Muszla w twierdzy

Fran­cu­ski pisarz i żoł­nierz Anto­ine de Saint‑Exupéry:

Ponie­waż do otrzy­ma­nia każ­de­go daru musisz się przy­go­to­wać. I nawie­dze­nie nie nastą­pi, jeże­li nie będzie domu otwar­te­go na przy­ję­cie gości. […] Pytasz mnie cza­sem: Czy mam obu­dzić tego czło­wie­ka, czy niech śpi raczej, gdyż powi­nien zaznać szczę­ścia? Odpo­wiem ci wte­dy, że nie wiem nic o szczę­ściu. Ale jeśli jest ono jak zorza polar­na, czy­byś nie prze­bu­dził swe­go przy­ja­cie­la? Nikt nie powi­nien spać, jeśli ma szan­sę ją zoba­czyć. Oczy­wi­ście, on lubi spać, uło­żył się tak wygod­nie; wyrwij go jed­nak z tego szczę­ścia snu i niech się sta­nie sobą1.

Współ­cze­sna ukra­iń­ska sztu­ka, powsta­ją­ca w okre­sie wojen­nym, otwie­ra przed nami nowe doświad­cze­nia. Przede wszyst­kim jest darem, umoż­li­wia nam bowiem samo­uświa­do­mie­nie. Jest dla nas szan­są na wzię­cie odpo­wie­dzial­no­ści za dotych­cza­so­we życie – tu i teraz. Więk­szość odbior­ców z róż­nych wzglę­dów może być jesz­cze nie­go­to­wa na przy­ję­cie tego daru. Ale to sztu­ka wytrą­ca nas ze stre­fy kom­for­tu, tym samym stwa­rza­jąc nam oka­zję do roz­wo­ju wewnętrz­ne­go.

Powra­ca­ją­ce w publicz­nym dys­kur­sie dyle­ma­ty doty­czą­ce koń­ca huma­ni­sty­ki nie tyle są tema­tem obec­nie eks­plo­ato­wa­nym, ile skła­nia­ją do sta­wia­nia pew­nych pytań, natu­ral­nych w okre­sie wojen i wzmo­żo­nych napięć poli­tycz­nych. Nie­unik­nio­ne są pyta­nia o wła­sną toż­sa­mość, ducho­wą doj­rza­łość, indy­wi­du­al­ne – ponow­ne czy też osta­tecz­ne – sta­wa­nie się sobą, zgod­nie ze swo­ją natu­rą, esen­cją ducho­wą, poza przy­mu­sem przy­wdzie­wa­nia spo­łecz­nych ról i masek. Owo sta­wa­nie się sobą jest czymś moż­li­wym i uni­wer­sal­nym dopie­ro w chwi­li total­ne­go kry­zy­su lub roz­pa­du dotych­cza­so­we­go porząd­ku, któ­re dziś są zwią­za­ne ze zbroj­ną agre­sją Rosji na Ukra­inę. Minę­ła ponad deka­da (od 2014 roku, czy­li od zaję­cia przez Rosję Kry­mu, a wła­ści­wie od Rewo­lu­cji God­no­ści w roku 2013), rzą­dy i oby­wa­te­le kra­jów świa­ta wciąż jed­nak nie rozu­mie­ją skut­ków tej inwa­zji. Akt samo­sta­no­wie­nia, decy­do­wa­nia o wła­snym losie, stwo­rze­nia same­go sie­bie jako czło­wie­ka wobec oko­licz­no­ści osta­tecz­nych, jest zupeł­nym prze­ci­wień­stwem nar­cy­stycz­ne­go for­mo­wa­nia wize­run­ku czy dąże­nia do ego­istycz­ne­go samo­roz­wo­ju pod hasłem dobro­sta­nu, kul­tu auto­ce­le­bry, aser­tyw­no­ści, a cza­sem pie­lę­gno­wa­nia daw­nych traum.

