Wszystko, co dobre, sprawia, że chcę umrzeć

Na począt­ku chcia­ła­bym się przy­znać, że mia­łam pro­blem z napi­sa­niem tek­stu o twór­czo­ści Ottes­sy Mosh­fegh, a redak­cja cze­ka­ła na nie­go dużo dłu­żej, niż powin­na. Zamiast pisać, czy­ta­łam kolej­ne opo­wia­da­nia pisar­ki publi­ko­wa­ne w pra­sie i na jej sub­stac­ku, któ­ry w nawią­za­niu do słów pio­sen­ki Brit­ney Spe­ars nazwa­ła It’s Ottes­sa, bitch. Może to nor­mal­ne, w koń­cu moim zada­niem było stwo­rzyć tekst o autor­ce, któ­ra twier­dzi, że pisa­nie to praw­dzi­wy mind­fuck.

Brzmi to jak tani slo­gan, ale czy­ta­nie Mosh­fegh to rze­czy­wi­ście przy­go­da, nudy nie ma. Autor­ka Moje­go roku relak­su i odpo­czyn­ku w nie­zwy­kły spo­sób łączy powa­gę i odlot, bru­tal­ność i kru­chość, jej twór­czość jest pocią­ga­ją­ca i odpy­cha­ją­ca, wywo­łu­je uśmiech i gry­mas obrzy­dze­nia. Trud­no się od niej ode­rwać. Boha­te­ro­wie tych ksią­żek bywa­ją potwor­ni, naj­czę­ściej są dziw­ni, a cza­sem nija­cy, za nic na świe­cie nie chcesz się z nimi utoż­sa­miać, wła­śnie dla­te­go że dostrze­gasz nie­po­ko­ją­ce podo­bień­stwo mię­dzy wami. Mosh­fegh nie cho­dzi na kom­pro­mi­sy, trak­tu­je pisa­nie śmier­tel­nie poważ­nie. Traf­nie uję­ła to Jia Tolen­ti­no w „New Yor­ke­rze”:

Ottes­sa Mosh­fegh jest z pew­no­ścią naj­cie­kaw­szą współ­cze­sną ame­ry­kań­ską autor­ką, któ­ra pisze o życiu, kie­dy bycie żywym jawi się jako coś nie do znie­sie­nia1.

Mosh­fegh uro­dzi­ła się w 1981 roku w Bosto­nie jako środ­ko­we z trój­ki dzie­ci chor­wac­ko-irań­skie­go mał­żeń­stwa. Jej rodzi­ce są muzy­ka­mi, mat­ka pocho­dzi z Chor­wa­cji, a ojciec z Ira­nu, z któ­re­go musiał ucie­kać po wybu­chu irań­skiej rewo­lu­cji w 1979 roku. Pozna­li się w kon­ser­wa­to­rium muzycz­nym w Bruk­se­li, obo­je są wir­tu­oza­mi skrzy­piec, w Sta­nach uczą grać innych. Mosh­fegh wspo­mi­na­ła, że w ich domu zawsze było peł­no ksią­żek, ale liczy­ła się przede wszyst­kim muzy­ka. Od dziec­ka czu­ła, że jej rodzi­na ze swo­ją skom­pli­ko­wa­ną histo­rią nie pasu­je do New­ton w Nowej Anglii, gdzie zamiesz­ka­li. Już w przed­szko­lu, pod­czas zaba­wy, nagle zda­ła sobie spra­wę, że wszy­scy wokół umrą, więc ukła­da­nie kloc­ków czy ryso­wa­nie kwiat­ków nie ma sen­su, podob­nie jak eks­cy­to­wa­nie się przy­szło­ścią, któ­ra mia­ła nadejść. Jako dziec­ko Ottes­sa nie upra­wia­ła spor­tu, gra­ła za to na pia­ni­nie, klar­ne­cie i cho­dzi­ła na lek­cje bale­tu. Była skry­ta, pochmur­na, czu­ła się dziw­na i mądrzej­sza od innych dzie­ci (do dziś nie uwa­ża skrom­no­ści za wiel­ką zale­tę). Szyb­ko nauczy­ła się czy­tać, przed ukoń­cze­niem dzie­sią­te­go roku mia­ła za sobą mię­dzy inny­mi lek­tu­rę Buszu­ją­ce­go w zbo­żu J. D. Salin­ge­ra i Kolo­ru pur­pu­ry Ali­ce Wal­ker. W wie­ku dzie­wię­ciu lat z powo­du poważ­nej sko­lio­zy musia­ła zacząć nosić gor­set orto­pe­dycz­ny. Do dziś zma­ga się z bólem, a swo­je książ­ki pisze czę­sto w pozy­cji leżą­cej. Doro­słość dłu­go nie jawi­ła jej się jako coś atrak­cyj­ne­go. Wcze­śnie zaczę­ła palić papie­ro­sy – nie żeby wyda­wać się star­sza, ale dla­te­go że sły­sza­ła, że pale­nie hamu­je wzrost. Życie, jak wia­do­mo, koń­czy się śmier­cią, a doro­słość nie­uchron­nie przy­bli­ża czło­wie­ka do tego momen­tu. W mło­do­ści Mosh­fegh celo­wa­ła w samo­znisz­cze­niu i jako pisar­ka stwo­rzy­ła wie­le boha­te­rek i boha­te­rów, któ­rzy w tor­tu­ro­wa­niu samych sie­bie odnaj­du­ją uko­je­nie i przy­jem­ność. We wpi­sie na blo­gu, wśród waż­nych rze­czy, któ­re wyda­rzy­ły się w jej życiu w minio­nym roku, wymie­ni­ła napi­sa­nie opo­wia­da­nia zaty­tu­ło­wa­ne­go Not to brag…Nie chwa­ląc się… Jego boha­ter­ką jest nasto­lat­ka, któ­ra marzy o tym, aby znik­nąć, i reali­zu­je to marze­nie, sta­ra­jąc się powstrzy­mać swo­je doj­rze­wa­ją­ce cia­ło przed dora­sta­niem. Autor­ka lin­ku­je tekst i w cha­rak­te­ry­stycz­nym dla sie­bie sty­lu zachę­ca do jego prze­czy­ta­nia:

To było dla mnie napraw­dę waż­ne. Napi­sa­łam o tym, jak w wie­ku dwu­na­stu lat prze­sko­czy­łam ósmą kla­sę i prze­gra­łam cichą rywa­li­za­cję w gło­dze­niu się z moją nasto­let­nią naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką, któ­ra kil­ka lat póź­niej umar­ła2.

Mosh­fegh szczę­śli­wie nie zagło­dzi­ła się na śmierć, choć do dziś jej sto­su­nek do jedze­nia jest skom­pli­ko­wa­ny. Wyty­ka­no jej, że w swo­ich książ­kach pisze o oso­bach z nad­wa­gą w spo­sób pogar­dli­wy. Po ukoń­cze­niu stu­diów lite­ra­tu­ro­znaw­czych na Brown Uni­ver­si­ty poje­cha­ła z chło­pa­kiem do Wuhan w Chi­nach, gdzie uczy­ła angiel­skie­go na pry­wat­nej uczel­ni, przy­go­to­wy­wa­ła drin­ki w pun­ko­wym barze i podró­żo­wa­ła. Wspo­mi­na­jąc tam­te cza­sy, pisa­ła, że była wście­kła, bar­dzo samot­na, spo­ro piła i pali­ła, nało­go­wo wyszu­ki­wa­ła w kafej­ce inter­ne­to­wej zdjęć mar­twych ludzi, odży­wia­ła się kawał­ka­mi melo­na, obse­syj­nie ćwi­czy­ła na siłow­ni i nie­na­wi­dzi­ła samej sie­bie. Wuhan do dziś jest jed­nym z jej ulu­bio­nych miejsc na Zie­mi. Obec­nie, wraz mężem, pisa­rzem Lukiem Goebe­lem oraz ich pię­cio­ma psa­mi, miesz­ka w domu na pusty­ni w Kali­for­nii.

