Mam wrażenie, że Kamili Janiak udało się opisać, jak podmiotowość przeskakuje przez czas – nie na poziomie poetyckiego projektu, ale w samym ciele wiersza. To więc nie książka o jaźni, ale raczej jaźń opowiadająca o własnych i cudzych przygodach – o Dziwnych dziewczynach Kamili Janiak pisze Agnieszka Waligóra.
jestem.
po jestem otworzyłam usta i zamknęłam.
trzy obrazy na ścianie łączą się w niewyraźne wybrzeże.
znowu woda.
stoję przed prostym rysunkiem ryby.
jestem jaskinią, do której dziecko wkłada rękę
i wyciąga plastikową książkę.
wanną, o którą regularnie uderza zagniewana fala.
znowu woda.
niebieska farba
już zawsze będzie kojarzyć mi się z matką.[…]
kim pani jest, pyta. ma włosy koloru patyczków.
obrazy szumią głośniej od klimatyzacji.
nie wiem, mówię. wchodzę w zdjęcie,
na którym jestem gołym niemowlakiem i krzyczę.jestem kształtem,
jestem miejscem przy stole,
fantazją o dziecku, które w końcu urodziło się
bez włosów i głosu1.
Kim są dziwne dziewczyny Kamili Janiak? A raczej: kim jest ta dziwna dziewczyna, która pokazuje swoje mnogie twarze w najnowszym poemacie autorki? Podchodzę do lektury Dziwnych dziewczyn swobodnie, bo do tego one motywują. Przeskakuje się w nich od obrazów przez wspomnienia do poezji: od słów do wyobraźni i z powrotem. Książka Janiak nie jest świadomą realizacją określonego projektu ani polem do unifikującej interpretacji. Snuta historia wydaje się w pewien sposób odrealniona – jedynym stałym punktem opowieści jest zmienne „ja”, które wciela się w rozmaite byty, bynajmniej ich nie opisując, a jedynie katalogując je w swojej egzystencji.
Zaczyna się od prostej konstatacji: jestem. Stwierdzenie to będzie przewijało się przez cały poemat, raz wywołując miejsca (jaskinia), innym razem przedmioty (plastikowa książka), osoby (pojedyncze i mnogie), abstrakcje (kształt, fantazja) i doznania zmysłowe (to, co słychać, czuć, widać). Ostateczna odpowiedź na pytanie o tożsamość brzmi jednak zawsze: „nie wiem”. O ile w poprzednich książkach poetka – coraz konsekwentniej przywiązana do formy poematowej – koncentrowała się na historiach zbudowanych wokół pojęcia (Miłość) albo relacji (Córy), o tyle Dziwne dziewczyny są w gruncie rzeczy poematem drogi, której szlak jest wytyczony tylko z grubsza. Mapę szkicuje tutaj rytm życia jako procesu narodzin, dorastania i śmierci. Pierwszy krzyk i pierwsze milczenie z otwarcia poematu zaraz ustąpią więc miejsca opowieści o dojrzewaniu i wychowaniu:
jestem specjalistką od zapachów, kłamię
i wchodzimy do tramwaju.
jestem przy tym bardzo grzeczna,
w ogóle wszyscy jesteśmy kulturalni,
chociaż jutro moglibyśmy pozabijać się o wodę.
za oknem westchnięcia samochodów
układają się na różowym kawałku słońca w warstwy,
a oni nawet nie tknęli śniadania2.
Gdzieś obok pojawi się edukacja – ta systemowa i prywatna:
jestem wykształcona przez cotygodniowe wkłady do segregatorów.
kolekcje o komputerach, dodatki na CD.
kolekcje o wszystkim, co żyje i da się wpiąć3.
A za chwilę imprezy, miejskie życie i romanse:
nie spaliśmy całą noc, bo ukształtowała nas geometria sekcji
rytmicznej.
jestem opakowaniem tramalu retard, nagrywam się na pocztę.
w brązowej piwnicy ja i rześki mamy boleśnie ostre ciała
i chociaż tańczymy w kisielu
(to musiał być olsztyn),
tniemy go na półsekundowe kawałki.
neony wyznaczają granice.
no pasaran, mówi jeden i gaśnie4.
