Apokalipsa klasy wyższej

Na pierw­szy rzut oka Ter­mush moż­na wziąć za kolej­ną powieść posta­po­ka­lip­tycz­ną – skrom­ną pod wzglę­dem obję­to­ści histo­rię o gru­pie oca­la­łych po kata­stro­fie nukle­ar­nej. Szyb­ko jed­nak oka­zu­je się, że kata­stro­fa jest tu jedy­nie pre­tek­stem do roz­wa­żań nad jej cywi­li­za­cyj­ny­mi przy­czy­na­mi i kon­se­kwen­cja­mi spo­łecz­ny­mi. Na pew­nym meta­po­zio­mie sprzy­ja rów­nież reflek­sji na temat tego, w jaki spo­sób opo­wia­dać o czymś, co nie­wy­obra­żal­ne. Apo­ka­lip­sa nie jest tu bowiem wyda­rze­niem, lecz pro­ble­mem filo­zo­ficz­nym – apo­rią, któ­ra ujaw­nia się w chwi­li, gdy koniec świa­ta już nastą­pił, a jed­nak życie trwa dalej, zmu­sza­jąc boha­te­rów do funk­cjo­no­wa­nia w próż­ni moral­nej.

Powieść duń­skie­go pisa­rza, opu­bli­ko­wa­na po raz pierw­szy w 1967 roku, powsta­ła w cie­niu zim­no­wo­jen­ne­go lęku, kil­ka lat po kry­zy­sie kubań­skim. Ta aura histo­rycz­na jest wyczu­wal­na w tek­ście, ale go nie przy­tła­cza; Holm świa­do­mie roz­my­wa kon­kret histo­rycz­ny, dzię­ki cze­mu Ter­mush czy­ta się jak książ­kę o współ­cze­sno­ści. Nar­ra­tor – były wykła­dow­ca – tra­fia do luk­su­so­we­go, poło­żo­ne­go nad oce­anem hote­lu, któ­ry oka­zu­je się schro­nem dla uprzy­wi­le­jo­wa­nych oca­la­łych. Goście opła­ci­li swo­je miej­sce wcze­śniej, jak poli­sę ubez­pie­cze­nio­wą na wypa­dek koń­ca świa­ta.

Poli­tycz­ne i spo­łecz­ne oko­licz­no­ści powsta­nia książ­ki mia­ły wpływ na jej oś fabu­lar­ną, ale nie bez zna­cze­nia dla tek­stu Hol­ma są rów­nież aktu­al­ne wów­czas ten­den­cje doty­czą­ce roz­wo­ju for­my powie­ścio­wej. Prze­łom lat 50. i 60. XX wie­ku był w pro­zie nar­ra­cyj­nej cza­sem inten­syw­nych poszu­ki­wań nowych środ­ków wyra­zu. Po doświad­cze­niu dwóch wojen świa­to­wych oraz w cie­niu zim­no­wo­jen­nej groź­by zagła­dy wie­lu pisa­rzy zaczę­ło kwe­stio­no­wać sta­bil­ność tra­dy­cyj­nych form opo­wia­da­nia. Ten impuls czę­sto bywa opi­sy­wa­ny jako efekt dwu­dzie­sto­wiecz­ne­go „zatrwo­że­nia epi­ste­mo­lo­gicz­ne­go” – poczu­cia, że świat wymy­ka się sta­bil­nym sys­te­mom pozna­nia, a język tra­ci swo­ją prze­zro­czy­stość. Lite­ra­tu­ra reago­wa­ła na to napię­cie eks­pe­ry­men­tem: mini­ma­li­zmem for­my, frag­men­ta­rycz­no­ścią nar­ra­cji, chłod­nym, nie­mal labo­ra­to­ryj­nym sty­lem. Auto­rzy i autor­ki coraz czę­ściej odcho­dzi­li od reali­stycz­nej nar­ra­cji w stro­nę kon­struk­cji para­bo­licz­nych, eks­pe­ry­men­tów for­mal­nych, beha­wio­ry­zmu, trzeź­wej ana­li­zy spo­łecz­nych mecha­ni­zmów. Ter­mush moż­na uznać za jeden z przy­kła­dów repre­zen­tu­ją­cych tam­te ten­den­cje. Jeśli ktoś ocze­ku­je od powie­ści posta­po wart­kiej fabu­ły, dra­ma­tycz­nych zwro­tów akcji i hero­icz­nych boha­te­rów, niech lepiej po tę książ­kę nie się­ga. Pro­za Hol­ma jest chłod­na, nie­mal labo­ra­to­ryj­na, pozba­wio­na pato­su – jak­by nar­ra­tor rela­cjo­no­wał nie koniec świa­ta, lecz eks­pe­ry­ment spo­łecz­ny. Pisarz ope­ru­je języ­kiem zdy­scy­pli­no­wa­nym, zwię­złym i oszczęd­nym. Kata­stro­fa nie jest tu opi­sy­wa­na w spo­sób spek­ta­ku­lar­ny; zosta­je raczej odję­ta z nar­ra­cji. Autor ogra­ni­cza swo­je komen­ta­rze, pozo­sta­wia potęż­ne luki w opi­sie kata­kli­zmu, redu­ku­je dra­ma­tycz­ność wyda­rzeń. Dzię­ki temu odbior­ca zosta­je zmu­szo­ny do samo­dziel­ne­go rekon­stru­owa­nia sen­su przed­sta­wio­nej sytu­acji. Wła­śnie w tej prze­strze­ni nie­do­po­wie­dzeń Ter­mush sta­je się czymś wię­cej niż dys­to­pij­ną opo­wie­ścią – to powo­jen­na pró­ba lite­rac­kie­go zmie­rze­nia się z kry­zy­sem nowo­cze­sno­ści, jeden z tek­stów, któ­re zamiast opi­sy­wać kata­stro­fę wprost, kon­stru­owa­ły mode­le świa­ta pozwa­la­ją­ce obser­wo­wać jej skut­ki w ska­li mikro.