Po powro­cie z Chin Mosh­fegh pra­co­wa­ła jako asy­stent­ka redak­tor­ki i pisar­ki Jean Ste­in i dzię­ki jej pole­ce­niu zade­biu­to­wa­ła w maga­zy­nie „The Paris Review”. Tuż przed trzy­dziest­ką, w 2014 roku, opu­bli­ko­wa­ła dru­kiem nowe­lę zaty­tu­ło­wa­ną McGlue. Inspi­ra­cją do jej powsta­nia był krót­ki arty­kuł w lokal­nym cza­so­pi­śmie z poło­wy XIX wie­ku. Opo­wia­dał o męż­czyź­nie nazwi­skiem McGlue, któ­ry został unie­win­nio­ny od zarzu­tu zabój­stwa czło­wie­ka w por­cie na Zan­zi­ba­rze. Unik­nął kary, ponie­waż uzna­no go za nie­po­czy­tal­ne­go. Boha­te­rem opo­wia­da­nia Mosh­fegh, któ­re roz­gry­wa się na oce­anie i w dzie­więt­na­sto­wiecz­nej Nowej Anglii, jest mary­narz McGlue. Pew­ne­go ran­ka budzi się zakrwa­wio­ny i przy­ku­ty łań­cu­chem w ładow­ni stat­ku, na któ­rym pra­cu­je. Nic nie pamię­ta, wie tyl­ko, że jest oskar­żo­ny o zamor­do­wa­nie swo­je­go uko­cha­ne­go i przy­ja­cie­la John­so­na. Zanim opo­wia­da­nie dobie­gnie koń­ca, wśród alko­ho­lo­wych halu­cy­na­cji i w mękach trzeź­wie­nia przy­po­mni sobie, co się napraw­dę wyda­rzy­ło. W roz­mo­wie dla „The Whi­te Review” pisar­ka mówi­ła, że tekst wypły­nął z niej niczym demon. Nie two­rzy­ła go z zamia­rem publi­ka­cji. Rok póź­niej uka­za­ła się jej kolej­na książ­ka zaty­tu­ło­wa­na Eile­en. W tym wypad­ku nie było jed­nak mowy o twór­czym sza­le, pierw­sza powieść Mosh­fegh powsta­ła jako dobrze prze­my­śla­ny eks­pe­ry­ment. Histo­ria mary­na­rza-mor­der­cy z dziu­rą w gło­wie zosta­ła doce­nio­na, ale była zbyt dzi­wacz­na, żeby zapew­nić pisar­ce szer­sze gro­no czy­tel­ni­ków. Mosh­fegh wie­dzia­ła, że chce żyć z pisa­nia, dla­te­go kolej­ną książ­kę posta­no­wi­ła napi­sać w kon­wen­cji kry­mi­na­łu noir. Eks­pe­ry­ment się udał, Eile­en przy­nio­sła jej roz­po­zna­wal­ność i nomi­na­cję do Man Booker Pri­ze. Już po otrzy­ma­niu nomi­na­cji w wywia­dzie dla „The Guar­dian” pisar­ka przy­zna­ła, że Eile­en to żart – chcia­ła zaist­nieć w main­stre­amie, kupi­ła porad­nik, jak stwo­rzyć kry­mi­nał w dzie­więć­dzie­siąt dni, i przez sześć­dzie­siąt dni pra­co­wa­ła wedle zawar­tych w nim wska­zó­wek. Stwier­dzi­ła, że było to kosz­mar­nie nud­ne, ale też w pew­nym sen­sie dzia­ła­ją­ce na ambi­cję, przy­po­mi­na­ło rygo­ry­stycz­ne zaba­wy tek­sto­we rodem z gru­py lite­rac­kiej OuLi­Po. Tekst w „The Guar­dian” uka­zał się z leadem: „Eile­en powsta­ła jako żart – poza tym jestem spłu­ka­na, poza tym chcę być sław­na”. Cha­rak­te­ry­stycz­na dla tej autor­ki szcze­rość praw­do­po­dob­nie kosz­to­wa­ła ją nagro­dę, któ­rej nie dosta­ła. Mosh­fegh tłu­ma­czy­ła potem, że choć zabrzmia­ło to aro­ganc­ko, to mówiąc otwar­cie o gene­zie powie­ści, chcia­ła poka­zać, że zro­bi wszyst­ko, aby dotrzeć do czy­tel­ni­ków. Do dziś twier­dzi, że Eile­en ura­to­wa­ła jej życie, przy­nio­sła roz­po­zna­wal­ność i pozwo­li­ła pisa­niem zara­biać na utrzy­ma­nie. „Mam gdzieś to, czy ludzie mnie polu­bią i zro­zu­mie­ją; waż­ne, że czy­ta­ją moje książ­ki”3 – mówi­ła w wywia­dzie dla „The Fan­zi­ne” w 2017 roku.

Okładka książki Ottessy Moshfegh pod tytułem „Eileen”.
Ottessa Moshfegh, „Eileen”, tłum. T. Tyszowiecka, Warszawa: Wydawnictwo Pauza, 2024.

Akcję pierw­szej powie­ści Mosh­fegh umie­ści­ła w 1964 roku. Eile­en opo­wia­da nam swo­ją histo­rię z dystan­su jako doj­rza­ła kobie­ta, któ­ra czu­je się wresz­cie wol­na od krę­pu­ją­cych ją w mło­do­ści naka­zów patriar­chal­nej kul­tu­ry. W powie­ści ma dwa­dzie­ścia czte­ry lata i pra­cu­je w zakła­dzie popraw­czym dla nie­let­nich w bez­i­mien­nym mie­ście X‑ville w sta­nie Mas­sa­chu­setts (podob­nym do New­ton, w któ­rym dora­sta­ła autor­ka). Jej mat­ka nie żyje, a ojciec jest eme­ry­to­wa­nym poli­cjan­tem i nad­uży­wa alko­ho­lu. Dziew­czy­na ma obse­sję na punk­cie swo­je­go wyglą­du, licz­ne natręc­twa, jest uza­leż­nio­na od środ­ków prze­czysz­cza­ją­cych, czu­je się oble­śna, nud­na i odra­ża­ją­ca. Nosi nie­do­pa­so­wa­ne ubra­nia zmar­łej mat­ki, a w towa­rzy­stwie innych uda­je głup­szą, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści, i przy­bie­ra maskę płyt­kiej, tępej dziew­czy­ny. To jed­nak pozo­ry, Eile­en ma   gło­wie peł­no mor­der­czych myśli, snu­je marze­nia o miło­ści i ma poczu­cie, że zasłu­gu­je na coś lep­sze­go. Obse­syj­nie porów­nu­je się z inny­mi i nie­ustan­nie się nad sobą uża­la:

[…] nie zno­si­łam ciszy, nie zno­si­łam bez­ru­chu, zło­ści­ło mnie wszyst­ko. Zwy­kle byłam wście­kła i nie­za­do­wo­lo­na. Gdy pró­bo­wa­łam nad tym zapa­no­wać, mój zły humor i nie­przy­sto­so­wa­nie tyl­ko się pogłę­bia­ły. Czu­łam się jak jakaś Joan­na d’Arc czy Ham­let, któ­ry przez pomył­kę przy­szedł na świat w cie­le kogoś, kto jest nikim, ano­ni­mo­wym cie­niem. Byłam nie tym, kim powin­nam. Byłam Eile­en4.