Później bohaterka pójdzie do pracy, wejdzie w faktyczną dorosłość, związaną z odpowiedzialnością, i zacznie odnajdywać wzorce owej dorosłości w dziejach rodziny:
ludzie mają opuszczone głowy.
ludzie płaczą.
jestem żelazkiem, które babcia trzymała, gdy pojawiła się
w drzwiach.
jestem jej łzami.
oparzyłam się, kłamie.
jej wieczór. jej twarz jest ciemnobrązowa.
sucha pigwa, mruczy porwany kabel.
wije się na schodach jak wąż.
chwilę wcześniej krzyknęła,
a gwiazdy wpadły w żarzące się ognisko.
dogasamy, martwiły się gwiazdy5.
W końcu bohaterka dotrze do teraźniejszości:
kręcę się w kółko.
zaczynam się i zaraz połykam własny koniec.
gdybym była wężem, połykałabym go tak długo,
aż dotknęłabym karku.
niemożliwe, myślę, bo odbiera mi mowę.jestem już dużo dalej.
jestem już dużo więcej.pod ustami czuję ciepłą skroń dziecka.
palcami dotykam ciepłej pianki,
która pachnie, jak mogłoby życie wieczne6.
Dziewczyna-narratorka staje się symbolicznym początkiem nowego życia (nowej dziewczyny?). Dziedziczy dziwność swojej babki, swojej matki i ostatecznie sama staje się dziwną matką dziwnego dziecka, a chwilami prezentuje się jako własne dziwne dziecko. Mimo zaproponowanej tu linii lektury odmówiłabym jednak czytania tego tomu jako poetyckiej opowieści o dorastaniu – odmówiłabym także czytania go jako historii rodzinnej, zapisu dziedziczenia traumy, narracji autobiograficznej czy relacji dotyczącej awansu. To bowiem poemat przede wszystkim o egzystencji pojmowanej niemal naturalistycznie – jako spis wydarzeń i rzeczy konstytuujących nasze trwanie – a jednocześnie nieco filozoficznie, z wyraźnym sprzeciwem wobec systemowych ujęć życia i strukturą czasową, której początki giną w micie, toną w wodach płodowych. Końce tej przygody są zaś całkowicie nieprzewidywalne, podporządkowane tylko jednemu imperatywowi: nie zniknąć. Dodatkiem do tego jest ujawniany gdzieniegdzie katastrofizm, bo w tle toczy się wojna, a raczej trwają mnogie wojny o wpływy i zasoby, przewijają się także wątki napędzonej konsumpcji i konfliktu o informację:
mijają poniedziałki.
jak łzy płyną trasą: oko, usta, szyja.
jak bolty na mapie, niedokładne.
nikt nie wie, gdzie jestem.jestem znowu w okolicy ślimaka na pragę
i podziwiam szarość powiśla.
(byle jakie powiśle jest jak ciężkie meble,
jak ozdobne guziki,
jak tapczan).
poniatowski ukamieniował okolicę.
budynki owiewane zapachem palonej gumy przylepiają się do mostu.
na balkonach po obu stronach wojny na informacje.
zimny asfalt kłuje jak sweter.
życie nie ma tu szans7.
Potem całość wpada w nicość, dziewczyna-narratorka spodziewa się końca:
z głośniczka leci tyler i pyta,
czy się jeszcze zobaczą.
tańczymy, tak jak kiedyś przez łzy tańczyłam z córką.
teraz jestem rozumem i nie płaczę.przytulam Andrzeja mocniej.
nikogo z nami nie ma, mówi czarna lampka, która wydobywa
nasze twarze z kosmosu.
nikt nie widzi, że staram się go zapamiętać.
tyler prosi o pocałunek.
całuję więc czoło i nos małego Andrzeja.
tyler idzie na wojnę.
całuję jedno oko i drugie oko Andrzeja.
czy ten moment naprawdę istnieje, pytam.
chórek łapie wysoką melodię za plecami tylera.
robimy obrót.
naprawdę tu jestem?tylko proszę nie znikać, mówi kobieta wepchnięta w granatowy
fotel.
za jej plecami ściana wchodzi w niskie chlupotanie obrazów8.
