„Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od bramy Powroźniczej” – o komiksowych adaptacjach „Wiedźmina”

Kie­dy Mar­cin Zwierz­chow­ski zadzwo­nił do mnie z pro­po­zy­cją nie do odrzu­ce­nia, był 2023 rok, pra­co­wa­łam w kil­ku miej­scach naraz i praw­dę mówiąc, nie mia­łam nawet kie­dy porząd­nie się wyspać, a co dopie­ro podej­mo­wać doro­słe decy­zje. Reda­go­wa­łam Grzyb­nię, co poże­ra­ło prak­tycz­nie całą moją ener­gię życio­wą, ponad­to jed­ną ręką popra­wia­łam sce­na­riusz fil­mu, dru­gą pisa­łam bie­żą­ce zle­ce­nia, trze­cią więc ode­bra­łam ten tele­fon. Jecha­łam aku­rat rowe­rem do apte­ki, w któ­rej dora­bia­łam na dyżu­rach w cza­sie – tak zwa­nym – wol­nym. Zatrzy­ma­łam się, usia­dłam na ław­ce gdzieś w Nowej Hucie i powie­dzia­łam Mar­ci­no­wi, że się zasta­no­wię. Tak napraw­dę jed­nak od razu wie­dzia­łam, że choć­bym mia­ła zeżreć deski z pod­ło­gi, podej­mę się tej pra­cy. Kto przy zdro­wych zmy­słach odmó­wił­by przy­go­to­wa­nia komik­so­wej adap­ta­cji opo­wia­da­nia Andrze­ja Sap­kow­skie­go w wydaw­nic­twie Dark Hor­se? Może ktoś, kto ma racjo­nal­ne podej­ście do pra­cy i odpo­czyn­ku – nie wiem, to nigdy nie byłam ja.

Dark Hor­se to jeden z naj­waż­niej­szych gra­czy na świa­to­wym ryn­ku komik­so­wym, któ­ry ma w swo­im port­fo­lio mnó­stwo świet­nych publi­ka­cji – od Sin City przez Hel­l­boya po Umbrel­la Aca­de­my – i całą masę licen­cjo­no­wa­nych zeszy­tów ze świa­ta Gwiezd­nych Wojen, Obce­go, Ter­mi­na­to­ra czy Buf­fy, postra­chu wam­pi­rów. Wydaw­nic­two jest zna­ne z sza­cun­ku dla twór­ców i mate­ria­łów źró­dło­wych, a kon­se­kwen­cja w wyda­wa­niu pro­jek­tów wyso­kiej jako­ści zapew­ni­ła mu czwar­tą pozy­cję na ryn­ku komik­so­wym w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i pierw­szą w gru­pie wydaw­ców nie­za­leż­nych. Nazwa Dark Hor­se nie jest tu więc przy­pad­ko­wa.

Począ­tek przy­go­dy wydaw­nic­twa zwią­za­nej z wiedź­mi­nem przy­pa­da na 2014 rok, kie­dy na ryn­ku uka­zał się House of Glass (Dom ze szkła, sce­na­rzy­sta: Paul Tobin, rysow­nik: Joe Querio), pierw­szy wiedź­miń­ski album. Pierw­sze histo­rie doty­czy­ły głów­nie świa­ta zna­ne­go z gier stu­dia CD Pro­jekt Red, ale w 2022 roz­po­czę­ła się seria wier­nych adap­ta­cji opo­wia­dań Andrze­ja Sap­kow­skie­go ze zbio­ru Ostat­nie życze­nie (o adap­ta­cjach tek­stów z Mie­cza prze­zna­cze­nia jesz­cze nic nie wia­do­mo, ale kto wie, może i na nie przyj­dzie czas). Na pierw­szy ogień poszło Ziar­no praw­dy, do któ­re­go sce­na­riusz napi­sał Jacek Rem­biś, rysun­ki wyko­nał Jonas Scharf – rezul­tat pre­zen­tu­je się feno­me­nal­nie.

Ale pisząc o Dark Hor­se, nie moż­na nie wspo­mnieć o pierw­szej komik­so­wej adap­ta­cji wiedź­mi­na, któ­ra uka­zy­wa­ła się w latach 1993–1995 nakła­dem wydaw­nic­twa Pró­szyń­ski i S‑ka. Auto­rem rysun­ków był Bogu­sław Polch, a sce­na­riu­sza Maciej Parow­ski, któ­ry kon­sul­to­wał sce­na­riu­sze z Sap­kow­skim. Pole­cam się­gnąć po te pozy­cje.

Zasta­na­wia­łam się, jak podejść do pisa­nia o Wiedź­mi­nie, i doszłam do wnio­sku, że naj­lep­szym roz­wią­za­niem będzie posze­rze­nie per­spek­ty­wy. Zatem roze­sła­łam wici i na potrze­by niniej­sze­go tek­stu zada­łam parę pytań dwóm sce­na­rzyst­kom komik­so­wych adap­ta­cji opo­wia­dań wiedź­miń­skich: Mag­dzie Salik (Kra­niec świa­ta) i Mar­cie Kra­jew­skiej (Kwe­stia ceny). Nota­be­ne – wszyst­kie dotych­czas wyda­ne adap­ta­cje kla­sycz­nych opo­wia­dań Sap­kow­skie­go zosta­ły napi­sa­ne przez pol­skich twór­ców! Poru­szy­łam ten temat z Mar­ci­nem Zwierz­chow­skim, redaktorem/pisarzem z dzia­łu Fran­chi­se Cre­ati­ve w CD Pro­jekt Red, któ­ry odpo­wia­da za wiedź­miń­skie komik­sy. Jak mówi Mar­cin:

tę serię adap­ta­cji opo­wia­dań Andrze­ja Sap­kow­skie­go wyróż­nia ich abso­lut­na wier­ność ory­gi­na­łom. Wyda­wać by się więc mogło, że w związ­ku z tym pra­ca będzie pro­sta – ot, trze­ba tekst nar­ra­to­ra zamie­nić na opi­sy kadrów, a dia­lo­gi poskra­cać, żeby zmie­ści­ły się w dym­kach. Tak napraw­dę cho­dzi jed­nak o zro­zu­mie­nie tek­stu, o dotar­cie do tego, co jest sed­nem dane­go dia­lo­gu, danej sce­ny, opo­wia­da­nia w ogó­le, i wyeks­tra­ho­wa­nie tego, by moż­na było to prze­ło­żyć na język komik­su. Szu­ka­li­śmy więc sce­na­rzy­stów i sce­na­rzy­stek, któ­rzy zna­ją Wiedź­mi­na, rozu­mie­ją go, potra­fią zin­ter­pre­to­wać. Oraz któ­rzy potra­fią dobrze pisać, bo pra­ca na dia­lo­gach to nie pro­ste skra­ca­nie, ale takie ich prze­pra­co­wa­nie, by zacho­wa­ły rytm i brzmie­nie.

