Kto był na festiwalu Literacki Sopot, ten wie, że rzetelną relację z tego wydarzenia mogliby napisać Haruki Murakami lub triathlonowa sztafeta w składzie Małgorzata Lebda, Piotr Florczyk, Jakub Kornhauser. Być może im udałoby się znaleźć wszędzie tam, gdzie w ciągu kilku sierpniowych dni warto dobiec, dojechać lub dopłynąć. Moja relacja będzie miała charakter wycinkowy, zawrę w niej wnioski z wybranych spotkań i ich „światów równoległych”.
Znaki szczególne
Co wyróżnia Literacki Sopot spośród kilkuset (zdaniem Justyny Sobolewskiej ponad stu pięćdziesięciu!) odbywających się w Polsce festiwali literackich? Zanim przejdę do kwestii mniej oczywistych, dla porządku odnotujmy: co roku główną bohaterką festiwalu jest literatura z innego obszaru językowego lub geograficznego1, zaś najgłośniejszymi wydarzeniami (odbywającymi się w Państwowej Galerii Sztuki) – rozmowy z przybyłymi z tych właśnie obszarów osobami autorskimi. Ich twórczość w różnych momentach zaistniała na polskim rynku wydawniczym, czasem poprzez pojedyncze tłumaczenie, niekiedy dzięki wieloletniej współpracy translatorskiej. W rozmowach pisarkom i pisarzom towarzyszą autorki i autorzy tłumaczeń, badaczki i badacze literatury oraz dziennikarki i dziennikarze od lat snujący własne opowieści o kulturze w autorskich programach. Dynamika spotkań ma więc dla szerokiej publiczności charakter oswojony i daleki od hermetyzmu.
Kolejnym pasmem wyróżniającym festiwal są Powroty – spotkania szczególnie mi bliskie, bo przywracające możliwość dyskusji o tekstach wydanych kilkanaście–dwadzieścia lat temu. Cykl rozbija dychotomię nowości i skostniałych kanonów jako tego, czemu warto poświęcić uwagę. Jest tu też miejsce dla osób debiutujących – gościnna księgarnia „Smak Słowa”, jedna z mniejszych przestrzeni festiwalowych, wprowadzająca do wydarzenia atmosferę kameralności i dużo swobody w rozmowach z czytelnikami i autorami.
Jednym z pomysłów na wykorzystanie przestrzeni miejskiej są spotkania wokół nowości wydawniczych oraz panele dyskusyjne w Parku na Goyki przy samorządowej instytucji kultury Goyki 3 Art Inkubator – to dzięki nim można poczuć atmosferę lata i kina plenerowego. To również tam odbywają się przedpołudniowe spotkania dla dzieci i ich rodziców, warsztaty, audycje radiowe oraz nocne projekcje filmowe. Niektórzy uczestnicy z sentymentem wspominają niegdysiejsze spotkania na plaży, z których zrezygnowano ze względu na problem z nagłośnieniem, zastępując szum morza szumem najczęściej uczęszczanej w Polsce linii kolejowej.
W ramach ewolucji festiwalu trzeba odnotować obecność – już od dwóch lat – spotkań wokół przestrzeni Booktoka oraz literatury young adult. To bardzo istotny przełom i jedna z lepszych decyzji marketingowych – kto pozostaje w kontakcie z uczniami szkół średnich lub studentami (obecnie pokolenie Z), ten z pewnością zauważył, że współczesne życie literackie toczy się w dwóch przestrzeniach równoległych, których specyfika nie sprowadza się do odmiennego medium (media społecznościowe oraz tradycyjne czasopisma i platformy literackie). Po obu stronach znajduje się armia myślących krytycznie pasjonatów i znawców traktujących inne pytania jako zasadnicze, spoglądająca w stronę „tych drugich” z pewną dozą nieufności, analizująca ich praktyki jako rodzaj fenomenu. Dobrze, że podczas Literackiego Sopotu obie grupy mają szansę się spotkać, przynajmniej poprzez udział w tym samym wydarzeniu.
