Zacznijmy od Pawła i Marty. Poznali się na wykładach, lubili ze sobą rozmawiać. Od razu stało się zwyczajem, że wieczory spędzają wspólnie – albo na ulicy, albo u Marty, czasem u ich koleżanki. Czuli się szczęśliwi, odkrywając, że mają podobne zainteresowania. Kwiecień i maj to początek prawdziwego przywiązania. Nie okazywali go sobie jednak od razu. Marta jeszcze nie była pewna, czy chodzi o coś poważniejszego czy tylko o przejściową sympatię.
Wspólne noce na Agricoli, niejedna spędzona nad kreślonymi przez Pawła arkuszami – to coraz lepsze wzajemne porozumienie. W czasie dwudniowej wycieczki udało im się całkiem oderwać od świata. Marta chciała, żeby Pawłowi było jak najprzyjemniej, a on starał się o to samo dla niej.
Przez ostatnie dni dosłownie się nie rozstawali. Noc z soboty na niedzielę, pełną zabawy i planów pracy, spędzili razem. Paweł czytał wtedy Floriana Znanieckiego i – jak to on – szukał w lekturze samego siebie i ich obojga. Uczył się języka angielskiego z uporem maniaka, mimo że Marta bardzo mu w tym przeszkadzała.
Niedzielę znowu spędzili razem, Paweł wraz z kolegą odprowadził Martę do domu. Mówił: „Nie mam już teraz żadnych zmartwień, choćbym chciał – nie mam. Teraz Marta musi się czymś martwić”. Wieczorem jak zwykle do niego zadzwoniła. Leżał już w łóżku, na bosaka podszedł do telefonu, umówili się na drugi dzień. Ósma przed fontanną. Potem życzył Marcie dobrej nocy. O świcie dowiedziała się, że nad ranem aresztowali Pawła i ojca.
Kiedy kilka dni później Paweł leżał skatowany, umierający, Marta się nim opiekowała. Wołał ją po przebudzeniu, kazał siadać przy sobie i ściskać serdecznie. Sprawiało mu przyjemność, gdy brała go za ręce i gładziła po głowie. Mówił: „Marta, ach, Marta… Ciężko mi było samemu bez ciebie”. Te chwile wynagradzały im wszystko, bliskość była dla nich prawdziwą rozkoszą. Powtarzał, że już będą szczęśliwi, zamieszkają razem i pojadą na wieś. Wreszcie kazał jej się położyć obok, objął ją za głowę i zasnął.
***
Powyższych dwadzieścia parę zdań to eksperyment. Sprowokowała mnie do niego Kornelia Sobczak, doktor kulturoznawstwa, autorka książki Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce. Sobczak pisze: „Gdyby takie wspomnienie pozostawiła o przyjacielu kobieta, biografowie nie mieliby oporów przed określeniem ich jako pary”1. Zlepiłam te akapity z cytatów i parafraz pamiętnika Tadeusza Zawadzkiego, czyli „Zośki”, w których opisuje on swoją relację z Janem Bytnarem, „Rudym”2. Dwóch chłopaków zamieniłam przy tym na chłopca i dziewczynę.
I coś jest na rzeczy – przynajmniej według mnie.
Nie pamiętam, czy podobnie jak dwunastoletnia Sobczak ryczałam, pochłaniając kolejne strony Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego. Zapamiętałam za to swoje dziecięce zdziwienie, gdy książkę czytało moje starsze rodzeństwo (o lekturach w domu się gadało, bo mama uczyła polskiego): jak to, Zośka to chłopak? Wyjaśniono mi wówczas: oj, wielkie rzeczy, takie dostał przezwisko.
Potem już na własną rękę mogłam się dowiedzieć, że nie brakowało mu wdzięku; urodę, uśmiech i ruchy miał raczej dziewczęce, wydawał się powściągliwy, delikatny i łagodny, jakby trochę nieśmiały, choć w rzeczywistości cieszył się autorytetem. Poza tym trzymał się na uboczu. Najserdeczniej przyjaźnił się z mamą. Swoje sekrety zapisywał w pamiętniku.
Wtedy to po prostu przyjęłam, niewiele wiedziałam o świecie. Dziś – nie rozstrzygając niczego – widzę, jak bardzo ten opis pasuje do wielu znanych mi gejów.