Wiedź­min i komiks poja­wi­li się w moim świe­cie mniej wię­cej w tym samym cza­sie, choć cał­ko­wi­cie osob­no. Wycho­wy­wa­łam się na lite­ra­tu­rze fan­ta­stycz­nej, pierw­szy numer „Nowej Fan­ta­sty­ki” zaku­pi­łam jako dziec­ko w Sta­szo­wie pod­czas jed­nej z wizyt u fizjo­te­ra­peu­ty, któ­ry pró­bo­wał napro­sto­wać mój pokrzy­wio­ny krę­go­słup. W star­sze nume­ry zaopa­try­wał mnie stu­diu­ją­cy w Kra­ko­wie brat, na któ­rym wymu­sza­łam coty­go­dnio­we wizy­ty na Hali Tar­go­wej – moż­na było zna­leźć tam wszyst­ko, w tym archi­wal­ną „Fan­ta­sty­kę” z lat 80. i 90. Wów­czas natra­fi­łam na Andrze­ja Sap­kow­skie­go po raz pierw­szy. Potem poszło szyb­ko.

W lokal­nej biblio­te­ce zna­la­złam wszyst­kie jego książ­ki, ale trud­no było docze­kać się szan­sy na ich wypo­ży­cze­nie, lista chęt­nych była dłu­ga, więc tym razem to na mamie i tacie wymu­sza­łam wizy­ty w księ­gar­ni w Sta­lo­wej Woli. Do dziś pamię­tam wes­tchnie­nia, kie­dy przy­cho­dzi­łam wie­czo­rem do sypial­ni rodzi­ców i mówi­łam im, że już prze­czy­ta­łam: „«mamę», potrze­bu­ję następ­ne­go tomu pię­ciok­się­gu o wiedź­mi­nie – na jutro!”. Podej­rze­wam, że nie byłam jedy­na i podob­ne sce­ny roz­gry­wa­ły się w całej Pol­sce.

Moje pierw­sze wpraw­ki lite­rac­kie były fan­fi­ka­mi osa­dzo­ny­mi w rze­czy­wi­sto­ści wykre­owa­nej przez Sap­kow­skie­go, któ­rej szyb­ko nauczy­łam się na pamięć. Ana­li­zo­wa­łam styl jego opo­wie­ści, ich język, fabu­łę i pró­bo­wa­łam pisać swo­je opo­wia­da­nia. Do dziś w mojej pro­zie da się roz­po­znać bon moty, któ­re wyewo­lu­owa­ły z tam­tych cza­sów albo weszły już na sta­łe do języ­ka. Cza­sem są zro­zu­mia­łe, cza­sem nie, ale – hej! – jestem doro­sła, kto mi zabro­ni opo­wia­dać her­me­tycz­ne żar­ty? Mieć stó­wę, a nie mieć stó­wy – to razem dwie, praw­da?

Nato­miast pierw­szy i ostat­ni komiks, jaki nary­so­wa­łam w życiu, trak­to­wał o bobrze-super­bo­ha­te­rze, któ­ry demiur­gicz­nie wywo­ły­wał powo­dzie (gdzie sens, gdzie logi­ka, pro­szę nie pytać, wycho­wa­łam się na san­tro­pe­skiej wsi, grze­biąc paty­kiem w mule). Ów komiks leży teraz w sto­do­le, zabez­pie­czo­ny wraz z górą archi­wal­nych „Fan­ta­styk” i „Nowych Fan­ta­styk”, któ­rych nigdy nie oddam, choć powin­nam.

Następ­nie przy­szedł czas na peł­no­me­tra­żo­wy film fabu­lar­ny i serial wypro­du­ko­wa­ny przez Heri­ta­ge Films, któ­ry tele­wi­zja poka­za­ła w 2002 roku – mia­łam wów­czas trzy­na­ście lat. Reży­se­rem był Marek Brodz­ki, sce­na­rzy­stą Michał Szczer­biec, a muzy­kę napi­sał Grze­gorz Cie­chow­ski. Moż­na mówić o tej pro­duk­cji róż­ne rze­czy, ale mam do niej ogrom­ny sen­ty­ment, przez dłu­gi czas Geralt miał dla mnie twarz Micha­ła Żebrow­skie­go, a ścież­ka dźwię­ko­wa, skom­po­no­wa­na przez Cie­chow­skie­go, napraw­dę robi­ła na mnie wra­że­nie. Net­flik­so­we wyda­nie znam tyl­ko z pierw­sze­go sezo­nu, pierw­sze­go odcin­ka dru­gie­go sezo­nu i memów (trud­no wybrać naj­lep­szy, ale z tego miej­sca ser­decz­nie pole­cam pio­sen­kę Toss a Shrimp to Your Kit­ty – byłam w tym rejo­nie Inter­ne­tu, żeby Pań­stwo już nie musie­li).

Jed­nak dużo wię­cej zna­czy dla mnie gra kom­pu­te­ro­wa stwo­rzo­na przez CD Pro­jekt Red. Week­en­dy mię­dzy wykła­da­mi na far­ma­cji spę­dza­łam przy wiel­kim pece­cie, gra­jąc w jedyn­kę i dwój­kę. Do trój­ki usia­dłam tak napraw­dę nie­daw­no, kie­dy w koń­cu dosta­łam wła­sną kon­so­lę w pre­zen­cie od reży­se­ra, z któ­rym od lat współ­pra­cu­ję. Na szczę­ście nie mam tele­wi­zo­ra i z kon­so­li korzy­stam tyl­ko pod­czas poby­tów w domu rodzin­nym (czy­li co tydzień), bo ina­czej spę­dzi­ła­bym pew­nie pół życia, jeż­dżąc Płot­ką po Velen i roz­wią­zu­jąc moral­ne dyle­ma­ty zabój­cy potwo­rów. Nie jestem naj­więk­szą gej­mer­ką na świe­cie, ale z ręką na ser­cu mogę powie­dzieć, że CD Pro­jekt Red dostar­czył nam jed­ną z naj­lep­szych adap­ta­cji lite­ra­tu­ry, jaką moż­na sobie wyma­rzyć. Każ­de­go, kto jesz­cze nie miał oka­zji wyru­szyć z Geral­tem w tę podróż, któ­ra świet­nie uzu­peł­nia wra­że­nia z lek­tu­ry Sap­kow­skie­go, ser­decz­nie nama­wiam do uczest­nic­twa w przy­go­dzie – i robię to cał­ko­wi­cie bez­in­te­re­sow­nie. Jedy­nym, do cze­go prze­ko­nać się nie mogłam i nie mogę, jest Gwint, ale w tego typu roz­gryw­kach zawsze byłam noga (lub dwie, i to lewe).

