Żółte taczki obłędu

„Tajem­ni­ce zmu­sza­ją do myśle­nia i dla­te­go szko­dzą zdro­wiu”1 – to jed­no z dow­cip­niej­szych spo­strze­żeń Edga­ra Alla­na Poego, któ­ry żar­to­wał nie­mal zawsze, gdy pró­bo­wał prze­stra­szyć czy­tel­ni­ków. Może dla­te­go jego opo­wia­da­nia w więk­szo­ści bro­nią się przed zarzu­ta­mi o popad­nię­cie w gotyc­ką sztam­pę. Nie cho­dzi tu rzecz jasna o nawy­ko­we chwa­le­nie tego, co sta­re (Poe od daw­na wygod­nie spo­czy­wa na swo­im pie­de­sta­le), a raczej o przy­po­mnie­nie inne­go, mniej nobli­we­go kla­sy­ka ame­ry­kań­skiej lite­ra­tu­ry gro­zy, jakim jest Robert Wil­liam Cham­bers. Jego Król w Żół­ci uka­zał się w tym roku w tłu­ma­cze­niu Toma­sza S. Gałąz­ki.

Dzię­ki zbio­ro­wi opo­wia­dań o Żół­tym Kró­lu pisarz docze­kał się małej sta­tui nie­śmier­tel­no­ści, potwier­dzo­nej póź­niej choć­by cha­ry­zma­tem H.P. Love­cra­fta. Dla fan­do­mu spod zna­ku weird and eerie Cham­bers to bra­ku­ją­ce ogni­wo mię­dzy Poem a pustel­ni­kiem z Pro­vi­den­ce. Był gwiaz­dą swo­je­go sezo­nu – wzię­tym mala­rzem, ilu­stra­to­rem i pisa­rzem, któ­ry po suk­ce­sie Kró­la w Żół­ci w 1895 roku wyda­wał czę­sto dwie książ­ki rocz­nie; wie­le z nich prze­no­szo­no potem na ekra­ny kina nie­me­go. Jak to zazwy­czaj bywa w przy­pad­ku prze­ro­stu twór­cze­go, więk­szość dzieł Cham­ber­sa (głów­nie powie­ści histo­rycz­nych, roman­sów i opo­wia­dań dla dzie­ci) ode­szła jed­nak w zapo­mnie­nie. Być może słusz­nie. Pisarz i wydaw­ca Fre­de­ric Taber Cooper miał nawet przy­znać, że z powo­du nad­mia­ru nie­do­ró­bek iry­tu­je go spo­ro tek­stów tego auto­ra2.

Cham­ber­sa w Sta­nach Zjed­no­czo­nych zna­no i cenio­no, ale rów­no­cze­śnie nie szczę­dzo­no mu zło­śli­wo­ści. Przy­kła­dem może być list Love­cra­fta do Clar­ka Ash­to­na Smi­tha – inne­go pisa­rza z gotyc­kie­go kla­nu. W kore­spon­den­cji tej nadaw­ca wspo­mi­na, że autor The Maker of Moons ma „porząd­ny mózg i wykształ­ce­nie, ale zupeł­nie z nich nie korzy­sta”3. Mimo to Love­cra­fto­wi i innym ame­ry­kań­skim pisa­rzom gro­zy zda­rza­ło się cho­dzić tro­pem dziw­nej książ­ki o Żół­tym Kró­lu z mia­sta Car­co­sy. Wystar­czy się­gnąć pamię­cią do Szep­czą­ce­go w ciem­no­ści i wygrze­bać stam­tąd tajem­ni­cze moty­wy jezio­ra Hali i Żół­te­go Zna­ku. To skrom­ny, ale zna­czą­cy ukłon w stro­nę Cham­ber­sa, ponie­waż Love­craft kil­ka ze swo­ich opo­wia­dań oparł na kon­cep­cie Kró­la w Żół­ci, tajem­ni­czej księ­gi, któ­rej treść spra­wia, że czy­tel­ni­cy popa­da­ją w obłęd. Z kolei James Blish, poczyt­ny autor scien­ce fic­tion, w nowe­li More Light z 1970 roku4 stwo­rzył wła­sną wer­sję zbó­jec­kiej księ­gi – wymy­ślił bra­ku­ją­cą histo­rię zagi­nio­ne­go manu­skryp­tu The King in Yel­low.