Sobczak też niczego nie rozstrzyga, bo nie byłoby to fair. Jednoznacznych informacji o orientacji seksualnej dwóch dzielnych harcerzy, którzy stali się bohaterami narodu ciemiężonego przez okupanta, nie ma i raczej nie będzie, dlatego właśnie jest pole do bitki. Przypomnijmy najpierw aferę numer jeden. Dr Elżbieta Janicka z PAN: „Kamienie na szaniec”, czyli mit domaga się analizy. Postacie zastygłe w dyskursie homofobicznym – taki tytuł nosiła depesza Polskiej Agencji Prasowej z 2013 roku.
To dość długi, dający do myślenia artykuł, złożony przede wszystkim z wypowiedzi badaczki, z którą rozmawiała Agata Szwedowicz (w całości wciąż do przeczytania na przykład na Dzieje.pl). Elżbieta Janicka zwraca w nim uwagę na szereg związanych z lekturą szkolną wątków, które warto by dziś na nowo przedyskutować. Ale z zainteresowaniem spotkały się tylko te słowa, w których dopatrzono się sugestii, że Zośka i Rudy mogli być gejami (Janicka dosłownie tak tego nie sformułowała).
W kolejnych tygodniach Polską Akademię Nauk zalały listy protestacyjne, w większości takiej samej treści, ponieważ środowiska skrajnie prawicowe przygotowały oburzonym gotowiec. „Fronda” grzmiała o kradzieży bohaterów (jak się okazało, byli jej własnością), padały słowa „dewiacja” i „opluwanie”, szukano świadków, broniono ojczyzny, Bóg też oczywiście został w to wmieszany. Jakby nożyce zaczęły gwałtownie wrzeszczeć po ledwie delikatnym opukaniu stołu.
Książka Zośka i rudy…, która podejmuje nie tylko ten, ale też inne poruszone przez Janicką wątki (o czym dalej), ukazuje się trzynaście lat po wspomnianym trzęsieniu podwórka. Premierę miała jeszcze w lutym – obrońcy polskości tym razem zaspali.
Gdy w połowie marca zajrzałam na profil Zośki i Rudego… w popularnym serwisie LubimyCzytac.pl, książka miała jeszcze stosunkowo wysoką ocenę i zaledwie trzy recenzje. Zmasowany atak nastąpił 7 kwietnia. Nagle kilkadziesiąt osób dało jej jedną gwiazdkę na dziesięć, wysypały się opinie (nierzadko z pustych kont) typu: „Ciężko uwieżyć [tak w oryginale – M.I.N.], że takie ksiązki powstają”, „Czy naprawdę nie ma dla Pani żadnych świętości? Pani powinna się udać do specjalisty by leczyć swoje urojenia”, „Nie dziwię się hitlerowcom że palili książki”, „Stek bzdur wyssanych z tęczowego palca”, „Dobry papier. Przyda się jak podczas kolejnej pandemi [to też z oryginału – M.I.N.] zabraknie toaletowego”.
Cóż takiego się stało? Wystarczy kilka kliknięć, aby dojść do kłębka: tego dnia Kanał Zero opublikował materiał Tęczowe „Kamienie na szaniec”. Queerowa pseudo-historia. Jego autor Tomasz Wolny, błyskając perfekcyjnie wybielonymi zębami, daje mistrzowski popis manipulacji, rzecz jasna – pod publiczkę. Dla obśmiania „gejdaru” autorki przywołuje na przykład scenę, w której Zośka trzyma umierającego Rudego za rękę (ha, ha, też mi dowód!). Ale o tym, że leżeli razem w łóżku, obejmowali się i planowali zamieszkać razem, już nie wspomina. O słowach typu „bliskość nasza była dla nas prawdziwą rozkoszą” także nomen omen zero.
Powoływanie się przez Sobczak na intuicyjny gejdar, który pozwala jej jakoby wytropić homoseksualizm, a który nazywa nawet „narzędziem badawczym”3, jest rzeczywiście dosyć ryzykowne. Bo niby w jaki sposób zweryfikować tak pozyskane dane? To argument z kategorii „wiem lepiej”, co niestety otwiera zwykle pole do nadużyć. Mnie jakoś nieprzyjemnie kojarzy się na przykład z sytuacjami, gdy mężczyźni próbują mi wmawiać, że wiedzą lepiej ode mnie, co myślę i czuję (z której kobiety nie próbowano nigdy zrobić histeryczki i wariatki?). Bo „przecież widzą”. Wolę jednak bardziej merytoryczną rozmowę.