Kie­dy koń­czy­łam stu­dia, to za bar­dzo nie wie­dzia­łam, co ze sobą zro­bić i roze­sła­łam CV do trzech miejsc na krzyż – z cze­go dwa sta­no­wi­ły apte­ki i wła­śnie CDP Red. Razem z kole­gą po pió­rze prze­cho­dzi­li­śmy przez kolej­ne eta­py rekru­ta­cji i wszyst­ko roz­wią­za­ło się tak napraw­dę na ostat­nim. Pamię­tam, że sie­dzia­łam na ław­ce przy ulic Jagiel­loń­skiej w War­sza­wie, nie­da­le­ko zoo i zmie­nia­łam adi­da­sy na szpil­ki, żeby (chy­bo­tli­wie) wyru­szyć na ostat­nią roz­mo­wę w stu­dio, któ­rą do dziś wspo­mi­nam jako świet­ne doświad­cze­nie. Czu­łam się tam jak w Disney­lan­dzie. Pra­cy osta­tecz­nie nie dosta­łam, zosta­łam na uczel­ni i jak widać, co ma wisieć, nie uto­nie – na dok­to­ra­cie wytrzy­ma­łam rok, a z wiedź­mi­nem jestem już kil­ka­na­ście lat, w koń­cu zawo­do­wo.

Kie­dy eufo­ria po pro­po­zy­cji Mar­ci­na opa­dła, poja­wi­ło się to, co zawsze, czy­li syn­drom oszust­ki i prze­ra­że­nie, bo prze­cież nigdy pro­fe­sjo­nal­nie nie pisa­łam sce­na­riu­sza do komik­su. Skoń­czy­łam wpraw­dzie gra­fi­kę na wydzia­le sztu­ki, zaj­mo­wa­łam się kie­dyś jakąś ilu­stra­cją i co nie­co wie­dzia­łam o wizu­al­nym opo­wia­da­niu histo­rii, to jed­nak prze­nie­sie­nie kon­kret­ne­go kawał­ka pro­zy na kadry sta­no­wi­ło coś cał­ko­wi­cie nowe­go – a jeśli nowe­go, to strasz­ne­go (witaj­cie w moim świe­cie).

Zaczę­łam od pod­sta­wo­we­go szko­le­nia, na któ­rym szyb­ko oka­za­ło się, że adap­ta­cja lite­ra­tu­ry na komiks to mate­ma­ty­ka, nie jakaś wyż­sza, ale taka w sam raz, co zaan­ga­żo­wa­ło ści­słą część moje­go mózgu (wbrew pozo­rom bli­żej mi do nauk ści­słych wła­śnie niż huma­ni­stycz­nych, ale jakie to ma zna­cze­nie w obli­czu wiecz­no­ści!). Komiks skła­da się z ogra­ni­czo­nej licz­by stron, mój Wiedź­min aku­rat z 48, ani mniej, ani wię­cej, nie da się nicze­go dodać, ani odjąć – trze­ba się zmie­ścić z całą histo­rią w tym, co wydaw­ca miło­ści­wie dał i na doda­tek roz­ło­żyć poszcze­gól­ne ele­men­ty tak, żeby to wszyst­ko mia­ło począ­tek, śro­dek i koniec. Dalej, każ­da stro­na ma ogra­ni­czo­ną licz­bę kadrów – nie jest to usta­wia­ne sztyw­no, moż­na pró­bo­wać i eks­pe­ry­men­to­wać, ale wciąż w gra­ni­cach roz­sąd­ku, żeby ich zawar­tość była czy­tel­na. Jak­by tego było mało, wystę­pu­ją stro­ny lewe i pra­we, któ­re razem two­rzą roz­kła­dów­kę, a na roz­kła­dów­ce trze­ba tak roz­ło­żyć akcen­ty, żeby czy­tel­nik miał ocho­tę prze­wró­cić kart­kę i czy­tać dalej. Stro­ny na roz­kła­dów­ce muszą też ze sobą współ­grać, żeby nie stra­cić płyn­no­ści opo­wia­da­nia. Mało? To jesz­cze weź­my pod uwa­gę stro­nę pierw­szą, któ­ra musi być petar­dą, żeby od razu wcią­gnąć w histo­rię i stro­nę ostat­nią, żeby histo­rię zamknąć z satys­fak­cją dla wszyst­kich. Jesz­cze coś? Racja, zapo­mnia­łam o naj­waż­niej­szym – miej­sca na dia­lo­gi jest mało. Serio, mało. Szcze­gól­nie, jak adap­tu­je się dosko­na­łe dia­lo­gi Sap­kow­skie­go.

Na koniec dosta­łam kil­ka stron przy­kła­do­we­go sce­na­riu­sza, żeby oswo­ić się z for­ma­tem, któ­ry wyglą­da kom­plet­nie ina­czej od for­ma­tów fil­mo­wych czy teatral­nych. W skró­cie każ­da stro­na to niby każ­da stro­na, ale z podzia­łem na kadry. Języ­ki opi­sów są róż­ne, o czym jesz­cze napi­szę, ale ja meto­dą prób i błę­dów szu­ka­łam swo­je­go, któ­ry pozwo­lił­by naj­le­piej poro­zu­mieć się z rysow­ni­kiem. Zawsze dzia­łam w ten spo­sób, kie­dy uczę się nowe­go medium – pisa­nie dra­ma­tów zaczy­na­łam od czy­ta­nia dra­ma­tów i cho­dze­nia po kil­ka razy na te same spek­ta­kle. Na razie dzia­ła, rów­nież w far­ma­cji – naj­pierw czy­tasz, jak zro­bić czop­ki, potem patrzysz, jak ktoś robi czop­ki, a potem robisz swo­je, raz, dru­gi, trze­ci, set­ny. Na koń­cu dys­kret­nie zbie­rasz feed­back od pacjen­tów (dla chęt­nych).