Ukra­iń­ski pisarz i żoł­nierz Ser­hij Żadan:

I to wyj­ście poza gra­ni­ce wła­sne­go koko­nu, poza gra­ni­ce zro­zu­mia­łe­go oka­za­ło się pierw­szą kata­stro­fą, trau­mą, któ­ra póź­niej towa­rzy­szyć mu będzie przez dłu­gie lata. Prze­cież zmie­niał się nie tyl­ko adres, nie tyl­ko oko­licz­no­ści – zmie­nia­ły się wyobra­że­nia o świe­cie, o jego gra­ni­cach i moż­li­wo­ściach. Nagle oka­za­ło się, że świat jest o wie­le więk­szy, niż sobie wymy­śli­łeś, i znacz­nie nie­bez­piecz­niej­szy. Nagle oka­za­ło się, że skła­da się z mnó­stwa nie­wia­do­mych i nie­zro­zu­mia­łych dla cie­bie rze­czy, że jego język skła­da się z tysię­cy nie­zna­nych ci słów i wła­śnie teraz trze­ba się tych wszyst­kich słów uczyć, uczyć i uży­wać, ina­czej nie prze­ży­jesz, nie wró­cisz stąd do domu2.

Nada­nie powie­ści for­my dra­ma­tycz­nej jest zło­żo­nym pro­ce­sem i wyzwa­niem inte­lek­tu­al­nym przede wszyst­kim dla reży­se­ra. Nie cho­dzi jedy­nie o oczy­wi­sty etap adap­ta­cji sce­nicz­nej, lecz o cało­ścio­we wydo­by­cie z tek­stu linii nar­ra­cyj­nej i zło­że­nie wybra­nych obra­zów w osob­ną tkan­kę wizu­al­ną. W przy­pad­ku powie­ści Ser­hi­ja Żada­na Inter­nat – w ory­gi­na­le wyda­nej jesz­cze w 2017 roku – jest to szcze­gól­nie skom­pli­ko­wa­ne przed­się­wzię­cie, bowiem w akcji prze­wa­ża­ją opi­sy, czę­sto poetyc­kie, odzwier­cie­dla­ją­ce stan psy­chicz­ny głów­ne­go boha­te­ra czy boha­te­rów. Zupeł­nie jak gdy­by powieść była pozba­wio­na nar­ra­to­ra, jak­by zgu­bił się on już na począt­ku akcji, pod­czas wybu­chu kon­flik­tu zbroj­ne­go.

Akcja Inter­na­tu roz­gry­wa się w cią­gu zale­d­wie trzech dni. W tak inten­syw­nym cza­sie docho­dzi do cał­ko­wi­te­go prze­mie­sza­nia obo­wią­zu­ją­cych war­to­ści, do zmia­ny opty­ki: ludzie tra­cą nie tyl­ko swo­je domy i poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, ale tak­że wła­sną toż­sa­mość. Jesz­cze nie widzi­my zewnętrz­nych prze­ja­wów zmia­ny zacho­dzą­cej w poszcze­gól­nych posta­ciach. Nie­ja­ko od wewnątrz obser­wu­je­my pro­ces swe­go rodza­ju przy­spie­sze­nia w psy­chi­ce boha­te­rów, podej­mo­wa­ną przez nich pró­bę osią­gnię­cia doj­rza­ło­ści, z jed­nej stro­ny bły­ska­wicz­nie – w cią­gu trzech dni, z dru­giej, w war­stwie nar­ra­cyj­nej – w całej powie­ści.

Lite­rac­ki pro­ta­go­ni­sta Pasza jest nauczy­cie­lem języ­ka, nie­po­zor­nym trzy­dzie­sto­lat­kiem z wadą jed­nej ręki, wciąż nie­zdar­nie popra­wia­ją­cym oku­la­ry. Wobec nowych oko­licz­no­ści, w któ­rych przy­szło mu ode­grać nie­spo­dzie­wa­ną rolę, boha­ter prze­ży­wa typo­wy kry­zys wia­ry w spraw­czość nauk huma­ni­stycz­nych:

Dyk­tu­ję im kre­tyń­skie dyk­tan­da, wbi­jam do gło­wy skom­pli­ko­wa­ne i nie­zro­zu­mia­łe przy­kła­dy, uczę zasad, któ­re nigdy im się nie przy­da­dzą. Uczę mówić bez błę­dów. A po pro­stu mówić, mówić tak, żeby cię sły­sza­no i rozu­mia­no – nie uczę. I sam też nie umiem3.