Ale kluczowa rzecz nie budzi wątpliwości: język, jakim Zośka opowiada o Rudym w swoim pamiętniku, jest językiem miłości. „Szczęśliwi”, „najprzyjemniej”, „bliskość”, „przywiązanie”, „rozkosz” – takich słów używa. Pytaniem pozostaje tylko, czy była to miłość braterska, czy też romantyczna. Skonsumowana nie zostałaby najpewniej nawet, gdyby chodziło o chłopca i dziewczynę. Powiedzenie „Bezradny jak harcerz w burdelu” nie wzięło się z niczego. Po prostu nie te czasy, nie te obyczaje.
Utkwił mi w pamięci cytat z wywiadu, jakiego udzieliła Danuta Rossmanowa, koleżanka bohaterów z Szarych Szeregów, po premierze ekranizacji Kamieni na szaniec w reżyserii Roberta Glińskiego, krytykowanej między innymi za nieprzystające do realiów historycznych sceny erotyczne: „Jeśli seks, to po ślubie. Tak byliśmy wychowani. To jeden z powodów, dla których młodzi zawarli sporo małżeństw w powstaniu warszawskim”4.
***
Tak naprawdę w książce Sobczak chodzi według mnie o coś innego: o samodzielne, krytyczne myślenie, o podejrzliwość względem wciskanych nam gotowych schematów, badanie na nowo zastygłych w patynie historii, zadawanie pytań, drążenie tematu, słowem, o wartość brania pod uwagę, że mogło być jednak inaczej. Od tego między innymi powinna być literatura, szczególnie literatura faktu.
Nie zamierzam dać się ściągnąć do poziomu Kanału Zero i podejmować z nim polemiki. Byłby to idiotyzm – zwłaszcza na portalu krytycznoliterackim. Analiza podobnych wystąpień i wywołanych przez nie reakcji wydaje mi się raczej zadaniem dla socjologów. Zresztą w chwili, gdy piszę te słowa, film z białozębym Wolnym ma już ponad 170 tys. wyświetleń. Aby jakakolwiek rzeczowa debata była możliwa, tyle samo osób musiałoby uważnie przeczytać książkę, która liczy z przypisami przeszło 320 stron. Nie widzę na to wielkich szans.
W opisie materiału – obok kodu rabatowego na kreatynę (serio) – znalazło się zdanie: „Tomek Wolny przeczytał wypociny pani doktor, żebyście Wy nie musieli”. No więc sorry, ale jednak musicie. Choć prezenter dla niepoznaki powciskał w swój egzemplarz Zośki i Rudego mnóstwo kolorowych karteczek, tak naprawdę zajmuje go tylko pierwszych kilkadziesiąt stron, na dodatek wybiórczo. Tymczasem uczucie, jakie połączyło bohaterów Kamieni na szaniec, to może jedna czwarta książki Sobczak. Jest w niej o wiele więcej.
Na finał Wolny poruszył jednak wątek, do którego i tak zamierzałam się odnieść. Obok świętego oburzenia zwykle pojawiają się także reakcje: „Nawet jeśli, to co z tego?”, „No i po co o tym pisać?”. Ten refren powraca regularnie, a to przy okazji wydania Homobiografii Krzysztofa Tomasika, a to medialnej batalii o dzielącą życie z kobietą Marię Konopnicką. Sobczak odwraca retorykę, pytając: skoro to takie nieważne, dlaczego o tym NIE pisać? Prawda, że trochę żenująco w ogóle odpowiadać, ale jednak spróbuję, bo najwyraźniej trzeba.
Piszmy więc, bo nigdy dość przypominania, że naszą historię i kulturę narodową bynajmniej nie tworzyli tylko heteroseksualni mężczyźni, ale również osoby, które nie mieszczą się w tych sztywnych, patriarchalnych ramach. Dziedzictwo Polski jest też ich dziedzictwem, one także ten kraj budowały i za niego walczyły, państwo powinno im więc gwarantować takie same prawa, a nie traktować jak obywateli drugiej kategorii. I powinny się tu czuć jak w domu. Możliwość identyfikacji z bohaterami, którzy są im bliżsi, niż się zdaje, wpisuje się też w potrzebę bycia widzianym. Z kolei tych, którzy społeczność LGBTQ+ postrzegają jako „tęczową zarazę”, warto choć próbować uświadamiać, jaką rolę podobne osoby odegrały w uważanych za chwalebne wydarzeniach z przeszłości – o ile to w ogóle możliwe, bo ci ostatni są jednak zwykle na wyparciu.
Uff.