Innym młodym pasmem (o dwuletniej herstorii), które pod względem frekwencji okazało się strzałem w dziesiątkę, są moderowane przez Paulinę Małochleb Genealogie feminizmu. Ich dotychczasowymi bohaterkami były Gigantki: Jolanta Brach-Czaina i Anna Świrszczyńska, zaś rozmówczyniami – Agnieszka Graff, Sławomira Walczewska, Joanna B. Bednarek, w tym roku natomiast – Anna Marchewka, Katarzyna Szopa i Joanna Mueller. Grono rozmówczyń za punkt wyjścia dyskusji obrało trzy wiersze Świrszczyńskiej i w półtorej godziny stworzyło wspaniałą trójgłosową monografię dotyczącą tej wyjątkowej postaci – poetki, która w gomułkowskiej Polsce wypracowała niezapożyczony (niepowtarzalny?) model feminizmu i zarazem poezji. Jak mówi Anna Marchewka: „Budując wspólnotę nas, bab, Świrszczyńska ukazuje doświadczenie kobiece jako systemowe, wskazuje miejsca, gdzie porządek miłości jest mylony z porządkiem przemocy, nazywanej przez poetkę po imieniu. W poezji Świrszczyńskiej macierzyństwo jest pracą, starzenie się – pięknem, a dojrzała miłość – ekstatycznym doświadczeniem”. W jaki sposób ta opowieść współgra z tematem tegorocznego festiwalu? Zaskakująco silnie, jeśli – za Katarzyną Szopą – spojrzymy na Świrszczyńską jak na poetkę Globalnego Południa, której uwadze nie umyka cierpienie kobiet intersekcjonalnie wykluczonych. Wśród nich są bohaterki tomu Czarne słowa, wykończone katorżniczą pracą przy obróbce manioku.
Warto odnotować, że od początku piętnastoletniej historii festiwalu twórcy programu Literackiego Sopotu nie ograniczają się do spotkań wokół prozy i poezji – są tu obecne również powieści graficzne i literatura non-fiction. W tym roku tej ostatniej dotyczyła między innymi dyskusja o biografii. Nieznane twarze znanej kultury, czyli Mira Michałowska w opowieści Moniki Ksieniewicz-Mil i Marian Walentynowicz w portrecie Marka Górlikowskiego, to fascynujące postaci o wielu talentach i bogatych życiorysach. Michałowska – dziennikarka, pisarka, tłumaczka (Sylvii Plath, Agathy Christie), stenotypistka (w Stanach Zjednoczonych przepisywała Kwiaty polskie Juliana Tuwima), satyryczka, felietonistka „New Yorkera” i rozchwytywanego w PRL „Przekroju”, oprócz tego matka dwóch synów i żona dyplomaty. Kojarzona głównie jako autorka pierwowzoru scenariusza kultowego serialu Wojna domowa, w którym Ksieniewicz-Mil dostrzega elementy amerykańskiej popkultury. Walentynowicz – ułan, architekt, fotoreporter i korespondent wojenny, autor około tysiąca rysunków do gazet i stu okładek przedwojennych płyt, pierwszy artysta rysujący w telewizji w programach na żywo. Jako rysownik – jeden z „trzech ojców Koziołka Matołka” (obok Kornela Makuszyńskiego i Jana Gebethnera – wydawcy i marketingowca-pomysłodawcy polskiego odpowiednika Myszki Miki). Oba życiorysy to „samograje”, czekam jednak na moment, kiedy panele poświęcone biografiom (obecnie skoncentrowane na bohaterach i ich uwikłaniach polityczno-towarzyskich) zostaną wzbogacone refleksją nad gatunkiem i strategiami twórczymi poszczególnych autorów.
Zwycięstwo potencjału krytycznego
Przejdźmy jednak do kwestii mniej oczywistych. Im dłużej przysłuchiwałam się kolejnym rozmowom festiwalowym, tym częściej odnosiłam wrażenie, że jedną z ciekawszych cech Literackiego Sopotu jest brak hasła przewodniego – swoistego zadania wyznaczonego prowadzącym i gościom. Oczywiście organizatorzy festiwali z hasłem robią, co mogą, by uczynić ową myśl przewodnią wieloznaczną, inspirującą i tak dalej, jej brak przynosi jednak interesujące rezultaty. Wartość wielogłosowości, różnorodności czy szerokiej oferty kulturalnej jest oczywista; najciekawszy okazuje się fenomen równoczesnego wyłaniania się wspólnych rozpoznań i postulatów ze strony dyskutujących na z pozoru odmienne tematy. To dzięki nim festiwal pulsuje od środka, czasami w sposób cringe’owy i niewygodny. Ze scen festiwalowych padają zarzuty pod adresem poszczególnych graczy na międzynarodowym polu literackim, z kolei większe pola – przede wszystkim władzy – zostają automatycznie przywołane w charakterze nieobecnych w dyskusji. Komercyjna impreza niemal niezauważalnie zmienia się w nieprzewidywalną debatę o potrzebach zmian.