Reży­ser teatral­ny Paweł Łysak uchwy­cił nie­zwy­kle zło­żo­ny i sym­bo­licz­ny pro­ces owe­go sta­wa­nia się boha­te­ra w naj­now­szym spek­ta­klu opar­tym na powie­ści Żada­na. Uczy­nił to zgod­nie z duchem tek­stu, bez sile­nia się na eks­po­no­wa­nie kon­tek­stu kul­tu­ro­wo-histo­rycz­ne­go. Co wię­cej, na pozio­mie inter­pre­ta­cji kame­ral­na adap­ta­cja deli­kat­nie odsła­nia rów­nież zacho­dzą­ce w naszym spo­łe­czeń­stwie prze­obra­że­nie zwią­za­ne z trwa­ją­cą od czte­rech lat peł­no­ska­lo­wą woj­ną rosyj­sko-ukra­iń­ską. Łysak zacho­wu­je przy tym spój­ność kom­po­zy­cyj­ną spek­ta­klu, a głów­ne­go akto­ra pro­wa­dzi w nie­zwy­kle trud­ny pod wzglę­dem rze­mio­sła aktor­skie­go spo­sób. Uka­za­nie pogłę­bio­ne­go por­tre­tu psy­cho­lo­gicz­ne­go posta­ci, któ­ra dopie­ro się samo­uświa­da­mia – nie­ja­ko się stwa­rza, choć nie jest jesz­cze zdol­na do popar­cia jed­nej ze stron – sta­no­wi bowiem nie lada wyzwa­nie.

Serhij Żadan, „Internat”, tłum. Michał Petryk, reżyseria: Paweł Łysak, adaptacja i dramaturgia: Paweł Sztarbowski, Łukasz Chotkowski, scenografia: Robert Rumas, kostiumy i współpraca scenograficzna: Mateusz Stępniak, wideo: Artur Sienicki, światło: Jacqueline Sobiszewski muzyka: Dominik Strycharski, asystent reżysera: Mateusz Czwartosz, inspicjentka, suflerka: Anna Królikowska, prapremiera: 21 lutego 2026 roku na Scenie Kameralnej Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi.
Serhij Żadan, „Internat”, tłum. Michał Petryk, reżyseria: Paweł Łysak, adaptacja i dramaturgia: Paweł Sztarbowski, Łukasz Chotkowski, scenografia: Robert Rumas, kostiumy i współpraca scenograficzna: Mateusz Stępniak, wideo: Artur Sienicki, światło: Jacqueline Sobiszewski, muzyka: Dominik Strycharski, asystent reżysera: Mateusz Czwartosz, inspicjentka, suflerka: Anna Królikowska, prapremiera: 21 lutego 2026 roku na Scenie Kameralnej Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi.

Spek­takl Teatru im. Ste­fa­na Jara­cza w Łodzi wier­nie odda­je tekst ory­gi­nal­ny oraz inten­cje auto­ra powie­ści, jest rów­nież nie­zwy­kle reflek­syj­ny. Świad­czy o uważ­no­ści twór­ców, o ich wraż­li­wo­ści na los Ukra­iny, o sza­cun­ku dla pol­skiej publicz­no­ści. Przed­sta­wie­nie nie epa­tu­je okrop­no­ścia­mi woj­ny. Na pozio­mie języ­ka sce­nicz­ne­go widać tu siłę namy­słu i gest wspar­cia wal­czą­cej Ukra­iny, pozba­wio­ny jed­nak efek­ciar­stwa i tanich chwy­tów. Naj­więk­szy dra­mat kry­je się bowiem w wyci­sze­niu: w tym, jak patrzy­my na okru­cień­stwa woj­ny, na kwe­stie, któ­rych nie da się wyra­zić, ponie­waż język zawo­dzi.