Abstrahując już od wątków homoerotycznych, doceniam każdą próbę przypomnienia, że ludzie rzadko kiedy bywają szablonowi. Nieustannie mnie zdumiewa, jak zafiksowaliśmy się na szufladkach, jak wciskamy w nie również postacie, które niby podziwiamy, choć redukując je do płaskich, dwuwymiarowych haseł okazujemy przecież brak szacunku dla człowieka w całej jego złożonej naturze, traktujemy go instrumentalnie. Najchętniej oczywiście robimy to zmarłym – ci już nie zaprotestują. Sobczak pisze o mechanizmach polityki historycznej… Ja bym chciała dorzucić, że niekiedy dzieje się tak też oddolnie. Zarówno z prawa, jak z lewa.
Najbliższa koszula ciału. Przez ponad trzy lata pracowałam nad biografią poetki Anny Świrszczyńskiej, której wiersz Niech liczą trupy powraca w mediach społecznościowych przy okazji kolejnych rocznic powstania warszawskiego jako jednoznaczne potępienie tego zrywu. Autorka, owszem, uważała powstanie za wielką tragedię i krytykowała dowódców, którzy lekko szafowali ludzkim życiem. Ale to wszystko nie jest aż tak proste. Mówiąc o nim, używała także słów „heroizm” i „bohaterstwo”, na dodatek w czasie okupacji publikowała w podziemnym piśmie Konfederacji Narodu, a w jej wierszach z tamtego okresu można znaleźć apoteozę śmierci za ojczyznę: „Lecz chociaż wielu zginie, / może ja, może ty, / nie zginie naród”5 (więcej o tym do przeczytania jesienią, gdy rzecz się ukaże).
Nie powiem tutaj nic oryginalnego: polaryzacja Polski sięgnęła absurdu. Mało kogo już obchodzi prawda, liczy się podział na naszych i nie-naszych. Gdy ktoś próbuje skomplikować obraz, zaraz mowa o „zawłaszczaniu”, „kradzieży”, „odbijaniu”, względnie „symetryzmie”. Tymczasem obraz na ogół sam w sobie nie jest czarno-biały. Chodzi o to, by to dostrzec. Myśleć.
***
Świat przedstawiony w Kamieniach na szaniec został uproszczony, bo książka miała w krytycznych okolicznościach spełnić określoną rolę. Kontekst bywa bardzo ważny. Bez kontekstu, jak wiadomo, fontanna Marcela Duchampa pozostałaby pisuarem. To nie był czas i miejsce na niuanse. Pierwsze, podziemne wydanie ukazało się w lipcu 1943 roku, a więc niespełna cztery miesiące po śmierci Rudego, który ze względów konspiracyjnych nosił w tej wersji jeszcze pseudonim Czarny. Zośka został Staśką, a Alek – Wojtkiem. Aleksander Kamiński podpisał się Juliusz Górecki. Dwa ostatnie rozdziały dodał po śmierci Zawadzkiego, uzupełniona wersja wyszła w czerwcu 1944 roku.
Przypomnijmy, że starszy od bohaterów o pokolenie autor nie był przed wojną typowym pisarzem, tylko wychowawcą młodzieży i harcmistrzem, który publikował książki popularyzujące metodykę zuchową. W czasie okupacji został redaktorem naczelnym konspiracyjnego „Biuletynu Informacyjnego”, komendantem Organizacji Małego Sabotażu „Wawer”, a także szefem Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK na Warszawę. Jego cele wynikały bezpośrednio z jego funkcji: wychowywać i uprawiać propagandę.
„Potworność polskiej tragedii wrześniowej polegała […] na katastrofie psychicznej narodu, najzupełniej nie przygotowanego do tego, co się stało”6 – zauważa w Kamieniach… I wyraźnie bierze sobie to do serca, chce psychikę narodu otoczyć opieką, zostać jego coachem. Pisze, by podnieść rodaków na duchu, dodać im siły, wiary i nadziei, pokazując, że Polska nie poddaje się, walczy, ma wspaniałych i pięknych synów. Trafia w popyt idealnie. Książka jest w podziemiu rozchwytywana, warszawiacy przepisują ją ręcznie, fragmentów uczą się na pamięć, urządzają po mieszkaniach seanse głośnego czytania. Przypomina to rodzaj grupowej terapii, w której literatura pełni rolę tekstu motywacyjnego.
Można się zastanawiać (Sobczak to robi), dlaczego po wojnie Kamiński wprowadził tylko niewielkie zmiany, nie uzupełnił, nie poszerzył, nie dodał światłocienia. Ale ja mu się akurat nie dziwię specjalnie. Właśnie w takiej postaci rzecz odniosła gigantyczny sukces, a zwycięskiego składu przecież się nie zmienia. Jeszcze by przedobrzył, popsuł, odarł z autentyzmu – tak najpewniej rozumował.
