Pisarze regionalni nie mieli w XXI wieku łatwego życia. Po boomie na literaturę małych ojczyzn lat 90. serca czytelników przejął wielkomiejski kapitalizm. W nierównej walce z galopującą rzeczywistością wyróżniały się eksperymenty formalne Doroty Masłowskiej i ekopoetyka Olgi Tokarczuk, zjawiskom tym towarzyszył z kolei rozkwit powieści obyczajowej i prozy o wyraźnych cechach gatunkowych: kryminału i fantastyki historycznej. Prowincjonalni artyści (a prowincją jest przecież wszystko poza Warszawą) zeszli do podziemia, przyczaili się w wydawnictwach bibliotek wojewódzkich i instytucji kultury, a także w tych nielicznych prywatnych oficynach, które rentowność uzależniały od grantów.
Wybawienie przyszło, nieco paradoksalnie, z kolejną falą konsumpcjonizmu – rozkwitem internetu. Literaturze mniejszych miast łatwiej było dotrzeć do odbiorcy spasionego na serialach TVN i korpokomediach romantycznych. Ukoronowaniem pewnego etapu rozwoju nowej fali odczytywania prowincji była gdyńska nagroda dla Joanny Wilengowskiej za Króla Warmii i Saturna.
W atmosferze powrotu do małych ojczyzn, przefiltrowanych przez współczesne posttraumy i rozmaite układy płciowości, wśród Strużek i Kości, które nosisz w kieszeni, Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej wznowiło powieść sprzed trzech dekad – wielopoziomową, zakorzenioną w niemal zamierzchłych dziejach, której lektura wymaga od odbiorcy nie lada kompetencji kulturowych i interpretacyjnych. Czy Urodzony w Święto Zmarłych jest utworem ponadczasowym, odpornym na trendy i zmiany pokoleniowe?
Janek Rutkowski, kolega Dawidka Weisera
Jeśli ktoś dojrzewał czytelniczo wśród domków robotniczych z czerwonej cegły i lasów ukrywających potłuczone nagrobki pokryte szwabachą, skojarzenie powieści Feliksa Netza z utworem Pawła Huellego nasunie mu się samo. Jest bowiem w obu tekstach swoisty realizm magiczny, u którego źródeł leży ziemia niczyja, oderwana od korzeni i wzięta w posiadanie zbyt gwałtownie, by całkowicie wymieniła swoją tożsamość.
Zarówno Śląsk Netza, jak i Gdańsk Huellego (ale też i Stefana Chwina) stanowiły po 1945 roku tygle kulturowe. Patchworkowe społeczności o rozmaitych doświadczeniach i światopoglądach stłoczono w przestrzeni o bardzo konkretnym rodowodzie, bez konkretnego planu czy instrukcji obsługi. Niemieckie napisy zamalowano grubą farbą, ulicom nadano rewolucyjnych patronów, a z megafonów odtwarzano przemówienia pierwszomajowe i lipcowe. Tyle że z szyldów uparcie przebijał „Geschäft”, skrzynki na płotach wciąż krzyczały „Briefe”, a domowe przyprawy trzymano w pojemnikach na „Salz” i „Pfeffer”. W tej palimpsestowej przestrzeni musieli funkcjonować Polacy-autochtoni, przesiedleńcy z Kresów, żydowscy ocaleńcy i Niemcy, którzy nie zdążyli bądź nie chcieli wyjechać. Oraz Ślązacy, wymykający się prostej kategoryzacji kierowniczki szkoły, Barbary Stanisławownej, kobiecie o trudnym do zdefiniowania rodowodzie, mówiącej po polsku, nienawidzącej Ukraińców, ale noszącej rosyjskie nazwisko.
Dla małego Kazika Kranza ucieczka w fantazmaty jest próbą opanowania tej pojałtańskiej wieży Babel. Rozwiązania magiczne przenikają się tu z dramatycznymi elementami codzienności: przemocą w szkole, nachalną indoktrynacją, widokiem martwego ciała Oskara Hampla. Dziecięca pamięć narratorów Urodzonego w Święto Zmarłych i Weisera Dawidka, przefiltrowana przez racjonalne (z pozoru) umysły dorosłych, opiera się logice: Hampel schodzi w głąb stawu, a Weiser posiada zdolności telepatyczne. Czy takie postrzeganie przeszłości byłoby możliwe w innym miejscu, w oswojonej, bezpiecznej przestrzeni? Krainy dzieciństwa Netza i Huellego zawieszone są między sielanką a augé’owskim nie-miejscem – i dzięki tej rozpiętości aksjologicznej możliwa jest obecność wspomnień magicznych. Przez sploty tkaniny pamięci przebijają wydarzenia nienależące do porządku znanego protagonistom świata, stają się one podstawą wyjątkowości obu powieści. Przeistaczają klasyczne bildungsroman w konstrukcje intrygująco nieoczywiste, wynosząc je ponad konkretny moment historyczny.