Ową nie­moż­ność wypo­wie­dze­nia, prze­nie­sie­nia do sfe­ry lite­ra­tu­ry i sztu­ki doświad­czeń wojen­nych suge­styw­nie odda­je sce­na, w któ­rej akto­rzy po omac­ku pró­bu­ją przejść kolej­ny etap uciecz­ki. Reży­ser potę­gu­je gro­zę przed­sta­wia­nej sytu­acji. Posta­ci w zawią­za­nych na oczach opa­skach, drep­cząc zwar­cie i bli­sko sie­bie, pozo­sta­ją w doj­mu­ją­cej indy­wi­du­al­nej ciem­no­ści. Nasu­wa­ją­ca się tu na myśl sekwen­cja kul­tu­ro­wych sko­ja­rzeń inten­sy­fi­ku­je sym­bo­li­kę celo­we­go prze­sło­nię­cia widze­nia, celo­we­go zej­ścia do pie­kieł ciem­no­ści. Kogo bowiem w naszej cywi­li­za­cji wyobra­ża­no sobie z prze­pa­ską na oczach? Spra­wie­dli­wość, fatum, wieszcz­bia­rzy i śle­pą miłość! Komu zawią­zu­je się oczy? Ska­zań­com przed egze­ku­cją, ale też mło­dej parze w trak­cie wesel­ne­go obrząd­ku (folk­lor Kar­pat uka­za­ny w Cie­niach zapo­mnia­nych przod­ków). Sło­wem: w sytu­acjach eks­tre­mal­nych głów­nym zmy­słem jest dotyk. Nasz wzrok i słuch – wyda­wa­ło­by się: na co dzień pod­sta­wo­we, naj­istot­niej­sze wręcz zmy­sły – są bez­rad­ne w obli­czu defor­ma­cji, roz­bi­cia; nie mogą przy­swo­ić tych doświad­czeń, a tym bar­dziej ich wyra­zić. Tak jak­by w peł­ni ukształ­to­wa­na jed­nost­ka ule­ga­ła cza­so­wej dyso­cja­cji, dez­in­te­gra­cji, roz­dzie­le­niu od dotych­cza­so­we­go „ja”. Wie­lu z nas obser­wo­wa­ło ten stan wśród uchodź­ców wojen­nych: w cen­trach wolon­ta­ria­tu, w swo­ich domach, przy oka­zji spo­tkań z ukra­iń­ski­mi rodzi­na­mi. W szkli­stym, nie­wi­dzą­cym spoj­rze­niu dru­gie­go czło­wie­ka, świad­ka woj­ny.

Naj­wy­raź­niej­szym dźwię­kiem pod­czas przed­sta­wie­nia jest huk spa­da­ją­cych ksią­żek. Ich lek­tu­ra sta­no­wi pierw­szą aktyw­ność dora­sta­ją­ce­go chłop­ca, zamknię­te­go w tytu­ło­wym inter­na­cie wraz z pozo­sta­ły­mi ucznia­mi w trak­cie oblę­że­nia. To pierw­sze, nie­pew­ne i wsty­dli­we kro­ki boha­te­ra w świe­cie lite­ra­tu­ry. Tutaj, w mie­ście pozba­wio­nym ogrze­wa­nia, w cza­sie ostrej zimy sło­wo pisa­ne może stać się pierw­szą ofia­rą roz­pał­ki w pie­cach. Gaze­ty słu­żą ludziom do ogrze­wa­nia się – akto­rzy wkła­da­ją je za pazu­chę. Pro­ta­go­ni­sta, nauczy­ciel, prze­ży­wa wewnętrz­ny kry­zys: po co uczy dzie­ci pięk­nie i mądrze się wysła­wiać, po co uczy je wyraź­nie i popraw­nie pisać, sko­ro język przed niczym nie obro­ni następ­nych poko­leń?