Tytu­ło­wy hotel jest wła­śnie takim mode­lem – zamknię­tym ukła­dem spo­łecz­nym, w któ­rym moż­na prze­śle­dzić logi­kę wła­dzy, eko­no­mii i moral­no­ści w cza­sie cha­osu. Ter­mush pozor­nie funk­cjo­nu­je jak mode­lo­we spo­łe­czeń­stwo libe­ral­ne­go kapi­ta­li­zmu: jest pry­wat­ną enkla­wą bez­pie­czeń­stwa, zarzą­dza­ną przez admi­ni­stra­cję i chro­nio­ną przez straż. Goście spa­ce­ru­ją po ogro­dzie, piją drin­ki, roz­ma­wia­ją o pogo­dzie i lite­ra­tu­rze. Per­so­nel usu­wa mar­twe pta­ki, żeby nie psu­ły wido­ku. Straż­ni­cy pil­nu­ją bram. Infor­ma­cje są fil­tro­wa­ne przez zarząd. Wszyst­ko dzia­ła. Pozor­na idyl­la roz­pro­szo­na zosta­je dopie­ro, gdy pod bra­mą hote­lu zaczy­na­ją gro­ma­dzić się oca­le­ni – cho­rzy, popa­rze­ni pro­mie­nio­wa­niem, zde­spe­ro­wa­ni. Goście Ter­mush muszą zde­cy­do­wać, czy wpu­ścić ich do środ­ka. A jeśli tak, to ilu i na jakich warun­kach. Dys­ku­sja szyb­ko przy­bie­ra zna­jo­my ton: mówi się o limi­tach, regu­la­mi­nach, wypor­no­ści infra­struk­tu­ry. Kata­stro­fa huma­ni­tar­na zosta­je prze­ło­żo­na na język zarzą­dza­nia kur­czą­cy­mi się zaso­ba­mi. Holm poka­zu­je w ten spo­sób coś, co moż­na by nazwać biu­ro­kra­cją koń­ca świa­ta. Eko­no­mi­za­cja bez­pie­czeń­stwa to jed­na z naj­bar­dziej prze­ni­kli­wych dia­gnoz tej powie­ści. Goście hote­lu kupi­li swo­je miej­sce w Ter­mush z wyprze­dze­niem – uiści­li wyso­ką opła­tę człon­kow­ską, pła­ci­li regu­lar­ne skład­ki. Z ich per­spek­ty­wy prze­trwa­nie jest w pew­nym sen­sie zasłu­gą, a w dosłow­nym rozu­mie­niu – usłu­gą. To wizja, któ­ra bar­dzo ponu­ro się dziś aktu­ali­zu­je. W świe­cie pry­wat­nych bun­krów dla miliar­de­rów, w cza­sach pla­nów kolo­ni­za­cji Mar­sa powieść Hol­ma prze­sta­je być dys­to­pią, a zaczy­na przy­po­mi­nać repor­taż z przy­szło­ści. Holm poka­zu­je bowiem, że kata­stro­fa nie tyl­ko nie zno­si struk­tur spo­łecz­nych, lecz raczej je wzmac­nia. Ci, któ­rzy mie­li pie­nią­dze przed koń­cem świa­ta, mają je rów­nież po nim. Ci, któ­rzy byli wyklu­cze­ni, pozo­sta­ją poza mura­mi. Dzie­je się jed­nak coś cie­ka­we­go, co prze­ła­mu­je ten sche­mat, czy­niąc z Ter­mush miej­sce egzy­sten­cjal­nej pró­by. Boha­te­ro­wie powo­li odkry­wa­ją, że schron nie chro­ni ich przed naj­waż­niej­szym pyta­niem: kim są w świe­cie, w któ­rym prze­trwa­nie innych zosta­ło poświę­co­ne dla ich wła­sne­go kom­for­tu?

