Francuski pisarz i żołnierz Antoine de Saint‑Exupéry:
Ponieważ do otrzymania każdego daru musisz się przygotować. I nawiedzenie nie nastąpi, jeżeli nie będzie domu otwartego na przyjęcie gości. […] Pytasz mnie czasem: Czy mam obudzić tego człowieka, czy niech śpi raczej, gdyż powinien zaznać szczęścia? Odpowiem ci wtedy, że nie wiem nic o szczęściu. Ale jeśli jest ono jak zorza polarna, czybyś nie przebudził swego przyjaciela? Nikt nie powinien spać, jeśli ma szansę ją zobaczyć. Oczywiście, on lubi spać, ułożył się tak wygodnie; wyrwij go jednak z tego szczęścia snu i niech się stanie sobą1.
Współczesna ukraińska sztuka, powstająca w okresie wojennym, otwiera przed nami nowe doświadczenia. Przede wszystkim jest darem, umożliwia nam bowiem samouświadomienie. Jest dla nas szansą na wzięcie odpowiedzialności za dotychczasowe życie – tu i teraz. Większość odbiorców z różnych względów może być jeszcze niegotowa na przyjęcie tego daru. Ale to sztuka wytrąca nas ze strefy komfortu, tym samym stwarzając nam okazję do rozwoju wewnętrznego.
Powracające w publicznym dyskursie dylematy dotyczące końca humanistyki nie tyle są tematem obecnie eksploatowanym, ile skłaniają do stawiania pewnych pytań, naturalnych w okresie wojen i wzmożonych napięć politycznych. Nieuniknione są pytania o własną tożsamość, duchową dojrzałość, indywidualne – ponowne czy też ostateczne – stawanie się sobą, zgodnie ze swoją naturą, esencją duchową, poza przymusem przywdziewania społecznych ról i masek. Owo stawanie się sobą jest czymś możliwym i uniwersalnym dopiero w chwili totalnego kryzysu lub rozpadu dotychczasowego porządku, które dziś są związane ze zbrojną agresją Rosji na Ukrainę. Minęła ponad dekada (od 2014 roku, czyli od zajęcia przez Rosję Krymu, a właściwie od Rewolucji Godności w roku 2013), rządy i obywatele krajów świata wciąż jednak nie rozumieją skutków tej inwazji. Akt samostanowienia, decydowania o własnym losie, stworzenia samego siebie jako człowieka wobec okoliczności ostatecznych, jest zupełnym przeciwieństwem narcystycznego formowania wizerunku czy dążenia do egoistycznego samorozwoju pod hasłem dobrostanu, kultu autocelebry, asertywności, a czasem pielęgnowania dawnych traum.
Ukraiński pisarz i żołnierz Serhij Żadan:
I to wyjście poza granice własnego kokonu, poza granice zrozumiałego okazało się pierwszą katastrofą, traumą, która później towarzyszyć mu będzie przez długie lata. Przecież zmieniał się nie tylko adres, nie tylko okoliczności – zmieniały się wyobrażenia o świecie, o jego granicach i możliwościach. Nagle okazało się, że świat jest o wiele większy, niż sobie wymyśliłeś, i znacznie niebezpieczniejszy. Nagle okazało się, że składa się z mnóstwa niewiadomych i niezrozumiałych dla ciebie rzeczy, że jego język składa się z tysięcy nieznanych ci słów i właśnie teraz trzeba się tych wszystkich słów uczyć, uczyć i używać, inaczej nie przeżyjesz, nie wrócisz stąd do domu2.
Nadanie powieści formy dramatycznej jest złożonym procesem i wyzwaniem intelektualnym przede wszystkim dla reżysera. Nie chodzi jedynie o oczywisty etap adaptacji scenicznej, lecz o całościowe wydobycie z tekstu linii narracyjnej i złożenie wybranych obrazów w osobną tkankę wizualną. W przypadku powieści Serhija Żadana Internat – w oryginale wydanej jeszcze w 2017 roku – jest to szczególnie skomplikowane przedsięwzięcie, bowiem w akcji przeważają opisy, często poetyckie, odzwierciedlające stan psychiczny głównego bohatera czy bohaterów. Zupełnie jak gdyby powieść była pozbawiona narratora, jakby zgubił się on już na początku akcji, podczas wybuchu konfliktu zbrojnego.