Łysak poka­zu­je inne­go rodza­ju (anty)bohatera, któ­ry dopie­ro sta­je się sobą. W koń­cu „Będąc, możesz się sta­wać”, przy­po­mi­na autor Twier­dzy. Gra aktor­ska jest tu zna­ko­mi­cie wyci­szo­na. Nie­zwy­kle trud­ne to zada­nie na sce­nie. Twór­com zapew­ne towa­rzy­szy­ła poku­sa udra­ma­ty­zo­wa­nia przed­sta­wia­nej histo­rii, pod­kre­śle­nia jej gro­zy – szcze­gól­nie poprzez kre­ację posta­ci pierw­szo­pla­no­wej. Gra emo­cji w spek­ta­klu wyda­je się jed­nak suge­styw­nie sto­no­wa­na. „Jak się boisz, to dale­ko jest zawsze dalej” – mówi jeden z boha­te­rów. Strach nie jest głów­ną emo­cją tej pro­duk­cji teatral­nej. Pasza wyzna­je: „Niko­go nie żal”. Czy to akcent poło­żo­ny na zani­ka­ją­cą empa­tię? Mowa o neu­tral­no­ści, o zaję­ciu sta­no­wi­ska. W koń­cu Dan­te usta­no­wił miej­sce w pie­kle rów­nież dla tych, któ­rzy w cza­sie kry­zy­su moral­ne­go zacho­wu­ją neu­tral­ność.

W spek­ta­klu prak­tycz­nie nie poja­wia­ją się imio­na boha­te­rów, mamy do czy­nie­nia raczej z boha­te­rem zbio­ro­wym albo z kon­cep­cją eve­ry­ma­na. Nie wie­my, kim jest Anna, ale jakaś bli­skość i ocze­ki­wa­nie na nią wyda­ją się wią­zać z nadzie­ją na nie­co lep­szą przy­szłość, a przy­naj­mniej na zmia­nę i wyj­ście z dotych­cza­so­we­go, tok­sycz­ne­go związ­ku Paszy. Miłość i przy­szłość są jesz­cze nie­na­zwa­ne. Na przy­ję­cie ich daru też nale­ży się przy­go­to­wać. Jak w tym frag­men­cie Twier­dzy:

Słu­chaj, straż­ni­ku: kie­dy w zwąt­pie­niu i nie­po­ko­ju gorą­cych nocy kro­czysz wzdłuż murów, kie­dy słu­chasz gwa­ru mia­sta i nie rozu­miesz, co ono mówi, kie­dy strze­żesz ludz­kich domostw, a one są tyl­ko bez­dusz­ną masą kamie­ni, kie­dy oddy­chasz pusty­nią, a ona jest tyl­ko pust­ką, kie­dy pró­bu­jesz kochać, a nie kochasz, wie­rzyć ‒ a nie wie­rzysz, i być wier­nym ‒ kie­dy nie ma komu docho­wać wier­no­ści ‒ wte­dy wła­śnie gotu­jesz w sobie dro­gę świa­tłu, któ­re poja­wia się cza­sem jako nagro­da i dar miło­ści.

Na sce­nie w ciem­nym kącie, jak­by w sztol­ni, leży węgiel, na nim zaś nakle­jo­ny jest ognik. Ta iskra pobły­sku­je w ciem­no­ści czer­wo­nym kolo­rem. Sym­bo­li­zu­je życie, nadzie­ję i miłość. Ale drob­ny ognik bywa nie­bez­piecz­ny. Żarzą­ce się w dole papie­ro­sy spro­wa­dza­ją śmierć, nakie­ro­wu­ją na cel nie­wi­docz­ne­go, ukry­te­go gdzieś w górze snaj­pe­ra.