W innym miej­scu stwier­dza, że nie była nie­atrak­cyj­na, tyl­ko nie­wi­dzial­na: „[…] przez więk­szość cza­su żyłam w świe­cie ułu­dy. I jak każ­da roz­sąd­na kobie­ta skry­wa­łam swo­je nie­god­ne wyuz­da­nie pod maską skrom­ni­si”5. Gdy w pra­cy poja­wia się nowa psy­cho­loż­ka Rebec­ca, dziew­czy­na jest nią zauro­czo­na i wie­rzy, że jeśli uda im się zaprzy­jaź­nić, jej życie wresz­cie się odmie­ni. Posta­ci z ksią­żek Mosh­fegh czę­sto czu­ją się prze­cięt­ne, nie­do­ce­nio­ne i nie­wi­dzial­ne. Gdy czy­ta­łam Eile­en, nie wie­dzia­łam, że jed­nym z ulu­bio­nych pisa­rzy Mosh­fegh jest Ralph Elli­son, autor książ­ki Nie­wi­dzial­ny czło­wiek. W twór­czo­ści Elli­so­na nie­wi­dzial­ność jest kon­dy­cją egzy­sten­cjal­ną boha­te­ra – mło­de­go czar­ne­go chło­pa­ka. Z powo­du rasi­zmu, któ­re­go doświad­cza, jest on nie­wi­dzial­ny dla innych ludzi, ale w pew­nym sen­sie rów­nież dla same­go sie­bie. Przy­bie­ra roz­my­tą, nie­jed­no­znacz­ną toż­sa­mość, któ­ra pozwa­la mu dosto­so­wy­wać się do oko­licz­no­ści, grać i lawi­ro­wać. Boha­ter Elli­so­na robi to, aby prze­trwać w rasi­stow­skiej ame­ry­kań­skiej kul­tu­rze. W pro­zie Mosh­fegh poczu­cie bycia nie­wi­dzial­ną dla innych też w pewien spo­sób korum­pu­je boha­ter­kę. Nie ma wie­le współ­czu­cia dla chłop­ców, któ­rych obser­wu­je w popraw­cza­ku, czu­je eks­cy­ta­cję i pod­nie­ce­nie, gdy ukrad­kiem przy­ła­pu­je jed­ne­go z nich na mastur­ba­cji. W toku opo­wie­ści kil­ku­krot­nie stwier­dza: „Byłam samo­lub­na i zaab­sor­bo­wa­na wyłącz­nie wła­sny­mi marze­nia­mi i nie­za­spo­ko­jo­ny­mi potrze­ba­mi”6, „byłam dla sie­bie jedy­ną oso­bą, któ­rej cier­pie­nie się liczy­ło. Było czymś moim, wła­snym”7. Czu­je się nie­zau­wa­ża­na i w związ­ku z tym przyj­mu­je, że ma pra­wo być zaję­ta wyłącz­nie sobą, tym, jak widzą lub nie widzą jej inni ludzie. Poczu­cie skrzyw­dze­nia czy­ni ją nie­zdol­ną do empa­tii i szer­sze­go spoj­rze­nia. Na zarzu­ty, że two­rzy boha­ter­ki i boha­te­rów, któ­rych, mówiąc oględ­nie, nie spo­sób polu­bić, Mosh­fegh odpo­wia­da krót­ko: „Maso­wi mor­der­cy są wybie­ra­ni na urzę­dy, ale to anty­pa­tycz­na kobie­ca boha­ter­ka wzbu­dza sprze­ciw? To sek­si­stow­skie i idio­tycz­ne”8. Kry­ty­ku­jąc Eile­en za to, że jest anty­pa­tycz­na, zatrzy­mu­je­my się na powierz­chow­nym pozio­mie, pisar­ka nama­wia do zej­ścia głę­biej i ostrze­ga: nie będzie przy­jem­nie. Jej lite­ra­tu­ra ma spra­wiać trud­ność i zmu­szać do mie­rze­nia się z tym, o czym nie lubi­my myśleć albo o czym myśli­my, że nas nie doty­czy. Bo dla­cze­go tak trud­no nam współ­czuć Eile­en, dla­cze­go jej nie lubi­my? Jest pół­sie­ro­tą, ojciec nią pomia­ta, nigdy nie zazna­ła miło­ści, jest tak­że mani­pu­la­tor­ką, fle­ją i ego­ist­ką. Powin­na swój los przyj­mo­wać z poko­rą? Zadbać o sie­bie? Wal­czyć o zmia­nę i się bun­to­wać? Mosh­fegh poka­zu­je, że egzy­sto­wa­nie w świe­cie, któ­ry nas nie­wo­li i ogłu­pia, przy­no­si cier­pie­nie i czy­ni z nas isto­ty nie­zdol­ne do zaan­ga­żo­wa­nia w cokol­wiek poza swo­im wła­snym bólem czy przy­jem­no­ścią. Łatwiej nam współ­czuć ład­nej i boga­tej anty­pa­tycz­nej boha­ter­ce niż prze­cięt­nej i bied­nej anty­pa­tycz­nej boha­ter­ce. Nasze współ­czu­cie jest wybiór­cze, ruty­no­wo okła­mu­je­my samych sie­bie. Udo­stęp­nia­my w mediach spo­łecz­no­ścio­wych ape­le o pomoc w spra­wie wojen i klęsk na świe­cie, a zaraz potem z obo­jęt­no­ścią prze­cho­dzi­my obok kogoś żebrzą­ce­go czy bez­dom­ne­go na uli­cy.

W cza­sie pan­de­mii Mosh­fegh i jej mąż Luke Goebel napi­sa­li sce­na­riusz na pod­sta­wie powie­ści. Film Eile­en wszedł na ekra­ny w 2023 roku, w rolach Eile­en i Rebek­ki wystą­pi­ły Tho­ma­sin McKen­zie i Anne Hatha­way. Mimo suk­ce­su, jaki odnio­sła ta książ­ka, autor­ka nie ukry­wa, że wyżej ceni swą debiu­tanc­ką nowe­lę. McGlue poka­zy­wał jej dziw­ność i uni­kal­ność, Eile­en przy­nio­sła jej roz­głos i pozwo­li­ła na pisa­nie tego, na co ma ocho­tę. Według Mosh­fegh jej dru­ga książ­ka w jakimś sen­sie tłu­ma­czy tę pierw­szą – obie uka­zu­ją zabu­rzo­nych, poha­ra­ta­nych boha­te­rów, któ­rzy uwie­rzy­li, że miłość ich wyzwo­li, i dla oboj­ga skoń­czy­ło się to kata­stro­fą.

Kata­stro­fa to codzien­ność boha­te­rów tej pro­zy:

Wujek nie robił nic oprócz oglą­da­nia tele­wi­zji, gada­nia przez tele­fon i jedze­nia. Uwiel­biał pro­gra­my kuli­nar­ne i tele­tur­nie­je. Nie twier­dzę, że był idio­tą. Po pro­stu był jak ja: wszyst­ko co dobre, spra­wia­ło, że chciał umrzeć. To cecha nie­któ­rych inte­li­gent­nych osób9.

Frag­ment ten znaj­dzie­my w opo­wia­da­niu Mali­bu ze zbio­ru zaty­tu­ło­wa­ne­go Tęsk­no­ta za innym świa­tem. Książ­ka uka­za­ła się w 2017 roku, przed­sta­wia gale­rię ludz­kich wra­ków, posta­ci, któ­re nie odnaj­du­ją się w życiu i nie potra­fią spro­stać wyma­ga­niom rze­czy­wi­sto­ści. Czu­ją, że zasłu­gu­ją na coś lep­sze­go, ale nie mogą zmie­nić swo­jej sytu­acji. Boha­ter­ka opo­wia­da­nia zaty­tu­ło­wa­ne­go Ulep­sza­nie sie­bie jest nauczy­ciel­ką mate­ma­ty­ki, roz­sta­ła się z mężem, do szko­ły przy­cho­dzi pija­na lub na kacu, gdy nie wie, co powie­dzieć, nawi­ja uczniom o swo­ich pry­wat­nych spra­wach. W week­en­dy spo­ty­ka się z chło­pa­kiem i razem piją, po pra­cy oglą­da ope­ry mydla­ne lub talk-show, pijąc, paląc i drze­miąc:

Oko­ło dzie­sią­tej wie­czo­rem prze­rzu­ca­łam się na wód­kę i uda­wa­łam, że uszla­chet­niam się za pośred­nic­twem książ­ki albo jakiejś muzy­ki, tak jak­by Bóg miał wpaść i spraw­dzić co u mnie. „Wszyst­ko dobrze – odpo­wia­da­łam mu na niby. – Jak zwy­kle pra­cu­ję nad ulep­sza­niem sie­bie”10.

Samot­ność i roz­cza­ro­wa­nie życiem nie uszla­chet­nia­ją. Żyje­my w pie­kle – mówi Mosh­fegh i kształt tego pie­kła opi­su­je w swo­ich książ­kach. Wśród rze­czy, któ­re czy­nią nasz świat nie­zno­śnym, wymie­nia próż­ność, obse­sję na punk­cie cia­ła i wyglą­du, ogłu­pie­nie i znie­wo­le­nie rze­cza­mi. Podob­nie jak Eile­en boha­te­ro­wie opo­wia­dań Mosh­fegh są sku­pie­ni na wła­snych potrze­bach, a innych ludzi trak­tu­ją przed­mio­to­wo: słu­żą im do zaspo­ka­ja­nia pra­gnień, potwier­dza­nia wła­snej war­to­ści, zapew­nie­nia miło­ści, pie­nię­dzy i sek­su. Ich życie wypeł­nia­ją uda­wa­nie, sen, upi­ja­nie się, wymio­to­wa­nie, defe­ko­wa­nie, dra­go­wa­nie, nuda, nie­uda­ny seks, poczu­cie roz­cza­ro­wa­nia i tęsk­no­ta za innym świa­tem. Nie chcą doko­ny­wać rewo­lu­cji, raczej pra­gną robić to, na co mają ocho­tę, bez nara­ża­nia się na oce­nę. Tak jak kobie­ta z opo­wia­da­nia Tury­sty­ka slum­so­wa – co roku porzu­ca ona swo­je miej­skie życie i jedzie na waka­cje do nie­cie­ka­we­go mia­stecz­ka, gdzie w spo­ko­ju może pić i otu­ma­niać się nar­ko­ty­ka­mi kupo­wa­ny­mi od lokal­nych dile­rów, któ­rych nazy­wa „zom­bie”. Sama rów­nież przy­po­mi­na wypra­ne z emo­cji „zom­bie” – w przy­gnę­bia­ją­cej i pora­ża­ją­cej sce­nie bez­na­mięt­nie obser­wu­je, jak na spodniach cię­żar­nej, sprzą­ta­ją­cej jej dom dziew­czy­ny poja­wia się i rośnie pla­ma krwi. Gdy dziew­czy­nę zabie­ra karet­ka, wezwa­na przez sąsiad­ki, ona nie­po­ru­szo­na idzie na spa­cer i na zaku­py. „Wybra­łam się na spa­cer wzdłuż River­si­de Road. Kupi­łam, co chcia­łam. Wró­ci­łam do domu”11 – koń­czy opo­wia­da­nie Mosh­fegh. Por­tre­tu­je ludzi uwię­zio­nych we wła­snym życiu, któ­rzy samot­ność i poczu­cie wyob­co­wa­nia odre­ago­wu­ją poprzez auto­agre­sję i samo­znisz­cze­nie lub pre­ten­sje skie­ro­wa­ne do wszyst­kich wokół, poza sobą. Jeśli wycią­ga­ją ze swo­ich doświad­czeń jakie­kol­wiek wnio­ski, to przede wszyst­kim takie: „Teraz sta­ram się tyl­ko zado­wo­lić sie­bie. Jedy­nie to się liczy. Oto sekret, któ­ry odkry­łam”12. Autor­ka ich nie oce­nia, ma nawet dla nich swe­go rodza­ju zro­zu­mie­nie, któ­re wyni­ka z prze­ko­na­nia, że – jak mówi – jako ludzie jeste­śmy sła­bi i ego­istycz­ni, a prze­cież:

[…] tu na Zie­mi nie ma pocie­sze­nia. Jest uda­wa­nie, są sło­wa, ale spo­ko­ju nie ma. Nie ma nicze­go dobre­go. Nicze­go. Dokąd­kol­wiek na Zie­mi pój­dziesz, tam tyl­ko wię­cej bzdur13.

Nie wszy­scy jej boha­te­ro­wie to spo­łecz­ne wyrzut­ki. Opo­wia­da­nie Chło­piec pla­żo­wy roz­po­czy­na się od roz­mo­wy czwor­ga nowo­jor­czy­ków z kla­sy śred­niej, jed­na z par opo­wia­da przy kola­cji o waka­cjach na egzo­tycz­nej wyspie, z któ­rych wła­śnie wró­ci­li. Roz­mo­wa jest banal­na, peł­na uprze­dzeń i ste­reo­ty­pów. Pod­czas lek­tu­ry może­my mieć wra­że­nie, że te opo­wia­da­nia stwo­rzy­ła mrocz­na kró­lo­wa mizan­tro­pii. W jej pro­zie, mimo jej mizan­tro­pij­ne­go ostrza, nie ma jed­nak nie­na­wi­ści do ludz­ko­ści. Są odwa­ga i cie­ka­wość w przy­glą­da­niu się brzyd­kim i odstrę­cza­ją­cym zaka­mar­kom ludz­kiej duszy. Nar­ra­tor­ka opo­wia­da­nia zaty­tu­ło­wa­ne­go Lep­sze miej­sce – mała dziew­czyn­ka – czu­je, że uro­dzi­ła się na Zie­mi przez pomył­kę i tak napraw­dę pocho­dzi skąd­inąd:

Nie wiem, co to za miej­sce. Ale na pew­no nie ma go tu, na Zie­mi, z wami głup­ka­mi. Chcia­ła­bym je poznać, wca­le nie dla­te­go, że faj­nie było­by o nim opo­wie­dzieć – po pro­stu bar­dzo do nie­go tęsk­nię. Gdy­bym wie­dzia­ła, co to za miej­sce, być może mogła­bym urzą­dzić sobie coś podob­ne­go tutaj, na Zie­mi14.

Mosh­fegh poka­zu­je nam nasze nie­do­pa­so­wa­nie i kłam­stwa, któ­re czę­sto przed sobą ukry­wa­my, zmu­sza do pozby­cia się złu­dzeń, i jest to nie­przy­jem­na dez­i­lu­zja. Nie mora­li­zu­je, nie skre­śla zalud­nia­ją­cych jej twór­czość anty­pa­tycz­nych boha­te­rów, wręcz prze­ciw­nie – patrzy na nich z pew­ną czu­ło­ścią. Uświa­do­mie­nie sobie, że wszy­scy bywa­my samo­lub­ni, nie­czu­li i samot­ni, wszy­scy jeste­śmy mniej lub bar­dziej dziw­ni i zdez­o­rien­to­wa­ni, może przy­nieść wyzwo­le­nie, a na pew­no poma­ga obni­żyć ocze­ki­wa­nia wobec życia. Czy to nie wyzwa­la­ją­ce móc usły­szeć głos kogoś igno­ro­wa­ne­go przez spo­łe­czeń­stwo? Wstyd, dys­kom­fort i opór, któ­re odczu­wa­my wobec takich boha­te­rów, mówi dużo o nas, o tym, co przed sobą ukry­wa­my – mówi­ła pisar­ka na łamach „The Guar­dian” w przy­wo­ły­wa­nej już roz­mo­wie. Na zarzu­ty, że epa­tu­je obrzy­dli­wo­ścią i ma fik­sa­cję na punk­cie cia­ła, odpo­wia­da, że odra­za i obrzy­dze­nie, któ­re wywo­łu­ją w nas pew­ne zacho­wa­nia czy sytu­acje, wyda­ją jej się wyjąt­ko­wo inte­re­su­ją­ce. War­to czy­tać Mosh­fegh mię­dzy inny­mi po to, żeby poczuć odra­zę i obrzy­dze­nie, a potem zasta­no­wić się, dla­cze­go jej pro­za spra­wia, że czu­je­my dys­kom­fort.

Autor­ka nie ukry­wa, że w swo­ich książ­kach czę­sto opi­su­je sytu­acje i sta­ny, któ­rych doświad­czy­ła w życiu. Tra­ci­ła naj­bliż­szych (z powo­du przedaw­ko­wa­nia zmarł jej młod­szy brat, samo­bój­stwo popeł­ni­ła jej men­tor­ka i przy­ja­ciół­ka Jean Ste­in), wal­czy­ła z depre­sją, ano­rek­sją i alko­ho­li­zmem, kła­ma­ła tera­peu­tom i nad­uży­wa­ła leków. W tek­ście dla „The Pain­ter on the Stre­et” z 2021 roku opi­sa­ła samą sie­bie sprzed lat, gdy jako dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia dziew­czy­na spa­ce­ro­wa­ła z mat­ką po uli­cach Nowe­go Jor­ku dzień przed ata­kiem na World Tra­de Cen­ter:

Nie wyglą­da­łam tak nie­chluj­nie i smut­no, jak się czu­łam. Wyglą­da­łam napraw­dę mło­do, smut­no i uro­czo, tak mi się wyda­wa­ło. Może dla­te­go, pomi­mo okrop­no­ści, któ­re opi­sy­wa­łam, nikt nie rozu­miał, jak bar­dzo cier­pia­łam15.

Książ­kę, w któ­rej lite­rac­ko prze­two­rzy­ła ten trud­ny moment swo­je­go życia, zaty­tu­ło­wa­ła iro­nicz­nie Mój rok relak­su i odpo­czyn­ku. Jej boha­ter­ka – bez­i­mien­na mło­da, ład­na i zamoż­na nowo­jor­czan­ka, jest nie­szczę­śli­wa i wymy­śla plan, jak pozbyć się nie­zno­śne­go smut­ku. Nie mia­ła dobrych rela­cji z rodzi­ca­mi, któ­rzy wycho­wa­li ją bez miło­ści, a potem umar­li. Zosta­wi­li cór­ce wpraw­dzie spa­dek, ale to nie­zbyt ją pocie­sza. Dziew­czy­na posta­na­wia prze­spać smu­tek i obu­dzić się dopie­ro, gdy poczu­je się lepiej i nabie­rze sił na dal­sze życie. Obmy­śla plan i orga­ni­zu­je wszyst­ko tak, aby móc spać mie­sią­ca­mi w swo­im miesz­ka­niu. W krót­kich momen­tach przy­tom­no­ści jest pod­ła dla przy­ja­ciół­ki, wyłu­dza leki od szem­ra­nej psy­chia­try, oglą­da fil­my z Who­opi Gold­berg i je piz­zę przy­nie­sio­ną przez arty­stę Pin­ga Xie­go, któ­ry w zamian za dostar­cza­nie jej nie­zbęd­nych do życia rze­czy fil­mu­je ją pod­czas snu do swo­je­go pre­ten­sjo­nal­ne­go pro­jek­tu. Gdy dziew­czy­na budzi się po wie­lu tygo­dniach letar­gu, oka­zu­je się, że sen podzia­łał – czu­je się jak „nowo naro­dzo­ne zwie­rzę”. Kil­ka mie­się­cy póź­niej samo­lo­ty ude­rza­ją w World Tra­de Cen­ter i zna­ny świat się koń­czy.

