Odbijanie Rudego

Zacznij­my od Paw­ła i Mar­ty. Pozna­li się na wykła­dach, lubi­li ze sobą roz­ma­wiać. Od razu sta­ło się zwy­cza­jem, że wie­czo­ry spę­dza­ją wspól­nie – albo na uli­cy, albo u Mar­ty, cza­sem u ich kole­żan­ki. Czu­li się szczę­śli­wi, odkry­wa­jąc, że mają podob­ne zain­te­re­so­wa­nia. Kwie­cień i maj to począ­tek praw­dzi­we­go przy­wią­za­nia. Nie oka­zy­wa­li go sobie jed­nak od razu. Mar­ta jesz­cze nie była pew­na, czy cho­dzi o coś poważ­niej­sze­go czy tyl­ko o przej­ścio­wą sym­pa­tię.

Wspól­ne noce na Agri­co­li, nie­jed­na spę­dzo­na nad kre­ślo­ny­mi przez Paw­ła arku­sza­mi – to coraz lep­sze wza­jem­ne poro­zu­mie­nie. W cza­sie dwu­dnio­wej wyciecz­ki uda­ło im się cał­kiem ode­rwać od świa­ta. Mar­ta chcia­ła, żeby Paw­ło­wi było jak naj­przy­jem­niej, a on sta­rał się o to samo dla niej.

Przez ostat­nie dni dosłow­nie się nie roz­sta­wa­li. Noc z sobo­ty na nie­dzie­lę, peł­ną zaba­wy i pla­nów pra­cy, spę­dzi­li razem. Paweł czy­tał wte­dy Flo­ria­na Zna­niec­kie­go i – jak to on – szu­kał w lek­tu­rze same­go sie­bie i ich oboj­ga. Uczył się języ­ka angiel­skie­go z upo­rem mania­ka, mimo że Mar­ta bar­dzo mu w tym prze­szka­dza­ła.

Nie­dzie­lę zno­wu spę­dzi­li razem, Paweł wraz z kole­gą odpro­wa­dził Mar­tę do domu. Mówił: „Nie mam już teraz żad­nych zmar­twień, choć­bym chciał – nie mam. Teraz Mar­ta musi się czymś mar­twić”. Wie­czo­rem jak zwy­kle do nie­go zadzwo­ni­ła. Leżał już w łóż­ku, na bosa­ka pod­szedł do tele­fo­nu, umó­wi­li się na dru­gi dzień. Ósma przed fon­tan­ną. Potem życzył Mar­cie dobrej nocy. O świ­cie dowie­dzia­ła się, że nad ranem aresz­to­wa­li Paw­ła i ojca.

Kie­dy kil­ka dni póź­niej Paweł leżał ska­to­wa­ny, umie­ra­ją­cy, Mar­ta się nim opie­ko­wa­ła. Wołał ją po prze­bu­dze­niu, kazał sia­dać przy sobie i ści­skać ser­decz­nie. Spra­wia­ło mu przy­jem­ność, gdy bra­ła go za ręce i gła­dzi­ła po gło­wie. Mówił: „Mar­ta, ach, Mar­ta… Cięż­ko mi było same­mu bez cie­bie”. Te chwi­le wyna­gra­dza­ły im wszyst­ko, bli­skość była dla nich praw­dzi­wą roz­ko­szą. Powta­rzał, że już będą szczę­śli­wi, zamiesz­ka­ją razem i poja­dą na wieś. Wresz­cie kazał jej się poło­żyć obok, objął ją za gło­wę i zasnął.

***

Powyż­szych dwa­dzie­ścia parę zdań to eks­pe­ry­ment. Spro­wo­ko­wa­ła mnie do nie­go Kor­ne­lia Sob­czak, dok­tor kul­tu­ro­znaw­stwa, autor­ka książ­ki Zoś­ka i Rudy. O miło­ści, przy­jaź­ni i Pol­sce. Sob­czak pisze: „Gdy­by takie wspo­mnie­nie pozo­sta­wi­ła o przy­ja­cie­lu kobie­ta, bio­gra­fo­wie nie mie­li­by opo­rów przed okre­śle­niem ich jako pary”1. Zle­pi­łam te aka­pi­ty z cyta­tów i para­fraz pamięt­ni­ka Tade­usza Zawadz­kie­go, czy­li „Zoś­ki”, w któ­rych opi­su­je on swo­ją rela­cję z Janem Byt­na­rem, „Rudym”2. Dwóch chło­pa­ków zamie­ni­łam przy tym na chłop­ca i dziew­czy­nę.

I coś jest na rze­czy – przy­naj­mniej według mnie.

Nie pamię­tam, czy podob­nie jak dwu­na­sto­let­nia Sob­czak rycza­łam, pochła­nia­jąc kolej­ne stro­ny Kamie­ni na sza­niec Alek­san­dra Kamiń­skie­go. Zapa­mię­ta­łam za to swo­je dzie­cię­ce zdzi­wie­nie, gdy książ­kę czy­ta­ło moje star­sze rodzeń­stwo (o lek­tu­rach w domu się gada­ło, bo mama uczy­ła pol­skie­go): jak to, Zoś­ka to chło­pak? Wyja­śnio­no mi wów­czas: oj, wiel­kie rze­czy, takie dostał prze­zwi­sko.

Potem już na wła­sną rękę mogłam się dowie­dzieć, że nie bra­ko­wa­ło mu wdzię­ku; uro­dę, uśmiech i ruchy miał raczej dziew­czę­ce, wyda­wał się powścią­gli­wy, deli­kat­ny i łagod­ny, jak­by tro­chę nie­śmia­ły, choć w rze­czy­wi­sto­ści cie­szył się auto­ry­te­tem. Poza tym trzy­mał się na ubo­czu. Naj­ser­decz­niej przy­jaź­nił się z mamą. Swo­je sekre­ty zapi­sy­wał w pamięt­ni­ku.

Wte­dy to po pro­stu przy­ję­łam, nie­wie­le wie­dzia­łam o świe­cie. Dziś – nie roz­strzy­ga­jąc nicze­go – widzę, jak bar­dzo ten opis pasu­je do wie­lu zna­nych mi gejów.