Okładka książki Svena Holma pod tytułem „Termush”.
Sven Holm, „Termush”, tłum. Iwona Zimnicka, Warszawa: ArtRage, 2025.

Nar­ra­tor siłą rze­czy zaj­mu­je w powie­ści miej­sce szcze­gól­ne. Nie tyl­ko jako ten, któ­ry opo­wia­da o wyda­rze­niach, ale rów­nież jako jeden z aktan­tów. To czło­wiek wykształ­co­ny, reflek­syj­ny, wraż­li­wy – a jed­no­cze­śnie nie­mal cał­ko­wi­cie bez­rad­ny. Obser­wu­je sytu­ację, ana­li­zu­je ją, pro­wa­dzi sub­tel­ne roz­mo­wy z inny­mi gość­mi, dys­ku­tu­je z admi­ni­stra­cją. Rzad­ko jed­nak podej­mu­je decy­zje. Ta bier­ność jest jed­nym z naj­wy­ra­zist­szych ele­men­tów powie­ści. Holm poka­zu­je bowiem bez­sil­ność współ­cze­sne­go inte­lek­tu­ali­sty, któ­ry potra­fi inter­pre­to­wać rze­czy­wi­stość wokół, lecz pozo­sta­je bez­rad­ny wobec wyzwań, jakie ta przed nim sta­wia. Moż­na w tym dostrzec pew­ne podo­bień­stwo do póź­niej­szych dia­gnoz kry­ty­ki spo­łecz­nej: świa­do­mość nie­spra­wie­dli­wo­ści nie musi pro­wa­dzić do dzia­ła­nia. Czę­sto pro­wa­dzi jedy­nie do bar­dziej wyra­fi­no­wa­nej for­my uspra­wie­dli­wie­nia. Wszyst­ko to słu­ży moim zda­niem jed­ne­mu celo­wi: poka­za­niu pod­mio­tu uwi­kła­ne­go we współ­uczest­nic­two. Uwi­kła­ny sta­je się rów­nież czy­tel­nik, któ­ry nie tyl­ko obser­wu­je wybo­ry moral­ne boha­te­rów, lecz tak­że musi sam odpo­wie­dzieć na powra­ca­ją­ce w powie­ści pyta­nie: co sam zro­bił­bym w podob­nej sytu­acji? Wraz z boha­te­ra­mi roz­po­zna­je­my mecha­ni­zmy racjo­na­li­za­cji, któ­re pozwa­la­ją posta­ciom uspra­wie­dli­wić wła­sne bez­pie­czeń­stwo kosz­tem innych.

Apo­ka­lip­sa w tra­dy­cji reli­gij­nej czy mito­lo­gicz­nej była momen­tem obja­wie­nia – odsło­nię­cia praw­dy o świe­cie i czło­wie­ku. W książ­ce Hol­ma ta funk­cja zosta­je zawie­szo­na. Kata­stro­fa nicze­go nie obja­wia w spo­sób jed­no­znacz­ny. Raczej ujaw­nia struk­tu­ral­ną nie­moż­li­wość roz­strzy­gnię­cia. Kata­stro­fa nukle­ar­na już się wyda­rzy­ła, ale nie pro­wa­dzi do żad­ne­go prze­war­to­ścio­wa­nia – ani moral­ne­go, ani onto­lo­gicz­ne­go. Nie przy­no­si oczysz­cze­nia, nowe­go począt­ku ani rady­kal­nej prze­mia­ny świa­ta. Zamiast tego pozo­sta­wia boha­te­rów w sta­nie zawie­sze­nia.

