Bliżej ziemi

Mał­go­rza­ta Bugaj: Kie­dy zapro­po­no­wa­łeś roz­mo­wę o ósmej rano, prze­ży­łam szok, a kie­dy po siód­mej napi­sa­łeś, że musisz jesz­cze poćwi­czyć, odczu­łam praw­dzi­wą zazdrość. Jesteś taki zdy­scy­pli­no­wa­ny?

Filip Zawa­da: Nie wiem. Po pro­stu się nad tym nie zasta­na­wiam i robię to, co muszę, a może raczej to, co chcę. Nie jestem jakoś szcze­gól­nie poran­ny, ale kła­dę się dosyć wcze­śnie. A gim­na­sty­kę zaczą­łem upra­wiać z zabaw­ne­go powo­du. Kupi­łem sobie do mojej pra­cow­ni japoń­ski sto­lik. Jest bar­dzo niski i mały. Mam do nie­go też niski, mały sto­łe­czek, no i żeby móc z tego wszyst­kie­go korzy­stać – a bar­dzo lubię te sprzę­ty – musia­łem zmie­niać pozy­cję cia­ła. Zaczą­łem się więc roz­cią­gać, pro­sto­wać ple­cy, nie uży­wa­jąc żad­nych oparć. Robię to wszyst­ko po to, żeby sie­dzieć bli­żej zie­mi.

W two­jej insta­gra­mo­wej auto­cha­rak­te­ry­sty­ce zna­la­złam frag­ment: „pisarz, ziem­nia­cza­ny rysow­nik i malarz nie­po­ko­jo­wy”. Pisa­rza zostaw­my. Chcia­ła­bym się zatrzy­mać przy malar­stwie. W zeszłym roku skoń­czy­łeś pięć­dzie­siąt lat, mia­łeś też wysta­wę, pod­czas któ­rej mówi­łeś o powro­cie do malar­stwa po dłu­giej prze­rwie. Co to zna­czy: „malar­stwo wró­ci­ło”?

Kie­dy mia­łem dwa­dzie­ścia lat, bra­łem udział w wysta­wach gru­po­wych. Odby­wa­ły się one w Muzeum Archi­tek­tu­ry we Wro­cła­wiu, chy­ba przez trzy lata z rzę­du. Dla mło­dej oso­by było to coś duże­go. Zawsze mi się wyda­wa­ło, że muzeum to tyl­ko miej­sce, gdzie eks­po­na­ty się kurzą i nic się nie dzie­je. A tu wyda­rzy­ło się coś dla mnie waż­ne­go. Malo­wa­łem, jeź­dzi­łem na ple­ne­ry. Potem wszyst­ko się roz­pę­dzi­ło. Zaczą­łem grać w zespo­le Pust­ki i Indi­go Tree, przy­szły kon­cer­ty, tra­sy, cały ten har­mi­der w życiu – i jakoś mi to umknę­ło. A przed pięć­dzie­siąt­ką spo­tka­łem przy­pad­kiem Mać­ka Moret­tie­go, któ­ry miał uro­dzi­ny trzy dni przede mną, też pięć­dzie­sią­te. Powie­dział: „Na pięć­dzie­sią­te uro­dzi­ny będę robił taką zaba­wę – pusz­czę pięć­dzie­siąt utwo­rów pun­ko­wych zespo­łów”. Wró­ci­łem do domu i pomy­śla­łem, że też bym chciał coś takie­go zro­bić dla sie­bie, w ten spo­sób uczcić prze­ży­cie poło­wy wie­ku.

I zaczą­łem malo­wać obra­zy. Tak napraw­dę już mniej wię­cej od czter­dzie­ste­go czwar­te­go czy czter­dzie­ste­go pią­te­go roku życia, kie­dy ktoś mnie pytał, co chciał­bym robić, odpo­wia­da­łem, że chciał­bym malo­wać. Tyl­ko nie mogłem się do tego zabrać. Myślę, że po pro­stu się bałem. Bałem się, że nie będę umiał i że będę się wku­rzał. I oczy­wi­ście tak było.