W trak­cie przy­go­to­wań wró­ci­łam do komik­sów, któ­re znam i lubię, szu­ka­jąc tam inspi­ra­cji. Jako dziec­ko czy­ta­łam spo­ro, ale był to cał­ko­wi­ty misz­masz gatun­ko­wy, bo zeszy­ty Marve­la prze­pla­ta­ły się z Kaczo­rem Donal­dem. Po prze­pro­wadz­ce do Kra­ko­wa tra­fi­łam do Woje­wódz­kiej Biblio­te­ki Publicz­nej, gdzie zna­la­złam cały dział komik­so­wy (póź­niej prze­nie­sio­ny do Arte­te­ki). Się­ga­łam po róż­ne rze­czy takie jak Black­Sad, tomy Mrocz­nej Wie­ży, Per­se­po­lis, Maus, a moim ulu­bio­nym jest gra­ficz­na adap­ta­cja pro­zy Bru­no­na Schul­za w wyko­na­niu Jaku­ba Woy­na­row­skie­go – Mar­twy Sezon. Mam też ogrom­ne szczę­ście kole­go­wać się ze świet­nym kana­dyj­skim twór­cą Phi­lip­pem Girar­dem, któ­ry słu­żył swo­im doświad­cze­niem i spre­zen­to­wał mi świet­ne kom­pen­dium wie­dzy – Zro­zu­mieć komiks Scot­ta McC­lo­uda.

Osta­tecz­nie dzię­ki Mar­ci­no­wi Zwierz­chow­skie­mu do głów­nej refe­ren­cji wiedź­miń­skiej wybra­łam sobie Hel­l­boya. Mike Migno­la dosko­na­le ope­ru­je war­stwą wizu­al­ną i języ­kiem, two­rząc pane­le zapa­da­ją­ce w pamięć na dłu­go – szcze­gól­nie myślę sobie o całych stro­nach bez dia­lo­gu, gdzie histo­ria opo­wia­da się sama obra­zem, atmos­fe­rą, napię­ciem. Te ciche momen­ty zatrzy­ma­nia moim zda­niem są ser­cem Hel­l­boya.

Rynek komik­so­wy bar­dzo moc­no czer­pie z lite­ra­tu­ry. Zapy­ta­łam Mar­ci­na, czy takie adap­ta­cje to przy­szłość komik­su, czy raczej skok w bok, a Mar­cin odpo­wie­dział, że wszyst­ko zale­ży od ryn­ku – „jeże­li roz­ma­wia­my o Sta­nach, to adap­ta­cje lite­ra­tu­ry nigdy nie będą tam domi­no­wać, bo ta rola przy­pa­da super­bo­ha­te­rom (jeże­li roz­pa­try­wać man­gę jako coś osob­ne­go). Zde­cy­do­wa­nie są jed­nak obec­ne, nie brak dłu­gich serii opar­tych na gło­śnych książ­kach. Nie­kie­dy to pochod­na ogól­nej popu­lar­no­ści fran­czy­zy, jak było z Grą o tron. Ale nie tyl­ko, bo mamy choć­by serię Uczeń skry­to­bój­cy na bazie cyklu powie­ści Robin Hobb, zaadap­to­wa­no rów­nież Rze­ki Lon­dy­nu Bena Aaro­no­vit­cha. Są i kla­sy­ki, jak Wiecz­na woj­na Joe Hal­de­ma­na ryso­wa­na przez Marva­no. Nie­daw­no Jon J. Muth stwo­rzył komiks na bazie Podró­ży Siód­mej Sta­ni­sła­wa Lema. A wła­śnie, jest jesz­cze wspa­nia­ły komik­so­wy Nie­zwy­cię­żo­ny Rafa­ła Miko­łaj­czy­ka. Adap­ta­cje lite­ra­tu­ry to więc prze­szłość, teraź­niej­szość i przy­szłość komik­su. Jed­na z wie­lu przy­szło­ści”.

Taka odpo­wiedź cie­szy, bo szu­ka­nie nowych dróg twór­czych dla pisa­rzy to w tej chwi­li – ste­ty czy nie­ste­ty – jed­na z wie­lu przy­szło­ści. Ale to nie miej­sce, żeby roz­wo­dzić się nad bie­żą­cym ryn­kiem wydaw­ni­czym pro­zy. Wróć­my do faj­nych tema­tów!

Po wstęp­nym szko­le­niu pode­szłam do zada­nia prób­ne­go, czy­li zaadap­to­wa­nia kil­ku przy­kła­do­wych stron pro­zy na komiks. To zwy­kle stan­dard w tego typu współ­pra­cach, a jeśli nie, to ja zawsze pro­szę o taką moż­li­wość, bo wolę spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście nada­ję się do pra­cy, zro­zu­mia­łam szko­le­nie i nie będzie potem pła­czu, że jed­nak co ja tu robię (choć czę­sto i tak jest, ale nikt nie musi o tym wie­dzieć, ciii).

Po tym wszyst­kim dosta­łam swo­je opo­wia­da­nie do adap­ta­cji – był to Wiedź­min, tekst kano­nicz­ny i iko­nicz­ny, bo to wła­śnie z nim Andrzej Sap­kow­ski zajął trze­cie miej­sce w kon­kur­sie Fan­ta­sty­ki w 1986 (try­um­fo­wał wów­czas Marek S. Hube­rath z Wro­cie­eś Sne­ogg, wie­dzia­am…) i zaczął się nowy roz­dział w pol­skiej lite­ra­tu­rze fan­ta­stycz­nej. Głów­nym wąt­kiem w tym opo­wia­da­niu jest pró­ba odcza­ro­wa­nia cór­ki kró­la Fol­te­sta, zmie­nio­nej w strzy­gę z powo­du klą­twy. War­to wspo­mnieć, że opo­wia­da­nie powsta­ło jako retel­ling Strzy­gi Roma­na Zmor­skie­go wyda­nej w 1852 w zbio­rze Poda­nia i baśni ludu. Wpraw­dzie prze­bieg histo­rii ma podob­ne punk­ty zacze­pie­nia, ale Sap­kow­ski – jak sam powie­dział w jed­nym z wywia­dów – „zła­mał topos baśni i zro­bił z niej fan­ta­sy”. Strzy­gę poskra­mia zawo­do­wy poskra­miacz strzyg, a nie sie­ro­ta Mar­cin, któ­re­go do zada­nia przy­go­to­wał sta­ry men­tor. Wspo­mnia­ne łama­nie topo­su baśni w twór­czo­ści Sap­kow­skie­go poja­wia się bar­dzo czę­sto, zawsze w świe­żym, twór­czym sty­lu.