Akcja Internatu rozgrywa się w ciągu zaledwie trzech dni. W tak intensywnym czasie dochodzi do całkowitego przemieszania obowiązujących wartości, do zmiany optyki: ludzie tracą nie tylko swoje domy i poczucie bezpieczeństwa, ale także własną tożsamość. Jeszcze nie widzimy zewnętrznych przejawów zmiany zachodzącej w poszczególnych postaciach. Niejako od wewnątrz obserwujemy proces swego rodzaju przyspieszenia w psychice bohaterów, podejmowaną przez nich próbę osiągnięcia dojrzałości, z jednej strony błyskawicznie – w ciągu trzech dni, z drugiej, w warstwie narracyjnej – w całej powieści.
Literacki protagonista Pasza jest nauczycielem języka, niepozornym trzydziestolatkiem z wadą jednej ręki, wciąż niezdarnie poprawiającym okulary. Wobec nowych okoliczności, w których przyszło mu odegrać niespodziewaną rolę, bohater przeżywa typowy kryzys wiary w sprawczość nauk humanistycznych:
Dyktuję im kretyńskie dyktanda, wbijam do głowy skomplikowane i niezrozumiałe przykłady, uczę zasad, które nigdy im się nie przydadzą. Uczę mówić bez błędów. A po prostu mówić, mówić tak, żeby cię słyszano i rozumiano – nie uczę. I sam też nie umiem3.
Reżyser teatralny Paweł Łysak uchwycił niezwykle złożony i symboliczny proces owego stawania się bohatera w najnowszym spektaklu opartym na powieści Żadana. Uczynił to zgodnie z duchem tekstu, bez silenia się na eksponowanie kontekstu kulturowo-historycznego. Co więcej, na poziomie interpretacji kameralna adaptacja delikatnie odsłania również zachodzące w naszym społeczeństwie przeobrażenie związane z trwającą od czterech lat pełnoskalową wojną rosyjsko-ukraińską. Łysak zachowuje przy tym spójność kompozycyjną spektaklu, a głównego aktora prowadzi w niezwykle trudny pod względem rzemiosła aktorskiego sposób. Ukazanie pogłębionego portretu psychologicznego postaci, która dopiero się samouświadamia – niejako się stwarza, choć nie jest jeszcze zdolna do poparcia jednej ze stron – stanowi bowiem nie lada wyzwanie.
Spektakl Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi wiernie oddaje tekst oryginalny oraz intencje autora powieści, jest również niezwykle refleksyjny. Świadczy o uważności twórców, o ich wrażliwości na los Ukrainy, o szacunku dla polskiej publiczności. Przedstawienie nie epatuje okropnościami wojny. Na poziomie języka scenicznego widać tu siłę namysłu i gest wsparcia walczącej Ukrainy, pozbawiony jednak efekciarstwa i tanich chwytów. Największy dramat kryje się bowiem w wyciszeniu: w tym, jak patrzymy na okrucieństwa wojny, na kwestie, których nie da się wyrazić, ponieważ język zawodzi.