Okładka książki Ottessy Moshfegh pod tytułem „Mój rok relaksu i odpoczynku”.
Ottessa Moshfegh, „Mój rok relaksu i odpoczynku”, tłum. Ł. Buchalski, wyd. 2, Warszawa: Wydawnictwo Pauza, 2025.

Mniej wię­cej w tym samym cza­sie, gdy Mosh­fegh opu­bli­ko­wa­ła tę książ­kę, ame­ry­kań­ska artyst­ka Audrey Wol­len wymy­śli­ła Teo­rię Smut­nej Dziew­czy­ny. Teo­ria ta zro­dzi­ła się mię­dzy inny­mi ze sprze­ci­wu wobec libe­ral­ne­go femi­ni­zmu, któ­ry – w naj­więk­szym skró­cie – gło­sił, że kobie­ta może wszyst­ko. Według Wol­len dziew­czyń­ski smu­tek, neu­ro­tycz­ność czy auto­de­struk­cyj­ne prak­ty­ki mogą być aktem opo­ru wobec patriar­chal­nej kul­tu­ry. Nie zmu­szaj­cie nas do szczę­ścia, nie wma­wiaj­cie nam, że bycie dziew­czy­ną jest super. Bycie dziew­czy­ną to życie w cią­głym poczu­ciu zagro­że­nia, to cią­głe wymy­śla­nie stra­te­gii prze­trwa­nia. Może­my być tak nie­szczę­śli­we, jak tyl­ko nam się podo­ba – gło­si­ła Wol­len i sama w mediach spo­łecz­no­ścio­wych nor­ma­li­zo­wa­ła smu­tek, lęk i poczu­cie poraż­ki. Książ­ka o bez­i­mien­nej boha­ter­ce, któ­ra mimo tego, że pozor­nie ma wszyst­ko, cze­go potrze­ba do szczę­ścia, woli mie­sią­ca­mi leżeć w pustym miesz­ka­niu odu­rzo­na leka­mi, odnio­sła wiel­ki suk­ces. Czy­tel­ni­cy i czy­tel­nicz­ki iden­ty­fi­ko­wa­li się ze smut­ną śpią­cą kró­lew­ną z powie­ści. Jej eska­pizm i ból były inte­re­su­ją­ce, uzna­no, że powieść dobrze odda­je doświad­cze­nie cza­su pan­de­mii i lock­dow­nu, w któ­rym więk­szość z nas czu­ła się niczym we śnie. Książ­kę inter­pre­to­wa­no jako przy­kład femi­ni­zmu dyso­cja­cyj­ne­go, któ­ry opi­su­je stan apa­tii i dystan­su wobec nie­po­wo­dzeń głów­nych nur­tów współ­cze­sne­go femi­ni­zmu. Mosh­fegh raz mówi, że wszyst­ko, co pisze, jest femi­ni­stycz­ne, innym razem odże­gnu­je się od jakie­go­kol­wiek zaszu­flad­ko­wa­nia. Mimo że zacie­kle wal­czy o pra­wo do osob­no­ści, nie uda­ło jej się tego zaszu­flad­ko­wa­nia unik­nąć. Uro­dzo­na w 1981 roku pisar­ka zosta­ła obwo­ła­na gło­sem poko­le­nia mil­le­nial­sów. Gło­sem tego poko­le­nia są tak­że pisar­ka Sal­ly Rooney oraz sce­na­rzyst­ki i aktor­ki Lena Dun­ham i Pho­ebe Wal­ler-Brid­ge. Ich twór­czość łączy cha­rak­te­ry­stycz­ny typ boha­ter­ki, nazwa­nej mes­sy mil­len­nial woman – pogu­bio­nej kobie­ty z poko­le­nia mil­le­nial­sów – bia­łej, inte­li­gent­nej, atrak­cyj­nej hete­ro­sek­su­al­nej kobie­ty, któ­ra żyje od jed­nej kata­stro­fy do dru­giej. Ma nie­zdro­we nawy­ki, wikła się w tok­sycz­ne związ­ki i podej­mu­je nisko­płat­ne pra­ce, na któ­rych nie­opła­cal­ność może sobie pozwo­lić, ponie­waż z regu­ły jest zamoż­na. To boha­ter­ka, któ­ra wciąż powta­rza te same błę­dy, mar­nu­je kolej­ne szan­se i tkwi w nar­cy­stycz­no-neu­ro­tycz­nym lim­bo samo­za­do­wo­le­nia i samo­nie­na­wi­ści. Swój pro­test wobec patriar­cha­tu, swo­je smu­tek i zagu­bie­nie mani­fe­stu­je poprzez auto­de­struk­cję, wspo­ma­ga­ną alko­ho­lem, przy­pad­ko­wym sek­sem, nar­ko­ty­ka­mi, obse­syj­nym obja­da­niem się lub prze­ciw­nie, gło­dze­niem, a tak­że iro­nią. Mosh­fegh kil­ku­krot­nie wyja­śnia­ła, że Mój rok relak­su i odpo­czyn­ku został odczy­ta­ny zbyt dosłow­nie, że pisa­ła to jako saty­rę, w któ­rej trud­ny życio­wy czas zmie­ni­ła w sen­ny odlot i uciecz­kę. Boha­ter­ka tej książ­ki nie wywo­ła­ła aż tak nega­tyw­nych emo­cji, ponie­waż, ina­czej niż Eile­en, jest ład­na i boga­ta – mówi­ła pisar­ka. Wyra­ża­ła zanie­po­ko­je­nie tym, że jej książ­ka sta­ła się popu­lar­na jako „lite­ra­tu­ra smut­nych dziew­czyn”, któ­rej fan­ka­mi są zwy­kle mło­de czy­tel­nicz­ki ide­ali­zu­ją­ce depre­syj­ne, zagu­bio­ne boha­ter­ki. Na swo­im blo­gu Mosh­fegh pro­wa­dzi kącik porad lite­rac­kich, sub­skry­ben­ci new­slet­te­ra mogą zada­wać jej pyta­nia, a ona na wybra­ne z nich odpo­wia­da. Jeden z czy­tel­ni­ków chciał wie­dzieć, czy saty­ra nadal może być sku­tecz­na, gdy odbior­cy nie wie­dzą, że mają do czy­nie­nia z saty­rą – i czy nie­jed­no­znacz­ność tego rodza­ju czy­ni tę sytu­ację bar­dziej zabaw­ną czy może bar­dziej nie­bez­piecz­ną. Pisar­ka odpi­sa­ła, że saty­ra wciąż może być sku­tecz­na, nawet jeśli pozo­sta­je nie­do­strze­żo­na, ale spo­sób jej oddzia­ły­wa­nia ule­ga zmia­nie:

W tym przy­pad­ku nie cho­dzi już tyl­ko o kry­ty­kę obiek­tu saty­ry, ale o ujaw­nie­nie goto­wo­ści odbior­ców do akcep­to­wa­nia absur­du jako praw­dy. Może to być zabaw­ne w mrocz­ny, nie­kom­for­to­wy spo­sób […]16.

Sen­ny letarg, bez­wład i otę­pie­nie, któ­re świa­do­mie wybie­ra boha­ter­ka książ­ki, mają poten­cjał wyzwa­la­ją­cy, ale nie w takim sen­sie, w jakim opi­su­je to Teo­ria Smut­nej Dziew­czy­ny. Sen ma być odtrut­ką, samo­obro­ną i rege­ne­ra­cją, nie­zbęd­ną, aby odno­wić się i zdo­być siłę do funk­cjo­no­wa­nia w rze­czy­wi­sto­ści. Być może przyj­mu­ję absurd jako praw­dę, ale, mimo bez­sprzecz­nej iro­nicz­no­ści tej książ­ki, nie odczy­tu­ję jej saty­rycz­nie. Wyda­je mi się ona jed­no­cze­śnie zapi­sem głę­bo­kie­go znie­chę­ce­nia, apa­tii i utra­ty chę­ci do życia oraz świa­dec­twem potęż­nej woli prze­trwa­nia.

