Tę wiadomość przeczytałem całkiem niedawno w czerwcu – biografia napisana przez Łukasza Garbala Wańkowicz. Życie na kraterze znalazła się w dwudziestce książek nominowanych do Nike! Podobnie jak biografia Romana Bratnego pióra Emila Marata, wydana niedawno również przez Czarne, co najmniej ciekawie ukazuje swojego bohatera w barwach bardziej zróżnicowanych niż czarna i biała.
O ile Marat, pisząc o Bratnym, który postrzegany był od czterdziestu plus lat jako jaruzelski propagandzista – wściekle wręcz antysolidarnościowy – w książce o nim przytaczał chętnie nieznane pozytywy, Garbal Wańkowicza raczej odbrązawia, ale nie demonizuje.
Jego bohater nie za bardzo miał dotychczas szczęście do obiektywnego opisu swego życia – albowiem publikacje biograficzne na jego temat zdominowała Aleksandra Ziółkowska-Boehm. Była dla Wańkowicza więcej niż sekretarką – a poniekąd trochę i beneficjentką jego testamentu – więc kolejne edycje książek o „Melu” raczej pomijały sprawy kontrowersyjne albo czytelnicy znajdowali w nich domyślnie wręcz rozstrzygnięcia na jego korzyść. I w ich cieniu pozostawały na przykład krytyczne uwagi ze wspomnień, opublikowanych kilkanaście lat temu w Starorzeczach przez Antoniego Kroha, dla którego Wańkowicz był przyszywanym wujem i dla którego jako młodzieniec we wczesnych latach 90. wykonywał niezbyt twórcze zlecenia natury sekretarskiej, głównie przepisywanie wybranych tekstów na maszynie (skądinąd o tym zapomnianym już wynalazku i rodzajach używanych do kopiowania kalek – czy kalk? – i przebitek sam Wańkowicz napisał parę stron w poświęconej również technicznym aspektom reporterskiego zawodu książki Karafka La Fontaine’a).
Z książką Wańkowicza, której tytuł sparafrazował, tytułując własną, Łukasz Garbal, mam pewne związki osobiste. W Zielu na kraterze stoi:
Strach rósł pod nogami jak trawa, strach wdzierał się do płuc jak zaduch, strach leżał na żołądku jak kamień, strach palił oczy, drążył uszy, czernił pierwszymi zmierzchami, rżnął wstającą świadomość pierwszym brzaskiem. Na Żoliborzu robiło się coraz groźniej. Do Oświęcimia wzięto z rodzicami Krzysia Wąsowicza, kolegę uniwersyteckiego Krysi.
Tak, to mój ojciec (zmarły w 2013 roku), który w Domeczku Wańkowiczów na wykładach tajnego UW bywał. Wańkowicz finiszował swe dzieło w USA, gdzie w 1951 roku ukazało się po raz pierwszy, więc nie mógł sprawdzić, że Wąsowiczów wzięli na Pawiak, skąd dziadkowie na dwa dni przed powstaniem zostali zwolnieni (najpewniej za sprawą starań Władysława Bartoszewskiego, z którym współpracowali w akcjach Żegoty).
Ojciec i stryj – który skądinąd żyje i w marcu obchodził setne urodziny – pojechali z Pawiaka nie do Oświęcimia, lecz do Sztutowa, czego Wańkowicz nie sprostował jednak po powrocie do Polski ani zrobił tego od pół wieku żaden z edytorów „Ziela…”, więc do dziś w nowych wydaniach ciągle jest ten błędny Oświęcim, pewnie metaforycznie od Stutthofu bardziej sugestywny.
Ojciec zaprowadził mnie kiedyś, bardzo niedorosłego (nie pamiętam: jeszcze podstawówka czy już liceum?), w miejsce, gdzie stał Domeczek. I od tych czterdziestu paru lat się ono nie zmieniło.
Stoi tam nadal śmietnik bloku postawionego w latach 50. w miejscu wysadzonego po powstaniu warszawskim domu zbiorowego spółdzielni dziennikarskiej – jego podwórko obejmuje także miejsce po ceglanym bohaterze Ziela… – bo był przecież bohaterem książki na równi z Wańkowiczami: rodzicami i dwiema córkami.
Pod względem literackim ta książka Melchiora Wańkowicza jest jego najambitniejszą kreacją. Z własnych rodzinnych historii skleił przemyślaną konstrukcję – u świtu niepodległości giną żołnierską śmiercią dwaj bracia Zofii Wańkowiczowej, czyli szwagrowie autora, ale odżywają niejako w jej córkach – pierwszym pokoleniu zrodzonym w odzyskanej Polsce.
Międzywojnie ukazane jest jako idylla – familijne bytowanie w dostatku i pięknie, autor w opisach rozpływa się nad przypomnieniem swego dobrego gustu.