Dosta­łam zatem Wiedź­mi­na na warsz­tat i zaczę­ło się.

Po pierw­sze, jak prze­nieść całą tę wie­dzę teo­re­tycz­ną na prak­ty­kę? Od cze­go zacząć? Co zro­bić, żeby nie zwa­rio­wać?

Naj­pierw wzię­łam się za wie­lo­krot­ne czy­ta­nie Wiedź­mi­na, żeby wyła­pać naj­waż­niej­sze punk­ty, któ­re sta­no­wią fun­da­ment histo­rii, a potem usia­dłam z dłu­go­pi­sem i zaczę­łam dzia­łać. Tak jak pisa­łam wcze­śniej, adap­ta­cja to tro­chę mate­ma­ty­ka, więc dzie­li­łam tekst na stro­ny tak, żeby uzy­skać ich 48. Potem żon­glo­wa­łam wyni­kiem, szu­ka­jąc miejsc na roz­kła­dów­ki. Jestem dum­na, że uda­ło się zapla­no­wać pane­le tak, że ujaw­nie­nie strzy­gi sta­no­wi gra­ficz­ny kli­maks, budo­wa­ny od same­go począt­ku. Póź­niej przy­szła kwe­stia prze­kła­da­nia dia­lo­gów – dla mnie naj­trud­niej­sza i jak się oka­za­ło, nie byłam sama z tym pro­ble­mem. W ogó­le łączy się to z tema­tem wier­no­ści ory­gi­na­ło­wi – i co przez to rozu­mie­my.

Mag­da Salik pod­kre­śla­ła, że pra­ca nad adap­ta­cją Krań­ca świa­ta była dla niej przede wszyst­kim ćwi­cze­niem z dys­cy­pli­ny i uważ­no­ści, zwłasz­cza w obsza­rze dia­lo­gów. Zgod­nie z zało­że­niem całej serii, o czym wspo­mi­na­łam tu sło­wa­mi Mar­ci­na, opo­wia­da­nie „mia­ło być zaadap­to­wa­ne jak naj­wier­niej” prak­tycz­nie przez „prze­nie­sie­nie ory­gi­na­łu wprost na inne medium nar­ra­cyj­ne”. Mag­da mówi – „Naj­trud­niej było nie zubo­żyć adap­ta­cji o żaden z ele­men­tów, któ­re spra­wia­ją, że Kra­niec świa­ta jest jed­no­cze­śnie wcią­ga­ją­cym i mądrym tek­stem. To opo­wia­da­nie, jak inne opo­wia­da­nia wiedź­miń­skie, ma spo­ro dia­lo­gów, z któ­rych trze­ba było wybrać klu­czo­we frag­men­ty. I to była napraw­dę zacię­ta wal­ka, jaką toczy­łam wpierw ze sobą, a potem z redak­to­ra­mi, z któ­ry­mi pra­co­wa­łam, bo oczy­wi­ście zarów­no chcie­li­śmy zacho­wać jak naj­wię­cej tek­stu, jak i wie­dzie­li­śmy, że komiks rzą­dzi się swo­imi pra­wa­mi, wyklu­cza­ją­cy­mi dłu­gie i zawi­łe dys­pu­ty”.

Okładka komiksowej adaptacji odpowiadania Andrzej Sapkowskiego pod tytułem „The Witcher. The Last Wish”, scenariusz: A. Sapkowski, M. Zwierzchowski, rysunki: G. Fajardo, N. Menon, proj. okładki: K. Carpenter, Milwaukie: Dark Horse Comics, 2025.
„The Witcher. The Last Wish”, scenariusz: A. Sapkowski, M. Zwierzchowski, rysunki: G. Fajardo, N. Menon, proj. okładki: K. Carpenter, Milwaukie: Dark Horse Comics, 2025.

Dla mnie – i podej­rze­wam resz­ty sce­na­rzy­stek – ten etap to jeden z naj­trud­niej­szych momen­tów pra­cy: każ­de cię­cie wyma­ga­ło twar­dej decy­zji, co moż­na usu­nąć, nie naru­sza­jąc sen­su, ryt­mu i funk­cji sce­ny, a tak­że ducha pro­zy Sap­kow­skie­go. Jego dia­lo­gi już na wstę­pie są bar­dzo kon­kret­ne, natu­ral­ne, peł­ne iro­nii i poczu­cia humo­ru – nie raz sub­tel­ne­go, nie raz nie. Skra­ca­nie sta­ło się nie­mal chi­rur­gicz­ną współ­pra­cą scenarzysty/scenarzystki i redak­to­rów. W ogó­le, tytuł tego ese­ju to pierw­sze zda­nie opo­wia­da­nia Wiedź­min – pierw­sze zda­nie, któ­re powo­łu­je do życia Geral­ta, w tej chwi­li już iko­nicz­ne i roz­po­zna­wal­ne. Pamię­tam, że na począt­ku bar­dzo chcia­łam je jakoś zacho­wać, ale medium rzą­dzi się swo­imi pra­wa­mi i prze­ło­ży­li­śmy zapis na obraz, któ­ry sub­tel­nie da się odczy­tać, jeśli ktoś wie, cze­go szu­kać.

Mar­ta Kra­jew­ska mówi­ła, że punk­tem wyj­ścia był dla niej przede wszyst­kim „duch opo­wia­da­nia, jego sens, emo­cje i klu­czo­we wyda­rze­nia”. To one mia­ły pozo­stać nie­na­ru­szo­ne, nawet jeśli for­ma musia­ła ulec zmia­nie, ze wzglę­du na spe­cy­fi­kę Kwe­stii ceny. Mar­ta zwra­ca­ła uwa­gę na fun­da­men­tal­ną róż­ni­cę ryt­mu mię­dzy pro­zą a komik­sem: „u Sap­kow­skie­go domi­nu­ją roz­bu­do­wa­ne, kwie­ci­ste dia­lo­gi, a sama akcja zaj­mu­je nie­wiel­ką część tek­stu. W komik­sie taka kon­struk­cja nie dzia­ła­ła­by dobrze, dla­te­go koniecz­ne było upo­rząd­ko­wa­nie i skró­ce­nie war­stwy słow­nej, pod­bi­cie atrak­cyj­no­ści wizu­al­nej, przy jed­no­cze­snym zacho­wa­niu cha­rak­te­ru i zna­cze­nia ory­gi­na­łu”. Mar­ta opi­sy­wa­ła ten pro­ces jako pró­bę prze­ło­że­nia emo­cjo­nal­ne­go cię­ża­ru Kwe­stii ceny na język obra­zu i sekwen­cji.