Pierw­sze opo­wia­da­nie, Repe­ra­cja repu­ta­cji, to gogo­low­ski „pamięt­nik sza­leń­ca” w wer­sji ame­ry­kań­skiej. Jest począ­tek XX wie­ku w Nowym Jor­ku, na pla­cu Waszyng­to­na poja­wia­ją się pierw­sze kap­su­ły do euta­na­zji, ofe­ru­ją­ce szyb­ką śmierć ludziom cier­pią­cym wsku­tek obłę­du. To czas wzlo­tów i upad­ków takich nauk, jak kształ­tu­ją­ce się dopie­ro psy­cho­lo­gia i psy­chia­tria. Cham­bers – jako czło­wiek żyją­cy na prze­ło­mie wie­ków – był świad­kiem powsta­wa­nia wię­zień dla obłą­ka­nych, wie­dział o hip­no­zie Jeana-Mar­ti­na Char­co­ta, znał teo­rię Bénédic­ta More­la doty­czą­cą psy­chicz­nej dege­ne­ra­cji, a tak­że począt­ki psy­cho­ana­li­zy. Po upad­ku z konia głów­ny boha­ter, Casta­igne, za namo­wą dok­to­ra Arche­ra odby­wa dłu­gą kura­cję, któ­ra ma wyle­czyć go z obłę­du (przy­po­mi­na się tu póź­niej­sza legen­da o wybu­chu histe­rii Nie­tz­sche­go na widok cha­be­ty w Tury­nie). Pod­czas rekon­wa­le­scen­cji po raz pierw­szy czy­ta Kró­la w Żół­ci, księ­gę zaka­za­ną przez rzą­dy euro­pej­skich państw, z nie­zna­nych powo­dów potę­pia­ną rów­nież z ambon i „wykli­na­ną nawet przez tych, któ­rzy w lite­rac­kim anar­chi­zmie posu­wa­li się naj­da­lej”5.

Casta­igne razem z kom­pa­nem, któ­re­mu książ­ka tak­że pomie­sza­ła w gło­wie, uczest­ni­czą w taj­nej akcji, mają­cej na celu prze­ję­cie wła­dzy nad świa­tem. Zgod­nie z roz­po­rzą­dze­niem o Dyna­stii Cesar­skiej Ame­ry­ki nale­ży wygnać kon­ku­ren­tów do tro­nu i zapo­biec mał­żeń­stwu kuzy­na Żół­te­go Kró­la. Casta­igne trzy­ma w sej­fie koro­nę jako dowód suk­ce­sji: w zbo­la­łej gło­wie boha­te­ra insy­gnium owo jest cięż­kie od inkru­sta­cji i praw­dzi­we­go zło­ta. Nie­mniej dla nie­wta­jem­ni­czo­nych (a tacy rów­nież zalud­nia­ją opo­wia­da­nie Cham­ber­sa) jest trzy­ma­ną w pusz­ce po her­bat­ni­kach dzie­cię­cą zabaw­ką, war­tą co naj­wy­żej pół dola­ra. „Niech powsta­ną ludy i patrzą, kto ich Kró­lem!”6, krzy­czy nie­do­szły satra­pa, zanim doko­na żywo­ta w kar­nym zakła­dzie psy­chia­trycz­nym.

Cham­bers po raz pierw­szy wpro­wa­dza tu motyw książ­ki wichrzy­ciel­skiej, któ­ry będzie się poja­wiać w tym zbio­rze jesz­cze kil­ka razy. Pomysł to, przy­naj­mniej z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy, lek­ko zme­cha­co­ny – w koń­cu mamy w pamię­ci roman­se rycer­skie czy­ta­ne przez Don Kicho­ta czy nawet, jeże­li cho­dzi o rodzi­mą lite­ra­tu­rę, księ­gi zbó­jec­kie Gusta­wa z Dzia­dów, nie wspo­mi­na­jąc już o póź­niej­szych epi­goń­skich utwo­rach, takich jak choć­by książ­ka Nowe życie Orha­na Pamu­ka, w któ­rej boha­ter, dzia­ła­jąc pod wpły­wem olśnie­nia dziw­ną lek­tu­rą, wyru­sza w ducho­wą podróż.