Bry­ła węgla leżą­ca na sce­nie przy­po­mi­na widzom, że akcja spek­ta­klu może się roz­gry­wać w miej­scu, gdzie zaczę­ła się woj­na w Ukra­inie, a więc na Doniec­czyź­nie, zna­nej z zagłę­bi węglo­wych. Ale ów akcent to rów­nież odwo­ła­nie do jed­ne­go z moty­wów powie­ści: do bry­ły węgla prze­ka­za­nej pro­ta­go­ni­ście przez żoł­nie­rzy. Pro­po­nu­ją oni boha­te­ro­wi, żeby zaopie­ko­wał się on ska­mie­li­ną i umie­ścił ją w muzeum. Muzea zosta­ły znisz­czo­ne, sztu­ka i kul­tu­ra ule­gły roz­pa­do­wi, ale bry­ła z odbi­tą papro­cią świad­czy o tym, że przy­ro­da bez nas prze­trwa i sobie pora­dzi, nawet jeśli w wyni­ku wojen znik­nie cała cywi­li­za­cja.

Okładka książki Serhija Żadana pod tytułem „Internat”.
Serhij Żadan, „Internat”, tłum. Michał Petryk, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2019.

Woj­na odbie­ra ludziom dotych­cza­so­wy spo­kój życia i toż­sa­mość. Akto­rzy mają twa­rze poma­lo­wa­ne na bia­ło, co z jed­nej stro­ny wpro­wa­dza ele­ment umow­no­ści teatral­nej (bia­ła twarz akto­ra jako tabu­la rasa), z dru­giej zaś sta­no­wi spo­sób na oświe­tle­nie posta­ci pogrą­żo­nych w mro­ku. W koń­cu cała akcja w głów­nej mie­rze roz­gry­wa się w ciem­no­ściach, a oso­by wystę­pu­ją­ce na sce­nie zamie­nia­ją się rola­mi, trud­no więc roz­róż­nić ich twa­rze. To uni­wer­sal­ne doświad­cze­nie zrów­nu­je ludzi, stąd też wymow­ne opa­ski prze­wią­za­ne na oczach akto­rów. To rów­nież odwo­ła­nie do doświad­cze­nia spo­tka­nia z wła­sną śmier­cią, do jej obec­no­ści, zapa­chu przy­wo­dzą­ce­go na myśl sierść lub weł­nę mokre­go zwie­rzę­cia.

W sce­nie kul­mi­na­cyj­nej napo­tka­ny żoł­nierz z pew­ną dozą iro­nii pyta Paszę: „Jak teraz będzie pan uczyć swo­je­go języ­ka? Po tym wszyst­kim”4. Nazy­wa wręcz ów język łaci­ną, tak jak­by mowa umar­ła, jak gdy­by ukra­iń­ski był języ­kiem archa­icz­nym i nie­zro­zu­mia­łym, niko­mu dziś nie­po­trzeb­nym. W tej pozor­nie pro­stej, ale peł­nej sym­bo­li­ki roz­mo­wie dostrze­ga­my star­cie dwóch prze­ciw­staw­nych porząd­ków: pro­ste­go języ­ka woj­sko­we­go, zło­żo­ne­go z roz­ka­zów i komend, oraz języ­ka pobu­dza­ją­ce­go wyobraź­nię, uczą­ce­go myśle­nia, nazy­wa­nia rze­czy i zja­wisk, porząd­ko­wa­nia zna­czeń oraz pra­wa. Ten dru­gi wymiar jest dla ruskie­go miru czymś nie­do­stęp­nym, zbyt eli­tar­nym i groź­nym. Opi­sy­wa­na sce­na sta­no­wi tak­że punkt wyj­ścia do namy­słu nad odwiecz­nym tra­gi­zmem czło­wie­ka, nad ludz­ko­ścią, tkwią­cą mię­dzy deter­mi­ni­zmem a wol­ną wolą. Jak­by roz­bi­ta wojen­na rze­czy­wi­stość pod­le­ga­ła jed­no­cze­śnie trud­ne­mu do uchwy­ce­nia pra­wu emer­gen­cji, a wol­ność nale­ża­ła przede wszyst­kim do wewnętrz­nej sfe­ry czło­wie­ka. Osta­tecz­nie Pasza i Sasza (pod wzglę­dem imion boha­te­ro­wie są dla sie­bie nawza­jem echem, dopeł­nia­ją się i prze­ni­ka­ją) po dłu­giej wędrów­ce ponow­nie prze­kra­cza­ją próg domu – cał­ko­wi­cie odmie­nie­ni. Dzi­siej­si Ody­se­usze. Nie wie­my, czy wra­ca­ją na teren wyzwo­lo­ny czy oku­po­wa­ny. Odkry­wa­my tu groź­ną anty­cy­pa­cję obec­nych skut­ków rosyj­skiej inwa­zji.