Sob­czak też nicze­go nie roz­strzy­ga, bo nie było­by to fair. Jed­no­znacz­nych infor­ma­cji o orien­ta­cji sek­su­al­nej dwóch dziel­nych har­ce­rzy, któ­rzy sta­li się boha­te­ra­mi naro­du cie­mię­żo­ne­go przez oku­pan­ta, nie ma i raczej nie będzie, dla­te­go wła­śnie jest pole do bit­ki. Przy­po­mnij­my naj­pierw afe­rę numer jeden. Dr Elż­bie­ta Janic­ka z PAN: „Kamie­nie na sza­niec”, czy­li mit doma­ga się ana­li­zy. Posta­cie zasty­głe w dys­kur­sie homo­fo­bicz­nym – taki tytuł nosi­ła depe­sza Pol­skiej Agen­cji Pra­so­wej z 2013 roku.

To dość dłu­gi, dają­cy do myśle­nia arty­kuł, zło­żo­ny przede wszyst­kim z wypo­wie­dzi badacz­ki, z któ­rą roz­ma­wia­ła Aga­ta Szwe­do­wicz (w cało­ści wciąż do prze­czy­ta­nia na przy­kład na Dzieje.pl). Elż­bie­ta Janic­ka zwra­ca w nim uwa­gę na sze­reg zwią­za­nych z lek­tu­rą szkol­ną wąt­ków, któ­re war­to by dziś na nowo prze­dys­ku­to­wać. Ale z zain­te­re­so­wa­niem spo­tka­ły się tyl­ko te sło­wa, w któ­rych dopa­trzo­no się suge­stii, że Zoś­ka i Rudy mogli być geja­mi (Janic­ka dosłow­nie tak tego nie sfor­mu­ło­wa­ła).

W kolej­nych tygo­dniach Pol­ską Aka­de­mię Nauk zala­ły listy pro­te­sta­cyj­ne, w więk­szo­ści takiej samej tre­ści, ponie­waż śro­do­wi­ska skraj­nie pra­wi­co­we przy­go­to­wa­ły obu­rzo­nym goto­wiec. „Fron­da” grzmia­ła o kra­dzie­ży boha­te­rów (jak się oka­za­ło, byli jej wła­sno­ścią), pada­ły sło­wa „dewia­cja” i „oplu­wa­nie”, szu­ka­no świad­ków, bro­nio­no ojczy­zny, Bóg też oczy­wi­ście został w to wmie­sza­ny. Jak­by noży­ce zaczę­ły gwał­tow­nie wrzesz­czeć po led­wie deli­kat­nym opu­ka­niu sto­łu.

Książ­ka Zoś­ka i rudy…, któ­ra podej­mu­je nie tyl­ko ten, ale też inne poru­szo­ne przez Janic­ką wąt­ki (o czym dalej), uka­zu­je się trzy­na­ście lat po wspo­mnia­nym trzę­sie­niu podwór­ka. Pre­mie­rę mia­ła jesz­cze w lutym – obroń­cy pol­sko­ści tym razem zaspa­li.

Gdy w poło­wie mar­ca zaj­rza­łam na pro­fil Zoś­ki i Rude­go… w popu­lar­nym ser­wi­sie LubimyCzytac.pl, książ­ka mia­ła jesz­cze sto­sun­ko­wo wyso­ką oce­nę i zale­d­wie trzy recen­zje. Zma­so­wa­ny atak nastą­pił 7 kwiet­nia. Nagle kil­ka­dzie­siąt osób dało jej jed­ną gwiazd­kę na dzie­sięć, wysy­pa­ły się opi­nie (nie­rzad­ko z pustych kont) typu: „Cięż­ko uwie­żyć [tak w ory­gi­na­le – M.I.N.], że takie ksiąz­ki powsta­ją”, „Czy napraw­dę nie ma dla Pani żad­nych świę­to­ści? Pani powin­na się udać do spe­cja­li­sty by leczyć swo­je uro­je­nia”, „Nie dzi­wię się hitle­row­com że pali­li książ­ki”, „Stek bzdur wyssa­nych z tęczo­we­go pal­ca”, „Dobry papier. Przy­da się jak pod­czas kolej­nej pan­de­mi [to też z ory­gi­na­łu – M.I.N.] zabrak­nie toa­le­to­we­go”.

Cóż takie­go się sta­ło? Wystar­czy kil­ka klik­nięć, aby dojść do kłęb­ka: tego dnia Kanał Zero opu­bli­ko­wał mate­riał Tęczo­we „Kamie­nie na sza­niec”. Queero­wa pseu­do-histo­ria. Jego autor Tomasz Wol­ny, bły­ska­jąc per­fek­cyj­nie wybie­lo­ny­mi zęba­mi, daje mistrzow­ski popis mani­pu­la­cji, rzecz jasna – pod publicz­kę. Dla obśmia­nia „gej­da­ru” autor­ki przy­wo­łu­je na przy­kład sce­nę, w któ­rej Zoś­ka trzy­ma umie­ra­ją­ce­go Rude­go za rękę (ha, ha, też mi dowód!). Ale o tym, że leże­li razem w łóż­ku, obej­mo­wa­li się i pla­no­wa­li zamiesz­kać razem, już nie wspo­mi­na. O sło­wach typu „bli­skość nasza była dla nas praw­dzi­wą roz­ko­szą” tak­że nomen omen zero.

Powo­ły­wa­nie się przez Sob­czak na intu­icyj­ny gej­dar, któ­ry pozwa­la jej jako­by wytro­pić homo­sek­su­alizm, a któ­ry nazy­wa nawet „narzę­dziem badaw­czym”3, jest rze­czy­wi­ście dosyć ryzy­kow­ne. Bo niby w jaki spo­sób zwe­ry­fi­ko­wać tak pozy­ska­ne dane? To argu­ment z kate­go­rii „wiem lepiej”, co nie­ste­ty otwie­ra zwy­kle pole do nad­użyć. Mnie jakoś nie­przy­jem­nie koja­rzy się na przy­kład z sytu­acja­mi, gdy męż­czyź­ni pró­bu­ją mi wma­wiać, że wie­dzą lepiej ode mnie, co myślę i czu­ję (z któ­rej kobie­ty nie pró­bo­wa­no nigdy zro­bić histe­rycz­ki i wariat­ki?). Bo „prze­cież widzą”. Wolę jed­nak bar­dziej mery­to­rycz­ną roz­mo­wę.

Ale klu­czo­wa rzecz nie budzi wąt­pli­wo­ści: język, jakim Zoś­ka opo­wia­da o Rudym w swo­im pamięt­ni­ku, jest języ­kiem miło­ści. „Szczę­śli­wi”, „naj­przy­jem­niej”, „bli­skość”, „przy­wią­za­nie”, „roz­kosz” – takich słów uży­wa. Pyta­niem pozo­sta­je tyl­ko, czy była to miłość bra­ter­ska, czy też roman­tycz­na. Skon­su­mo­wa­na nie zosta­ła­by naj­pew­niej nawet, gdy­by cho­dzi­ło o chłop­ca i dziew­czy­nę. Powie­dze­nie „Bez­rad­ny jak har­cerz w bur­de­lu” nie wzię­ło się z nicze­go. Po pro­stu nie te cza­sy, nie te oby­cza­je.