Mnie dziś przy lekturze jednak bolą zęby, chyba najbardziej, gdy odświeżam sobie pierwszy rozdział, w którym poznajemy bohaterów przed wojną. Dydaktyzm jest tu nachalny, a język prosty jak konstrukcja cepa – poziom czytanki dla góra szóstej klasy (ponoć czyta się w ósmej). Podejrzewam, że jeśli jacyś dojrzali odbiorcy nie mają podobnie, to głównie przez sentyment do książki z lat młodzieńczych.
Dalej jest niewiele lepiej. Opis bestialskiego katowania Bytnara wstrząsa autentyzmem, a scena odbicia go przez przyjaciół ma swoje tempo i trzyma w napięciu, to wszystko jednak tylko kilka stron. Całości – nie dźwigną. Można zresztą powiedzieć, że książka Kamińskiego jest zarówno dobra, jak i oryginalna, ale niestety: to, co w niej oryginalne, nie jest dobre, a to, co dobre, nie jest oryginalne. Bo te najlepsze fragmenty to nie tekst autorski, tylko zredagowany pamiętnik Zośki. Porównywałam, bez trudu dam przykład.
Kamiński:
Bicie trwało bez ustanku z parogodzinnymi przerwami. Bito go w trzech postawach: na stojąco – pięścią po twarzy i głowie, leżącego na stołku – kijem i pejczem, oraz na podłodze, gdy mdlał – butami po brzuchu i między nogi. Miażdżono mu również podkowami butów dłonie na kamiennej posadzce, gdy leżał wyczerpany bez sił. Bicie kijem ustało dopiero wtedy, gdy kij złamali mu na głowie7.
Zawadzki (pisane dwa-trzy miesiące wcześniej):
Całemu badaniu towarzyszyło nieustanne bicie, zasadniczo w trzech postawach: na stojąco, po twarzy, głowie, na stołku kijem, pejczem i pięścią, i na leżąco – gdy mdlał – butami po brzuchu, między nogami i miażdżąc butami dłonie na kamiennej podłodze. Przestano go bić kijem dopiero wtedy, gdy kij złamano mu na głowie8.
Dziś chyba nazwalibyśmy takie coś plagiatem, ale w okupowanej Warszawie ważniejsza od praw autorskich była oczywiście Sprawa. Niewykluczone zresztą, że Zośka wyraził zgodę na wykorzystanie jego zapisków, bo pierwszej wersji tekstu dożył. Juliusz Górecki mógł być zbiorczym pseudonimem obu. Nie do końca podoba mi się jednak, że powojenne wydania – liczne i wysokonakładowe – mają na okładce tylko jedno nazwisko. Notabene to Zawadzki wymyślił też zaczerpnięty z wiersza Juliusza Słowackiego tytuł Kamienie przez Boga rzucane na szaniec, Kamiński go tylko skrócił.
Bohaterowie tej książki są bez wyjątku odważni i szlachetni, po prostu papierowi, wycięci w gotowe wzory do naśladowania dla zuchów – podkreślone zostaje nawet, że nie piją, nie palą, nie śmieją się z pieprznych dowcipów. Rozmawiają ze sobą w sposób nienaturalny aż do groteski. Rudy na przykład wygłasza kwestię: „Zośka, zajmuję odmienne niż ty stanowisko. Czy nie wyrządzi ci to przykrości, jeśli zaatakuję cię dziś na odprawie?”9
Od strony literackiej dzieło Kamińskiego nie wytrzymuje porównania chociażby z Kolumbami. Rocznik 20 Romana Bratnego. Tylko że jego „prawdziwym Polakom” nie wypada brać na sztandary, bo wiadomo: komunista, partyjniak, autor potępionego w czambuł Roku w trumnie o stanie wojennym.
To paradoksalne tym bardziej, że niektóre passusy Kamieni… brzmią mi dzisiaj całkiem, jakby pisano je w dobie realizmu socjalistycznego. Już na pierwszej stronie:
Na jednej z dzielnic warszawskich było środowisko młodzieży harcerskiej, które umiało stworzyć atmosferę i warunki, w jakich młodzież czuła się dobrze, pragnęła sama kształcić swe charaktery, sama sobie stawiała cele i sama czyniła wszystko, co w jej mocy, by te cele osiągać10.
Aż chciałoby się dodać: na trzysta procent normy. I to bynajmniej nie czysta złośliwość.