Na początku nie potrafiłem mieszać farb. Nic nie widziałem. Ale może właśnie dzięki temu pojawiło się jakieś olśnienie. Po pierwszych ośmiu miesiącach malowania zacząłem coś widzieć.

Póź­niej z dnia na dzień – bo sta­ram się robić to w mia­rę codzien­nie – było coraz lepiej. Teraz moja pra­cow­nia jest już zawa­lo­na obra­za­mi. Trud­no mi się w niej poru­szać.

Myślisz o malo­wa­niu jako o czymś, co kon­ku­ru­je z pisa­niem, czy raczej jako o czymś, co je dopeł­nia?

W ogó­le nie myślę o tym w kate­go­riach kon­ku­ren­cji. To bar­dziej przy­po­mi­na sport. A dla mnie to jest jakaś istot­na rzecz. Czu­ję, że tłu­ma­czę sobie przez to rze­czy­wi­stość. Potrze­bo­wa­łem zwol­nić i dla­te­go zają­łem się malo­wa­niem. Rów­no­cze­śnie posta­no­wi­łem rady­kal­nie ogra­ni­czyć aktyw­ność w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Chcia­łem korzy­stać z nich czte­ry minu­ty w tygo­dniu. Osta­tecz­nie ten czas skró­ci­łem do dwóch minut – i to w zupeł­no­ści wystar­cza. Oczy­wi­ście malo­wa­nie nie kon­ku­ru­je z książ­ka­mi. Wręcz im poma­ga, ponie­waż malu­ję coś po to, żeby zoba­czyć, jak to coś może wyglą­dać. Praw­dę mówiąc, bar­dzo poma­ga mi to w pisa­niu, bo przy pisa­niu w dużej mie­rze się myśli, a przy malo­wa­niu raczej się nie myśli albo myśli się ocza­mi. To stwa­rza w gło­wie zupeł­nie inną prze­strzeń, daje rów­no­wa­gę mię­dzy myśle­niem a nie­my­śle­niem. Dobrze mi to robi, bo kie­dy bar­dzo dużo pisa­łem i wła­ści­wie tyl­ko pisa­łem, mia­łem pro­ble­my ze snem. Myśli kłę­bi­ły się w mojej gło­wie. Byłem też przez cały dzień z moim boha­te­rem i to był pewien rodzaj sza­leń­stwa.

Co takie­go daje ci malar­stwo, cze­go nie mogło ci dać pisa­nie?

Malar­stwo powo­du­je, że bar­dziej odbie­ram rze­czy­wi­stość cia­łem. To jest infor­ma­cja z zewnątrz, któ­ra się ucie­le­śnia. Książ­ka też może to dać, tyl­ko docie­ra innym kana­łem, przez myśli. Podam ci przy­kład. Prze­czy­ta­łem wie­le ksią­żek o złu i wie­dzia­łem, czym ono jest. Wie­dzia­łem, cze­go nie nale­ży robić, a co moż­na. Nato­miast kie­dy zoba­czy­łem obraz Fran­ci­sa Baco­na, oblał mnie zim­ny pot i poczu­łem, że ten wła­śnie obraz przed­sta­wia zło. Pierw­szy raz w życiu zoba­czy­łem – a wła­ści­wie zoba­czy­łem i poczu­łem na sobie – jaka może być siła zła. Uwiel­biam Baco­na, total­nie do mnie prze­mó­wił. Obra­zy łączą mnie też z jakąś czę­ścią ducha. Moja wysta­wa tro­chę o tym opo­wia­da­ła. Po bab­ci odzie­dzi­czy­łem obraz z anio­łem. Taki, któ­ry wisi w wie­lu domach. Anioł powstrzy­mu­je dzie­ci, żeby nie spa­dły ze ska­ły. Przy­po­mnia­ła mi się sce­na z dzie­ciń­stwa, kie­dy sie­dzę na łóż­ku, a bab­cia modli się do tego obra­zu. Pomy­śla­łem: dla­cze­go wła­ści­wie ludzie modlą się w ten spo­sób? Jest w obra­zach coś takie­go, co spra­wia, że sta­ją się one jaki­miś rura­mi, któ­re pozwa­la­ją prze­ka­zać infor­ma­cję do Boga, wszech­świa­ta, Zeu­sa czy kogo­kol­wiek inne­go. Jed­no­cze­śnie są po pro­stu obra­za­mi.