Utkwił mi w pamię­ci cytat z wywia­du, jakie­go udzie­li­ła Danu­ta Ros­sma­no­wa, kole­żan­ka boha­te­rów z Sza­rych Sze­re­gów, po pre­mie­rze ekra­ni­za­cji Kamie­ni na sza­niec w reży­se­rii Rober­ta Gliń­skie­go, kry­ty­ko­wa­nej mię­dzy inny­mi za nie­przy­sta­ją­ce do realiów histo­rycz­nych sce­ny ero­tycz­ne: „Jeśli seks, to po ślu­bie. Tak byli­śmy wycho­wa­ni. To jeden z powo­dów, dla któ­rych mło­dzi zawar­li spo­ro mał­żeństw w powsta­niu war­szaw­skim”4.

***

Tak napraw­dę w książ­ce Sob­czak cho­dzi według mnie o coś inne­go: o samo­dziel­ne, kry­tycz­ne myśle­nie, o podejrz­li­wość wzglę­dem wci­ska­nych nam goto­wych sche­ma­tów, bada­nie na nowo zasty­głych w paty­nie histo­rii, zada­wa­nie pytań, drą­że­nie tema­tu, sło­wem, o war­tość bra­nia pod uwa­gę, że mogło być jed­nak ina­czej. Od tego mię­dzy inny­mi powin­na być lite­ra­tu­ra, szcze­gól­nie lite­ra­tu­ra fak­tu.

Nie zamie­rzam dać się ścią­gnąć do pozio­mu Kana­łu Zero i podej­mo­wać z nim pole­mi­ki. Był­by to idio­tyzm – zwłasz­cza na por­ta­lu kry­tycz­no­li­te­rac­kim. Ana­li­za podob­nych wystą­pień i wywo­ła­nych przez nie reak­cji wyda­je mi się raczej zada­niem dla socjo­lo­gów. Zresz­tą w chwi­li, gdy piszę te sło­wa, film z bia­ło­zę­bym Wol­nym ma już ponad 170 tys. wyświe­tleń. Aby jaka­kol­wiek rze­czo­wa deba­ta była moż­li­wa, tyle samo osób musia­ło­by uważ­nie prze­czy­tać książ­kę, któ­ra liczy z przy­pi­sa­mi prze­szło 320 stron. Nie widzę na to wiel­kich szans.

W opi­sie mate­ria­łu – obok kodu raba­to­we­go na kre­aty­nę (serio) – zna­la­zło się zda­nie: „Tomek Wol­ny prze­czy­tał wypo­ci­ny pani dok­tor, żeby­ście Wy nie musie­li”. No więc sor­ry, ale jed­nak musi­cie. Choć pre­zen­ter dla nie­po­zna­ki powci­skał w swój egzem­plarz Zoś­ki i Rude­go mnó­stwo kolo­ro­wych kar­te­czek, tak napraw­dę zaj­mu­je go tyl­ko pierw­szych kil­ka­dzie­siąt stron, na doda­tek wybiór­czo. Tym­cza­sem uczu­cie, jakie połą­czy­ło boha­te­rów Kamie­ni na sza­niec, to może jed­na czwar­ta książ­ki Sob­czak. Jest w niej o wie­le wię­cej.

Na finał Wol­ny poru­szył jed­nak wątek, do któ­re­go i tak zamie­rza­łam się odnieść. Obok świę­te­go obu­rze­nia zwy­kle poja­wia­ją się tak­że reak­cje: „Nawet jeśli, to co z tego?”, „No i po co o tym pisać?”. Ten refren powra­ca regu­lar­nie, a to przy oka­zji wyda­nia Homo­bio­gra­fii Krzysz­to­fa Toma­si­ka, a to medial­nej bata­lii o dzie­lą­cą życie z kobie­tą Marię Konop­nic­ką. Sob­czak odwra­ca reto­ry­kę, pyta­jąc: sko­ro to takie nie­waż­ne, dla­cze­go o tym NIE pisać? Praw­da, że tro­chę żenu­ją­co w ogó­le odpo­wia­dać, ale jed­nak spró­bu­ję, bo naj­wy­raź­niej trze­ba.

Pisz­my więc, bo nigdy dość przy­po­mi­na­nia, że naszą histo­rię i kul­tu­rę naro­do­wą bynaj­mniej nie two­rzy­li tyl­ko hete­ro­sek­su­al­ni męż­czyź­ni, ale rów­nież oso­by, któ­re nie miesz­czą się w tych sztyw­nych, patriar­chal­nych ramach. Dzie­dzic­two Pol­ski jest też ich dzie­dzic­twem, one tak­że ten kraj budo­wa­ły i za nie­go wal­czy­ły, pań­stwo powin­no im więc gwa­ran­to­wać takie same pra­wa, a nie trak­to­wać jak oby­wa­te­li dru­giej kate­go­rii. I powin­ny się tu czuć jak w domu. Moż­li­wość iden­ty­fi­ka­cji z boha­te­ra­mi, któ­rzy są im bliż­si, niż się zda­je, wpi­su­je się też w potrze­bę bycia widzia­nym. Z kolei tych, któ­rzy spo­łecz­ność LGBTQ+ postrze­ga­ją jako „tęczo­wą zara­zę”, war­to choć pró­bo­wać uświa­da­miać, jaką rolę podob­ne oso­by ode­gra­ły w uwa­ża­nych za chwa­leb­ne wyda­rze­niach z prze­szło­ści – o ile to w ogó­le moż­li­we, bo ci ostat­ni są jed­nak zwy­kle na wypar­ciu.

Uff.

Abs­tra­hu­jąc już od wąt­ków homo­ero­tycz­nych, doce­niam każ­dą pró­bę przy­po­mnie­nia, że ludzie rzad­ko kie­dy bywa­ją sza­blo­no­wi. Nie­ustan­nie mnie zdu­mie­wa, jak zafik­so­wa­li­śmy się na szu­flad­kach, jak wci­ska­my w nie rów­nież posta­cie, któ­re niby podzi­wia­my, choć redu­ku­jąc je do pła­skich, dwu­wy­mia­ro­wych haseł oka­zu­je­my prze­cież brak sza­cun­ku dla czło­wie­ka w całej jego zło­żo­nej natu­rze, trak­tu­je­my go instru­men­tal­nie. Naj­chęt­niej oczy­wi­ście robi­my to zmar­łym – ci już nie zapro­te­stu­ją. Sob­czak pisze o mecha­ni­zmach poli­ty­ki histo­rycz­nej… Ja bym chcia­ła dorzu­cić, że nie­kie­dy dzie­je się tak też oddol­nie. Zarów­no z pra­wa, jak z lewa.