Nato­miast Mag­da wspo­mi­na­ła jesz­cze o dodat­ko­wej trud­no­ści w przy­pad­ku Krań­ca świa­ta – „Istot­na część opo­wia­da­nia to dys­kurs o sto­sun­ku do obcych i o nie­na­wi­ści. By wybrzmiał, nale­ża­ło prze­zna­czyć na nie­go odpo­wied­nio dużo miej­sca, jed­no­cze­śnie dba­jąc, by pozo­stał atrak­cyj­ny wizu­al­nie. I kolej­na rzecz: w opo­wia­da­niu nie ma jed­nej, dużej, fina­ło­wej wal­ki z potwo­rem, tyl­ko kil­ka drob­niej­szych starć. Zaś sam finał fina­łów roz­gry­wa się w ciszy. Wyzwa­niem było więc utrzy­ma­nie napię­cia do tego momen­tu, póź­niej zaś zadba­nie, by uzy­skać kathar­sis”.

Zapy­ta­łam rów­nież Mar­ci­na o zna­le­zie­nie balan­su mię­dzy wier­no­ścią ory­gi­na­ło­wi, a świe­żo­ścią medium komik­so­we­go. Mar­cin bar­dzo wyraź­nie zazna­czał, że spo­sób adap­to­wa­nia opo­wia­dań wiedź­miń­skich wyni­kał z jasno okre­ślo­ne­go celu całe­go pro­jek­tu, a w tym przy­pad­ku celem była wier­ność abso­lut­na. Ozna­cza­ło to kon­kret­ne, nie­pod­le­ga­ją­ce nego­cja­cjom zasa­dy: „nie wyci­na­my żad­nych scen, nie doda­je­my, nie dopi­su­je­my dia­lo­gów. Kon­den­su­je­my i prze­kła­da­my na język komik­su, robiąc wszyst­ko, by osią­gnąć jak naj­mniej­szą utra­tę tre­ści w przej­ściu mię­dzy media­mi”. Jed­no­cze­śnie Mar­cin pod­kre­ślał, że taka wier­ność wca­le nie ozna­cza pra­cy mecha­nicz­nej czy odtwór­czej, wręcz prze­ciw­nie. Mówił, że „komiks to medium wizu­al­ne, sce­na­rzy­ści i arty­ści mają więc całą war­stwę opo­wie­ści, o któ­rej Sap­kow­ski nie myślał, two­rząc opo­wia­da­nia, i któ­rej czę­sto nie opi­sy­wał, bo nie jest pisa­rzem wizu­ali­zu­ją­cym”. W tym sen­sie adap­ta­cja sta­je się auto­no­micz­nym aktem twór­czym. Bar­dzo podo­ba­ła mi się meta­fo­ra, jakiej użył Mar­cin – „porów­nał­bym tu rolę sce­na­rzy­sty do roli reży­se­ra – dosta­jesz sce­na­riusz, tak, ale tem­po opo­wie­ści, kli­mat, usta­wie­nie kame­ry, poło­że­nie akcen­tów na kon­kret­ne emo­cje, i tak dalej – wszyst­ko nale­ży do cie­bie. A to robi róż­ni­cę, to defi­niu­je opo­wieść, boha­te­rów”. Dalej Mar­cin uzu­peł­nia – „gra­ni­ca­mi swo­bo­dy jest to, co zosta­ło opi­sa­ne w ory­gi­nal­nym tek­ście. Swo­bo­da nie doty­czy więc tego, co opo­wie­dzieć, ale jak – tak jak w fil­mie źle dobra­ny pod­kład muzycz­ny może poło­żyć nawet naj­bar­dziej poru­sza­ją­cą sce­nę, tak w komik­sie złe pla­no­wa­nie stron popsu­je tem­po histo­rii, nie­umie­jęt­ne prze­pra­co­wa­nie opi­sów spra­wi, że czy­tel­ni­kom umkną istot­ne szcze­gó­ły, a złe kadro­wa­nie osła­bi wydźwięk emo­cjo­nal­ny dane­go dia­lo­gu”.

Wróć­my jesz­cze na moment do samych tech­ni­ka­liów, zwią­za­nych z adap­ta­cją. Po prze­pro­wa­dze­niu głę­bo­kich dzia­łań mate­ma­tycz­nych uda­ło mi się uzy­skać wstęp­ny, robo­czy sce­no­pis, któ­ry następ­nie prze­kształ­ca­łam we wła­ści­wy sce­na­riusz i zaczę­ły się praw­dzi­we scho­dy. Jak opi­sać to, co chcia­ła­bym, żeby zna­la­zło się w kadrze? Na jaki poziom szcze­gó­łów się zde­cy­do­wać? Czy waż­ny jest kolor szat Fol­te­sta albo sze­ro­kość stru­mie­nia krwi, bry­zga­ją­cej z roz­cię­tych gar­deł wro­gów? Jak uchwy­cić zło­ty śro­dek mię­dzy moim wyobra­że­niem, a odda­niem wol­no­ści rysow­ni­ko­wi?

Na począt­ku swo­jej lite­rac­kiej przy­go­dy myśla­łam przede wszyst­kim obra­za­mi, potem prze­sta­wi­łam się na myśle­nie języ­kiem, co w koń­cu wyewo­lu­owa­ło w amal­ga­mat jed­ne­go i dru­gie­go – w pro­zie war­stwa wizu­al­na była wspar­ta spo­so­bem kon­stru­owa­nia zdań, ich dłu­go­ścią, ukła­dem aka­pi­tów, for­ma­tem dia­lo­gów, żon­glo­wa­niem inter­punk­cją. W sce­na­riu­szu fil­mo­wym nie­rzad­ko pięk­na pol­sz­czy­zna ustę­pu­je miej­sca jasno­ści komu­ni­ka­tu, pre­cy­zji i traf­ne­mu opi­so­wi. A w komik­sie? Tak napraw­dę współ­grać musi wszyst­ko, a naj­le­piej, żeby zmie­ścić się w skon­den­so­wa­nym zapi­sie. Podej­ścia są róż­ne. Nie­któ­rzy uży­wa­ją wła­śnie języ­ka fil­mo­we­go wraz z kon­kret­nym opi­sem kadru – plan ame­ry­kań­ski, peł­ny, ogól­ny, zbli­że­nie, pół­zbli­że­nie, detal, z dokład­nym wska­za­niem uło­że­nia ele­men­tów takich jak posta­ci, ich ruch, sce­no­gra­fia. Inni sta­wia­ją bar­dziej na intu­icję, ale wspól­nym punk­tem jest zaufa­nie do rysow­ni­ka i komik­su jako medium.