Podczas pracy dla małego sabotażu bohaterowie doświadczają satysfakcji z zadań wykonanych „ponad normę”11 (dosłownie, dwa razy). Jeszcze w dwudziestoleciu jako dzielna młodzież, która ma zbudować Polsce świetlaną przyszłość, wyrażają zadowolenie z powstania nowej warstwy wykwalifikowanych robotników (maturzyści, jak wiadomo, mogliby gadać o tym bez końca). Dalej na przykład Alek składa samokrytykę, potem zaś przyrzeka pracować nad sobą, by wyzbyć się lenistwa (to z kolei podczas randki, też typowe zachowanie). I tym podobne.
Sobczak skojarzeń z socrealizmem nie miała – w końcu mowa tutaj także o chodzeniu do spowiedzi i nabożeństwie żałobnym – ale również ona pisze o książce Kamińskiego jako o projekcie reformatorskim. Zauważa, że „jej ładunek pozytywny, społeczny jest pomijany, zostają bohaterskie wyczyny, piękni bohaterowie i heroiczne śmierci”, podczas gdy Rudego, Zośkę i Alka interesowało nie tylko umieranie za ojczyznę, ale też los najuboższych, kryzys mieszkaniowy, problemy szkolnictwa i inne. Autorka komentuje: „Kamienie na szaniec są Przedwiośniem, które wciąż czytamy jak Potop”12.
Zasadniczo zgoda, to rzeczy słuszne i ważne, na czas pokoju na pewno pilniejsze. O ile jednak dobrze pamiętam, przywołanej powieści Stefana Żeromskiego nie cechuje aż taka naiwność i łopatologia. Nazywając rzeczy po imieniu: na granicy grafomanii.
***
To nie tak, że całkiem odrzucam Kamienie… (na szaniec). Do dwunasto- czy nawet czternastolatków pewnie nadal mają szansę przemówić. Mój siostrzeniec twierdzi, że nie zmęczył, ale zaprzyjaźniona nauczycielka donosi, że niektórzy wciąż łykają jak młode pelikany (krótkie, strzelają się i umierają, wiadomo, o co chodzi, nie jakiś Pan Tadeusz). Książka jest też cennym dokumentem źródłowym, dającym wyobrażenie o tym, co czytało się w okupowanej Warszawie, na jakie teksty było wtedy społeczne zapotrzebowanie.
Większy problem dostrzegam w czym innym. Oto pisana na gorąco literatura użytkowa, w której świat celowo został uproszczony, stała się podstawą wiedzy historycznej. O akcji pod Arsenałem pisano wielokrotnie, ale to właśnie Kamienie… utrwaliły jej obraz jako niepodważalnego powodu do chwały. Tymczasem jest to wydarzenie, o którego ocenę – to moje zdanie – powinniśmy się spierać. I to o wiele żarliwiej i z większym pożytkiem niż o orientację seksualną bohaterów.
Za najcenniejszą w książce Sobczak uważam próbę opowiedzenia o nim jeszcze raz – możliwie najuczciwiej, bez przemilczeń i wzniosłych agitek.
Teoretycznie udało się wykonać zadanie: Bytnar został odbity. Ale nie: uratowany. Jedyne, co wywalczyli dla niego towarzysze, to możliwość skonania wśród bliskich. Był już tak potwornie skatowany, że nie miał szansy przeżyć. W akcji natomiast odnieśli śmiertelne rany dwaj jego koledzy, a trzeciego pojmano, brutalnie przesłuchiwano i ostatecznie również zabito. Oprócz Rudego uwolnionych zostało około dwudziestu osób, stało się to jednak dosłownie „przy okazji”, nikt w ogóle nie pomyślał o jakimś planie, jak im pomóc się ewakuować. Jedna z więźniarek zginęła w czasie strzelaniny, dwie inne zostały ranne, kilkoro osób – z różnych względów – zgłosiło się z powrotem na Pawiak.
Nazajutrz po akcji Niemcy rozstrzelali na dziedzińcu więzienia stu czterdziestu Polaków i Żydów (sic!). Były też liczne aresztowania wśród krewnych i znajomych harcerzy z Szarych Szeregów, niektórych ciężko pobito, większość trafiła do obozów koncentracyjnych.
Piszę to wszystko bardzo skrótowo (zachęcam do zgłębienia tematu na własną rękę), a i tak większości z tych informacji nie znajdziemy w Kamieniach na szaniec. W 1943 roku dowództwo, z którym Kamiński ściśle współpracował, potrzebowało jakoś usensownić tę akcję. „Nie odbijano wielkich przywódców Polski Podziemnej, nie odbijano aresztowanego niedawno Delegata Rządu, nie odbijano największych polskich polityków, wojskowych uczonych…”13 – i na odbicie Rudego też by się pewnie nie porwano, gdyby nie upór zaangażowanego emocjonalnie Zośki. Po wszystkim lepiej więc było sformatować przekaz w taki sposób, by chociaż podnosił morale. Oto udało się, odnosimy sukcesy w walce! To nie tak, że nie mamy w starciu z okupantem szans.