Naj­bliż­sza koszu­la cia­łu. Przez ponad trzy lata pra­co­wa­łam nad bio­gra­fią poet­ki Anny Świrsz­czyń­skiej, któ­rej wiersz Niech liczą tru­py powra­ca w mediach spo­łecz­no­ścio­wych przy oka­zji kolej­nych rocz­nic powsta­nia war­szaw­skie­go jako jed­no­znacz­ne potę­pie­nie tego zry­wu. Autor­ka, owszem, uwa­ża­ła powsta­nie za wiel­ką tra­ge­dię i kry­ty­ko­wa­ła dowód­ców, któ­rzy lek­ko sza­fo­wa­li ludz­kim życiem. Ale to wszyst­ko nie jest aż tak pro­ste. Mówiąc o nim, uży­wa­ła tak­że słów „hero­izm” i „boha­ter­stwo”, na doda­tek w cza­sie oku­pa­cji publi­ko­wa­ła w pod­ziem­nym piśmie Kon­fe­de­ra­cji Naro­du, a w jej wier­szach z tam­te­go okre­su moż­na zna­leźć apo­te­ozę śmier­ci za ojczy­znę: „Lecz cho­ciaż wie­lu zgi­nie, / może ja, może ty, / nie zgi­nie naród”5 (wię­cej o tym do prze­czy­ta­nia jesie­nią, gdy rzecz się uka­że).

Nie powiem tutaj nic ory­gi­nal­ne­go: pola­ry­za­cja Pol­ski się­gnę­ła absur­du. Mało kogo już obcho­dzi praw­da, liczy się podział na naszych i nie-naszych. Gdy ktoś pró­bu­je skom­pli­ko­wać obraz, zaraz mowa o „zawłasz­cza­niu”, „kra­dzie­ży”, „odbi­ja­niu”, względ­nie „syme­try­zmie”. Tym­cza­sem obraz na ogół sam w sobie nie jest czar­no-bia­ły. Cho­dzi o to, by to dostrzec. Myśleć.

Okładka książki Kornelii Sobczak pod tytułem „Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce”.
Kornelia Sobczak, „Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce”, Warszawa: Krytyka Polityczna 2026.

***

Świat przed­sta­wio­ny w Kamie­niach na sza­niec został uprosz­czo­ny, bo książ­ka mia­ła w kry­tycz­nych oko­licz­no­ściach speł­nić okre­ślo­ną rolę. Kon­tekst bywa bar­dzo waż­ny. Bez kon­tek­stu, jak wia­do­mo, fon­tan­na Mar­ce­la Ducham­pa pozo­sta­ła­by pisu­arem. To nie był czas i miej­sce na niu­an­se. Pierw­sze, pod­ziem­ne wyda­nie uka­za­ło się w lip­cu 1943 roku, a więc nie­speł­na czte­ry mie­sią­ce po śmier­ci Rude­go, któ­ry ze wzglę­dów kon­spi­ra­cyj­nych nosił w tej wer­sji jesz­cze pseu­do­nim Czar­ny. Zoś­ka został Staś­ką, a Alek – Wojt­kiem. Alek­san­der Kamiń­ski pod­pi­sał się Juliusz Górec­ki. Dwa ostat­nie roz­dzia­ły dodał po śmier­ci Zawadz­kie­go, uzu­peł­nio­na wer­sja wyszła w czerw­cu 1944 roku.

Przy­po­mnij­my, że star­szy od boha­te­rów o poko­le­nie autor nie był przed woj­ną typo­wym pisa­rzem, tyl­ko wycho­waw­cą mło­dzie­ży i harc­mi­strzem, któ­ry publi­ko­wał książ­ki popu­la­ry­zu­ją­ce meto­dy­kę zucho­wą. W cza­sie oku­pa­cji został redak­to­rem naczel­nym kon­spi­ra­cyj­ne­go „Biu­le­ty­nu Infor­ma­cyj­ne­go”, komen­dan­tem Orga­ni­za­cji Małe­go Sabo­ta­żu „Wawer”, a tak­że sze­fem Biu­ra Infor­ma­cji i Pro­pa­gan­dy Komen­dy Głów­nej AK na War­sza­wę. Jego cele wyni­ka­ły bez­po­śred­nio z jego funk­cji: wycho­wy­wać i upra­wiać pro­pa­gan­dę.

„Potwor­ność pol­skiej tra­ge­dii wrze­śnio­wej pole­ga­ła […] na kata­stro­fie psy­chicz­nej naro­du, naj­zu­peł­niej nie przy­go­to­wa­ne­go do tego, co się sta­ło”6 – zauwa­ża w Kamie­niach… I wyraź­nie bie­rze sobie to do ser­ca, chce psy­chi­kę naro­du oto­czyć opie­ką, zostać jego coachem. Pisze, by pod­nieść roda­ków na duchu, dodać im siły, wia­ry i nadziei, poka­zu­jąc, że Pol­ska nie pod­da­je się, wal­czy, ma wspa­nia­łych i pięk­nych synów. Tra­fia w popyt ide­al­nie. Książ­ka jest w pod­zie­miu roz­chwy­ty­wa­na, war­sza­wia­cy prze­pi­su­ją ją ręcz­nie, frag­men­tów uczą się na pamięć, urzą­dza­ją po miesz­ka­niach sean­se gło­śne­go czy­ta­nia. Przy­po­mi­na to rodzaj gru­po­wej tera­pii, w któ­rej lite­ra­tu­ra peł­ni rolę tek­stu moty­wa­cyj­ne­go.

Moż­na się zasta­na­wiać (Sob­czak to robi), dla­cze­go po woj­nie Kamiń­ski wpro­wa­dził tyl­ko nie­wiel­kie zmia­ny, nie uzu­peł­nił, nie posze­rzył, nie dodał świa­tło­cie­nia. Ale ja mu się aku­rat nie dzi­wię spe­cjal­nie. Wła­śnie w takiej posta­ci rzecz odnio­sła gigan­tycz­ny suk­ces, a zwy­cię­skie­go skła­du prze­cież się nie zmie­nia. Jesz­cze by prze­do­brzył, popsuł, odarł z auten­ty­zmu – tak naj­pew­niej rozu­mo­wał.