Socjalizm magiczny
Choć Urodzony w Święto Zmarłych w sposób oczywisty podszyty jest śląskością, zdecydowanie silniejsze piętno na powieści odciska indoktrynacja małomiasteczkowej młodzieży. Elementy systemowego zaszczepiania jedynego właściwego światopoglądu, wiecznej czujności i wszędobylskiej zdrady przenikają świat i bohaterów utworu Netza na wskroś. Nie prowadzą jednak do wychowania nowego pokolenia Polaków, lecz tworzą atmosferę zastraszenia wśród wszystkich mieszkańców przygranicznego Lubania.
Indoktrynacja posunięta jest niemal do granic absurdu, tak że mały Kazik gotów jest do największych poświęceń, by spełnić wymagania rozpolitykowanych dorosłych. Zwykła zabawa w podchody zamienia się w tropienie wroga systemu, a jej uczestnicy, niesieni leksyką propagandy, gotowi zatłuc poszukiwanego na śmierć. Z kolei opowieść o Zycie, młodej, ponętnej harcerce, przywodzi na myśl dziewczyny z plakatów, bez reszty oddane sprawie, niemal zakochane w omnipotencji systemu. W Polskiej kulturze głośnych portretów zaciekłych zetempówek nie brakuje, a do bodaj najbardziej charakterystycznych (i najpopularniejszych) należy Zoja, grana przez Ewę Błaszczyk bohaterka serialu Dom.
Dojmująca w powieści Netza jest spowiedź Janka Rutkowskiego (Hirschberga), spisana po latach na kartach listu z Hajfy. Przyjaciel głównego bohatera otwarcie przyznaje, że zaangażowanie polityczne lat 50. było jak najbardziej poważne: i zielona koszula, i czerwony krawat, i nienawiść do Harry’ego Trumana, i poszukiwanie stonki (nie amerykańskiej, lecz kanadyjskiej, ponieważ na Lubań zrzucono akurat kanadyjską).
Siła oddziaływania propagandy jest w Urodzonym w Święto Zmarłych tak wielka, że staje się elementem magicznego prześwitu rzeczywistości. Narrator uczestniczy w rozmowach z Józefem Stalinem, Borysem Polewojem i Dolores Ibárruri, indagując (nie bez zdziwienia) wielkie rewolucyjne figury. Zresztą dialog między Wielkim Językoznawcą, Barbarą Stanisławowną, Kazikiem a jego matką może być dla współczesnego czytelnika wyjątkowo trudny w odbiorze, prowadzony jest bowiem w trzech językach (i tutaj przytyk do wydawcy, Biblioteki Śląskiej: przydałoby się tłumaczenie ustępów rosyjskich i niemieckich).
W jednym tylko momencie socjalistyczny porządek świata zostaje w powieści groteskowo skompromitowany. Oskar Hampel, dobry Niemiec, popełnia samobójstwo (odkręcając w mieszkaniu gaz – tak, Niemiec zabija się gazem!) w dzień śmierci Stalina. Zbieżność dat prowokuje lawinę nieporozumień, która za sprawą Brunona Tartakowera przybiera rysy komiczne. Dyrektor gazowni deklamuje nowomową, wyzyskując całe ustępy z prasy codziennej, kończąc upamiętnienie Stalina słowami: „Z matki, ojca dawne bohatery! A imię jego Czterdzieści i Cztery!”1. Cała sekwencja scen obnaża nietrwałą konstrukcję państwa stalinowskiego, którego szkieletem jest przede wszystkim strach, a wiara w ustrój, nawet jeśli szczera, podszyta jest mechanicznymi, atawistycznymi odruchami bezbolesnego przetrwania.
Echa wychowania socjalistycznego powracają podczas nowojorskiej emigracji bohatera. Rozprawiając o wadach organizacyjnych przedsiębiorstwa, w którym pracuje, domniemywa on, że nieporządkowi zapobiec by mogła Podstawowa Organizacja Partyjna. Amerykańskie reklamy, pomysłowe, ale płytkie, podstępne, przywodzą mu z kolei na myśl serię plakatów z granicą na Odrze i Nysie Łużyckiej, gwarantującą światowy pokój. Zachodni kapitalizm kojarzy zaś mężczyzna ze swojskim współzawodnictwem pracy. Niezależnie od doświadczeń Kazika i od jego stosunku do Polski Ludowej mechanizmy zaszczepione w bohaterze w młodości trzymają go w ojczyźnie, uniemożliwiając mu wyswobodzenie się spod jarzma homo sovieticus.
Kim jest Kazimierz Kranz?
Fundamentem tożsamości narratora są wspomnienia ucieczki przed Armią Czerwoną przez zamarzniętą Drwęcę, lodu pękającego pod wozami, krzyków ludzi i panicznego rżenia koni. Nie można jednak doświadczeń wojennych zamknąć w obszernej, ale upraszczającej, definicji traumy. Dalece silniejszymi tropami podświadomości są stonka zawłaszczona przez szkolnego kolegę i czerwona harcerska chusta wycięta z niemieckiej chorągwi znalezionej na strychu. Nieustanne, psychotyczne niemal przywoływanie symboliki socjalistycznej leży u podstaw nieprzystawalności ontologicznej Kranza.