Pasza nie­ja­ko przy­pad­ko­wo sta­je się lide­rem. Miej­sce i czas akcji spra­wia­ją, że z powo­du poczu­cia obo­wiąz­ku, jakie­goś wewnętrz­ne­go naka­zu etycz­ne­go, boha­ter znaj­du­je w sobie odwa­gę cywil­ną, o któ­rą wcze­śniej zapew­ne sam by się nie podej­rze­wał – podob­nie zresz­tą jak jego bli­scy:

Czas wra­cać, mówi sam do sie­bie. Po cho­le­rę, od razu sobie odpo­wia­da. […] Dzi­siaj nikt mnie nie może zatrzy­mać. Dzi­siaj nauczę się kochać i brać ten świat taki, jaki jest. I on, świat, niech też uczy się mnie kochać5.

Pre­mie­ra spek­ta­klu zbie­gła się z zakoń­cze­niem wysta­wy Jak dzia­ła Muzeum w Muzeum Sztu­ki w Łodzi. W tej feno­me­nal­nej eks­po­zy­cji, współ­two­rzo­nej przez pra­cow­ni­ków muze­al­nych, sene­gal­ski per­for­mer, poeta, filo­zof i malarz Issa Samb nakła­nia roz­mów­czy­nię, Antje Majew­ski, aby ta wsłu­cha­ła się w mor­ską musz­lę. Samb zaczy­na zachę­cać nie­miec­ką artyst­kę do wej­rze­nia w głąb samej sie­bie, wska­zy­wać jej dro­gę do jej wła­sne­go gło­su, wpro­wa­dza­jąc ją w rodzaj transu. Przej­mu­ją­cy jest moment, kie­dy kobie­ta odsła­nia swo­je myśli – przed dru­gim arty­stą, przed kame­rą, przed samą sobą. Oto sły­szy w szu­mie musz­li dźwię­ki pod­wod­ne­go pięk­na, stwo­rzeń, któ­re były na Zie­mi na dłu­go przed nami. Może­my zale­d­wie dotknąć tego świa­ta u brze­gu morza, ale mor­ska głę­bia jest nie­zmie­rzo­na. Roz­mo­wa tro­chę przy­po­mi­na naszą pró­bę zro­zu­mie­nia dzi­siej­szej Ukra­iny. Sły­szy­my szum, ale sami musi­my się w tym woła­niu roz­po­znać. Nikt nie wyko­na za nas tej naj­waż­niej­szej pra­cy. Żad­ne insty­tu­cje, żad­na lite­ra­tu­ra, żad­ne woj­ska. Każ­dy indy­wi­du­al­nie musi odpo­wie­dzieć na pyta­nie: cze­go uczy nas doświad­cze­nie tej woj­ny? Szcze­gól­nie że trans­fer wie­dzy zawsze nie­sie ze sobą spraw­czą moc zapo­bie­ga­nia złu, ale trau­ma­tycz­ne doświad­cze­nia oka­zu­ją się nie­prze­ka­zy­wal­ne. Majew­ski dzię­ki Sam­bo­wi sły­szy w musz­li coś, co ją prze­ni­ka i prze­mie­nia na zawsze. Artyst­ka stwier­dza: „Sły­szę wyraź­nie, jest takie czy­ste, lecz nie mogę też prze­tłu­ma­czyć”.