Ową niemożność wypowiedzenia, przeniesienia do sfery literatury i sztuki doświadczeń wojennych sugestywnie oddaje scena, w której aktorzy po omacku próbują przejść kolejny etap ucieczki. Reżyser potęguje grozę przedstawianej sytuacji. Postaci w zawiązanych na oczach opaskach, drepcząc zwarcie i blisko siebie, pozostają w dojmującej indywidualnej ciemności. Nasuwająca się tu na myśl sekwencja kulturowych skojarzeń intensyfikuje symbolikę celowego przesłonięcia widzenia, celowego zejścia do piekieł ciemności. Kogo bowiem w naszej cywilizacji wyobrażano sobie z przepaską na oczach? Sprawiedliwość, fatum, wieszczbiarzy i ślepą miłość! Komu zawiązuje się oczy? Skazańcom przed egzekucją, ale też młodej parze w trakcie weselnego obrządku (folklor Karpat ukazany w Cieniach zapomnianych przodków). Słowem: w sytuacjach ekstremalnych głównym zmysłem jest dotyk. Nasz wzrok i słuch – wydawałoby się: na co dzień podstawowe, najistotniejsze wręcz zmysły – są bezradne w obliczu deformacji, rozbicia; nie mogą przyswoić tych doświadczeń, a tym bardziej ich wyrazić. Tak jakby w pełni ukształtowana jednostka ulegała czasowej dysocjacji, dezintegracji, rozdzieleniu od dotychczasowego „ja”. Wielu z nas obserwowało ten stan wśród uchodźców wojennych: w centrach wolontariatu, w swoich domach, przy okazji spotkań z ukraińskimi rodzinami. W szklistym, niewidzącym spojrzeniu drugiego człowieka, świadka wojny.
Najwyraźniejszym dźwiękiem podczas przedstawienia jest huk spadających książek. Ich lektura stanowi pierwszą aktywność dorastającego chłopca, zamkniętego w tytułowym internacie wraz z pozostałymi uczniami w trakcie oblężenia. To pierwsze, niepewne i wstydliwe kroki bohatera w świecie literatury. Tutaj, w mieście pozbawionym ogrzewania, w czasie ostrej zimy słowo pisane może stać się pierwszą ofiarą rozpałki w piecach. Gazety służą ludziom do ogrzewania się – aktorzy wkładają je za pazuchę. Protagonista, nauczyciel, przeżywa wewnętrzny kryzys: po co uczy dzieci pięknie i mądrze się wysławiać, po co uczy je wyraźnie i poprawnie pisać, skoro język przed niczym nie obroni następnych pokoleń?
Łysak pokazuje innego rodzaju (anty)bohatera, który dopiero staje się sobą. W końcu „Będąc, możesz się stawać”, przypomina autor Twierdzy. Gra aktorska jest tu znakomicie wyciszona. Niezwykle trudne to zadanie na scenie. Twórcom zapewne towarzyszyła pokusa udramatyzowania przedstawianej historii, podkreślenia jej grozy – szczególnie poprzez kreację postaci pierwszoplanowej. Gra emocji w spektaklu wydaje się jednak sugestywnie stonowana. „Jak się boisz, to daleko jest zawsze dalej” – mówi jeden z bohaterów. Strach nie jest główną emocją tej produkcji teatralnej. Pasza wyznaje: „Nikogo nie żal”. Czy to akcent położony na zanikającą empatię? Mowa o neutralności, o zajęciu stanowiska. W końcu Dante ustanowił miejsce w piekle również dla tych, którzy w czasie kryzysu moralnego zachowują neutralność.
W spektaklu praktycznie nie pojawiają się imiona bohaterów, mamy do czynienia raczej z bohaterem zbiorowym albo z koncepcją everymana. Nie wiemy, kim jest Anna, ale jakaś bliskość i oczekiwanie na nią wydają się wiązać z nadzieją na nieco lepszą przyszłość, a przynajmniej na zmianę i wyjście z dotychczasowego, toksycznego związku Paszy. Miłość i przyszłość są jeszcze nienazwane. Na przyjęcie ich daru też należy się przygotować. Jak w tym fragmencie Twierdzy:
Słuchaj, strażniku: kiedy w zwątpieniu i niepokoju gorących nocy kroczysz wzdłuż murów, kiedy słuchasz gwaru miasta i nie rozumiesz, co ono mówi, kiedy strzeżesz ludzkich domostw, a one są tylko bezduszną masą kamieni, kiedy oddychasz pustynią, a ona jest tylko pustką, kiedy próbujesz kochać, a nie kochasz, wierzyć ‒ a nie wierzysz, i być wiernym ‒ kiedy nie ma komu dochować wierności ‒ wtedy właśnie gotujesz w sobie drogę światłu, które pojawia się czasem jako nagroda i dar miłości.
