choć ktoś to już zrobił, i że byłaby to powieść nieukończona: „wymyśliłbym mojej matce dom na skraju łez, skrzydła, by mogła zostać królową aniołów w niebie, by strzegła mnie po wsze czasy” (s. 172–173). Autor przywołuje tu tytuł elegijnej powieści Alberta Cohena, w której oddawał on hołd wszystkim matkom. Uważne czytelniczki Mabanckou wiedzą, że tę i wiele innych powieści zadedykował on Paulinie Kengué, czyli swojej matce, która zmarła, kiedy był już w Europie, i z którą nie mógł się pożegnać[12]. Pisanie byłoby więc wciąż ponawianym gestem synowskiej miłości, poprzez który dzięki pracy wyobraźni można oswoić się ze śmiercią i sięgnąć poza jej granicę. Tak jakby literatura była tą jedyną dostępną nam kładką między tym, co istnieje, a tym, o czym nie wiemy, czy istnieje czy też nie. Jak pisał Céline, „Wystarczy zamknąć oczy. I tam właśnie jesteśmy, po drugiej stronie życia”[13].
*
15 marca 2007 roku w trakcie przebiegającej pod nacjonalistycznymi hasłami kampanii prezydenckiej Nicolasa Sarkozy’ego w „Le Monde” ukazał się manifest podpisany przez czterdzieścioro czworo pisarek i pisarzy. Nosił on tytuł Pour une littérature-monde en français [Na rzecz światowej literatury w języku francuskim]. Wśród sygnatariuszy znaleźli się między innymi Maryse Condé, Alain Mabanckou, Abdourahman Waberi[14]. W największym skrócie: sygnatariusze zwracali uwagę na fakt, że w ostatnim czasie wszystkie najważniejsze francuskie nagrody literackie, od Goncourtów i Renaudot po nagrodę Femina, trafiły w ręce autorek i autorów wywodzących się spoza Francji. „Czy to przypadek, czy może raczej kopernikański zwrot w literaturze języka francuskiego?” – pytali. „Nie ma już centrum, centrum rozproszyło się na cztery strony świata […]. Do Francji wraca świat, zbyt długo nieobecny w jej literaturze”. Pisarki i pisarze stwierdzali, że najwyższa pora zerwać z wykluczającym i nieuzasadnionym podziałem literatury na frankofońską i francuską. „Nikt nie mówi po frankofońsku, nie ma takiego języka jak frankofoński” – dodawali sarkastycznie. Frankofonia to „awatar kolonializmu”. Istnieje natomiast ogromna literatura języka francuskiego, która – podobnie jak literatura tworzona w języku angielskim – nie powinna być relegowana poza obręb głównego nurtu, do jakiejś specjalnej egzotyzującej przegródki. Sygnatariusze listu nie domagali się niczego innego niż uznania oczywistego już faktu, że język powinien być „zwolniony z paktu na wyłączność z narodem”, powinien być uwolniony spod wszelkiej władzy – z wyjątkiem władzy poezji i wyobraźni.
Manifest spotkał się z żywym odbiorem i pozostaje ważnym punktem odniesienia w myśleniu o francuskiej literaturze. Mam jednak wrażenie, że w praktyce od tamtej pory niewiele się zmieniło. Kolonialne struktury trzymają się mocno, trzeba wiele czasu i wysiłków, by doprowadzić do ich rozbicia. We Francji dawne formułki nie przestały funkcjonować, w dużych księgarniach półki dzielą się na te z książkami z kraju i te z książkami zza morza. A w półperyferyjnych krajach Północy, takich jak Polska, za uniwersalne wciąż uważa się tylko amerykańskie powieści. Trochę to dziwne, bo przecież taki bar Śmierć Kredytom mógłby być gdzieś tuż za rogiem, na sąsiedniej ulicy. Myślę nawet, że jest.
[1] A. Waberi, Les enfants de la postcolonie [w:] Penser et écrire l’Afrique aujourd’hui, red. A. Mabanckou, Paris: Éditions du Seuil, 2017, s. 148–161.
[2] Waberi stosuje też zamiennie nazwę „pokolenie transkontynentalne”. Ostatnio częściej używa się określenia „pokolenie migritude” (od słów: négritude i migracja).
[3] A. Césaire, Rozprawa z kolonializmem, tłum. Z. Jaremko-Żytyńska, Warszawa: Czytelnik, 1950.