Dziś ta opowieść nadaje się do przepisania. I nie zaszkodzi zadać przy okazji także paru innych pytań, na przykład o to, czy mały sabotaż na pewno był grą wartą świeczki, skoro zerwanie plakatu mogło się skończyć śmiercią. Czy ci młodzi, przeważnie dobrze wykształceni ludzie, którym wpajano w harcerstwie ideały pracy u podstaw, nie przysłużyliby się Polsce lepiej, pomagając ją odbudować po wojnie? Czy te kamienie przez Boga rzucane na szaniec to przypadkiem nie były jednak diamenty ciskane przez dowódców w błoto?
Ważnym i potrzebnym trendem jest również uzupełnianie historii o marginalizowane dotąd postacie kobiet. Kamiński na przykład kompletnie pomija osobę Heleny Danielewicz „Loli”, dzięki której udało się pozyskać kluczową informację, czy i kiedy Bytnar będzie przewożony. Albo dopiero w przedostatnim, dopisanym po śmierci Zośki rozdziale wspomina jednym zdaniem o aktywności jego siostry: „Hania była o dwa lata starsza od brata i siedziała również gdzieś w konspiracji”14. Brzmi mi to trochę lekceważąco, choć może jestem przewrażliwiona.
Autor nie był, jak sądzę, złośliwym mizoginem. Był po prostu dzieckiem swoich czasów, w których praca kobiet pozostawała niewidzialna, ich rola – bagatelizowana, uważana za pomocniczą (najwyżej). Pamiętam swoje niedowierzanie, gdy – podczas pracy nad biografią Świrszczyńskiej – natrafiłam na apel jednej z gazetek powstania warszawskiego: „Kobiety! Weźcie miotły do rąk i oczyśćcie jezdnie i chodniki!”15. Jakby sprzątanie należało wyłącznie do kobiecych obowiązków, a kobiety w powstaniu nie miały nic lepszego do roboty: nie pełniły służby medycznej, nie były łączniczkami i żołnierkami, nie biegały wśród bombardowań po wodę dla całego schronu.
O docenienie ich roli upominała się chociażby Weronika Grzebalska w książce Płeć powstania warszawskiego, a jeszcze wcześniej Bożena Urbanek, autorka pracy Pielęgniarki i sanitariuszki w powstaniu warszawskim 1944 r. Druga z wymienionych już w latach osiemdziesiątych wyliczała, który z zajmujących się powstaniem historyków wspomniał o jej bohaterkach tylko w przypisach, który zbył je bezosobowym terminem „obsługa”, a który odnotował jedynie wysiłek kilkuset lekarzy. Jakby pracowali sami. Tymczasem tych ofiarnych bab, które z narażeniem życia troszczyły się o rannych, było prawdopodobnie około pięciu tysięcy!
W przypadku książki Zośka i Rudy owo uzupełnianie historii wypadło jednak trochę niefortunnie (muszę się przyczepić, choć oczywiście doceniam, że w ogóle jakieś jest). Jak wspomniałam, rzecz ma podtytuł O miłości, przyjaźni i Polsce, co odpowiada trzem z pięciu rozdziałów, które znajdziemy w środku. Pozostałe to O dziewczynach i O polityce. Rozdział o pomijanych kobietach jest więc… jednym z pominiętych na różowo-czerwonej okładce.
Proszę o minutę ciszy.
***
Rudy tymczasem wciąż jest odbijany.
Dowody na to, że Jan Bytnar jeszcze w latach szkolnych należał do Obozu Narodowo Radykalnego oceniam jako półtwarde (nie ma dokumentów, tylko kilka świadectw mówionych, są to wspomnienia po wielu, wielu latach, a bohater Kamieni… jest w nich zaledwie wymieniany w ciągu innych nazwisk, nie pełni żadnej wybijającej się roli, mogło dojść do pomyłki, pamięć bywa zawodna), niemniej jakieś są, nic więc dziwnego, że spadkobiercy tej faszystowskiej organizacji wzięli go sobie na sztandary.
W drugiej części książki Sobczak pisze obszernie o antysemityzmie w II RP, który dla ONR‑u był fundamentalną sprawą. Autorka ma duży problem z tym, że Rudy, ten szlachetny młody człowiek, który jako harcerz powinien się przecież troszczyć o słabszych, mógł dać się porwać zbrodniczej, skrajnie szowinistycznej, radykalnie narodowej ideologii. W pierwszym odruchu dziwię się, że tak się dziwi.