Ta użytkowość obrazu mnie urzekła. Z jednej strony to coś duchowego i wspaniałego, z drugiej – równie użytkowego jak mikser czy długopis.

Patrzysz na to i możesz się z czymś połą­czyć. To jest dla mnie fascy­nu­ją­ce.

Czy w tym powro­cie do bab­ci i obra­zu anio­ła cho­dzi­ło o pamięć rodzin­ną czy raczej o dzie­cię­ce doświad­cze­nie patrze­nia?

Obraz anio­ła fascy­no­wał mnie od począt­ku. Jako dziec­ko do koń­ca tego nie rozu­mia­łem. Patrzy­łem na nie­go, kie­dy jadłem śnia­da­nia u bab­ci albo z nią roz­ma­wia­łem, cały czas mi towa­rzy­szył. Fascy­no­wa­ło mnie, co takie­go spra­wia, że bab­cia tak dłu­go się na nie­go gapi. Sam też się gapi­łem. Dłu­go pró­bo­wa­łem roz­wi­kłać jego zagad­kę. Mam rów­nież inne wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa zwią­za­ne z obra­za­mi. Jako dziec­ko bar­dzo dużo ryso­wa­łem i malo­wa­łem. Przy­po­mi­nam sobie, że kie­dy przy­no­si­łem moje obraz­ki do bab­ci, wszyst­ko było wspa­nia­łe. Dosta­wa­łem za to pącz­ka albo byłem przy­tu­la­ny. Jest w tym też moja wła­sna, wewnętrz­na podróż, już teraz jako oso­by star­szej – do tych obra­zów i do myśle­nia o tym, że jed­nak zbli­ża­my się do koń­ca. Nie mówię tego w takim tonie: „o Boże, jak smut­no”. Raczej: „jak wspa­nia­le jest odbyć tę dro­gę, przejść ją, mieć czas, żeby coś zro­zu­mieć”.

Brzmi to tak, jak­by powrót do malar­stwa był dla cie­bie gestem wdzięcz­no­ści.

Na mak­sa. Moja wdzięcz­ność za to, co się wyda­rzy­ło do tej pory w moim życiu, bar­dzo wzro­sła. Może wią­że się to z tym, że skoń­czy­łem pięć­dzie­siąt­kę, a może z czymś innym, nie wiem. Ale gdy­bym miał to jakoś nazwać, użył­bym wła­śnie tego sło­wa: wdzięcz­ność.

W two­im pisa­niu bar­dzo lubię czar­ny humor. Czy malar­stwo coś ci z tego poczu­cia humo­ru zabie­ra, doma­ga się więk­szej powa­gi? Czy wręcz prze­ciw­nie?

O Jezu, teraz napraw­dę mnie przy­ci­snę­łaś. Powiem ci, że jestem jakoś wzru­szo­ny tym pyta­niem. Nie myśla­łem o tym albo nie chcia­łem myśleć, bo poczu­cie humo­ru jest czę­ścią mnie, chro­ni mnie przed wie­lo­ma rze­cza­mi (cza­sem przed powie­dze­niem cze­goś albo przed zbyt­nim pato­sem). Pozwa­la rów­nież się pośmiać i nie mówić o czymś, co jest istot­ne. Tę funk­cję śmie­chu znam i lubię, czę­sto z niej korzy­stam. Nato­miast w malar­stwie tego typu podej­ście do humo­ru mi się nie zda­rza. To jest dla mnie szo­ku­ją­ce. Wła­ści­wie po pięć­dzie­się­ciu latach sta­ję przed malo­wa­nym prze­ze mnie obra­zem tro­chę na gola­sa, bez żad­ne­go list­ka figo­we­go. Kon­tak­tu­ję się ze swo­ją smut­ną i melan­cho­lij­ną czę­ścią, z potrze­bą zro­zu­mie­nia, że kosmos jest taki, jaki jest. Chy­ba pierw­szy raz w życiu się do cze­goś takie­go przy­zna­ję.