Poemat dotyczy więc przede wszystkim traumatycznej niesamowitości istnienia – rozpoznania mnogości w jedności, wielości dziewczyn w jednej osobie, niedopasowania w tu i teraz. W tekście nie grają przy tym tony fałszywej mądrości ani melodia pokrętnego uniwersalizmu, nie ma również w książce języka instagramowej terapii. Tom wymyka się także interpretacji w stylu kobiecego Bildungsroman, choć w gruncie rzeczy autorka doskonale zrealizowała tu podobny wzorzec, a całość jak najbardziej jest politycznie ugruntowana w doświadczeniu marginalizowanym. Mimo to istnienie w Dziwnych dziewczynach to raczej coś przeżywanego niż porządkowanego: obejmuje symultaniczne wybieganie w przeszłość i przyszłość, obce poczucie dawnych i teraźniejszych „ja”, ujęte w serii niemal fotograficznych zbliżeń. Choć poezja ta traktuje o podmiotowości, jej strukturze i tożsamościach, różni się od tradycyjnych strumieni świadomości i precyzyjnie zaprojektowanych quasiautobiografii – rozwija się jako ekstatyczna opowieść o uobecnieniu siebie w historii, cudzych perspektywach i licznych odmianach czasu. Jest to także zapętlona poetycka narracja o utracie i żałobie, dziecięcej tęsknocie i życiu bez matki, wreszcie – o opiece dziewczyny-narratorki nad samą sobą. Zauważalne są tu płynność, która cechuje życie bez rodzicielskich korzeni, i atrofia języka nazywającego wspomniane procesy i stany:
jestem stopniami. dachem, na który ktoś po mnie wchodzi.
i nie chce rozmawiać, a ja jestem komunikacji źródełkiem.
z jedną jedyną osobą.
mówię w języku szukania powierzchni.
języku zimnej, słodkiej wody o smaku ryb, białego słońca.
wkurwia mnie moja niemoc.
wkurwia mnie, że koniec goni początek.
wkurwia mnie moje wkurwienie.
a wszystkie krzyki depczą mi po głowie.
i niech ktoś mi jeszcze!
jestem nieudacznicą.
(jest takie słowo? pytam,
kiedy nie mogę zasnąć po kolejnym karmieniu,
pytam też pojedynczych jasnych okien,
jest takie słowo?)9.
Przy tym punkt widzenia często jest tu nieludzki – na początku to perspektywa przedmiotów, pojęć, dźwięków i fantazji, jakby człowiecze istnienie patrzyło w lustro obcymi oczami lub wchłaniało kiedy indziej nieosiągalne usytuowania. Nie jest to jednak poemat deklaratywnie posthumanistyczny czy ekokrytyczny, to byłoby zbyt proste. Otoczenie wydaje się tu po prostu integralnym, ruchliwym i sprawczym składnikiem „ja”, przeżywa autonomiczne przygody i wdziera się w perspektywę bohaterki – jest modusem jej bycia, a nie metaforą:
[…]
nienawidzę tego życia, myślę jeszcze raz i wrzucam pod powieki
całą konstrukcję jamnika.
nie wiem, czy to jamnik (i kocham to, jak się zdeformowałam),
ale w przeszłości biegaliśmy i wołaliśmy na bloki jak na psy10.
Opisywane tożsamości podmiotki są więc ciągle przerywane przez wysuwaną na pierwszy plan scenografię, potem zaś budowane na nowo na podstawie owych doświadczeń. Dzięki temu, choć herstoria wpisuje się w polityczne dyskursy – dyscypliny, normy, terapii, wzrostu, oceny, popytu i podaży – jednocześnie się im wymyka, kształtuje raczej przestrzeń autonomii niż opisu, tworzy nadwyżkę i ucieka od niej, zanim ta się ustali. Pozostaje zarazem depresyjna i swoiście radosna, jakby stanowiła formę celebrowania własnej nieskończoności i deformacji.
Mam wrażenie, że Kamili Janiak udało się opisać, jak podmiotowość przeskakuje przez czas – nie na poziomie poetyckiego projektu, ale w samym ciele wiersza. To więc nie książka o jaźni, ale raczej jaźń opowiadająca o własnych i cudzych przygodach. Dziwność poematu jest totalna – poza okładką nie ma tu nawet tytułu, autorka usuwa kolejne mury interpretacyjne i rozmywa własne przyporządkowania. Droga tomu jest niełatwa – „ja” wchłania w siebie cudze opowieści i punkty widzenia, aż do przesytu. Przy tym, choć pozostaje sumą tego, co przeszło, ciągle okazuje się czymś więcej. Może to truizm: Dziwne dziewczyny wydają mi się jednak niezwykle rzadkim przykładem literatury, która nie stawia przed sobą celów, tylko od razu je realizuje. Tak po prostu. Dziewczyny są tu dziwne – i dobrze. Takie są.
1 K. Janiak, Dziwne dziewczyny, Poznań: WBPiCAK, 2025, s. 5.
2 Tamże, s. 6.
3 Tamże, s. 8.
4 Tamże, s. 8.
5 Tamże, s. 29.
6 Tamże, s. 38.
7 Tamże, s. 25.
8 Tamże, s. 39.
9 Tamże, s. 25.
10 Tamże, s. 33.