W następ­nym opo­wia­da­niu, zaty­tu­ło­wa­nym Maska, Cham­bers przed­sta­wia kil­ka nowych pomy­słów, żeby wzmoc­nić nastrój gro­zy. Po raz kolej­ny nar­ra­tor przy­zna­je się do nie­zdro­wej fascy­na­cji Kró­lem w Żół­ci, co wywo­łu­je pla­gę śmier­ci w pra­cow­ni rzeź­biar­skiej nie­ja­kie­go Bori­sa, któ­ry alche­micz­nym psim swę­dem wynaj­du­je prze­pis na dosko­na­łą rzeź­bę. Wystar­czy zamo­czyć żywą isto­tę w che­micz­nym roz­two­rze, aby wyjąć – jak z magicz­ne­go kape­lu­sza – poły­sku­ją­cy na różo­wo mar­mu­ro­wy bibe­lot. Z począt­ku ofia­ra­mi eks­pe­ry­men­tów Bori­sa są kwia­ty i zwie­rzę­ta. Gdy jed­nak z nie­ja­snych przy­czyn nar­ra­tor się­ga po nie­bez­piecz­ną księ­gę, wkrót­ce umie­ra dziew­czy­na, któ­ra zosta­ła wcze­śniej zanu­rzo­na w „dia­bel­skim pły­nie”, a Boris z roman­tycz­ną prze­sa­dą strze­la sobie pro­sto w ser­ce. Oto mit o Pig­ma­lio­nie à rebo­urs: zamiast oży­wio­nej rzeź­by – śmierć w kamie­niu.

W Żół­tym Zna­ku – opo­wia­da­ją­cym o zja­wi­sku, któ­re sta­je się obse­sją – dzie­je się podob­nie: malarz por­tre­tu­ją­cy model­kę dostrze­ga przy­ko­ściel­ne­go stró­ża, a widok tej posta­ci natych­miast przy­po­mi­na arty­ście tru­mien­ne­go roba­ka („Nie mia­łem poję­cia, co w tym czło­wie­ku budzi we mnie tak sil­ne obrzy­dze­nie”)7. W rezul­ta­cie tego przy­pad­ko­we­go spoj­rze­nia boha­ter tra­ci pew­ność sie­bie, zaczy­na malo­wać boho­ma­zy, a model­ka przy­zna­je mu się do noc­nych kosz­ma­rów ze stró­żem w roli kara­wa­nia­rza. Nic więc dziw­ne­go, że w swo­jej biblio­tecz­ce dziew­czy­na nagle znaj­du­je Kró­la w Żół­ci, któ­re­go pochła­nia w cało­ści, powo­li zata­pia­jąc się w sza­leń­stwie. Przed śmier­cią daje por­tre­ci­ście brosz­kę z żół­tym emble­ma­tem – po to, żeby już nikt z czy­ta­ją­cych nie miał wąt­pli­wo­ści, co było powo­dem pomie­sza­nia jej zmy­słów.

Okładka książki Richarda W. Chambersa pod tytułem „Król w żółci”.
Richard W. Chambers „Król w żółci”, tłum. Tomasz S. Gałązka, Warszawa: Wydawnictwo ArtRage, 2025.