A co do mil­le­nial­sów – Ottes­sa Mosh­fegh pasu­je do cha­rak­te­ry­sty­ki mes­sy mil­len­nial woman, nie ukry­wa swo­je­go uprzy­wi­le­jo­wa­nia, swo­ich uza­leż­nień, ale tak­że trud­no­ści, z jaki­mi wią­za­ło się dla niej dora­sta­nie w rodzi­nie emi­gran­tów. Nie­dłu­go po czter­dzie­stych uro­dzi­nach (i pięć lat po wyda­niu Moje­go roku relak­su i odpo­czyn­ku) Mosh­fegh opu­bli­ko­wa­ła tekst o tym, dla­cze­go pale­nie papie­ro­sów sprzy­ja nie­do­ra­sta­niu i cze­mu w koń­cu rzu­ci­ła pale­nie. Przy­po­mi­nam: jej dzie­ciń­stwo pach­nia­ło dymem, pierw­szy raz spró­bo­wa­ła się zacią­gnąć w wie­ku dzie­wię­ciu lat. „Pali­łam, jeż­dżąc noca­mi na rowe­rze, bez uży­cia rąk i z zamknię­ty­mi ocza­mi. To była wol­ność”17. Wie­lu z nas ma podob­ne wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Mosh­fegh była dziew­czyn­ką nad wyraz doj­rza­łą i spię­tą. Czy moż­na mnie za to winić? – zasta­na­wia się. Jak więk­szo­ści ludzi ze swo­je­go poko­le­nia zma­ga­ła się ideą świe­tla­nej przy­szło­ści, któ­ra jed­nak nie nade­szła. W tek­ście wspo­mi­na, że atmos­fe­rę jej mło­do­ści odda­wa­ła pio­sen­ka Prince’a zaty­tu­ło­wa­na 1999, któ­rej refren brzmi tak: „Mówią 2000, zero, zero, impre­za się skoń­czy­ła. Ups, czas się koń­czy. Koń­czy nam się czas. Więc dziś wie­czo­rem będę impre­zo­wać jak w 1999 roku” (They say 2000, zero, zero, par­ty over, Oops, out of time, We’re run­nin’ out­ta time, So toni­ght, toni­ght I’m gon­na par­ty like it’s 1999). Poczu­cie, że będziesz żyć wiecz­nie i że zaraz umrzesz, ucie­ka­nie w przy­jem­no­ści, któ­re dłu­go­ter­mi­no­wo wykań­cza­ją, masko­wa­nie nie­po­ko­ju byciem cool, wszech­obec­na iro­nia – to zna­ki roz­po­znaw­cze tego poko­le­nia. Ottes­sa prze­sta­ła robić sobie prze­rwę od dora­sta­nia, ponie­waż nie chcia­ła już być nie­śmier­tel­na:

Przy­pusz­czam, że na tym pole­ga doro­słość: kie­dy to, co dziw­ne i nie­roz­sąd­ne w two­jej oso­bo­wo­ści, znaj­du­je swo­je miej­sce w świe­cie powszech­nych idei, prze­sta­jesz być dziec­kiem18.

Boha­ter­ką kolej­nej, opu­bli­ko­wa­nej w 2020 roku, powie­ści Mosh­feg Śmierć w jej dło­niach jest sie­dem­dzie­się­cio­dwu­let­nia Vesta, któ­ra po śmier­ci apo­dyk­tycz­ne­go męża paku­je się i prze­pro­wa­dza na dru­gi koniec kra­ju. Kupu­je sta­rą drew­nia­ną cha­tę nad jezio­rem w nie­wiel­kim, sen­nym mia­stecz­ku, a za towa­rzy­sza ma jedy­nie uko­cha­ne­go psa Char­lie­go. Pew­ne­go dnia pod­czas spa­ce­ru w lesie znaj­du­je kart­kę, a na niej kil­ka tajem­ni­czych zdań:

Mia­ła na imię Mag­da. Nikt nigdy się nie dowie, kto ją zabił. Nie ja. Tu spo­czy­wa­ją jej zwło­ki19.

Okładka książki Ottessy Moshfegh pod tytułem „Śmierć w jej dłoniach”.
Ottessa Moshfegh, „Śmierć w jej dłoniach”, tłum. T. Tyszowiecka, Warszawa: Wydawnictwo Pauza, 2025.

Od tej chwi­li obse­syj­nie myśli o Mag­dzie i roz­po­czy­na śledz­two, któ­re ma dopro­wa­dzić ją do roz­wią­za­nia zagad­ki życia i śmier­ci dziew­czy­ny. Towa­rzy­szy­my Veście w jej poszu­ki­wa­niach, słu­cha­my jej mono­lo­gów i obser­wu­je­my, jak coraz bar­dziej sta­cza się w sza­leń­stwo. To powieść o samot­no­ści i o odzy­ski­wa­niu wła­sne­go gło­su. Vesta to sza­lo­na detek­tyw­ka, ale rów­nież pisar­ka, któ­ra na naszych oczach ukła­da wła­sną kry­mi­nal­ną histo­rię. Samot­ność to epi­de­mia naszych cza­sów, pisa­nie to samot­ni­cze zaję­cie, lęki i stra­chy czę­ściej niż w ciem­nym lesie skry­wa­ją się w nas samych. Atmos­fe­ra tej książ­ki przy­po­mnia­ła mi o innej opo­wie­ści z dresz­czy­kiem. Cho­dzi o książ­kę Henry’ego Jame­sa Dokrę­ca­nie śru­by, któ­rej boha­ter­ka – mło­da guwer­nant­ka – stop­nio­wo popa­da w sza­leń­stwo, pró­bu­jąc roz­wią­zać zagad­kę tajem­ni­czych wyda­rzeń w domu swo­je­go pra­co­daw­cy. Pod płasz­czy­kiem gotyc­kiej powie­ści gro­zy James zawarł w niej roz­wa­ża­nia o natu­rze ludz­kiej per­cep­cji i pułap­kach, jakie zasta­wia na nas nasz wła­sny umysł.  Auto­ro­wi Dokrę­ca­nia śru­by nie cho­dzi­ło o roz­wią­za­nie tajem­ni­cy, ale o wpra­wie­nie czy­tel­ni­ków w kon­ster­na­cję. Vesta (podob­nie jak bez­i­mien­na guwer­nant­ka w powie­ści Jame­sa) nie jest nie­pew­na i zagu­bio­na, wręcz prze­ciw­nie – wyka­zu­je siłę i deter­mi­na­cję w dąże­niu do odkry­cia praw­dy. Roz­cza­ro­wa­na życiem i żąd­na przy­gód kobie­ta zaczy­na wymy­ślać wła­sną histo­rię i stwa­rzać świat na swo­ich zasa­dach. W sza­leń­stwie Vesty jest posmak wyzwo­le­nia, któ­re Mosh­fegh zapew­ne upa­tru­je w doj­rza­ło­ści. Sta­re kobie­ty w twór­czo­ści pisar­ki to wiedź­my, uzdro­wi­ciel­ki, wariat­ki, opie­kun­ki, isto­ty egzy­stu­ją­ce na mar­gi­ne­sie spo­łe­czeń­stwa i wol­ne. We wspo­mnia­nym opo­wia­da­niu Lep­sze miej­sce boha­ter­ka fan­ta­zju­je, że jeśli jej plan uciecz­ki się nie powie­dzie, to będzie jak sta­ra wariat­ka, któ­ra miesz­ka mię­dzy kon­te­ne­ra­mi na śmie­ci na tyłach tar­gu – jest smut­na i nie pasu­je do miej­sca, w któ­rym przy­szło jej żyć, jest brud­na i śmier­dzi, ale żyje tak, jak chce, i robi to, co jej się podo­ba, jest doro­słą kobie­tą. Napi­sa­na jesz­cze przed Eile­en i wyda­na w cza­sie pan­de­mii powieść Śmierć w jej dło­niach nie wzbu­dzi­ła tak wiel­kie­go entu­zja­zmu jak wcze­śniej­sza książ­ka Mosh­fegh. Po Moim roku relak­su i odpo­czyn­ku, któ­ry miał w sobie posmak luk­su­su i wyra­fi­no­wa­nia (w wer­sji hero­in chic), opo­wieść o star­szej kobie­cie szu­ka­ją­cej gdzieś na odlu­dziu roz­wią­za­nia zagad­ki uro­jo­nej zbrod­ni nie porwa­ła czy­tel­ni­ków. Dwa lata póź­niej pisar­ka przed­sta­wi­ła im książ­kę, któ­ra wie­lu spo­śród nich wpra­wi­ła w jesz­cze więk­szą kon­ster­na­cję.