W tym roku wybrzmiało to szczególnie mocno, bowiem obszar portugalskojęzyczny to literatura nie tylko portugalska i brazylijska (co już wprowadza odbiorców w realia dwóch kontynentów), ale także powstająca w krajach afrykańskich: Mozambiku, Angoli, na Wyspach Zielonego Przylądka czy Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej.
Twórczynie i twórcy programu nie są zachowawczy – wybrane rozmowy nie tyle „zahaczają” o tematy związane z przemocą wielkiej polityki, ile wysuwają je na pierwszy plan, o czym może świadczyć dotycząca (post)kolonializmu dyskusja Duchy naszych przodków, do której zaproszono Michelle Sales, Raquel Limę, Kacpra Dziekana oraz Joannę Cichocką-Gulę (moderatorka).
O potencjale krytycznym festiwalu może świadczyć sam fakt, że największą frekwencją cieszyła się właśnie rozmowa, w której poddano dekonstrukcji zarówno „portugalskojęzyczność” jako kategorię geograficzną czy tożsamościową, jak i fetysz książki jako nośnika wiedzy o kulturze. Uczestnicy spotkania zaznaczali, że dekonstrukcja mitów luzofonii i luzotropikalizmu jest niezwykle ważna. W ojczyźnie Raquel Limy społeczeństwo posługuje się ponad pięćdziesięcioma językami, dobierając je w zależności od potrzeb komunikacyjnych. Niektóre ze wspomnianych języków tracą przy próbie zapisu – stąd inicjatywa nagrywania audiobooków rejestrujących opowieści mamy autorki oraz piosenki śpiewane w języku tibundu przez jej dwuipółletniego syna. Michelle Sales podkreśla, że język portugalski, którym posługuje się społeczeństwo brazylijskie, różni się od języka mieszkańców Lizbony czy Porto. Ma on też wiele odmian, w których zachowało się słownictwo zarówno rdzennej ludności, jak i imigrantów z krajów afrykańskich.
Obalanie mitów rozpowszechnionych w krajach europejskich to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. W swoich ojczyznach obie gościnie – zarówno jako badaczki, jak i kuratorki, aktywistki i performerki – wykonują pracę u podstaw. Badają archiwa muzealne – szczególnie te nigdy nieudostępniane (niewygodne dla obrońców narracji o portugalskich koloniach jako najmniej opresyjnych), dbają o zmiany w edukacji, aby ludzie wykonujący pracę niewolniczą przestali funkcjonować jako zasób roboczy. Dla Limy szczególnie ważne jest badanie przekazów ustnych i piosenek jako form oporu, dla Sales – analiza postkolonialnego kina. W przypadku tego ostatniego jednym z największych wyzwań okazuje się odpowiedź na pytanie: po której stronie ustawić kamerę, by skuteczniej walczyć ze stereotypami? Choć zdaniem Limy i Sales „sztuka wyprzedza uniwersytety i świat postępu”, obie zaznaczają, że sama działalność artystów sprzeciwiających się imperializmowi i eurocentryzmowi to za mało – potrzeba systemowej zmiany w obszarze organizacji i finansowania kultury, a ta niestety często pozostaje zależna od niewielkiego grona uprzywilejowanych. Jak twierdzi Lima, aktywizm związany z dekonstrukcją kolonializmu to potrójna praca: istnienia, współistnienia i przemiany społecznej.