Cham­bers wie­lo­krot­nie popa­da w sty­li­stycz­ne egzal­ta­cje, zwłasz­cza w trak­cie opi­sy­wa­nia tytu­ło­wej księ­gi oraz obłę­du: „Och, jakim grze­chem było spi­sa­nie owych słów… słów krysz­ta­ło­wo kla­row­nych, czy­stych i śpiew­nych jak gór­skie źró­dła, słów, co iskrzą się i jarzą niczym zatru­te klej­no­ty Medy­ce­uszy!”8. I dalej: „Poję­li­śmy tajem­ni­cę Hia­dów, zale­gło już Wid­mo Praw­dy”9, „Sta­łem, z każ­dym ner­wem napię­tym do gra­nic, omal nie mdle­jąc w zachwy­cie wobec splen­do­ru moich dumań”10. Temu, kto kie­dy­kol­wiek napraw­dę wzru­szył się czy prze­stra­szył, czy­ta­jąc opo­wia­da­nia Ste­fa­na Gra­biń­skie­go (przy­pusz­czam, że unhap­py few), podob­ne histe­rie Cham­ber­sa nie będą zgrzy­tać w uchu.

Przy­ko­ściel­ny stróż z Żół­te­go Zna­ku „musiał być mar­twy już od wie­lu mie­się­cy”11, jak twier­dzi lekarz, jedy­ny przed­sta­wi­ciel fabu­lar­ne­go ratio. Ot, kolej­ny chwyt zna­ny z twór­czo­ści Poego, na przy­kład z Praw­dzi­we­go opi­su wypad­ku z panem Wal­de­ma­rem, w któ­rym to tek­ście poja­wia się słyn­na filo­zo­ficz­na i lek­sy­kal­na kon­tro­wer­sja – zda­nie „Jestem mar­twy”12. Cham­bers zasto­so­wał w swo­jej książ­ce spo­ro tego typu zabie­gów – oprócz posta­ci stró­ża-zom­bie i przed­sta­wie­nia nagłe­go zmar­twych­wsta­nia dziew­czy­ny zaku­tej w mar­mu­rze znaj­dzie­my tu tak­że mię­dzy inny­mi motyw cie­płej i pach­ną­cej ręka­wicz­ki nie­sty­gną­cej po śmier­ci tytu­ło­wej panien­ki z wrzo­so­wej wyspy (Demo­isel­le d’Ys) oraz motyw Kró­la w Żół­ci w masce, któ­rej nie spo­sób ścią­gnąć. W ostat­nim przy­pad­ku z satys­fak­cją moż­na wska­zać praw­do­po­dob­ne źró­dło inspi­ra­cji Cham­ber­sa, czy­li Maskę śmier­ci szkar­łat­nej Poego13 (w tej histo­rii na bal kostiu­mo­wy przy­cho­dzi w prze­bra­niu sama śmierć).

W kolej­nych opo­wia­da­niach (z racji tytu­łów nazwij­my je „ulicz­ny­mi”) kra­jo­braz tema­tów zmie­nia się na bar­dziej reali­stycz­ny. Tro­chę trud­no poła­pać się w nagłym przej­ściu od histo­rii o nowo­jor­skich tru­po­szach do opi­sów życia pary­skiej bohe­my. Jesz­cze w Uli­cy Czte­rech Wia­trów Cham­bers oka­dza nas aro­ma­ta­mi je-ne-sais-quoi (boha­te­rem jest kot, któ­ry nosi na szyi pod­wiąz­kę zmar­łej wła­ści­ciel­ki). Ale już w Uli­cy Pierw­sze­go Poci­sku autor przed­sta­wia bata­li­stycz­ne sce­ny oblę­że­nia Pary­ża przez Pru­sa­ków w 1870 roku: w mie­ście jest mnó­stwo wygłod­nia­łych cywi­lów kry­ją­cych się w ruinach kamie­nic, lecz nie ma żad­nej fan­ta­sty­ki; poja­wia się za to spraw­ny, lek­ko „sten­dha­li­zu­ją­cy” opis woj­ny. Zamiast hor­ro­ru – hor­ren­dum puden­dum na kar­tach histo­rii Fran­cji.

