Łodzi Tuwimów dziś już nie ma, choć wystarczy okamgnienie, żeby przenieść się w czasie i przywrócić ją do życia. Nadal wisi nad Piotrkowską balkon, z którego mały Julian wpatrywał się w ulicę, żeby kilkadziesiąt lat później napisać: „Piotrkowska, / w stronę Grand Hotelu, / Jak wymieciona”. Jeśli pójdziecie tam o piątej rano w niedzielę i mocno się postaracie, zobaczycie tę scenę. Pusta ulica. Przewrócony tramwaj. Tak wyglądała barykada rewolucjonistów 1905 roku, zatrzymana w czasie i w przeszywającej ciszy na chwilę przed walką. Historycy napiszą później, że barykadę ustawiono dalej, Tuwim nie mógł jej widzieć z balkonu. Ale czy poezja nie jest od tego, żeby nie zamęczyły nas fakty? Balkon mieszkania przy Piotrkowskiej 88 powróci we wspomnieniach Ireny; to z niego jako dziewczynka obserwowała tłum z czerwonymi chorągwiami. Jest coś w dziecięcej pamięci, co nie przydarza się dorosłym. Nieświadomość.
Najlepiej chyba dostać się do łódzkiego świata Tuwimów za pomocą konika morskiego. Nie poetyckiego Pegaza, odpowiedzialnego za natchnienie – choć przecież zarówno Irena, jak i Julian byli poetami – ale zwykłego konika morskiego. Hipokamp, nieduża struktura w płacie skroniowym kory mózgowej, przypomina wyglądem to stworzenie i stąd pochodzi też jego łacińska nazwa. Hipokamp odpowiada za pamięć i wspomnienia, dzięki niemu zapach deszczu może przenieść kogoś nagle czterdzieści lat wstecz. Zaskakuje to, że Tuwimowie pamiętają Łódź swojego dzieciństwa podobnie, choć prowadzą ich w przeszłość inne obrazy. We wspomnieniach Irena pisze, że przez całe życie uważała brata za czarodzieja, i naprawdę jest coś magicznego w poetyckim obrazie, dzięki któremu Tuwim zabiera nas do Łodzi.
O, siwa mgło! O, srebrna mgło!
O, szara mgło! O, mgło bez końca!
Jakbym przez zadymione szkło
Przyglądał się zaćmieniu słońca:
Gdy się spacerem lekko szło –
O, gęsta mgło! Wciąż gęstsza mgło! –
Sto razy tam i sto z powrotem
Pomiędzy Krótką i Nawrotem. […]
Dziś w Rio dżdżysty polski dzień
I polskie chmury niebo kryją.
Jak okręt-widmo, okręt-cień,
Dziś Łódź wylądowała w Rio1.
Irena streszcza łódzkie wspomnienia konkretniej:
Z okien trzeciego piętra dokolusieńka nie widać było ani skrawka zieleni, za to nieba – dużo. Jedyne, jakie pamiętam, to niebo przedwiośnia zasnute mgłami i dymem fabrycznych kominów2.
Długo nie rozumiałam, skąd ta liryczna nadrzeczna mgła Tuwima w mieście, które poukrywało swoje rzeki w kanałach ściekowych. Dopiero wspomnienie Ireny to wyjaśnia. Nad miastem wisiał smog fabryczny3, srebrna mgła demolowała płuca, ale idealnie nadawała się do stworzenia poetyckiego nastroju.
Brat i siostra. W historii literatury on zostanie zapamiętany jako jeden z najoryginalniejszych polskich poetów, autor szlagierowych piosenek i neurastenik – przy okazji: znamy teksty Tuwima, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, co jest chyba jego największym sukcesem poetyckim.
Ona – przez wiele lat kojarzona głównie z tłumaczeniem „Kubusia Puchatka” Alana A. Milne’a – powoli wraca do pamięci literackiej jako poetka, autorka wspomnień, twórczości własnej.