Nie mniej istotny okazał się moment dyskusji z publicznością zadającą pytania; wśród zgromadzonych pojawił się głos apelujący o poruszenie kwestii „kolonizacji umysłów” przez Kościół katolicki. Gościnie z pewnym zdziwieniem odnotowały założenie, jakoby Kościół był głównym kolonizatorem obszarów portugalskojęzycznych. Podkreśliły, że nie narracja o „konieczności nawracania” rdzennych mieszkańców, ale podbój ziem i pozyskanie siły roboczej były głównymi celami kolonizatorów. Społecznościom krajów afrykańskich i Brazylii udało się zachować różnorodność wierzeń i duchowych inspiracji – do dziś należą (lub nie) do różnych wspólnot religijnych. Gościnie podkreśliły też, że życie duchowe (różnorodnie rozumiane) jest silnie potrzebne w społeczeństwach walczących o minimum godności. Duchowość to nie tylko część tożsamości, ale i siła pozwalająca iść naprzód w walce z ksenofobią i maczyzmem. Dzięki wspomnianemu pytaniu można zauważyć, że zarówno goście, jak i polscy gospodarze wypowiadali się z perspektyw naznaczonych pamięcią o odmiennym rodzaju kolonizacji, co silnie oddziałuje na wyobrażenia o mechanizmach przemocy w innych obszarach kulturowych.
Mia Couto w rozmowie z Renatą Díaz-Schmidt stwierdził, że jesteśmy edukowani w zakresie udzielania odpowiedzi, przez co tracimy umiejętność zadawania pytań. Tymczasem spotkania festiwalowe nie pozostawiły niedosytu pod względem pytań krytycznych jako punktu kulminacyjnego dyskusji i mapowania terenów dalszych poszukiwań.
Często powracającymi pytaniami były te dotyczące (nie)przekładalności. Uczestnicy panelu o adaptacji portugalskojęzycznej literatury na język komiksu (André F. Morgado, Pedro Vieira de Moura i André Oliveira) zastanawiali się nad przekładem opowieści na kreskę. Czy komiks musi być uproszczeniem historii, pozbawionym budowania napięcia, zamieniającym opisy w akcję? A może istnieje oddzielny język komiksu? Jak za pomocą tego medium opowiedzieć o wielokulturowej historii, zaadaptować poezję lub farsę sprzed pięciuset lat?
Wojciech Charchalis i Gabriel Borowski – autorzy przekładów i popularyzatorzy twórczości Clarice Lispector w Polsce – opowiedzieli Dagny Kurdwanowskiej o doświadczeniu pracy z nieoczywistymi metaforami, skojarzeniami i tropami kulturowymi obecnymi w tekstach jednej z najsłynniejszych portugalskojęzycznych pisarek. Kiedy „wrota logosu otwierają się przed nami, wchodzimy w gęstwinę i zaczynamy głupieć” (Literacki Sopot to też skarbnica cytatów perełek), tłumacz staje przed wyborem strategii automatycznej, „na czuja” lub analitycznej. Rozmowa rozwijała się tym ciekawiej, że każdy z tłumaczy okazał się zwolennikiem innej strategii.
Bywa też, że autorki i autorzy mierzą się z innym zadaniem – quasitranslatorskim. Magdalena Tulli i Kuba Kulasa postanowili zmienić akcenty w swoich utworach i sprawdzić, jak wpłynie to na wymowę tekstów. Tulli od dłuższego czasu planuje stworzenie nowej wersji Skazy, Kulasa pracuje nad negatywem debiutanckiej Szczęśliwej ręki (fragmenty ze zmienionymi puentami autor opublikował na łamach „Czasu Literatury”).
Niepozbawione pazura krytycznego były też refleksje o warsztacie literackim. Rozmowa Marcina Zwierzchowskiego z Olą Zielińską i Radkiem Rakiem, czyli My wszyscy z Wiedźmina?, dotyczyła nie tylko wspomnień z pisania pierwszych fanfików wiedźmińskich, czytanych pisarzy czy dojazdów do najbliższego kiosku po nowy numer „Fantastyki”. Rozmówcy zastanawiali się nad tym, jak pisać, by nie powielać schematów Andrzeja Sapkowskiego czy J.R.R. Tolkiena, i czy da się uniknąć tworzenia hybrydy znanych literackich światów przedstawionych. Czy niewielka reprezentacja fantastyki komediowej to sprawka cieni Stanisława Lema i Janusza A. Zajdla? A może – jak stwierdził niegdyś Wit Szostak – zadaniem pisarza jest wypisanie się ze swoich mistrzów?