Z kolei w Uli­cy Mat­ki Boskiej Ziel­nej Paryż to już nie miej­sce bitwy, ale prze­strzeń towa­rzy­skich usta­wek. Mło­dy Ame­ry­ka­nin z „zapy­zia­łe­go ran­cza za oce­anem”, „umor­do­wa­ny tęsk­no­tą za ojczy­zną”, tra­fia do Dziel­ni­cy Łaciń­skiej, gdzie dowia­du­je się o życiu pary­skie­go demimonde’u. Zbież­ność bio­gra­fii i fabu­ły nie jest przy­pad­ko­wa – w koń­cu Cham­bers spę­dził w Pary­żu kil­ka lat, stu­diu­jąc malar­stwo w Aca­démie Julian. Wła­śnie ten motyw poja­wia się tak­że w ostat­niej nowe­li, Rue Bar­rée. Jest w niej mowa o ame­ry­kań­skim stu­den­cie, któ­ry przy­by­wa do Fran­cji i tam zako­chu­je się w Sylvii (sko­ja­rze­nie z Nerva­low­ską Syl­wią nie jest tu od rze­czy), powab­nej kobie­cie-chi­me­rze. Wia­do­mo o niej nie­wie­le wię­cej poza tym, że kocha kwia­ty. Oprócz pro­ste­go roman­su Cham­bers szki­cu­je napręd­ce wedu­tę dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go Pary­ża widzia­ne­go ocza­mi Ame­ry­ka­ni­na – i to z per­spek­ty­wy cza­su wyda­je się cie­ka­we. Autor dość wyraź­nie kre­śli odczu­wa­ną przez boha­te­ra róż­ni­cę mię­dzy „wyzwo­lo­ną” Euro­pą, w któ­rej kobie­ty cho­dzą po uli­cach bez przy­zwo­itek, a Nowym Świa­tem, tro­chę zaścian­ko­wym i lek­ko para­fiań­skim. Uro­czy ame­ry­kań­ski stu­dent wie­rzy w miłość od pierw­sze­go wej­rze­nia i nie domy­śla się, że jego wybran­ka co noc gubi się w świe­tle ulicz­nych latar­ni. Ame­ry­ka­nin w Pary­żu to nie pew­ny sie­bie cwa­niak, jakie­go zna­my dzi­siaj, ale prze­siąk­nię­ty nie­do­pa­so­wa­niem i kom­plek­sem niż­szo­ści poczci­wiec, uczą­cy się pil­nie języ­ka fran­cu­skie­go i euro­pej­skich oby­cza­jów.

Król w Żół­ci to w zasa­dzie ape­ri­tif, któ­ry chy­ba w peł­ni zaspo­ka­ja ape­tyt na dal­sze odkry­wa­nie dorob­ku Cham­ber­sa. Mamy tu prze­gląd pisar­skich spraw­no­ści tego twór­cy – od gotyc­kich opo­wia­dań na gra­ni­cy ramo­ty do przy­zwo­itych oby­cza­jo­wych minia­tur. Autor jest dziec­kiem swo­jej epo­ki i swo­je­go kra­ju. W książ­ce Cham­ber­sa znaj­dzie­my ame­ry­kań­ski trans­cen­den­ta­lizm w wer­sji pop – prze­ko­na­nie o ist­nie­niu tajem­nej, ukry­tej rze­czy­wi­sto­ści, któ­rą sym­bo­li­zu­je Żół­te Kró­le­stwo. Do tego docho­dzi typo­wo dzie­więt­na­sto­wiecz­na fascy­na­cja obłę­dem i zja­wi­ska­mi nad­przy­ro­dzo­ny­mi, któ­re mie­sza­ją się w jed­nym kotle z postę­pu­ją­cym scjen­ty­zmem. Pisarz nie­ustan­nie bada meta­fi­zy­kę pierw­szych spoj­rzeń – miło­snych (jak w przy­pad­ku Sylvii i Jean­ne d’Ys) lub tych zapo­wia­da­ją­cych śmierć (mro­żą­cy krew w żyłach wzrok orga­ni­sty w opo­wia­da­niu Na Smo­czym Dzie­dziń­cu). Tutaj war­to znów przy­po­mnieć Poego, zwłasz­cza jego nowe­lę Oku­la­ry, z nutą iro­nii opi­su­ją­cą powszech­ną fascy­na­cję ideą „este­tycz­ne­go magne­ty­zmu” („naj­praw­dziw­szy­mi i naj­sil­niej­szy­mi spo­śród ludz­kich uczuć są te, któ­re powsta­ją w ser­cu jak iskra elek­trycz­na”)14.