Śladów rodzeństwa Tuwimów jest w Łodzi sporo – do wyboru, do koloru. Na szybką wizytę – ławeczka Tuwima; na czas namysłu – grób rodziców Adeli i Izydora Tuwimów na Cmentarzu Żydowskim przy Brackiej. Dla mnie jednak szczególnie ważne są dwa adresy. Pierwszy: Piotrkowska 88, gdzie mieszkał Izydor Krukowski, lekarz, brat matki Tuwima, Adeli z Krukowskich. To tu znajduje się balkon, z którego rodzeństwo widziało krwawe manifestacje rewolucji 1905 roku. Adres drugi: Andrzeja Struga 42 (niegdyś Andrzeja 40), gdzie rodzina Tuwimów zajmowała od 1902 roku pięć zimnych pokoi na trzecim piętrze z widokiem na niebo. Bez pierwszego adresu prawdopodobnie nikt nie opisałby jednego dnia rewolucji 1905 roku wierszem, bez drugiego – nie powstałyby Łódzkie pory roku, wspomnienia Ireny Tuwim, które zaliczam do najlepszych opisów miasta widzianego z perspektywy klas społecznych.
Piotrkowska 88 jest adresem symbolicznym, przepowiadającym przyszłość w czasie, kiedy nikt jeszcze nie spodziewał się katastrofy. Od frontu balkon wuja, ten, z którego widać było rewolucjonistów-robotników i krew wsiąkającą w miejski bruk w 1905 roku. Bez tego obrazu z dzieciństwa Tuwima nie ma poety społecznie zaangażowanego, lewicującego, drukującego w „Robotniku” wiersz Do prostego człowieka, który o mało nie zaprowadził autora przed sąd. Ale warto wejść w tę bramę, odwrócić się i spojrzeć do góry. Na pierwszym piętrze można zobaczyć kuczkę, która jakimś cudem przetrwała w Łodzi wojnę. Zdobiona altanka na żydowskie Święto Namiotów, z otwieranym dachem, który pozwala patrzeć w nocy na wrześniowe gwiazdy, jak nakazuje tradycja. Tkwi w kamienicy Chaskielów, wsparta na metalowych kolumnach jak symbol: przypomina, że nie da się uniknąć przeznaczenia.
Tuwimowie byli w pełni zasymilowani, nie znali jidysz, zimą chodzili do znajomych „na choinkę”, matka czytała dzieciom do snu Ujejskiego i Mickiewicza, Irena przeszła na katolicyzm. Rodzeństwo przeżyło wojnę tylko dlatego, że wyjechało – i to jedna z nielicznych informacji, których można być pewnym.
Irena i Julian musieli zostawić chorą matkę w Otwocku w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych. Hitlerowcy bestialsko zamordowali ją w czasie likwidacji getta, a jej ciało wyrzucili przez okno. Ten sam Tuwim, który przed wojną wyśmiewał w tekstach kabaretowych „żydłaczenie”, sprowadził ekshumowane ciało matki do Łodzi i pisał: „Jest na łódzkim cmentarzu, / Na cmentarzu żydowskim, / Grób polski mojej matki, / Mojej matki żydowskiej”. Kamienica pod numerem 88 jest jak dwie strony medalu, awers i rewers, od których nie da się uciec. Rewolucja i tradycja, polskość i żydowskość. Wystarczy patrzeć.
Andrzeja Struga 42 to zupełnie inna historia. Rodzina Tuwimów mieszkała tu przez jedenaście lat w towarzystwie służącej Antosi Rokosik, analfabetki i wielbicielki teatru, która stała się dla nich członkinią rodziny, niańką i powierniczką sekretów. To pięciopokojowe, choć zimne mieszkanie i służąca mogą mylić. Azowsko-Doński Bank Handlowy, w którym pracował Izydor Tuwim, dopłacał do czynszu, ale kiedy tylko wybuchła pierwsza wojna światowa, dopłaty się skończyły, mieszkanie trzeba było zmienić na znacznie mniejsze. Antosia dożyła swoich dni „u rodziny”, zmarła przedwcześnie.