W tym sen­sie Ter­mush wpi­su­je się w cha­rak­te­ry­stycz­ną dla dru­giej poło­wy XX wie­ku logi­kę myśle­nia o kata­stro­fie. Apo­ka­lip­sa nie jest już momen­tem koń­ca histo­rii, lecz sta­nem per­ma­nent­ne­go kry­zy­su; w takich warun­kach pod­miot zmu­szo­ny jest funk­cjo­no­wać bez osta­tecz­ne­go punk­tu odnie­sie­nia. Miesz­kań­cy hote­lu nie sta­ją przed koniecz­no­ścią dra­ma­tycz­ne­go wybo­ru mię­dzy dobrem a złem; podej­mo­wa­nych przez nich decy­zji nie moż­na jed­no­znacz­nie oce­nić. Zosta­ją oni raczej uwi­kła­ni w sytu­ację, w któ­rej każ­de roz­wią­za­nie oka­zu­je się ambi­wa­lent­ne moral­nie.

W takim uję­ciu nie bez zna­cze­nia oka­zu­je się tak­że fakt, że akcja książ­ki – mimo dużej dozy para­bo­licz­no­ści tej powie­ści – roz­gry­wa się nie gdzie­kol­wiek, lecz na wybrze­żu Oce­anu Atlan­tyc­kie­go (co zosta­ło pod­kre­ślo­ne już w tytu­le: Ter­mush. Wybrze­że Oce­anu Atlan­tyc­kie­go). Ten pozor­nie neu­tral­ny szcze­gół geo­gra­ficz­ny moż­na odczy­ty­wać jako istot­ny ele­ment kon­struk­cji zna­cze­nio­wej utwo­ru. Sym­bo­li­zu­je on pół­noc­ną pół­ku­lę, któ­ra w dru­giej poło­wie XX wie­ku sku­pia­ła naj­więk­szą część kapi­ta­łu, infra­struk­tu­ry i mili­tar­nej potę­gi świa­ta. Umiej­sco­wie­nie schro­nu wła­śnie nad Atlan­ty­kiem moż­na więc inter­pre­to­wać jako znak przy­na­leż­no­ści boha­te­rów do uprzy­wi­le­jo­wa­ne­go cen­trum świa­ta. Hotel Ter­mush nie jest schro­nem dla ludz­ko­ści jako takiej, lecz dla jej naj­bar­dziej zasob­nej czę­ści – dla tych, któ­rzy już wcze­śniej znaj­do­wa­li się po wła­ści­wej stro­nie glo­bal­nych nie­rów­no­ści.

Jed­no­cze­śnie obec­ność oce­anu wią­że się w powie­ści z per­spek­ty­wą śro­do­wi­sko­wą, dopie­ro od nie­daw­na uwzględ­nia­ną w stu­diach nad kata­stro­fa­mi histo­rycz­ny­mi. W powie­ści Hol­ma natu­ra nie jest spek­ta­ku­lar­nym świad­kiem kata­stro­fy. Prze­ciw­nie – pozo­sta­je nie­mal obo­jęt­na wobec ludz­kie­go dra­ma­tu. Jeden z naj­bar­dziej przej­mu­ją­cych frag­men­tów książ­ki opi­su­je chwi­lę, w któ­rej nar­ra­tor po raz pierw­szy widzi oce­an:

Widok Oce­anu Atlan­tyc­kie­go, od któ­re­go bił tak wiel­ki chłód, spra­wił, że po raz pierw­szy dotar­ło do mnie, co się napraw­dę wyda­rzy­ło. A prze­cież oce­an nie ma nic wspól­ne­go z kata­stro­fą, prze­ciw­nie, jest ostat­nim miej­scem, w któ­rym moż­na by się spo­dzie­wać zna­le­zie­nia jej śla­dów1.