Lapvo­na roz­gry­wa się w poło­żo­nej gdzieś we wschod­niej Euro­pie śre­dnio­wiecz­nej wio­sce. Jej głów­nym boha­te­rem jest upo­śle­dzo­ny chło­pak Marek, któ­ry w wyni­ku zawi­nio­nych i nie­za­wi­nio­nych dzia­łań znaj­du­je się na dwo­rze zdzie­cin­nia­łe­go, okrut­ne­go wład­cy, gdzie musi odgry­wać rolę jego nie­ży­we­go syna. Trud­no stre­ścić tę powieść, jej fabu­ła przy­po­mi­na film Mon­thy Pytho­na w wer­sji gore i sce­ne­rię rodem z dzieł mar­ki­za de Sade’a – boha­te­ro­wie są mal­tre­to­wa­ni, gwał­cą, mor­du­ją, cier­pią głód i nie­ustan­nie się upo­ka­rza­ją. Lapvo­na powsta­ła w cza­sie pan­de­mii jako powieść eska­pi­stycz­na. Książ­ka przy­po­mi­na strasz­ną baśń, któ­ra zaczy­na się od słów „daw­no, daw­no temu, za góra­mi, za lasa­mi…”, dużo w niej mro­ku, bru­tal­no­ści i gro­te­ski. Autor­ka znów opo­wia­da histo­rię nie­do­pa­so­wa­nych, pokie­re­szo­wa­nych out­si­de­rów, któ­rzy marzą o innym życiu lub zna­le­zie­niu się w cał­kiem innym świe­cie. Mosh­fegh do tej pory zawsze umiesz­cza­ła akcję swo­ich powie­ści w prze­szło­ści, tym razem jed­nak zde­cy­do­wa­ła, że powie­ścio­we wyda­rze­nia roze­gra­ją się dodat­ko­wo gdzieś w Euro­pie Wschod­niej. Euro­pej­skie tro­py poja­wia­ją się w twór­czo­ści Mosh­fegh regu­lar­nie. W roz­mo­wie z Jago­dą Gaw­li­czek pisar­ka mówi­ła:

Czu­ję, że muszę być tro­chę Polką. Moja mama jest Chor­wat­ką, więc to już nie tak dale­ko. Poza tym w teście DNA wyszło mi, że mój ojciec, któ­ry uro­dził się w Ira­nie, pocho­dzi od Żydów z Euro­py Wschod­niej. Coś jest na rze­czy20.

W Lapvo­nie chcia­ła ponoć stwo­rzyć świat, któ­ry był­by jesz­cze bar­dziej pokrę­co­ny niż ten, w któ­rym żyje na co dzień, a jed­no­cze­śnie miał­by w sobie jakąś magię, głę­bię i dziw­ność. Czy nie brzmi to dokład­nie jak z naszych stron? Nie­któ­rych ta odjaz­do­wa, maka­brycz­na powieść zachwy­ci­ła, inni skry­ty­ko­wa­li ją jako nie­straw­ną i ponu­rą. Mosh­fegh uwa­ża ją za naj­za­baw­niej­szą ze swo­ich ksią­żek i prze­strze­ga przed trak­to­wa­niem jej na serio. Choć sta­ra się nie czy­tać recen­zji, kry­tycz­ne­mu omó­wie­niu Lapvo­ny autor­stwa Johan­ny Tho­mas-Corr opu­bli­ko­wa­nej w bry­tyj­skim „The New Sta­te­sman” poświę­ci­ła peł­ny pasji wpis na blo­gu. Dzien­ni­kar­ka oce­ni­ła książ­kę jako nud­ną i nie­do­pra­co­wa­ną, suge­ro­wa­ła, że autor­ce zale­ży wyłącz­nie na roz­gło­sie, i napi­sa­ła, że sce­ne­ria i posta­cie powie­ści przy­po­mi­na­ją fil­mo­we­go Shre­ka i dzie­cię­cą powieść J. K. Row­ling pod tytu­łem Ika­bog. Mosh­fegh odpo­wie­dzia­ła z nie­ma­sko­wa­ną zło­ścią:

Jeśli nie jest to jesz­cze oczy­wi­ste, wolę zjeść gów­no, niż pró­bo­wać zado­wo­lić kry­ty­ków […]. Nigdy nie dba­łam o popu­lar­ność. Cięż­ko pra­co­wa­łam, trzy­ma­łam się swo­ich zasad i uda­ło mi się zara­biać na życie bez sprze­da­wa­nia się. Nie dosto­so­wy­wa­łam się do gustów mas, aby osią­gnąć zysk21.

Nie ukry­wa, że kry­ty­ka ją zabo­la­ła. Zauwa­ża nawet, że recen­zję zilu­stro­wa­no jej zdję­ciem, na któ­rym wyglą­da kosz­mar­nie.

Szcze­rość z nutą aro­gan­cji, inte­li­gent­ne poczu­cie humo­ru, a przy tym powa­ga to zna­ki fir­mo­we pisar­ki, któ­ra nie uży­wa mediów spo­łecz­no­ścio­wych, ale wyso­ko ceni sobie komu­ni­ka­cję z czy­tel­ni­ka­mi i czy­tel­nicz­ka­mi za pośred­nic­twem sub­stac­ka i new­slet­te­ra (jej blo­ga śle­dzi nie­mal sie­dem­dzie­siąt tysię­cy osób, a new­slet­ter sub­skry­bu­ją dwie­ście czter­dzie­ści trzy oso­by, w tym Miran­da July). To prze­strzeń wol­no­ści, któ­ra pozwa­la jej być jed­no­cze­śnie zna­ną autor­ką i samą sobą – tak dziw­ną i nie­per­fek­cyj­ną, jak jej się podo­ba. Po wyku­pie­niu płat­nej sub­skryp­cji moż­na uczest­ni­czyć w gru­po­wych cza­tach z pisar­ką. Z cie­ka­wo­ści wyku­pi­łam mie­sięcz­ną sub­skryp­cję i wsią­kłam w tek­sty i roz­mo­wy z Mosh­fegh na dłu­gie godzi­ny. Autor­ka z wła­ści­wą sobie bez­po­śred­nio­ścią i zaan­ga­żo­wa­niem dzie­li się z fana­mi doświad­cze­niem pisar­skim, zdra­dza, o co sama pyta ChatGPT, udo­stęp­nia nie­pu­bli­ko­wa­ne tek­sty, ska­ny szkol­nych zapi­sków i hoj­nie dzie­li się całym swo­im cudow­nie pokrę­co­nym umy­słem. Odmien­nie od wie­lu innych twór­ców z jej poko­le­nia Mosh­fegh nie patrzy w prze­szłość nostal­gicz­nie, nie podej­mu­je tak­że otwar­cie w swo­ich książ­kach tema­tów poli­tycz­nych ani spo­łecz­nie zaan­ga­żo­wa­nych. Jej dzie­ła są czę­sto odczy­ty­wa­ne femi­ni­stycz­nie, ale ona sama naj­czę­ściej odże­gnu­je się od tego rodza­ju inter­pre­ta­cji. Pod­kre­śla, że pisze, aby prze­żyć i mówić ludziom praw­dę, któ­rej nie chcą usły­szeć. W swo­ich dia­gno­zach jest bez­ce­re­mo­nial­nie szcze­ra, ale nie okrut­na. Książ­ki wyda­je czę­sto i nie zamie­rza prze­stać. Uwa­ża, że lite­ra­tu­ra jest po to, aby poka­zy­wać coś nowe­go, zro­zu­mieć i zmie­niać rze­czy­wi­stość, obna­żać kłam­stwo, burzyć ilu­zję i wywra­cać sto­lik. Jest pra­co­ho­licz­ką i wie­le cza­su poświę­ca na szli­fo­wa­nie i roz­sze­rza­nie warsz­ta­tu twór­cze­go. Goto­wą powieść Eile­en uzna­ła za bez­war­to­ścio­wą, po czym prze­pi­sa­ła ją w pierw­szej oso­bie. W Lapvo­nie po raz pierw­szy uży­ła nar­ra­cji trze­cio­oso­bo­wej i przy­zna­je, że otwo­rzy­ło to przed nią moż­li­wo­ści, któ­re dalej chce zgłę­biać. Wraz z mężem pisze sce­na­riu­sze fil­mo­we i odnaj­du­je coraz więk­szą radość w two­rze­niu fabuł. Lek­kość, z jaką czy­ta się jej pro­zę, bywa zwod­ni­cza – Mosh­fegh potra­fi utrzy­mać napię­cie, stwo­rzyć atmos­fe­rę nie­po­ko­ju i zagro­że­nia, a jed­no­cze­śnie zacho­wać luz i swo­bo­dę. Kon­stru­uje prze­szy­wa­ją­ce i bły­sko­tli­we zda­nia jak­by od nie­chce­nia, kon­struk­cja jej tek­stów jest jed­nak dokład­nie prze­my­śla­na. Być może – para­dok­sal­nie – jedy­nym sła­bym punk­tem tej prze­ni­kli­wej pisar­ki jest szcze­rość. Na blo­gu przy­zna­je, że zma­ga się z tema­tem szcze­ro­ści w swo­im pisa­niu i nad­uży­wa sar­ka­zmu. Sar­kazm – od grec­kie­go sło­wa sar­ka­smós, ozna­cza­ją­ce­go zagry­za­nie warg (z wście­kło­ści), to szy­der­cza i drwią­ca odmia­na iro­nii, któ­ra nie idzie w parze ze szcze­ro­ścią. Ale twór­czość autor­ki Eile­en to połą­cze­nie sprzecz­no­ści – dziw­no­ści, ducho­wo­ści, iro­nii, powa­gi, zło­śli­wo­ści i czu­ło­ści, inten­syw­no­ści i mara­zmu. Fan­ta­stycz­nie było­by prze­czy­tać opo­wieść Mosh­fegh o pogma­twa­nych losach jej wła­snej rodzi­ny. Podob­no od cza­su do cza­su myśli o napi­sa­niu tego rodza­ju tek­stu, ale na razie nie jest na to goto­wa.