Budowany z pieniędzy ze sprzedaży resztówki na Litwie Kowieńskiej (innych źródeł finansowania Ziele… nie podaje, to pasowało do ciągłości dworu) dom przy Dziennikarskiej 3 miał w suterenie pomieszczenia gospodarcze, kuchnię i służbówki, reprezentacyjny parter, sypialnie rodziców (domowe imiona King i Królik) na pierwszym piętrze, a na drugim córek: Krystyny i Marty zwanej Tili. Wańkowicz pisze:
w dalszym opowiadaniu dom będzie żył razem z nami. Na każdym piętrze była woda zimna i gorąca, z kuchni szła winda kuchenna przez cztery poziomy: do jadalnego, Mamy pokoju i pokoju dzieci. Wszystkie pokoje były centralnie ogrzewane i połączone telefonami. Na skutek tego wszystkie cztery poziomy mogły żyć swoim życiem oddzielnym: służby, gości, rodziców, dzieci. Drzewo w drzwiach było dobierane w pióro, jadalny i biblioteka miały wymyślne boazerie, dywany i portiery były stonowane, poszczególne pokoje planowali poszczególni artyści, było wiele kominków, szaf w ścianach, niektóre pokoje były wyłożone korkiem, szyby w dziecinnym pokoju były ze szkła przepuszczającego promienie ultrafiołkowe.
Otoczony ogródkiem dom stykał się jedną ścianą ze stojącym przy Krasińskiego blokiem spółdzielni dziennikarskiej, co irytowało dzieci: „Albo go odleplcie, albo odcepcie, albo odklejcie, albo odłąccie, albo odetnijcie, albo odedzyjcie, albo odłamcie – recytowała Tili, lubiąca się w danej epoce życia popisywać bogactwem synonimów”.
Znajdują się więc w Zielu… żywe opisy życia na przedwojennym Żoliborzu: skandaliczne próby handlu różami z domowego ogródka podejmowane na Placu Wilsona przez Krystynę i Martę oraz zaciąganie przez nie cukierkowych kredytów w najsłynniejszym sklepie dzielnicy – u pana Płatka. Domowym zwierzętom poświęca Wańkowicz obszerniejsze opisy, których bohaterami są kotka Malwinka i pies Gaweł. O tym drugim pisze:
Otóż tak piękny kawaler miał szalone powodzenie u wszystkich właścicieli airdel-suczek i był zapraszany na gościnne występy. Po raz pierwszy zdarzyło mu się to u Władka Broniewskiego; wrócił z wielkim białym, ślubnym bantem uwiązanym dokoła szyi przez panią Broniewską, w pysznej formie, ale bez głębszych przeżyć moralnych.
Działo się tak w odróżnieniu od godnego macierzyństwa Malwinki (Janina Broniewska złośliwie dystansowała się od tych przekazów we własnych pamiętnikach).
Wańkowicz tak wspominał Domeczek:
Dobrze było siedzieć na jego tarasie zacienionym winem i szparami zielonego listowia i patrzeć przez żółte okulary na płynące niebem obłoki. […] Dobrze było harcować bosymi piętami po nieogrodzonym jeszcze parku, zapuszczać się na pustacie wiślane, błądzić w wyprawach odkrywczych uliczkami Marymontu, napotykać pod Bielanami jakieś pałacyki z czasów Króla Stasia, o których nikt nie wie, pałacyki wpół zrujnowane, z oknami zabitymi deskami, na których ganeczkach rozkładało się przyniesione wiktuały.
Gdy po wybuchu wojny Marcie udaje się wyjechać z okupowanej Polski – Melchior znany z antyniemieckiej książki Na tropach Smętka pozostać w niej w żaden sposób nie mógł – w Domeczku konspirują żona i starsza córka. Kulminacyjną sceną są imieniny tej drugiej 24 lipca 1944 roku – z ośmioma tańczącymi mazura parami.
Wszyscy tancerze i tancerki zginą w powstaniu – w tym poległa na Woli jako łączniczka Krystyna Wańkowiczówna – zaś Domeczek zostanie zburzony.
Zofia Wańkowiczowa, powracając w 1945 roku do zniszczonej Warszawy, „przechodzi przez barykadę wprost w rozwaloną furtę ogrodu. Czy to możliwe, aby do tego stopnia nie było domu?” Ale klamrę historii otwartą śmiercią wujów zamykają narodziny Anny Krystyny, córki Marty – w przeddzień nowego roku 1946, w Ameryce.