Mnie dziś przy lek­tu­rze jed­nak bolą zęby, chy­ba naj­bar­dziej, gdy odświe­żam sobie pierw­szy roz­dział, w któ­rym pozna­je­my boha­te­rów przed woj­ną. Dydak­tyzm jest tu nachal­ny, a język pro­sty jak kon­struk­cja cepa – poziom czy­tan­ki dla góra szó­stej kla­sy (ponoć czy­ta się w ósmej). Podej­rze­wam, że jeśli jacyś doj­rza­li odbior­cy nie mają podob­nie, to głów­nie przez sen­ty­ment do książ­ki z lat mło­dzień­czych.

Dalej jest nie­wie­le lepiej. Opis bestial­skie­go kato­wa­nia Byt­na­ra wstrzą­sa auten­ty­zmem, a sce­na odbi­cia go przez przy­ja­ciół ma swo­je tem­po i trzy­ma w napię­ciu, to wszyst­ko jed­nak tyl­ko kil­ka stron. Cało­ści – nie dźwi­gną. Moż­na zresz­tą powie­dzieć, że książ­ka Kamiń­skie­go jest zarów­no dobra, jak i ory­gi­nal­na, ale nie­ste­ty: to, co w niej ory­gi­nal­ne, nie jest dobre, a to, co dobre, nie jest ory­gi­nal­ne. Bo te naj­lep­sze frag­men­ty to nie tekst autor­ski, tyl­ko zre­da­go­wa­ny pamięt­nik Zoś­ki. Porów­ny­wa­łam, bez tru­du dam przy­kład.

Kamiń­ski:

Bicie trwa­ło bez ustan­ku z paro­go­dzin­ny­mi prze­rwa­mi. Bito go w trzech posta­wach: na sto­ją­co – pię­ścią po twa­rzy i gło­wie, leżą­ce­go na stoł­ku – kijem i pej­czem, oraz na pod­ło­dze, gdy mdlał – buta­mi po brzu­chu i mię­dzy nogi. Miaż­dżo­no mu rów­nież pod­ko­wa­mi butów dło­nie na kamien­nej posadz­ce, gdy leżał wyczer­pa­ny bez sił. Bicie kijem usta­ło dopie­ro wte­dy, gdy kij zła­ma­li mu na gło­wie7.

Zawadz­ki (pisa­ne dwa-trzy mie­sią­ce wcze­śniej):

Całe­mu bada­niu towa­rzy­szy­ło nie­ustan­ne bicie, zasad­ni­czo w trzech posta­wach: na sto­ją­co, po twa­rzy, gło­wie, na stoł­ku kijem, pej­czem i pię­ścią, i na leżą­co – gdy mdlał – buta­mi po brzu­chu, mię­dzy noga­mi i miaż­dżąc buta­mi dło­nie na kamien­nej pod­ło­dze. Prze­sta­no go bić kijem dopie­ro wte­dy, gdy kij zła­ma­no mu na gło­wie8.

Dziś chy­ba nazwa­li­by­śmy takie coś pla­gia­tem, ale w oku­po­wa­nej War­sza­wie waż­niej­sza od praw autor­skich była oczy­wi­ście Spra­wa. Nie­wy­klu­czo­ne zresz­tą, że Zoś­ka wyra­ził zgo­dę na wyko­rzy­sta­nie jego zapi­sków, bo pierw­szej wer­sji tek­stu dożył. Juliusz Górec­ki mógł być zbior­czym pseu­do­ni­mem obu. Nie do koń­ca podo­ba mi się jed­nak, że powo­jen­ne wyda­nia – licz­ne i wyso­ko­na­kła­do­we – mają na okład­ce tyl­ko jed­no nazwi­sko. Nota­be­ne to Zawadz­ki wymy­ślił też zaczerp­nię­ty z wier­sza Juliu­sza Sło­wac­kie­go tytuł Kamie­nie przez Boga rzu­ca­ne na sza­niec, Kamiń­ski go tyl­ko skró­cił.

Boha­te­ro­wie tej książ­ki są bez wyjąt­ku odważ­ni i szla­chet­ni, po pro­stu papie­ro­wi, wycię­ci w goto­we wzo­ry do naśla­do­wa­nia dla zuchów – pod­kre­ślo­ne zosta­je nawet, że nie piją, nie palą, nie śmie­ją się z pie­prz­nych dow­ci­pów. Roz­ma­wia­ją ze sobą w spo­sób nie­na­tu­ral­ny aż do gro­te­ski. Rudy na przy­kład wygła­sza kwe­stię: „Zoś­ka, zaj­mu­ję odmien­ne niż ty sta­no­wi­sko. Czy nie wyrzą­dzi ci to przy­kro­ści, jeśli zaata­ku­ję cię dziś na odpra­wie?”9

Od stro­ny lite­rac­kiej dzie­ło Kamiń­skie­go nie wytrzy­mu­je porów­na­nia cho­ciaż­by z Kolum­ba­mi. Rocz­nik 20 Roma­na Brat­ne­go. Tyl­ko że jego „praw­dzi­wym Pola­kom” nie wypa­da brać na sztan­da­ry, bo wia­do­mo: komu­ni­sta, par­tyj­niak, autor potę­pio­ne­go w czam­buł Roku w trum­nie o sta­nie wojen­nym.

To para­dok­sal­ne tym bar­dziej, że nie­któ­re pas­su­sy Kamie­ni… brzmią mi dzi­siaj cał­kiem, jak­by pisa­no je w dobie reali­zmu socja­li­stycz­ne­go. Już na pierw­szej stro­nie:

Na jed­nej z dziel­nic war­szaw­skich było śro­do­wi­sko mło­dzie­ży har­cer­skiej, któ­re umia­ło stwo­rzyć atmos­fe­rę i warun­ki, w jakich mło­dzież czu­ła się dobrze, pra­gnę­ła sama kształ­cić swe cha­rak­te­ry, sama sobie sta­wia­ła cele i sama czy­ni­ła wszyst­ko, co w jej mocy, by te cele osią­gać10.

Aż chcia­ło­by się dodać: na trzy­sta pro­cent nor­my. I to bynaj­mniej nie czy­sta zło­śli­wość.