 

Mate­ria­ły wyko­rzy­sta­ne przez autor­kę:

O. Mosh­fegh, Eile­en, tłum. T. Tyszo­wiec­ka, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Pau­za, 2024.

O. Mosh­fegh, Lapvo­na, tłum. T. Tyszo­wiec­ka, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Pau­za, 2023.

O. Mosh­fegh, Mój rok relak­su i odpo­czyn­ku, tłum. Ł. Buchal­ski, wyd. 2, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Pau­za, 2025.

O. Mosh­fegh, Śmierć w jej dło­niach, tłum. T. Tyszo­wiec­ka, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Pau­za, 2025.

O. Mosh­fegh, Tęsk­no­ta za innym świa­tem, tłum. Ł. Buchal­ski, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Pau­za, 2021.

O. Mosh­fegh, A Mil­len­nial Looks At 40, „Esqu­ire”, onli­ne: https://www.esquire.com/lifestyle/a44139270/millennial-turning-40/ [dostęp: 23.12.2025].

O. Mosh­fegh, By the Book, „The New York Times”, onli­ne: https://www.nytimes.com/2018/06/28/books/review/ottessa-moshfegh-by-the-book.html [dostęp: 23.12.2025].

O. Mosh­fegh, Eile­en Star­ted Out As a Joke – Also I’m Bro­ke, Also I Want To Be Famo­us, rozm. przepr. P. Laity, „The Guar­dian”, onli­ne: https://www.theguardian.com/books/2016/sep/16/ottessa-moshfegh-interview-book-started-as-joke-man-booker-prize-shortlist [dostęp: 23.12.2025].

O. Mosh­fegh, „My Sad Girl” Fans Con­cern Me, rozm. przepr. C.M. Macha­do, „The Guar­dian”, onli­ne: https://www.theguardian.com/books/2022/jul/02/my-sad-girl-fans-concern-me-ottessa-moshfegh-in-conversation-with-carmen-maria-machado [dostęp: 23.12.2025].

O. Mosh­fegh, Talk-shows były moim kościo­łem, rozm. przepr. J. Gaw­li­czek, „Going. More”, onli­ne: https://goingapp.pl/more/ottessa-moshfegh-ksiazki-wywiad/ [dostęp: 23.12.2025].

O. Mosh­fegh, The Pain­ter on the Stre­et, „GQ”, onli­ne: https://www.gq.com/story/ottessa-moshfegh‑9–11-essay [dostęp: 23.12.2025].

O. Mosh­fegh, Vani­ty Is the Ene­my, rozm. przepr. L.B. Goebel, „The Fan­zi­ne”, onli­ne: http://thefanzine.com/vanity-is-the-enemy-an-interview-with-ottessa-moshfegh/ [dostęp: 23.12.2025].

J. Tolen­ti­no, Ottes­sa Moshfegh’s Pain­ful, Fun­ny Novel of a Young Woman’s Che­mi­cal Hiber­na­tion, „The New Yor­ker”, onli­ne: https://www.newyorker.com/books/page-turner/ottessa-moshfeghs-painful-funny-novel-of-a-young-womans-chemical-hibernation [dostęp: 23.12.2025].

 

1 J. Tolen­ti­no, Ottes­sa Moshfegh’s Pain­ful, Fun­ny Novel of a Young Woman’s Che­mi­cal Hiber­na­tion, „The New Yor­ker, onli­ne: https://www.newyorker.com/books/page-turner/ottessa-moshfeghs-painful-funny-novel-of-a-young-womans-chemical-hibernation [dostęp: 23.12.2025].

2 O. Mosh­fegh, The Best Is Yet To Come…, „It’s Ottes­sa, Bitch”, 19.10.2025.

3 Taż, Vani­ty Is the Ene­my, rozm. przepr. L. Goebel, „The Fan­zi­ne”, onli­ne: http://thefanzine.com/vanity-is-the-enemy-an-interview-with-ottessa-moshfegh/ [dostęp: 23.12.2025].

4 Taż, Eile­en, tłum. T. Tyszo­wiec­ka, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Pau­za, 2024, s. 6.

5 Tam­że, s. 54.

6 Tam­że, s. 115.

7Tam­że, s. 125.

8 O. Mosh­fegh, Eile­en Star­ted Out As a Joke – Also I’m Bro­ke, Also I Want To Be Famo­us, rozm. przepr. P. Laity, „The Guar­dian”, onli­ne: https://www.theguardian.com/books/2016/sep/16/ottessa-moshfegh-interview-book-started-as-joke-man-booker-prize-shortlist [dostęp: 23.12.2025].

9 Taż, Tęsk­no­ta za innym świa­tem, tłum. Ł. Buchal­ski, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Pau­za, 2021, s. 44.

10 Tam­że, s. 11.

11 Tam­że, s. 137.

12 Tam­że, s. 276.

13 Tam­że, s. 281.

14 Tam­że, s. 277.

15 O. Mosh­fegh, The Pain­ter on the Stre­et, „GQ”, onli­ne: https://www.gq.com/story/ottessa-moshfegh‑9–11-essay [dostęp: 23.12.2025].

16 Taż, WRITING ADVICE #17. *SATIRE*, „It’s Ottes­sa, Bitch”, 12.06.2025.

17 Taż, A Mil­len­nial Looks At 40, „Esqu­ire”, onli­ne: https://www.esquire.com/lifestyle/a44139270/millennial-turning-40/ [dostęp: 23.12.2025].

18 Tam­że.

19 O. Mosh­fegh, Śmierć w jej dło­niach, tłum. T. Tyszo­wiec­ka, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Pau­za, 2025, s. 5.

20 Taż, Talk-shows były moim kościo­łem, rozm. przepr. J. Gaw­li­czek, „Going. More”, onli­ne: https://goingapp.pl/more/ottessa-moshfegh-ksiazki-wywiad/ [dostęp: 23.12.2025].

21 Taż, WRITING ADVICE #16: THE CRITICS, „It’s Ottes­sa, Bitch”, 13.05.2025.

– pisarka, kulturoznawczyni.

więcej →

Fallback Avatar

– amerykańska pisarka.

więcej →

Powiązane teksty

19.01.2026
Szkice

Z plastikowej Wenus na cyfrowe wydmy Regis III. Adaptacje i gradaptacje beletrystyki Lema

Przed przystąpieniem do analizy gradaptacji dzieła Lema warto zauważyć, że także inni, współcześni mu klasycy literackiej SF nie zawsze mogli liczyć na udane adaptacje swoich fabuł do formuły gry wideo – o teatralnych, filmowych i komputerowych realizacjach twórczości Stanisława Lema piszą Natalia Kańduła, Szymon Piotr Kukulak i Jakub Gomułka.

13.01.2026
Recenzje

W gorsecie z emocji. Zespalanie światów według Maxa Blechera

Wierzę, że spotkanie z prozą Blechera pozostawia w nas głęboki ślad, dotykając naszych największych atawistycznych lęków – tych związanych z chorobą, samotnością, śmiercią. Równocześnie skłania nas do refleksji nad tym, jak korzystać z życia i mimo wszystko dążyć do względnego dobrostanu – o Dziełach zebranych Maxa Belchera pisze Olga Bartosiewicz-Nikolaev.