Na scenie w ciemnym kącie, jakby w sztolni, leży węgiel, na nim zaś naklejony jest ognik. Ta iskra pobłyskuje w ciemności czerwonym kolorem. Symbolizuje życie, nadzieję i miłość. Ale drobny ognik bywa niebezpieczny. Żarzące się w dole papierosy sprowadzają śmierć, nakierowują na cel niewidocznego, ukrytego gdzieś w górze snajpera.
Bryła węgla leżąca na scenie przypomina widzom, że akcja spektaklu może się rozgrywać w miejscu, gdzie zaczęła się wojna w Ukrainie, a więc na Doniecczyźnie, znanej z zagłębi węglowych. Ale ów akcent to również odwołanie do jednego z motywów powieści: do bryły węgla przekazanej protagoniście przez żołnierzy. Proponują oni bohaterowi, żeby zaopiekował się on skamieliną i umieścił ją w muzeum. Muzea zostały zniszczone, sztuka i kultura uległy rozpadowi, ale bryła z odbitą paprocią świadczy o tym, że przyroda bez nas przetrwa i sobie poradzi, nawet jeśli w wyniku wojen zniknie cała cywilizacja.
Wojna odbiera ludziom dotychczasowy spokój życia i tożsamość. Aktorzy mają twarze pomalowane na biało, co z jednej strony wprowadza element umowności teatralnej (biała twarz aktora jako tabula rasa), z drugiej zaś stanowi sposób na oświetlenie postaci pogrążonych w mroku. W końcu cała akcja w głównej mierze rozgrywa się w ciemnościach, a osoby występujące na scenie zamieniają się rolami, trudno więc rozróżnić ich twarze. To uniwersalne doświadczenie zrównuje ludzi, stąd też wymowne opaski przewiązane na oczach aktorów. To również odwołanie do doświadczenia spotkania z własną śmiercią, do jej obecności, zapachu przywodzącego na myśl sierść lub wełnę mokrego zwierzęcia.
W scenie kulminacyjnej napotkany żołnierz z pewną dozą ironii pyta Paszę: „Jak teraz będzie pan uczyć swojego języka? Po tym wszystkim”4. Nazywa wręcz ów język łaciną, tak jakby mowa umarła, jak gdyby ukraiński był językiem archaicznym i niezrozumiałym, nikomu dziś niepotrzebnym. W tej pozornie prostej, ale pełnej symboliki rozmowie dostrzegamy starcie dwóch przeciwstawnych porządków: prostego języka wojskowego, złożonego z rozkazów i komend, oraz języka pobudzającego wyobraźnię, uczącego myślenia, nazywania rzeczy i zjawisk, porządkowania znaczeń oraz prawa. Ten drugi wymiar jest dla ruskiego miru czymś niedostępnym, zbyt elitarnym i groźnym. Opisywana scena stanowi także punkt wyjścia do namysłu nad odwiecznym tragizmem człowieka, nad ludzkością, tkwiącą między determinizmem a wolną wolą. Jakby rozbita wojenna rzeczywistość podlegała jednocześnie trudnemu do uchwycenia prawu emergencji, a wolność należała przede wszystkim do wewnętrznej sfery człowieka. Ostatecznie Pasza i Sasza (pod względem imion bohaterowie są dla siebie nawzajem echem, dopełniają się i przenikają) po długiej wędrówce ponownie przekraczają próg domu – całkowicie odmienieni. Dzisiejsi Odyseusze. Nie wiemy, czy wracają na teren wyzwolony czy okupowany. Odkrywamy tu groźną antycypację obecnych skutków rosyjskiej inwazji.
Pasza niejako przypadkowo staje się liderem. Miejsce i czas akcji sprawiają, że z powodu poczucia obowiązku, jakiegoś wewnętrznego nakazu etycznego, bohater znajduje w sobie odwagę cywilną, o którą wcześniej zapewne sam by się nie podejrzewał – podobnie zresztą jak jego bliscy:
Czas wracać, mówi sam do siebie. Po cholerę, od razu sobie odpowiada. […] Dzisiaj nikt mnie nie może zatrzymać. Dzisiaj nauczę się kochać i brać ten świat taki, jaki jest. I on, świat, niech też uczy się mnie kochać5.