Co takie­go jest w obra­zie, cze­go nie ma w lite­ra­tu­rze, sko­ro uru­cha­mia on w tobie inną szcze­rość?

W tym wypad­ku pew­nie musi­my się­gnąć do moje­go dzie­ciń­stwa. Bar­dzo szyb­ko nauczy­łem się kła­mać, oszu­ki­wać, robić róż­ne zabie­gi, żeby po pro­stu prze­trwać, przede wszyst­kim w szko­le. To było dla mnie nie­zwy­kle trud­ne, nie lubi­łem tego. Sło­wa zosta­ły więc dość szyb­ko przy­spo­so­bio­ne do funk­cji omi­ja­nia cze­goś. Malar­stwo było czymś innym. W szko­le lek­cje pla­sty­ki słu­ży­ły raczej do tego, żeby w ich trak­cie odro­bić zada­nie z pol­skie­go albo mate­ma­ty­ki, któ­re­go się nie odro­bi­ło w domu. Taka była funk­cja pla­sty­ki, przy­naj­mniej w mojej edu­ka­cji. Mimo to zaczą­łem się dobi­jać do języ­ka obra­zu, bar­dzo go potrze­bo­wa­łem. I w koń­cu się dobi­łem.

W lite­ra­tu­rze też przy­zna­ję się do wie­lu trud­nych rze­czy, ale potra­fię je „roz­luź­nić”; w wypad­ku malar­stwa jest ina­czej. A może zosta­ło we mnie zako­do­wa­ne, że obra­zy są po to, żeby się do nich modlić? I tak je trak­tu­ję. Trud­no mi się do tego przy­znać, ale sko­ro przy­zna­ję się już do wszyst­kie­go, to i do tego ci się przy­znam. Kie­dy pytam sam sie­bie, czy obraz jest dobry, pytam wła­ści­wie, czy to jest taki obraz, do któ­re­go mógł­bym się modlić. Jest jesz­cze jed­na rzecz, któ­ra poprze­dza­ła moje malo­wa­nie. Rok wcze­śniej zaczą­łem codzien­nie cho­dzić na spa­ce­ry. Cho­dzi­łem po tej samej tra­sie i każ­dy spa­cer spi­sy­wa­łem. Co się wyda­rzy­ło, jakie mia­łem myśli. To był mój odwyk od kła­ma­nia i od zmy­śla­nia. Lite­ra­tu­ra pięk­na dzia­ła prze­cież tak, że jeśli cze­goś w rze­czy­wi­sto­ści nie ma, to tro­chę pod­krę­ca­my opo­wieść, żeby jeden wątek połą­czył się z dru­gim. To jest część two­rze­nia. Ten odwyk uru­cho­mił we mnie lawi­nę malo­wa­nia.

Choć podczas spacerów codziennie mijałem te same rzeczy, codziennie okazywało się, że jest w nich coś ciekawego. Nawet po kilku miesiącach odkrywałem, że nie widziałem czegoś potężnego, co od pół roku stało w tym samym miejscu. To pokazuje, jak niewiele widziałem.

Napraw­dę nie mam poję­cia, jak to się sta­ło, ale kie­dy zaczę­ło się to we mnie ukła­dać, zaczą­łem coraz lepiej rozu­mieć, że cho­dzi o patrze­nie.

Czy malo­wa­nie jest dla cie­bie wej­ściem w ciszę w więk­szym stop­niu niż pisa­nie?