Ziele na kraterze od dawna bywało zalecane jako lektura szkolna – obecnie znajduje się wśród kilkudziesięciu pozycji, z których mogą wybierać nauczyciele siódmej i ósmej klasy szkoły podstawowej jako lektury uzupełniające. Po przeczytaniu biografii pióra Łukasza Garbala mam wrażenie, że decydujący się na to belfrowie powinni łączyć taką decyzję z zaleceniem jednoczesnej lektury jego dzieła, skądinąd co najmniej dwa razy grubszego (zależy od stopnia pisma i grubości papieru, ale w każdym razie siedemet stron tekstu autorskiego netto), a przynajmniej wyciągu z jego spostrzeżeń. Stanowiłoby to niezły pretekst o granicach gatunków literackich. Józef Mackiewicz miał stwierdzić: „Tylko prawda jest ciekawa”. Mój ulubiony pisarz Piotr Wojciechowski (rocznik 1938) mówi natomiast: „Tylko fikcja jest prawdziwa”.
Biograf przestrzega we wstępie:
należy powściągać chęć przekładania wańkowiczowskich opowieści na jego faktyczną biografię w skali jeden do jednego (co jednak nie znaczy, że pisarz kłamał – po prostu często ograniczał się do opisywania jedynie jaśniejszej strony rzeczywistości). Ważne są przecież także przemilczenia.
Garbal dowodzi, że przemilczeniem w Zielu… jest brak continuum zamieszkiwania rodziny Wańkowiczów w Domeczku. Mimo że jego autor był współwłaścicielem jednego z najprężniejszych wydawnictw warszawskich – Roju – to
Domeczek okazał się zbyt drogi w utrzymaniu i rodzinę nie zawsze było stać na to, by w nim mieszkać. Aby obsłużyć kredyt zaciągnięty na jego budowę w Banku Gospodarstwa Krajowego, już kilka lat przed wojną Wańkowiczowie musieli swój wymarzony dom wynajmować, sami zaś przenieśli się z prestiżowej Dziennikarskiej do tańszego, choć nadal nowoczesnego, postawionego w latach dwudziestych mieszkania na Ochocie, przy Mianowskiego 16/1.
Antoni Kroh w rozmowie z Garbalem postawił nawet tezę, że być może przyczyną przemilczenia było rozstanie Kinga z Królikiem – niewykluczone, że Zofia opuściła na pewien czas Mela dla wuja Antoniego – Lechnickiego. Autor biografii stwierdza jednak, że „Wańkowicz po prostu się przeliczył […]. Wyprowadzka z wymarzonego domu raniła i nic dziwnego, że mało kto o niej wiedział”. Zauważa zarazem, że fragmenty książki były publikowane w prasie krajowej jako okupacyjne wspomnienia Zofii – nie daje odpowiedzi jednoznacznej, czy działo się tak z przyczyn taktycznych, czy Melchior przepisał je sobie i sobie też przypisał autorstwo. Fikcją literacką ma być też ponoć scena taneczna z imienin.
W ewentualnym wyciągu z pracy Łukasza Garbala na użytek uczniów – nie wiem, czy trzynastolatkowie poradzą sobie z krytycznym myśleniem o lekturze włączonej w kanon ze względów patriotyczno-martyrologicznych; sugerowałbym przeniesienie do segmentu licealnego – zawarłbym jeszcze dwie wiadomości.
Po pierwsze, w milicyjnym kryminale Alberta Wojta Dzwonek z Napoleonem z 1981 roku zwłoki młodej bibliotekarki zostają znalezione właśnie w śmietniku przy Tucholskiej, a o tym, co stało się wcześniej w tym miejscu, autor (pseudonim czynnego jeszcze dziesięć lat temu prokuratora) najwyraźniej nie miał świadomości.
Po drugie, w odległości w linii prostej jednego kilometra od miejsca-po-Domeczku, pod szubienicą na Cytadeli tytułowy bohater powieści Juliusza Kadena-Bandrowskiego Generał Barcz z 1922 roku duma o radości z odzyskanego śmietnika – czyli niepodległości z dobrodziejstwem inwentarza.
Z przecieków z rady dzielnicy wiem, że były pomysły na umieszczenie na rogu Tucholskiej i Dziennikarskiej adekwatnej tablicy pamiątkowej, rozważano też rozbiórkę śmietnika i przeniesienie go w inne miejsce, ale jak na razie nic się nie zmieniło.
Radość z odzyskanego śmietnika
Śmietnik na ogrodzonym podwórku banalnego socrealistycznego bloku – oto co znajdzie na rogu Dziennikarskiej i Tucholskiej czytelnik pragnący największą żoliborską legendę literacką Ziela na kraterze skonfrontować z rzeczywistością. Swój Domeczek Melchior Wańkowicz wystawił częściowo z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży udziałów w odziedziczonej posiadłości na Litwie Kowieńskiej, spłacał zaś z dochodów, jakie przynosiło prężne wydawnictwo Rój, którego był współwłaścicielem.