Miasto ufundowało poświęconą poecie tablicę pamiątkową na froncie budynku, ale sama kamienica i wygoda życia w niej nie zmieniły się od czasu Tuwimów. Podwórko studnia, po którym głos niesie się dwa razy głośniej niż poza nim, ciemnoszare mury, czworokąt nieba, wysłużona klatka schodowa, mieszkania na wynajem. Irena opisała kamienicę we wspomnieniach jak żywy organizm, który rządzi się własnymi prawami: rodzinnymi, sąsiedzkimi, ekonomicznymi. Tu Tuwimowie naprawdę zrozumieli, czym jest bieda. Takich podwórek już nie ma, choć bieda nie zniknęła. Na dole mieszkał stolarz chorujący na gruźlicę, który latem przenosił swój warsztat na podwórze. Na parterze – Ruchla Cymerowa z gapiącą się przez okno córką Sabiną, którą matka karmiła dobrze i stręczyła bogatym panom. W oficynie – Kowalscy w duchocie, bez wodociągu i zlewu. Tutaj Irena po raz pierwszy zobaczyła skutki zadawania się z chłopakami: nieślubnego syna Bronki od Kowalskich, tutaj Żydówka Ruchla obrzuciła ją pogardliwym słowem „Paliaczki!”, kiedy ta odmówiła cynamonowego ciasta w piątek.
Latem front kamienicy pustoszał, bogatsi jechali na wakacje. Tuwimów długo nie było stać na taki luksus.
Irena we wspomnieniach napisała:
Czy pomyślałeś kiedy o tym, Juleczku, że z przyrodą zawarliśmy znajomość bardzo późno? Że z okien żadnego z naszych łódzkich mieszkań nigdy nie widać było drzewa? To, czego zaznaliśmy we wczesnym dzieciństwie „z dziedziny przyrody”, było skarlałe, nędzne, chore?4
Prawdopodobnie spodobałoby się jej to, że zaraz obok jej kamienicy, na rogu Struga i Lipowej, powstał w 2018 roku mikropark z placem zabaw dla dzieci. Drzewiasty, krzaczasty, roślinny Skwer im. Ireny Tuwim z poświęconą swojej patronce tablicą, o którą dba fundacja Łódzki Szlak Kobiet. Bo bez zieleni trudno żyć w takim mieście, prawda, Ireno?
A skoro zieleń i zielony zapach, znów przypomina o sobie hipokamp, niesforny konik morski. „W letnie upalne popołudnia jeździliśmy piątką przez opustoszałe miasto do Helenowa” – pisała Irena. „Zieloną czwórką się dojedzie / Do Zielonego Helenowa / […] Piątka, spod lasu, też zielona, / Lecz białym pasem przedzielona”5 – pisał jej brat. No więc jedziemy czwórką czy piątką? Ale czy to ważne?
Zdecydowanie ważniejsze wydaje mi się to, że różnokolorowe tablice na tramwajach wprowadzono w Łodzi w dzieciństwie Tuwimów ze względu na znaczny procent analfabetów w mieście.
Czy ktoś sobie o tym przypomina, kiedy czyta fragment o kolorowych numerkach w Kwiatach polskich? Nie sądzę. Być może dlatego jednym z robotniczych postulatów rewolucji była powszechna nauka czytania i pisania w języku polskim.
A do Helenowa najlepiej wybrać się dziś pieszo. Park wypiękniał, za wstęp nie trzeba już płacić i na szczęście zniknęły klatki z małpami i niedźwiedziami, które oglądało rodzeństwo. Irena i Julian wtedy jeszcze nie wiedzieli, że zobaczą w swoim życiu i Rio de Janeiro, i Wyspy Fryzyjskie, a tęsknić będą za światem, który zniknął. Przy okazji pobytu w Helenowie warto pójść też kawałek dalej, za Źródłową. Wzdłuż Łódki do Parku Ocalałych. Bo rodzina Tuwimów to również część innej historii: polskiej i żydowskiej.
1 J. Tuwim, Kwiaty polskie, Warszawa: Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, 1949, s. 51.
2 I. Tuwim, Łódzkie pory roku, Warszawa: Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, 1979, s. 70.
3 Inspirację do zrozumienia tego, co czytam, zawdzięczam Tomaszowi Cieślakowi z Uniwersytetu Łódzkiego.
4 I. Tuwim, Łódzkie pory roku, s. 86.
5 J. Tuwim, Kwiaty polskie, s. 52.