Tak, na pew­no. Wej­ściem w ciszę i zupeł­nie inną prze­strzeń. Na począt­ku musia­łem prze­czoł­gać się przez te osiem mie­się­cy, żeby to coś prze­sta­ło we mnie gadać i żebym mógł się uspo­ko­ić. To wra­ca, nie jest tak, że nagle wszyst­ko umil­kło na zawsze. Nato­miast ten pro­ces rze­czy­wi­ście pro­wa­dzi do ciszy. W ogó­le dużo myślę o malo­wa­niu przez pry­zmat ikon. Kie­dy myślę o Andrie­ju Rublo­wie, o jego żar­li­wo­ści, jego roz­dar­ciu mię­dzy grzesz­no­ścią a Bogiem, o tym jego tuła­niu się po świe­cie i docho­dze­niu do pisa­nia swo­ich wła­snych ikon, a zara­zem wycho­dze­niu z tra­dy­cji, w któ­rej się ich uczył, to widzę w tym ogrom­ne poświę­ce­nie, ale i jakąś nagro­dę. To też jest cie­ka­we, bo odkąd zaczą­łem malo­wać, sło­wa zro­bi­ły się dwu­znacz­ne. Czar­ne jest rów­no­cze­śnie bia­łym, a smut­ne – weso­łym.

Co jest trud­niej­sze: skoń­czyć powieść czy uznać, że obraz jest goto­wy?

To nie jest łatwe pyta­nie, na ten temat mógł­bym napi­sać sześć­set tysię­cy stron i dwie pra­ce magi­ster­skie. To jest moment fascy­nu­ją­cy, bo iden­tycz­ny w malo­wa­niu i w pisa­niu. Nie wia­do­mo, jak ani w któ­rym momen­cie przy­cho­dzi. Ale jest taka chwi­la – nie­pod­wa­żal­na – w któ­rej po pro­stu wiem, że to koniec. I to jest dla mnie abso­lut­na tajem­ni­ca. Patrzę cza­sem na obra­zy Jeana-Miche­la Basqu­ia­ta i myślę: „ile tu jest nacia­pa­ne tego wszyst­kie­go”. Skąd arty­sta wie­dział, że wystar­czy tego cia­pa­nia? Nie mam poję­cia, jak to dzia­ła, ale jest to mecha­nizm abso­lut­nie fascy­nu­ją­cy, bo bar­dzo wyraź­nie czu­ję go w cie­le. Nawet kie­dy spa­ce­ro­wa­łem, myśla­łem: „okej, mam plan, będę spa­ce­ro­wał rok i przez rok to wszyst­ko spi­sy­wał”. Pierw­szy raz będę pisał książ­kę, o któ­rej wiem, kie­dy się skoń­czy. Przy dwie­ście sześć­dzie­sią­tym pią­tym spa­ce­rze zoba­czy­łem panią idą­cą z psem, napi­sa­łem o niej trzy zda­nia i wie­dzia­łem, że to jest koniec. Nie zre­ali­zo­wa­łem swo­je­go pla­nu. Po trzech dniach pomy­śla­łem jesz­cze, że może coś mi się pomy­li­ło, może powi­nie­nem kon­ty­nu­ować pisa­nie. Wysze­dłem na tę samą tra­sę, dosze­dłem do jed­nej trze­ciej i poczu­łem abso­lut­ny nie­smak. Powie­dzia­łem sobie: „Filip, co ty w ogó­le robisz?”. I wró­ci­łem do domu. Skoń­czy­ło się. Nie wiem, jak to się dzie­je, i to jest wła­śnie fascy­nu­ją­ce.

Patrząc z per­spek­ty­wy pięć­dzie­się­cio­lat­ka, jakiej rze­czy nie chciał­byś już powta­rzać ani w lite­ra­tu­rze, ani w malar­stwie?

Nie chciał­bym powta­rzać żad­nej rze­czy.

Na koniec: gdy­byś dziś musiał wybrać, to bli­żej ci do okre­śle­nia „pisarz, któ­ry malu­je”, czy „malarz, któ­ry też pisze”?

Chy­ba naj­bli­żej mi do okre­śle­nia: Filip Zawa­da.

– polski pisarz, poeta, muzyk, fotograf i performer.

więcej →

– polonistka, dziennikarka i podkasterka.

więcej →

Powiązane teksty