W roz­mo­wach o war­stwie wizu­al­nej bar­dzo wyraź­nie ujaw­ni­ły się dwa spo­so­by myśle­nia o obra­zie, któ­re nie tyle się wyklu­cza­ją, co wza­jem­nie uzu­peł­nia­ją. Mag­da mówi­ła o świa­do­mym powstrzy­my­wa­niu się przed nad­mier­nym inge­ro­wa­niem w prze­strzeń rysow­ni­ka. Pod­kre­śla­ła, że bar­dzo pil­no­wa­ła się, „by nie pró­bo­wać wcho­dzić w buty arty­sty” i nie pro­jek­to­wać szcze­gó­ło­wo kadrów, do cze­go mi rów­nież było naj­bli­żej. Zamiast decy­do­wać, jak mają się ukła­dać wło­sy Geral­ta, lepiej sku­pić się na opi­sie sce­ny na pozio­mie sen­su i zna­cze­nia, waż­niej­sze jest, co dana plan­sza ma opo­wia­dać, jaki moment histo­rii uchwy­cić, ale bez auto­ry­tar­ne­go kon­kre­ty­zo­wa­nia war­stwy wizu­al­nej. Mag­da mówi­ła też o szczę­ściu, jakie mia­ła, pra­cu­jąc z Tom­ma­so Ben­na­to, „któ­re­go styl, świet­nie pasu­je i do tej histo­rii, i do świa­ta w ogó­le. Dodat­ko­wo jego Jaskier jest naj­bliż­szy temu, jak zawsze wyobra­ża­łam sobie tę postać”, doda­wa­ła.

Mar­ta z kolei opi­sy­wa­ła swo­je podej­ście jako balan­so­wa­nie mię­dzy wizją a goto­wo­ścią do jej roz­sz­czel­nie­nia. Wspo­mi­na­ła o kon­kret­nych sce­nach, ryt­mie plansz, napię­ciu mię­dzy kadra­mi, któ­re mia­ła w gło­wie i mogła prze­ka­zać Mat­teo Bal­li­sa­rio, auto­ro­wi rysun­ków w Kwe­stii ceny. Jed­no­cze­śnie zazna­cza­ła, jak waż­ne było dla niej, by zosta­wić prze­strzeń na jego ini­cja­ty­wę. „Bo tyl­ko wte­dy ilu­stra­cje napraw­dę oddy­cha­ją” – to zda­nie, któ­re wypo­wie­dzia­ła, dosko­na­le opi­su­je spo­sób pra­cy z rysow­ni­kiem. Dużą rolę odgry­wa­ła dla niej kon­struk­cja plansz i ich wizu­al­ny roz­mach, co jest wyni­kiem fascy­na­cji komik­sem wschod­nim, jego odwa­gą w budo­wa­niu kadrów, dyna­mi­ką i nie­szczę­dze­niem miej­sca na ruch i ciszę. „Chcia­łam, by Kwe­stia ceny też mia­ła taki roz­mach, choć nie zawsze mogli­śmy pozwo­lić sobie na peł­ne sza­leń­stwo” – mówi i doda­je, że mimo ogra­ni­czeń powsta­ły świet­ne stro­ny, gdzie wizja sce­na­riu­sza i rysun­ku napraw­dę się spo­tka­ły.

War­stwa wizu­al­na dla mnie rów­nież była bar­dzo waż­na. Pamię­tam, jak sia­da­łam ze sce­no­pi­sem i pró­bo­wa­łam ryso­wać swo­je kadry, co póź­niej sta­ło się pod­sta­wą wła­ści­we­go zapi­su w sce­na­riu­szu. Były to bar­dzo złe kadry. Bar­dzo złe. Przy­po­mi­na­ły sche­ma­tycz­ne rysun­ki z bro­szu­rek BHP, na któ­rych wszyst­ko szło naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nie, jak to tyl­ko moż­li­we – ludzi­ki z kulek i paty­ków uci­na­ły sobie gło­wy, łama­ły koń­czy­ny, a w tle wszyst­ko spo­wi­jał ogień. Pra­co­wa­łam dosyć spo­ro w pocią­gach, bo tak się aku­rat ter­mi­ny poskła­da­ły i utkwił mi w pamię­ci jeden współ­pa­sa­żer, któ­ry trzy godzi­ny dro­gi do War­sza­wy zezo­wał, co ja tam mażę, ale maza­łam tak enig­ma­tycz­nie, że te kadry prę­dzej przy­po­mi­na­ły przy­go­dy wspo­mnia­ne­go bobra-super­bo­ha­te­ra.

Całe szczę­ście za wła­ści­wą kre­skę zabrał się Mike Dowling, świet­ny i ogrom­nie uta­len­to­wa­ny rysow­nik, współ­twór­ca serii Unfol­low, wyda­wa­nej przez Ver­ti­go, w swo­im port­fo­lio ma rów­nież takie pereł­ki jak Icha­bod Azre­al, Death Sen­ten­ce, czy Sędzia Dredd. Wiedź­min, w jego wyko­na­niu, wyszedł tak, jak sobie go wyobra­ża­łam. Mike uchwy­cił natu­rę Geral­ta, jego gesty i legen­dar­ny już paskud­ny uśmiech. Dodat­ko­wo, cała opo­wieść pły­nie bli­sko Geral­ta, co może nie jest wiel­kim zasko­cze­niem, sko­ro to głów­na postać, ale Mike spra­wił, że rela­cja czy­tel­ni­ka z nim sta­je się tro­chę intym­na – widzi­my Geral­ta takim, jakim jest napraw­dę, kie­dy jest sam, kie­dy nikt obcy go nie widzi. A oprócz tego powsta­ły epic­kie stro­ny z roz­ma­chem – wej­ście Geral­ta do dwo­rzysz­cza, gdzie polu­je strzy­ga czy sama strzy­ga i sekwen­cja wal­ki. Ale któ­ry kadr jest moim ulu­bio­nym, nie powiem!

Gdy sce­na­riusz był już goto­wy, przy­szła pora na popraw­ki – spraw­dza­li­śmy, czy wszyst­ko się zga­dza, nie ma żad­nych błę­dów rze­czo­wych ani logicz­nych, rytm histo­rii jest wła­ści­wy, a każ­dy kadr znaj­du­je się na swo­im miej­scu. Póź­niej nastą­pi­ło tłu­ma­cze­nie na angiel­ski, bo pra­co­wa­li­śmy po pol­sku.