Całą skarbnicę pytań otworzyła debata poświęcona festiwalom literackim. „Otacza nas rzeczywistość obfitości, która jest bardzo krucha” – diagnozuje trafnie zjawisko festiwalozy Justyna Sobolewska. Czy festiwali literackich nie jest w Polsce za dużo? Jak wysoka byłaby to liczba, gdyby wziąć pod uwagę również niewielkie festiwale biblioteczne? Jaki jest cel udziału w festiwalach? Kogo (lub co) promuje się w czasie tych wydarzeń? Czy festiwale powinny powstawać w miastach o bogatej tradycji i ofercie kulturalnej czy wręcz przeciwnie? Gościnie: Marta Czarnecka (Literacki Sopot), Katarzyna Komar-Macyńska (Miasto z Rzeką) i Katarzyna Krawczyk (Granatowe Góry) opowiedziały o pomysłach na festiwale oraz o specyfice pracy związanej z ich organizacją. Otworzyło to dyskusję na kwestie lokalności (atrakcyjność śląskiego pasma w Granatowych Górach versus potrzeba odcięcia się od góralskości w programie Zakopiańskiego Festiwalu Literackiego), pograniczności (czy marzenie o spokojnym dialogu w „mieście z granicą” ma szanse się zrealizować podczas narastającego kryzysu uchodźczego i mimo ksenofobii?), frekwencji (spacery połączone ze słuchaniem ptaków tracą rację bytu, gdy bierze w nich udział trzysta osób), różnic w dotowaniu wydarzeń (czy warto występować o dofinansowanie do ministerstwa?; co zyskuje Literacki Sopot jako festiwal miejski?) i wyzwań organizacyjnych (dokupowanych kaloszy, odwołanych lotów, wreszcie – słuchaczy festiwalowych tworzących panel w zastępstwie za gości).
Oprócz pytań nie zabrakło na Festiwalu złotych myśli ulubieńców publiczności. Jedna z gwiazd festiwalu, Mia Couto – mozambicki pisarz i biolog, autor Lunatycznej krainy i Kobiet z popiołu, zdradził swoją receptę na dobrą literaturę: „Gatunek ludzki wyraża się nie tylko językiem, ale i obecnością – wzrokiem, gestami, płaczem, śmiechem. Jeśli język książki przywołuje te inne sposoby wyrażania bytu ludzkiego, książka jest dobra”.
Portugalski poeta i prozaik José Luís Peixoto, znany w Polsce między innymi jako autor powieści Puste spojrzenie, w rozmowie z Aleksandrem Hudzikiem opowiedział o eksperymentalnej sadze rodzinnej zatytułowanej Księga. Do opowieści o wielkiej emigracji Portugalczyków do Francji w latach 60. XX wieku i efektach doświadczonej przez nich rewolucji kulturalnej dołączył formularz dotyczący tożsamości czytelników, tym samym zaprosił ich do współdzielenia procesu twórczego. Wyznał:
Piszę książki, które próbują służyć czytelnikom do budowania. To my wykonujemy ruch, nie narracja. Książka to mechanizm, który powinien być funkcjonalny. Ta książka, która jest w naszej głowie, dzieje się tu i teraz. Jest jedyna i niepowtarzalna.
Wróćmy jednak do specyfiki festiwalu.
Gdzie są wydawnictwa?
Przeglądając media społecznościowe bywalców Literackiego Sopotu czy spacerując w delcie Monciaka, nie sposób nie zauważyć, że przyciągającym publiczność elementem festiwalu są towarzyszące mu targi książki. Choć można wrócić z Sopotu z apetycznym stosem różnorodnych nowości, nie oznacza to, że w sferze kapitału symbolicznego wydawcy są wygranymi. Wręcz przeciwnie – okazuje się, że nie wszystkie oficyny współpracujące z gośćmi festiwalu mają tu swoje stoiska, a o wznowieniach czy wyprzedaży nakładów starszych książek, których dotyczą debaty, można tylko pomarzyć. To jednak zaledwie drobny dyskomfort w zestawieniu z problemami nagłaśnianymi przez gości.