Premiera spektaklu zbiegła się z zakończeniem wystawy Jak działa Muzeum w Muzeum Sztuki w Łodzi. W tej fenomenalnej ekspozycji, współtworzonej przez pracowników muzealnych, senegalski performer, poeta, filozof i malarz Issa Samb nakłania rozmówczynię, Antje Majewski, aby ta wsłuchała się w morską muszlę. Samb zaczyna zachęcać niemiecką artystkę do wejrzenia w głąb samej siebie, wskazywać jej drogę do jej własnego głosu, wprowadzając ją w rodzaj transu. Przejmujący jest moment, kiedy kobieta odsłania swoje myśli – przed drugim artystą, przed kamerą, przed samą sobą. Oto słyszy w szumie muszli dźwięki podwodnego piękna, stworzeń, które były na Ziemi na długo przed nami. Możemy zaledwie dotknąć tego świata u brzegu morza, ale morska głębia jest niezmierzona. Rozmowa trochę przypomina naszą próbę zrozumienia dzisiejszej Ukrainy. Słyszymy szum, ale sami musimy się w tym wołaniu rozpoznać. Nikt nie wykona za nas tej najważniejszej pracy. Żadne instytucje, żadna literatura, żadne wojska. Każdy indywidualnie musi odpowiedzieć na pytanie: czego uczy nas doświadczenie tej wojny? Szczególnie że transfer wiedzy zawsze niesie ze sobą sprawczą moc zapobiegania złu, ale traumatyczne doświadczenia okazują się nieprzekazywalne. Majewski dzięki Sambowi słyszy w muszli coś, co ją przenika i przemienia na zawsze. Artystka stwierdza: „Słyszę wyraźnie, jest takie czyste, lecz nie mogę też przetłumaczyć”.
Dzień po prapremierze spektaklu odbyło się spotkanie Serhija Żadana z łódzką publicznością. Pisarz przyjechał prosto z Monachium, gdzie wygłosił doniosłe przemówienie Co widać w ciemności? Dziesięć tez o przyszłości. Następnie wyruszył do rodzinnego Charkowa, dawnej stolicy ukraińskiej. Podczas spotkania w Teatrze im. Stefana Jaracza autor wspomniał o jednym z przyjaciół walczących na terenie Krymu. Ów bliski znajomy przywiózł mu w prezencie muszlę z krymskiej plaży. Żadan zauważył, że pewne sprawy początkowo mogą się wydawać banalne, ale czekają na swój czas, aby się wydarzyć – tak samo dzieje się z zapisem literackim. Opowieść może się jeszcze urzeczywistnić, a to, co pozorne i potencjalne – nabrać faktycznego znaczenia. Być siłą i nieść siłę.
Artystom z łódzkiego teatru udało się uruchomić sekwencję wyobrażeń społecznych: o tym, w jaki sposób wojna wpływa również na Polaków i jak bardzo wszyscy ludzie są podobni w sytuacjach ekstremalnych. Ponownie żyjemy bowiem w czasach, w których dochodzi do próby człowieczeństwa. Spektakl może być dla nas lekcją przekazaną nam przez Ukrainę i Serhija Żadana, pisarza i żołnierza. Autor Internatu i miliony Ukraińców są niczym podarowany bohaterowi opowieści węgiel kamienny – lub niczym morska muszla. Muszla w twierdzy broniącej nas wszystkich przed realnym złem. Charków jest również naszą twierdzą, Ukraina jest twierdzą.
Przyłóżcie ucho do tej twórczości, obejrzyjcie spektakl, znajdźcie siebie. Wysłuchajcie muszli z oblężonej twierdzy.
1 A. de Saint‑Exupéry, Twierdza, tłum. A. Olędzka-Frybesowa, Warszawa: Wydawnictwo Bellona, 2024.
2 S. Żadan, Internat, tłum. M. Petryk, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2019, s. 196.
3 Tamże, s. 127.
4 Tamże, s. 284.
5 Tamże, s. 247.