Mar­cin tak mówi cało­ścio­wo o prze­bie­gu współ­pra­cy: „Wydaw­cą komik­sów wiedź­miń­skich jest Dark Hor­se Comics, co ozna­cza, że oni pilo­tu­ją cały pro­ces powsta­wa­nia komik­su, dają swo­je uwa­gi. CD Pro­jekt Red pro­wa­dzi nato­miast te komik­sy od stro­ny redak­cyj­nej. Nie cho­dzi tyl­ko o dba­nie, by wiedź­min miał mie­cze na ple­cach, a nie u pasa, czy bli­znę przy odpo­wied­nim oku, ale przede wszyst­kim taką czy­sto redak­tor­ską pra­cę nad histo­rią, dia­lo­ga­mi, kadra­mi, kolo­ra­mi i tak dalej”.

Na tym mój udział się skoń­czył. Póź­niej mia­łam moż­li­wość pod­glą­dać two­rze­nie rysun­ków, kolo­ro­wa­nie, nano­sze­nie liter­nic­twa, bo pro­ces powsta­wa­nia komik­su tego typu jest dosyć skom­pli­ko­wa­ny, anga­żu­je wie­lu twór­ców i przy­znam, że mia­łam ogrom­ną przy­jem­ność z bycia małym try­bi­kiem w maszy­nie, któ­ry pozwo­lił na nowo opo­wie­dzieć histo­rię zaklę­tej księż­nicz­ki z Wyzi­my. Komiks miał swo­ją pre­mie­rę w USA w grud­niu 2025, na pol­skim ryn­ku uka­że się naj­praw­do­po­dob­niej w 2026 – w roku, w któ­rym Wiedź­min koń­czy wła­śnie czter­dzie­ści lat. Ale ład­nie się zło­ży­ło, praw­da?

Przede mną nowe przy­go­dy, któ­re pew­nie też kie­dyś zaowo­cu­ją podob­nym tek­stem, bo jak się oka­za­ło, mogę z wiedź­mi­na­mi zostać tro­chę dłu­żej. W 2025 wraz z zespo­łem Go on Board roz­po­czę­łam pra­cę nad grą plan­szo­wą The Wit­cher Lega­cy. Już wiem, że będzie o czym opo­wia­dać.

Myślę, że z powyż­sze­go tek­stu mój entu­zjazm prze­bi­ja się na pierw­szy plan i cza­sem popa­dam w egzal­ta­cję, zamiast sku­pić się na samym Wiedź­mi­nie, i nie wiem, czym jesz­cze – jego popu­lar­no­ści w Pol­sce, ale i za gra­ni­cą; jego pla­stycz­no­ści, bo nada­je się do obrób­ki przez każ­de medium (powstał nawet spek­takl Wiedź­min Tur­bo­le­chi­ta w Teatrze Pro­xi­ma w Kra­ko­wie!); sile oddzia­ły­wa­nia, sko­ro wciąż inspi­ru­je nowych twór­ców. Musi­cie mi jed­nak wyba­czyć (nie musi­cie rzecz jasna, ale spró­buj­cie), bo jak się oka­za­ło, nie jestem w tym sama.

Pod­czas zeszło­rocz­ne­go Festi­wa­lu Komik­su mia­łam ogrom­ną przy­jem­ność poznać Mar­tę Kra­jew­ską na żywo i pod­czas roz­mo­wy, któ­rą popro­wa­dził Artur Wabik, podzie­li­ły­śmy się rado­ścią z zapro­sze­nia do pro­jek­tu. Póź­niej dużo myśla­łam o naszym/swoim miej­scu w całym tym skom­pli­ko­wa­nym pro­ce­sie powsta­wa­nia komik­su. Zapy­ta­łam o to Mar­tę i Mag­dę.

Mag­da odpo­wie­dzia­ła zde­cy­do­wa­nie: „Czu­łam się wyłącz­nie tłu­macz­ką czy nawet straż­nicz­ką tego, o czym wła­ści­wie jest ta opo­wieść. Zale­ża­ło mi zwłasz­cza, by war­stwa humo­ry­stycz­na czy ogól­niej, roz­ryw­ko­wa, nie prze­sło­ni­ła wła­ści­wej tre­ści Krań­ca świa­ta, czy­li wspo­mnia­nych roz­wa­żań o nie­na­wi­ści do inno­ści, o roz­pacz­li­wej pró­bie obro­ny swo­je­go świa­ta, o prze­czu­ciu nie­uchron­nej klę­ski”.

Mar­ta odpo­wia­da podob­nie: „W tym pro­jek­cie czu­łam się bar­dziej tłu­macz­ką niż współ­au­tor­ką świa­ta. Trud­no cza­sem wyja­śnić zna­jo­mym, czym wła­ści­wie się zaj­mo­wa­łam — ilu­stra­cje są dzie­łem Mat­teo, histo­ria nale­ży do Sap­kow­skie­go, więc gdzie tu moja rola? Na eta­pie wspól­nej pra­cy z Mar­ci­nem i Mile­ną (Zając – redaktorą/pisarką w CD PROJEKT RED) nad osta­tecz­nym ukła­dem plansz mie­wa­łam momen­ty zwąt­pie­nia, czy napraw­dę potra­fię „prze­kła­dać” cudzą wizję na inny język sztu­ki. Ale było to jed­no­cze­śnie doświad­cze­nie nie­sa­mo­wi­cie roz­wi­ja­ją­ce — mój pierw­szy sce­na­riusz komik­so­wy, od razu w dużym, pro­fe­sjo­nal­nym zespo­le. Dla takie­go małe­go żucz­ka jak ja to była lek­cja bez­cen­na”.

A ja? Sama nie wiem. Dzię­ki pra­cy przy Wiedź­mi­nie czu­łam się, jak­bym wró­ci­ła do dzie­ciń­stwa, do 1998 roku, w któ­rym wszyst­ko było moż­li­we.

Za pomoc w pra­cy nad tek­stem dzię­ku­ję Mar­ci­no­wi Zwierz­chow­skie­mu, Mar­cie Kra­jew­skiej, Mag­dzie Salik i eki­pie CD Pro­jekt Red.

 

– pisarka, dramatopisarka, scenarzystka.

więcej →

Fallback Avatar

– autor opowiadań i powieści fantasy.

więcej →

Powiązane teksty