Pod­czas pra­cy dla małe­go sabo­ta­żu boha­te­ro­wie doświad­cza­ją satys­fak­cji z zadań wyko­na­nych „ponad nor­mę”11 (dosłow­nie, dwa razy). Jesz­cze w dwu­dzie­sto­le­ciu jako dziel­na mło­dzież, któ­ra ma zbu­do­wać Pol­sce świe­tla­ną przy­szłość, wyra­ża­ją zado­wo­le­nie z powsta­nia nowej war­stwy wykwa­li­fi­ko­wa­nych robot­ni­ków (matu­rzy­ści, jak wia­do­mo, mogli­by gadać o tym bez koń­ca). Dalej na przy­kład Alek skła­da samo­kry­ty­kę, potem zaś przy­rze­ka pra­co­wać nad sobą, by wyzbyć się leni­stwa (to z kolei pod­czas rand­ki, też typo­we zacho­wa­nie). I tym podob­ne.

Sob­czak sko­ja­rzeń z socre­ali­zmem nie mia­ła – w koń­cu mowa tutaj tak­że o cho­dze­niu do spo­wie­dzi i nabo­żeń­stwie żałob­nym – ale rów­nież ona pisze o książ­ce Kamiń­skie­go jako o pro­jek­cie refor­ma­tor­skim. Zauwa­ża, że „jej ładu­nek pozy­tyw­ny, spo­łecz­ny jest pomi­ja­ny, zosta­ją boha­ter­skie wyczy­ny, pięk­ni boha­te­ro­wie i hero­icz­ne śmier­ci”, pod­czas gdy Rude­go, Zoś­kę i Alka inte­re­so­wa­ło nie tyl­ko umie­ra­nie za ojczy­znę, ale też los naj­uboż­szych, kry­zys miesz­ka­nio­wy, pro­ble­my szkol­nic­twa i inne. Autor­ka komen­tu­je: „Kamie­nie na sza­niecPrzed­wio­śniem, któ­re wciąż czy­ta­my jak Potop12.

Zasad­ni­czo zgo­da, to rze­czy słusz­ne i waż­ne, na czas poko­ju na pew­no pil­niej­sze. O ile jed­nak dobrze pamię­tam, przy­wo­ła­nej powie­ści Ste­fa­na Żerom­skie­go nie cechu­je aż taka naiw­ność i łopa­to­lo­gia. Nazy­wa­jąc rze­czy po imie­niu: na gra­ni­cy gra­fo­ma­nii.

***

To nie tak, że cał­kiem odrzu­cam Kamie­nie… (na sza­niec). Do dwu­na­sto- czy nawet czter­na­sto­lat­ków pew­nie nadal mają szan­sę prze­mó­wić. Mój sio­strze­niec twier­dzi, że nie zmę­czył, ale zaprzy­jaź­nio­na nauczy­ciel­ka dono­si, że nie­któ­rzy wciąż łyka­ją jak mło­de peli­ka­ny (krót­kie, strze­la­ją się i umie­ra­ją, wia­do­mo, o co cho­dzi, nie jakiś Pan Tade­usz). Książ­ka jest też cen­nym doku­men­tem źró­dło­wym, dają­cym wyobra­że­nie o tym, co czy­ta­ło się w oku­po­wa­nej War­sza­wie, na jakie tek­sty było wte­dy spo­łecz­ne zapo­trze­bo­wa­nie.

Więk­szy pro­blem dostrze­gam w czym innym. Oto pisa­na na gorą­co lite­ra­tu­ra użyt­ko­wa, w któ­rej świat celo­wo został uprosz­czo­ny, sta­ła się pod­sta­wą wie­dzy histo­rycz­nej. O akcji pod Arse­na­łem pisa­no wie­lo­krot­nie, ale to wła­śnie Kamie­nie… utrwa­li­ły jej obraz jako nie­pod­wa­żal­ne­go powo­du do chwa­ły. Tym­cza­sem jest to wyda­rze­nie, o któ­re­go oce­nę – to moje zda­nie – powin­ni­śmy się spie­rać. I to o wie­le żar­li­wiej i z więk­szym pożyt­kiem niż o orien­ta­cję sek­su­al­ną boha­te­rów.

Za naj­cen­niej­szą w książ­ce Sob­czak uwa­żam pró­bę opo­wie­dze­nia o nim jesz­cze raz – moż­li­wie naj­uczci­wiej, bez prze­mil­czeń i wznio­słych agi­tek.

Teo­re­tycz­nie uda­ło się wyko­nać zada­nie: Byt­nar został odbi­ty. Ale nie: ura­to­wa­ny. Jedy­ne, co wywal­czy­li dla nie­go towa­rzy­sze, to moż­li­wość sko­na­nia wśród bli­skich. Był już tak potwor­nie ska­to­wa­ny, że nie miał szan­sy prze­żyć. W akcji nato­miast odnie­śli śmier­tel­ne rany dwaj jego kole­dzy, a trze­cie­go poj­ma­no, bru­tal­nie prze­słu­chi­wa­no i osta­tecz­nie rów­nież zabi­to. Oprócz Rude­go uwol­nio­nych zosta­ło oko­ło dwu­dzie­stu osób, sta­ło się to jed­nak dosłow­nie „przy oka­zji”, nikt w ogó­le nie pomy­ślał o jakimś pla­nie, jak im pomóc się ewa­ku­ować. Jed­na z więź­nia­rek zgi­nę­ła w cza­sie strze­la­ni­ny, dwie inne zosta­ły ran­ne, kil­ko­ro osób – z róż­nych wzglę­dów – zgło­si­ło się z powro­tem na Pawiak.

Naza­jutrz po akcji Niem­cy roz­strze­la­li na dzie­dziń­cu wię­zie­nia stu czter­dzie­stu Pola­ków i Żydów (sic!). Były też licz­ne aresz­to­wa­nia wśród krew­nych i zna­jo­mych har­ce­rzy z Sza­rych Sze­re­gów, nie­któ­rych cięż­ko pobi­to, więk­szość tra­fi­ła do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych.

Piszę to wszyst­ko bar­dzo skró­to­wo (zachę­cam do zgłę­bie­nia tema­tu na wła­sną rękę), a i tak więk­szo­ści z tych infor­ma­cji nie znaj­dzie­my w Kamie­niach na sza­niec. W 1943 roku dowódz­two, z któ­rym Kamiń­ski ści­śle współ­pra­co­wał, potrze­bo­wa­ło jakoś usen­sow­nić tę akcję. „Nie odbi­ja­no wiel­kich przy­wód­ców Pol­ski Pod­ziem­nej, nie odbi­ja­no aresz­to­wa­ne­go nie­daw­no Dele­ga­ta Rzą­du, nie odbi­ja­no naj­więk­szych pol­skich poli­ty­ków, woj­sko­wych uczo­nych…”13 – i na odbi­cie Rude­go też by się pew­nie nie porwa­no, gdy­by nie upór zaan­ga­żo­wa­ne­go emo­cjo­nal­nie Zoś­ki. Po wszyst­kim lepiej więc było sfor­ma­to­wać prze­kaz w taki spo­sób, by cho­ciaż pod­no­sił mora­le. Oto uda­ło się, odno­si­my suk­ce­sy w wal­ce! To nie tak, że nie mamy w star­ciu z oku­pan­tem szans.