Dzień po pra­pre­mie­rze spek­ta­klu odby­ło się spo­tka­nie Ser­hi­ja Żada­na z łódz­ką publicz­no­ścią. Pisarz przy­je­chał pro­sto z Mona­chium, gdzie wygło­sił donio­słe prze­mó­wie­nie Co widać w ciem­no­ści? Dzie­sięć tez o przy­szło­ści. Następ­nie wyru­szył do rodzin­ne­go Char­ko­wa, daw­nej sto­li­cy ukra­iń­skiej. Pod­czas spo­tka­nia w Teatrze im. Ste­fa­na Jara­cza autor wspo­mniał o jed­nym z przy­ja­ciół wal­czą­cych na tere­nie Kry­mu. Ów bli­ski zna­jo­my przy­wiózł mu w pre­zen­cie musz­lę z krym­skiej pla­ży. Żadan zauwa­żył, że pew­ne spra­wy począt­ko­wo mogą się wyda­wać banal­ne, ale cze­ka­ją na swój czas, aby się wyda­rzyć – tak samo dzie­je się z zapi­sem lite­rac­kim. Opo­wieść może się jesz­cze urze­czy­wist­nić, a to, co pozor­ne i poten­cjal­ne – nabrać fak­tycz­ne­go zna­cze­nia. Być siłą i nieść siłę.

Arty­stom z łódz­kie­go teatru uda­ło się uru­cho­mić sekwen­cję wyobra­żeń spo­łecz­nych: o tym, w jaki spo­sób woj­na wpły­wa rów­nież na Pola­ków i jak bar­dzo wszy­scy ludzie są podob­ni w sytu­acjach eks­tre­mal­nych. Ponow­nie żyje­my bowiem w cza­sach, w któ­rych docho­dzi do pró­by czło­wie­czeń­stwa. Spek­takl może być dla nas lek­cją prze­ka­za­ną nam przez Ukra­inę i Ser­hi­ja Żada­na, pisa­rza i żoł­nie­rza. Autor Inter­na­tu i milio­ny Ukra­iń­ców są niczym poda­ro­wa­ny boha­te­ro­wi opo­wie­ści węgiel kamien­ny – lub niczym mor­ska musz­la. Musz­la w twier­dzy bro­nią­cej nas wszyst­kich przed real­nym złem. Char­ków jest rów­nież naszą twier­dzą, Ukra­ina jest twier­dzą.

Przy­łóż­cie ucho do tej twór­czo­ści, obej­rzyj­cie spek­takl, znajdź­cie sie­bie. Wysłu­chaj­cie musz­li z oblę­żo­nej twier­dzy.

 

1 A. de Saint‑Exupéry, Twier­dza, tłum. A. Olędz­ka-Fry­be­so­wa, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Bel­lo­na, 2024.

2 S. Żadan, Inter­nat, tłum. M. Petryk, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2019, s. 196.

3 Tam­że, s. 127.

4 Tam­że, s. 284.

5 Tam­że, s. 247.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

31.08.2025 Recenzje

Z i zza frontu. Dwie narracje o wojnie w Ukrainie

Z pozoru to dwie skrajnie różne opowieści. Akcja opowiadań Żadana właściwie rozgrywa się poza frontem, na drugiej linii, w tle teatru wojny, natomiast powieści Twardocha – na nullu, w najbardziej przeklętym miejscu, po drugiej stronie „waszego ojca Dniepru” – o Arabeskach Serhija Żadana i Nullu Szczepana Twardocha pisze Dariusz Żółtowski.

11.01.2026 Recenzje

Chwytając się za serce

Czar Maroka był mocnym debiutem. Swoją przygodę artystka rozpoczęła w 1928 roku, gdy wędrowała od Casablanki, Marrakeszu – gdzie mieszkała ponad trzy miesiące – aż po Mogador, Taroudant oraz Agadir – o książce Sofii Jabłońskiej pisze Aleksandra Zińczuk.

16.07.2026 Laba

Pocztówka ze skweru na Grzegórzkach

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Agaty Napiórskiej.