W katowickim okresie życia, choć naznaczonym buntem wobec władzy, niedopasowanie bohatera ulega pogłębieniu. Im bardziej Kazimierz próbuje manifestować swoją antysystemowość, tym silniej powracają młodzieńcze wspomnienia, intensyfikowane przez wizje i fantasmagorie. Wyraźne sprzeczności między światem dziecięcym a rzeczywistością stanu wojennego dekonstruują tożsamość narratora, coraz silniej opierającego się uczestnictwu w codzienności. Bohater Urodzonego w Święto Zmarłych jest Kazikiem, Kazimierzem, szlachcicem z Osiecka pod Rypinem, Kaziukiem – wszystkimi naraz, jednocześnie, w każdym momencie opowieści.
Przyczyny psychicznego dyskomfortu Kranza doszukiwać się można w braku wyraźnego umocowania bohatera w przestrzeni. Wiejskie życie przekreśliły wojna i zbyt trudne dla dziecka pytania o przynależność etniczną: syn Polki i Niemca, posługujący się niezrozumiałą dla obcych mieszanką polskiego, niemieckiego i śląskiego, nie należał w istocie do żadnego narodu. Ulice Lubania nie pozwalały się ujarzmić nawet po latach zadomowienia Kazika, a Katowice początku lat 80. były dla niego jawnie obce, „jakby ktoś je rozebrał do ostatniej cegiełki i poskładał wedle całkiem innego planu”2. W przypadku takich doświadczeń ucieczka do Nowego Yorku nie mogła przynieść Kranzowi ukojenia.
Kazimierz Kranz nie jest modelowym przedstawicielem swojego pokolenia. Wydaje się, że Netz tak rozpisał oś fabularną, aby przeciąć losy bohatera z emblematycznymi dla szeroko pojętego Śląska motywami. Mamy więc w tym życiorysie ruskich żołdaków rzucających się na samogon i młodziutką wiejską dziewczynę, służbę w Wehrmachcie, figuratywną, przywiązaną do kopalni rodzinę Drzystoniów, pacyfikację kopalni „Wujek”. Urodzony w Święto Zmarłych nie jest jednak manifestacją śląskości. Kazik wszystkim tym wydarzeniom przygląda się z zewnątrz – i to, jak się wydaje, stanowi źródło problemów tożsamościowych bohatera. Jedynym elementem rzeczywistości, który przeniknął do jego podświadomości, było socjalistyczne wychowanie, przeciwko któremu Kranz się później bezskutecznie buntował.
Powrót do przeszłości
Współczesna krytyka literacka często jest bezradna wobec gustów czytelniczych. Nagradzane powieści, gremialnie okrzykiwane przełomowymi, nie przebijają sufitu popularności. Kiedy na rynku ukazuje się kilkanaście tytułów dziennie, eksperymenty i zabawy z formą nie są w stanie zaspokoić potrzeb zróżnicowanej społeczności czytelników.
Może więc odpowiedzią na ten rozdźwięk jest powrót do pozycji z przeszłości? Urodzony w Święto Zmarłych pokazuje, że problemy tożsamościowe bohaterów współczesnej prozy nie są wynalazkiem czasów najnowszych. Zagubione w galopującym kapitalizmie transformacji społeczeństwo chętnie zwracało się ku ponowoczesnym korzeniom. Nieprzystawalność do rzeczywistości, rozmaicie motywowana, wymagała wyjaśnienia, które podsuwała bardzo pojemna znaczeniowo kategoria małej ojczyzny.
Ponadto powieść Feliksa Netza doskonale sytuuje się wobec popularnych w ostatnich latach reportaży poruszających tematykę ziem odzyskanych (Poniemieckie Karoliny Kuszyk, Nasi Niemcy Macieja Falkowskiego, Kajś Zbigniewa Rokity) czy głośnej wystawy Nasi chłopcy w Muzeum Miasta Gdańska. Książka nie przynosi gotowego rozwiązania konfliktów tożsamościowych, ale portretuje – oby nowemu pokoleniu czytelników – bardzo nieoczywistą sytuację etniczno-światopoglądową zachodnich krańców Polski Ludowej. Sukces nowego wydania zależy jednak od ciekawości odbiorców, ich otwartości na podjęcie egzotycznego już tematu socjalistycznego wychowania. Czy współczesny czytelnik, pozbawiony sentymentu do kartek i komitetów kolejkowych, podda się magnetyzmowi powieści Feliksa Netza? Zobaczymy.
1 F. Netz, Urodzony w Święto Zmarłych, Katowice: Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej, 2025, s. 90.
2 Tamże, s. 148.