Dziś ta opo­wieść nada­je się do prze­pi­sa­nia. I nie zaszko­dzi zadać przy oka­zji tak­że paru innych pytań, na przy­kład o to, czy mały sabo­taż na pew­no był grą war­tą świecz­ki, sko­ro zerwa­nie pla­ka­tu mogło się skoń­czyć śmier­cią. Czy ci mło­dzi, prze­waż­nie dobrze wykształ­ce­ni ludzie, któ­rym wpa­ja­no w har­cer­stwie ide­ały pra­cy u pod­staw, nie przy­słu­ży­li­by się Pol­sce lepiej, poma­ga­jąc ją odbu­do­wać po woj­nie? Czy te kamie­nie przez Boga rzu­ca­ne na sza­niec to przy­pad­kiem nie były jed­nak dia­men­ty ciska­ne przez dowód­ców w bło­to?

Waż­nym i potrzeb­nym tren­dem jest rów­nież uzu­peł­nia­nie histo­rii o mar­gi­na­li­zo­wa­ne dotąd posta­cie kobiet. Kamiń­ski na przy­kład kom­plet­nie pomi­ja oso­bę Hele­ny Danie­le­wicz „Loli”, dzię­ki któ­rej uda­ło się pozy­skać klu­czo­wą infor­ma­cję, czy i kie­dy Byt­nar będzie prze­wo­żo­ny. Albo dopie­ro w przed­ostat­nim, dopi­sa­nym po śmier­ci Zoś­ki roz­dzia­le wspo­mi­na jed­nym zda­niem o aktyw­no­ści jego sio­stry: „Hania była o dwa lata star­sza od bra­ta i sie­dzia­ła rów­nież gdzieś w kon­spi­ra­cji”14. Brzmi mi to tro­chę lek­ce­wa­żą­co, choć może jestem prze­wraż­li­wio­na.

Autor nie był, jak sądzę, zło­śli­wym mizo­gi­nem. Był po pro­stu dziec­kiem swo­ich cza­sów, w któ­rych pra­ca kobiet pozo­sta­wa­ła nie­wi­dzial­na, ich rola – baga­te­li­zo­wa­na, uwa­ża­na za pomoc­ni­czą (naj­wy­żej). Pamię­tam swo­je nie­do­wie­rza­nie, gdy – pod­czas pra­cy nad bio­gra­fią Świrsz­czyń­skiej – natra­fi­łam na apel jed­nej z gaze­tek powsta­nia war­szaw­skie­go: „Kobie­ty! Weź­cie mio­tły do rąk i oczyść­cie jezd­nie i chod­ni­ki!”15. Jak­by sprzą­ta­nie nale­ża­ło wyłącz­nie do kobie­cych obo­wiąz­ków, a kobie­ty w powsta­niu nie mia­ły nic lep­sze­go do robo­ty: nie peł­ni­ły służ­by medycz­nej, nie były łącz­nicz­ka­mi i żoł­nier­ka­mi, nie bie­ga­ły wśród bom­bar­do­wań po wodę dla całe­go schro­nu.

O doce­nie­nie ich roli upo­mi­na­ła się cho­ciaż­by Wero­ni­ka Grze­bal­ska w książ­ce Płeć powsta­nia war­szaw­skie­go, a jesz­cze wcze­śniej Boże­na Urba­nek, autor­ka pra­cy Pie­lę­gniar­ki i sani­ta­riusz­ki w powsta­niu war­szaw­skim 1944 r. Dru­ga z wymie­nio­nych już w latach osiem­dzie­sią­tych wyli­cza­ła, któ­ry z zaj­mu­ją­cych się powsta­niem histo­ry­ków wspo­mniał o jej boha­ter­kach tyl­ko w przy­pi­sach, któ­ry zbył je bez­oso­bo­wym ter­mi­nem „obsłu­ga”, a któ­ry odno­to­wał jedy­nie wysi­łek kil­ku­set leka­rzy. Jak­by pra­co­wa­li sami. Tym­cza­sem tych ofiar­nych bab, któ­re z nara­że­niem życia trosz­czy­ły się o ran­nych, było praw­do­po­dob­nie oko­ło pię­ciu tysię­cy!

W przy­pad­ku książ­ki Zoś­ka i Rudy owo uzu­peł­nia­nie histo­rii wypa­dło jed­nak tro­chę nie­for­tun­nie (muszę się przy­cze­pić, choć oczy­wi­ście doce­niam, że w ogó­le jakieś jest). Jak wspo­mnia­łam, rzecz ma pod­ty­tuł O miło­ści, przy­jaź­ni i Pol­sce, co odpo­wia­da trzem z pię­ciu roz­dzia­łów, któ­re znaj­dzie­my w środ­ku. Pozo­sta­łe to O dziew­czy­nachO poli­ty­ce. Roz­dział o pomi­ja­nych kobie­tach jest więc… jed­nym z pomi­nię­tych na różo­wo-czer­wo­nej okład­ce.

Pro­szę o minu­tę ciszy.

***

Rudy tym­cza­sem wciąż jest odbi­ja­ny.

Dowo­dy na to, że Jan Byt­nar jesz­cze w latach szkol­nych nale­żał do Obo­zu Naro­do­wo Rady­kal­ne­go oce­niam jako pół­twar­de (nie ma doku­men­tów, tyl­ko kil­ka świa­dectw mówio­nych, są to wspo­mnie­nia po wie­lu, wie­lu latach, a boha­ter Kamie­ni… jest w nich zale­d­wie wymie­nia­ny w cią­gu innych nazwisk, nie peł­ni żad­nej wybi­ja­ją­cej się roli, mogło dojść do pomył­ki, pamięć bywa zawod­na), nie­mniej jakieś są, nic więc dziw­ne­go, że spad­ko­bier­cy tej faszy­stow­skiej orga­ni­za­cji wzię­li go sobie na sztan­da­ry.

W dru­giej czę­ści książ­ki Sob­czak pisze obszer­nie o anty­se­mi­ty­zmie w II RP, któ­ry dla ONR‑u był fun­da­men­tal­ną spra­wą. Autor­ka ma duży pro­blem z tym, że Rudy, ten szla­chet­ny mło­dy czło­wiek, któ­ry jako har­cerz powi­nien się prze­cież trosz­czyć o słab­szych, mógł dać się porwać zbrod­ni­czej, skraj­nie szo­wi­ni­stycz­nej, rady­kal­nie naro­do­wej ide­olo­gii. W pierw­szym odru­chu dzi­wię się, że tak się dzi­wi.