Podczas wspomnianej dyskusji Pasja według Clarice. O pisarstwie kobiet w świecie języka portugalskiego Wojciech Charchalis – nagradzany autor ponad dziewięćdziesięciu przekładów z języków portugalskiego, hiszpańskiego i angielskiego – opowiedział o walce, którą toczy z wydawcami o to, żeby w Polsce ukazywało się więcej tłumaczeń literatury brazylijskiej, szczególnie tworzonej przez kobiety. W odpowiedzi miał słyszeć między innymi, że wydawców nie interesuje literatura o uniwersalności doświadczenia; jeśli miałaby ukazać się kolejna książka z tego obszaru (a przecież kilka już jest na rynku), jej tematem musiałaby być sama Brazylia. W dodatku aby zapewnić sprzedaż, należałoby połączyć promocję z jednym z wydarzeń sportowych z Brazylią w roli głównej, powiedzmy – z mistrzostwami świata w piłce nożnej (miło, gdyby tematyka książki była pokrewna). Charchalis zgadza się z Gabrielem Borowskim (tłumaczem powieści Lispector) w kwestii potrzeby pojawienia się na polskim rynku twórczości mozambickiej pisarki Pauliny Chiziane. „Wykupujcie prawa, bo po Noblu dla pisarki nie będzie was na nie stać” – apeluje Borowski, a badaczka Natalia Inês Klidzio dodaje, że w Polsce wyraźnie brakuje targów w stylu frankfurckim, podczas których zakup praw do tłumaczeń jest możliwy dzięki bezpośrednim spotkaniom twórców, tłumaczy i wydawców z różnych zakątków świata. „Brakuje mostu między Polską a Brazylią” bez pośrednictwa krajów Europy Zachodniej. Most taki umożliwiłby także dotarcie do Brazylii najnowszej literatury polskiej – do dziś największą jej gwiazdą, wielokrotnie tłumaczoną i wydawaną, pozostaje Bruno Schulz. To sława porównywalna z poczytnością Lispector w Polsce; polscy wydawcy nie decydują się jednak na wznowienie wydania jej kultowego zbioru opowiadań w tłumaczeniu Charchalisa. W konsekwencji egzemplarze tomu biją rekordy cen na Allegro.
O ciekawych doświadczeniach z wydawcami opowiadali też Łukaszowi Wojtusikowi twórcy adaptacji komiksowych literatury portugalskiej, między innymi w ramach cyklu Klasycy literatury portugalskiej w komiksie: André F. Morgado, Pedro Vieira de Moura i André Oliveira. O tym, kto nosi zaszczytne miano klasyka, wydawcy zadecydowali, przygotowując listę nazwisk. „Nie mieliśmy zbyt wiele do powiedzenia” – podsumowuje Morgado.
Nie mniej ciekawie jest na polskim podwórku. Paulina Małochleb jako autorka autofikcji Mięśnie mam od miłości. O macierzyństwie usłyszała od kilkorga potencjalnych wydawców, że jej opowieść może się wydać nieautentyczna ze względu na rzekome uprzywilejowanie: „masz zdrowe dzieci, które ci wszystko mówią, masz męża, pracujesz w elitarnych instytucjach”. Marek Górlikowski, autor biografii rysownika Mariana Walentynowicza, musiał negocjować kwestię obecności ilustracji w książce (dla wydawnictwa to rosnące koszty).
Temat relacji z wydawcami powrócił podczas dyskusji o festiwalach literackich. „Czy za udział w festiwalach powinno się płacić?” – spytała słuchaczka z publiczności, przywołując przykład festiwalu Góry Literatury, firmowanego nazwiskiem noblistki. Do dyskusji włączyła się Anda Rottenberg, stwierdzając, że jeśli kilkadziesiąt tysięcy osób zapłaciło za udział w festiwalu, najwyraźniej wiedziało, za co płaci. Choć panelistki (Czarnecka, Komar-Macyńska, Krawczyk, Sobolewska) nie chciałyby pobierać tego rodzaju opłaty, ich zdaniem w społeczeństwie „trzeba wyrabiać przyzwyczajenie do tego, że za kulturę się płaci”. Dyskutantki były zgodne co do trzech wniosków: zarówno uczestnicy festiwalu, jak i sponsorzy ze świata biznesu są gotowi zapłacić, gdy w grę wchodzą najgłośniejsze nazwiska; obecnie to festiwale służą wsparciu i promocji wydawnictw (nie odwrotnie); autor jako uczestnik debat festiwalowych bierze na siebie zadanie zadośćuczynienia za negatywne skutki układów na rynku książki.