[4] Tenże, Powrót do rodzinnego kraju [w:] tegoż, Poezje, wyb., tłum. i wprowadzenie Z. Stolarek, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1978. W polskim przekładzie tytułu pominięto słowo „Zeszyt”, choć jest niezmiernie ważne – Zbigniew Stolarek poświęca mu zresztą sporo miejsca we wstępie do tomu, zastanawiając się nad jego wieloznacznością i poruszając między innymi kwestię pewnej zamierzonej „brulionowości” poematu. Będę tu używać dosłownego przekładu tytułu.
[5] A. Mabanckou, Kielonek, tłum. J. Giszczak, Kraków: Karakter, 2025, s. 7–8. Wszystkie następne cytaty podaję za tym wydaniem.
[6] Zob. Littérature classique africaine, RFI, online: https://www.rfi.fr/fr/podcasts/20200816-verre-cass%C3%A9-alain-mabanckou [dostęp: 12.07.2025].
[7] Simaro Lutumba pochodził z Demokratycznej Republiki Konga, a nie, jak Mabanckou, z Konga Brazzaville. Bohaterowie książki wspominają inny „mityczny zespół z sąsiedniego kraju”.
[8] Mabanckou nie jest jedynym z grona afrykańskich i karaibskich pisarzy, którzy czerpią inspirację z Céline’a. Pisarz ten odcisnął mocne piętno na twórczości Ahmadou Kouroumy oraz autorów pokolenia Mabanckou, takich jak Patrick Chamoiseau czy Patrice Nganang. Bénédicte Boisseron pisze, że Céline aż prosił się o „czarną lekturę”, nie tylko ze względu na język, ale także rys jego bohaterów, którzy żyją na marginesie społeczeństwa, nie są przez nie akceptowani, a ich los przypomina los ludzi podporządkowanych i zniewolonych. (B. Boisseron, Taking the Postcolonial Lead: Decentering the Metropole through Martinican Literature, Michigan: University of Michigan, 2006, za: J.L. Cornille, J. Ramilison, Céline au Congo, online: https://scielo.org.za/scielo.php?script=sci_arttext&pid=S0041-476X2017000100008 [dostęp: 12.07.2025].
[9] Po polsku ukazała się ona w 1983 roku w przekładzie Ernestyny Skurjat.
[10] Weźmy dwa króciutkie passusy:
powiedziałem mu, że zostawiam pisanie tym, którzy opiewają radość życia, tym, którzy walczą i marzą o poszerzeniu pola walki, tym, którzy tworzą obrzędy, żeby odtańczyć polkę, tym, którzy wiedzą, jak zadziwić bogów, tym, którzy grzęzną w hańbie, tym, którzy wkraczają pewnie w wiek męski
– mamy tu powieści Émile’a Zoli i Patrice’a Ngananga pod tym samym tytułem, mamy Michela Houellebecqa, dwie powieści Kossiego Efouiego (La fabrique des cérémonies, Polka), powieść Bena Okriego (Astonishing the Gods), Johna Maxwella Coetzeego.
bardzo szybko wróciłem do rodzinnego kraju, opychałem się słodkimi owocami drzewa chlebowego, mieszkałem w hotelu La Vie et demie, który już nie istnieje i w którym każdego wieczoru przy jazzie i palmowym winie mój ojciec pewnie szalałby z radości, i grzałem się przy ogniu własnych korzeni
– tu znów pojawia się nawiązanie do Aimégo Césaire’a, a potem do powieści kongijskich pisarzy: Tchicaya U Tam’siego Ces fruits doux de l’arbre à pain, Sony’ego Labou Tansiego La Vie et demie, zbioru opowiadań Emmanuela Dongali Jazz et vin du palme i jego powieści Le Feu des origines oraz – być może także – do tomiku wierszy Louisa Aragona.
[11] A. Cohen, Książka o mojej matce, tłum. A. Sochowa, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 1977.
[12] W Kielonku składa jej hołd, nadając jej imię college’owi, do którego uczęszczał bohater – tej najważniejszej ze szkół (matka Mabanckou była osobą niepiśmienną).
[13] L.F. Céline, Podróż do kresu nocy, tłum. O. Hedemann, Izabelin: Świat Lireracki, 2005, s. 7.
[14] Pełną listę można znaleźć pod adresem: https://fr.wikipedia.org/wiki/Pour_une_litt%C3%A9rature-monde_en_fran%C3%A7ais [dostęp: 12.07.2025].