Lek­tu­ra opo­wia­dań Cham­ber­sa nie­mal sto lat po śmier­ci auto­ra nie zaska­ku­je, zwłasz­cza gdy odbior­ca tek­stu ma już za sobą zauro­cze­nie fan­ta­sty­ką. Może jed­nak nie o zasko­cze­nie tu cho­dzi, ale o rytu­ał, o któ­rym w ese­ju poświę­co­nym Love­cra­fto­wi Michel Houel­le­be­cq napi­sał:

Stwo­rzyć wiel­ki popu­lar­ny mit to stwo­rzyć rytu­ał, na któ­ry czy­tel­nik nie­cier­pli­wie cze­ka, któ­ry odkry­wa na nowo z rosną­cą przy­jem­no­ścią, urze­czo­ny za każ­dym razem owym powtó­rze­niem uję­tym w sło­wa lek­ko jedy­nie zmie­nio­ne, rytu­ał, któ­ry czy­tel­nik odczu­wa jako nowe pogłę­bie­nie15.

W koń­cu pcha­nie tacz­ki obłę­du to miste­rium, któ­re nigdy się nie koń­czy.

 

1 E.A. Poe, Nie zakła­daj się nigdy z dia­błem o swą gło­wę, tłum. S. Wyrzy­kow­ski [w:] tegoż, Sfinks. 13 nie­zna­nych opo­wia­dań, tłum. W. Fur­mań­czyk [i in.], Poznań: Wydaw­nic­two Ita­ka, 1993, s. 57.

2 F.T. Cooper, Some Ame­ri­can Sto­ry Tel­lers, New York: Hen­ry Holt, 1911, s. 81.

3 H.P. Love­craft, Selec­ted Let­ters, vol. 2, ed. A. Der­leth, D. Wan­drei, Sauk City: Arkham House, 1968, s. 148.

4 J. Blish, More Light [w:] Alche­my and Aca­de­me. A Col­lec­tion of Ori­gi­nal Sto­ries Con­cer­ning Them­se­lves with Trans­mu­ta­tions, Men­tal and Ele­men­tal, Alche­mi­cal and Aca­de­mic, sel. by A. McCaf­frey, New York: Bal­lan­ti­ne Books, 1970.

5 R.W. Cham­bers, Król w Żół­ci, tłum. i posł. T.S. Gałąz­ka, War­sza­wa: ArtRa­ge, 2025, s. 9.

6 Tam­że, s. 37.

7 Tam­że, s. 74.

8 Tam­że, s. 91–92.

9 Tam­że, s. 92.

10 Tam­że, s. 37.

11 Tam­że, s. 93.

12 Zob. E.A. Poe, Praw­dzi­wy opis wypad­ku z p. Wal­de­ma­rem, tłum. B. Leśmian, War­sza­wa: Fun­da­cja Nowo­cze­sna Pol­ska, 2010.

13 Zob. ten­że, Maska śmier­ci szkar­łat­nej, tłum. B. Leśmian, War­sza­wa: Fun­da­cja Nowo­cze­sna Pol­ska, 2010.

14 Ten­że, Oku­la­ry [w:] tegoż, Sfinks…, s. 66.

15 M. Houel­le­be­cq, H.P. Love­craft. Prze­ciw świa­tu, prze­ciw życiu, tłum. J. Gisz­czak, War­sza­wa: Wydaw­nic­two W.A.B., 2007, s. 36.

– absolwentka filozofii, doktorantka w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych UAM.

więcej →

– amerykański artysta i prozaik.

więcej →

Powiązane teksty

13.01.2026
Recenzje

W gorsecie z emocji. Zespalanie światów według Maxa Blechera

Wierzę, że spotkanie z prozą Blechera pozostawia w nas głęboki ślad, dotykając naszych największych atawistycznych lęków – tych związanych z chorobą, samotnością, śmiercią. Równocześnie skłania nas do refleksji nad tym, jak korzystać z życia i mimo wszystko dążyć do względnego dobrostanu – o Dziełach zebranych Maxa Belchera pisze Olga Bartosiewicz-Nikolaev.