Prze­glą­da­łam nie­daw­no świet­ną – i nie­do­sta­tecz­nie według mnie zauwa­żo­ną – książ­kę Tade­usza Lubel­skie­go Hol­len­der tułacz. Jej boha­ter, poeta i saty­ryk Tade­usz Hol­len­der, był w oku­po­wa­nej War­sza­wie jed­ną z bar­dziej aktyw­nych posta­ci pod­ziem­ne­go życia lite­rac­kie­go. Zgi­nął zamor­do­wa­ny przez Niem­ców w ruinach get­ta. W doj­rza­łej twór­czo­ści ostro zwal­czał faszy­za­cję kra­ju, ape­lo­wał o pra­wa mniej­szo­ści naro­do­wych. Oka­zu­je się jed­nak, że nawet on – jako nie­u­kształ­to­wa­ny jesz­cze nasto­la­tek – dał się nie­trwa­le zain­fe­ko­wać nastro­jom anty­se­mic­kim w kra­ju. Świad­czą o tym jego sztu­bac­kie zapi­ski, któ­rych uczci­wy bio­graf nie zmil­czał (mimo, że jest z nim spo­krew­nio­ny!).

Ale pomy­śla­łam tak­że o bli­skiej mi oso­bie, któ­ra przy­zna­ła się kie­dyś, że na począt­ku szko­ły śred­niej była krót­ko kor­wi­ni­stą. Dziś to postać nie koja­rzo­na z taką opcją nawet w naj­mniej­szym stop­niu. Pomy­śla­łam, że może napi­szę: nikt się nie spo­dzie­wa, a rów­nież XY miał taki epi­zod, po pro­stu pożył dłu­żej niż Rudy i mógł zre­wi­do­wać swo­je poglą­dy. Zadzwo­ni­łam zapy­tać, czy mogę.

Reak­cja była wię­cej niż gwał­tow­na. Dosta­łam abso­lut­ny zakaz mówie­nia o tym komu­kol­wiek, co tyl­ko utwier­dzi­ło mnie w prze­ko­na­niu, że dora­sta­ją­cym chłop­com zda­rza­ją się róż­ne kon­ser­wa­tyw­ne odjaz­dy, któ­rych potem czę­sto się wsty­dzą. Koron­ny argu­ment brzmiał: ludzie w wie­ku szes­na­stu lat nie­przy­pad­ko­wo nie mają pra­wa gło­su!

Przy oka­zji poga­da­li­śmy sobie o tym, że dla mło­dych męż­czyzn przy­na­leż­ność do takich for­ma­cji bywa wła­śnie pod­świa­do­mym odru­chem obron­nym przed uta­jo­ny­mi skłon­no­ścia­mi homo­sek­su­al­ny­mi, że w dwu­dzie­sto­le­ciu znacz­nie wię­cej deter­mi­no­wa­ło wycho­wa­nie, robi­ło się róż­ne rze­czy, bo ojciec kazał i lał pasem, co nie ucho­dzi­ło za prze­moc, tyl­ko har­to­wa­nie cha­rak­te­ru, podob­nie anty­se­mi­tyzm nie wyda­wał się tak strasz­ny, bo pano­szył się po pro­stu wszę­dzie, nawet gaze­ty bez prze­szkód dru­ko­wa­ły na winie­tach ape­le, by nie kupo­wać u Żydów, co dziś prze­cież skoń­czy­ło­by się afe­rą.

Roz­łą­czy­li­śmy się syci wza­jem­ne­go pota­ki­wa­nia.

A wie­czo­rem mnie dopa­dło. Czy lek­ce­wa­żąc, że Rudy mógł nale­żeć do ONR‑u, nie zacho­wu­je­my się tro­chę jak tam­ci, któ­rzy zby­wa­ją wzru­sze­niem ramion, że mógł być gejem? Nie­przy­jem­nie mi się zro­bi­ło od tej – poten­cjal­nej, ale jed­nak – ana­lo­gii. Wola­ła­bym myśleć o sobie ina­czej. I wdzięcz­na jestem książ­ce Sob­czak, że mi ten dys­kom­fort zaser­wo­wa­ła.

 

1 K. Sob­czak, Zoś­ka i Rudy. O miło­ści, przy­jaź­ni i Pol­sce, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Kry­ty­ki Poli­tycz­nej, 2026, s. 40.

2 Zob. Rela­cja Tade­usza Zawadz­kie­go „Zoś­ki”, „Kamie­nie przez Boga rzu­ca­ne na sza­niec”, kwie­cień 1943 r. [w:] Boha­te­ro­wie „Kamie­ni na sza­niec” w świe­tle doku­men­tów, oprac. T. Strzem­bosz, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Nauko­we PWN 1994, s. 141–149.       

3 K. Sob­czak, Zoś­ka i Rudy…, s. 42.

4 D. Ros­sma­no­wa, Byłam łącz­nicz­ką „Zoś­ki”, rozm. przepr. R. Dasz­czyń­ski, „Duży For­mat” 2014, nr 12, s. 17, onli­ne: https://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,15646839,bylam-laczniczka-zoski.html [dostęp: 11.05.2026].

5 NN [Anna Świrsz­czyń­ska], Rok 1941 [w:] Pieśń nie­pod­le­gła. Poezja pol­ska cza­su woj­ny, oprac. ks. J. Robak [Cze­sław Miłosz], War­sza­wa: Ofi­cy­na Pol­ska, 1942, s. 66.

6 A. Kamiń­ski, Kamie­nie na sza­niec, Kato­wi­ce: Wydaw­nic­two Śląsk, 1982, s. 21.

7 Tam­że, s. 99.

8 Rela­cja Tade­usza Zawadz­kie­go…, s. 143.

9 A. Kamiń­ski, Kamie­nie…, s. 89.

10 Tam­że, s. 7.

11 Tam­że, s. 41–42.

12 K. Sob­czak, Zoś­ka i Rudy…, s. 16.

13 A. Kamiń­ski, Kamie­nie…, s. 102.

14 Tam­że, s. 118.

15 NN, Dbaj­my o czy­stość domu i mia­sta, „Kobie­ta na bary­ka­dach” 1944, nr 1, s. 2.

Małgorzata I. Niemczyńska, fot. ze zbiorów autorki

– pisarka, eseistka, reporterka.

więcej →

Powiązane teksty