Przeglądałam niedawno świetną – i niedostatecznie według mnie zauważoną – książkę Tadeusza Lubelskiego Hollender tułacz. Jej bohater, poeta i satyryk Tadeusz Hollender, był w okupowanej Warszawie jedną z bardziej aktywnych postaci podziemnego życia literackiego. Zginął zamordowany przez Niemców w ruinach getta. W dojrzałej twórczości ostro zwalczał faszyzację kraju, apelował o prawa mniejszości narodowych. Okazuje się jednak, że nawet on – jako nieukształtowany jeszcze nastolatek – dał się nietrwale zainfekować nastrojom antysemickim w kraju. Świadczą o tym jego sztubackie zapiski, których uczciwy biograf nie zmilczał (mimo, że jest z nim spokrewniony!).
Ale pomyślałam także o bliskiej mi osobie, która przyznała się kiedyś, że na początku szkoły średniej była krótko korwinistą. Dziś to postać nie kojarzona z taką opcją nawet w najmniejszym stopniu. Pomyślałam, że może napiszę: nikt się nie spodziewa, a również XY miał taki epizod, po prostu pożył dłużej niż Rudy i mógł zrewidować swoje poglądy. Zadzwoniłam zapytać, czy mogę.
Reakcja była więcej niż gwałtowna. Dostałam absolutny zakaz mówienia o tym komukolwiek, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że dorastającym chłopcom zdarzają się różne konserwatywne odjazdy, których potem często się wstydzą. Koronny argument brzmiał: ludzie w wieku szesnastu lat nieprzypadkowo nie mają prawa głosu!
Przy okazji pogadaliśmy sobie o tym, że dla młodych mężczyzn przynależność do takich formacji bywa właśnie podświadomym odruchem obronnym przed utajonymi skłonnościami homoseksualnymi, że w dwudziestoleciu znacznie więcej determinowało wychowanie, robiło się różne rzeczy, bo ojciec kazał i lał pasem, co nie uchodziło za przemoc, tylko hartowanie charakteru, podobnie antysemityzm nie wydawał się tak straszny, bo panoszył się po prostu wszędzie, nawet gazety bez przeszkód drukowały na winietach apele, by nie kupować u Żydów, co dziś przecież skończyłoby się aferą.
Rozłączyliśmy się syci wzajemnego potakiwania.
A wieczorem mnie dopadło. Czy lekceważąc, że Rudy mógł należeć do ONR‑u, nie zachowujemy się trochę jak tamci, którzy zbywają wzruszeniem ramion, że mógł być gejem? Nieprzyjemnie mi się zrobiło od tej – potencjalnej, ale jednak – analogii. Wolałabym myśleć o sobie inaczej. I wdzięczna jestem książce Sobczak, że mi ten dyskomfort zaserwowała.
1 K. Sobczak, Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2026, s. 40.
2 Zob. Relacja Tadeusza Zawadzkiego „Zośki”, „Kamienie przez Boga rzucane na szaniec”, kwiecień 1943 r. [w:] Bohaterowie „Kamieni na szaniec” w świetle dokumentów, oprac. T. Strzembosz, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN 1994, s. 141–149.
3 K. Sobczak, Zośka i Rudy…, s. 42.
4 D. Rossmanowa, Byłam łączniczką „Zośki”, rozm. przepr. R. Daszczyński, „Duży Format” 2014, nr 12, s. 17, online: https://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,15646839,bylam-laczniczka-zoski.html [dostęp: 11.05.2026].
5 NN [Anna Świrszczyńska], Rok 1941 [w:] Pieśń niepodległa. Poezja polska czasu wojny, oprac. ks. J. Robak [Czesław Miłosz], Warszawa: Oficyna Polska, 1942, s. 66.
6 A. Kamiński, Kamienie na szaniec, Katowice: Wydawnictwo Śląsk, 1982, s. 21.
7 Tamże, s. 99.
8 Relacja Tadeusza Zawadzkiego…, s. 143.
9 A. Kamiński, Kamienie…, s. 89.
10 Tamże, s. 7.
11 Tamże, s. 41–42.
12 K. Sobczak, Zośka i Rudy…, s. 16.
13 A. Kamiński, Kamienie…, s. 102.
14 Tamże, s. 118.
15 NN, Dbajmy o czystość domu i miasta, „Kobieta na barykadach” 1944, nr 1, s. 2.