Wisienką na torcie w mapowaniu problemów z wydawnictwami było spotkanie autorskie Kuby Kulasy, który do swojej debiutanckiej, eksperymentalnej prozy Szczęśliwa ręka wprowadził wątek największych wydawnictw „rozszarpujących spuściznę” po autorach, z czym mierzy się czytelniczka w roli detektywki. Można odnieść wrażenie, że podczas Literackiego Sopotu sami odnajdujemy nieco tropów w śledztwie dotyczącym mechanizmów działania pola literackiego.
W stronę wspólnot
„Jednocześnie czuła i pracowita”, „elegancka i prowadząca zwyczajne życie”, „pisząca prosto, ale metaforycznie”, „dbająca o język i przełamująca go”, „obecna w życiu wielu kobiet”, „tworząca język fizjologicznego doświadczenia matek”. „Ukazała macierzyństwo jako pracę”. „Jej twórczości się nie zapomina, z nią się dojrzewa”. „Każdy ma takie przeżycia, o których ona pisze”.
O kim mowa w powyższych cytatach? O Clarice Lispector, Annie Świrszczyńskiej, Mirze Michałowskiej, a może Paulinie Małochleb? Odpowiedź brzmi oczywiście: o każdej z nich, choć przywołane słowa pochodzą z różnych sopockich dyskusji. Spotkania poświęcone twórczości dwóch pierwszych autorek mogły się wydać nieco pomnikowe, jednak zarówno frekwencja, jak i aktywny udział publiczności w debatach pokazały, że były to wydarzenia wręcz niezbędne. Dostrzec tu można niegasnącą potrzebę tworzenia wspólnot czytelniczych wobec doświadczeń trudnych do nazwania, a jednocześnie powszechnych.
„Język mówiony to nie tylko historia” – stwierdza Raquel Lima. Magdalena Tulli po latach od wydania swojej powieści podkreśla z kolei: „Skaza nie opowiada o konkretnym wydarzeniu historycznym. Głównym tematem jest kultura pogardy, z którą do dziś mamy do czynienia”. „Piszę żeby się wygadać, słowa mnie mało interesują. Używam ich, bo jak inaczej?” – dodaje autorka, którą lata temu próbowano zamknąć w szufladce postmodernizmu. „Lubię szukać w terenie punktu obserwacyjnego, nie piszę otoczona książkami”; „Musi być ostro. Nie jestem malarką na dworze króla” – wyznaje Zyta Rudzka. Słuchając tych głosów, nabieram pewności, że nie uczestniczę w lekcji historii literatury ani w warsztatach pisarskich, ale jestem świadkiem wytrwałych gestów przekraczania, sondowania rzeczywistości, wielu samotnych rewolucji inicjowanych w różnym czasie w różnych miejscach i okolicznościach. Z opowieści przedstawianych w ramach Literackiego Sopotu nie wyłania się obraz wspólnot projektowanych odgórnie. Dzieje się tu coś innego: wsłuchując się we wspomnianą Pieśń kobiet…, których ciała i dusze tłuką maniok nawet po śmierci, czy w opowieść Raquel Limy, badającej tafua, czyli rytmiczne pieśni śpiewane przez niewolników na Wyspie Świętego Tomasza i Książęcej, dostrzegam wspólną pracę, jaką wykonują pisarki i poetki na poziomie fundamentalnym: walki z dehumanizacją Globalnego Południa, normatywizacją języków i kanonów, tabuizacją form życia trudnych do opowiedzenia. Bohaterkami są tu również organizatorki festiwali, zgodnie wskazujące ową wspólną pracę jako jedno z najcenniejszych doświadczeń. Jak apeluje Katarzyna Krawczyk: „Kluczowa rzecz to sieć ludzi. Jeśli masz zespół, to rób rzeczy i twórz wspólnoty”.
1 2025 – Rumunia, 2024 – Region bałtycki, 2023 – Niemcy, 2022 – Irlandia, 2020 – Kanada, 2019 – Wielka Brytania, 2018 – Francja, 2017 – literatura hiszpańskojęzyczna, 2016 – literatura izraelska, 2015 – literatura czeska, 2014 – literatura rosyjska, 2013 – literatura skandynawska i islandzka, 2012 – polski reportaż.