Ten kon­trast mię­dzy znisz­czo­nym kra­jo­bra­zem a nie­na­ru­szo­ną, chłod­ną masą oce­anu dzia­ła jak moment wstrzą­su poznaw­cze­go. Roz­ko­pa­ny park, prze­ora­ne raba­ty czy znisz­czo­ne rośli­ny są czy­tel­ny­mi śla­da­mi kata­kli­zmu, lecz para­dok­sal­nie to wła­śnie nie­zmien­ność oce­anu oka­zu­je się bar­dziej nie­po­ko­ją­ca. Jak zauwa­ża nar­ra­tor, „kom­plet­nie nie­zmien­ny oce­an”2 oddzia­łu­je na nie­go sil­niej niż wszyst­kie widocz­ne śla­dy znisz­cze­nia.

Moż­na odczy­tać tę sce­nę jako jed­no z pierw­szych w powo­jen­nej lite­ra­tu­rze intu­icyj­nych prze­czuć eko­lo­gicz­nych: kata­stro­fa oka­zu­je się przede wszyst­kim wyda­rze­niem w obrę­bie ludz­kie­go świa­ta – sys­te­mów poli­tycz­nych, spo­łecz­nych i tech­no­lo­gicz­nych – pod­czas gdy natu­ral­ny porzą­dek pla­ne­ty pozo­sta­je w dużej mie­rze nie­wzru­szo­ny. Oce­an sta­je się więc nie tyle świad­kiem apo­ka­lip­sy, ile raczej mil­czą­cym przy­po­mnie­niem o ludz­kiej kru­cho­ści.

Nie­przy­pad­ko­we wyda­je się rów­nież zakoń­cze­nie powie­ści. Gdy zbun­to­wa­ni przy­by­sze zaczy­na­ją sztur­mo­wać hotel, uprzy­wi­le­jo­wa­ni miesz­kań­cy Ter­mush zosta­ją ewa­ku­owa­ni na sta­tek. Ostat­nie zda­nie książ­ki brzmi: „Na zewnątrz oce­an zastygł, nie jest ani ciem­no, ani jasno”3.

To jed­no z takich zdań, któ­re teo­re­tycz­nie zamy­ka­ją powieść, ale w prak­ty­ce pozo­sta­wia­ją ją otwar­tą. Oce­an – prze­strzeń bez gra­nic i bez wyraź­ne­go punk­tu odnie­sie­nia – sta­je się tu meta­fo­rą świa­ta po kata­stro­fie. Świa­ta zawie­szo­ne­go mię­dzy koń­cem a trwa­niem, mię­dzy nocą a dniem, mię­dzy daw­nym porząd­kiem a nie­pew­ną przy­szło­ścią.

Dla­te­go apo­ria apo­ka­lip­sy nie pole­ga w Ter­mush Sve­na Hol­ma na roz­strzy­gnię­ciu, czy świat się skoń­czył, lecz na pyta­niu: jak żyć w świe­cie, któ­ry już się skoń­czył, a mimo to nadal trwa?

 

1 S. Holm, Ter­mush, tłum. I. Zim­nic­ka, War­sza­wa: ArtRa­ge, 2025, s. 13–14 [e‑book].

2 Tam­że, s. 14 [e‑book].

3 Tam­że, s. 97 [e‑book].

– doktor nauk humanistycznych w dziedzinie literaturoznawstwa.

więcej →

Fallback Avatar

– duński pisarz.

więcej →

Powiązane teksty

29.04.2026
Recenzje

Gdyby przyszły wieści, że cały Teheran wywaliło w kosmos, nie kłopocz się szukaniem zwłok – „Nie ma co” Mahsy Mohebali

Nie ma co można odczytać jak dokument wyśnionego momentu w  historii Iranu. Powieść przedstawia topografię Teheranu sprzed lat, sieć ulic, dzielnic, domów i zakamarków. Czytana dziś, nieuchronnie zmusza nas do zadawania pytań o aktualny wygląd tej mapy – o książce Mahsy Mohebali pisze Aleksandra Samonek.

26.04.2026
Recenzje

„Hjem”, czyli o dającej nadzieję współegzystencji ludzi i nieludzi na Północy

Tytułowe słowo „hjem” w języku norweskim oznacza dom rozumiany jako siedlisko czy przystań. Wybór tytułu można uznać za trafny, bo książka przywodzi na myśl pamiętnik z miejsca, które zarówno dla autorki, jak i obserwowanych przez nią postaci (ludzi i nieludzi) rzeczywiście oznacza coś więcej niż adres – o książce Ilony Wiśniewskiej pisze Dagmara Tomczyk.