Dziwna recenzja

Mam wra­że­nie, że Kami­li Janiak uda­ło się opi­sać, jak pod­mio­to­wość prze­ska­ku­je przez czas – nie na pozio­mie poetyc­kie­go pro­jek­tu, ale w samym cie­le wier­sza. To więc nie książ­ka o jaź­ni, ale raczej jaźń opo­wia­da­ją­ca o wła­snych i cudzych przy­go­dach – o Dziw­nych dziew­czy­nach Kami­li Janiak pisze Agniesz­ka Wali­gó­ra.

 

jestem.
po jestem otwo­rzy­łam usta i zamknę­łam.
trzy obra­zy na ścia­nie łączą się w nie­wy­raź­ne wybrze­że.
zno­wu woda.
sto­ję przed pro­stym rysun­kiem ryby.
jestem jaski­nią, do któ­rej dziec­ko wkła­da rękę
i wycią­ga pla­sti­ko­wą książ­kę.
wan­ną, o któ­rą regu­lar­nie ude­rza zagnie­wa­na fala.
zno­wu woda.
nie­bie­ska far­ba
już zawsze będzie koja­rzyć mi się z mat­ką.

[…]

kim pani jest, pyta. ma wło­sy kolo­ru patycz­ków.
obra­zy szu­mią gło­śniej od kli­ma­ty­za­cji.
nie wiem, mówię. wcho­dzę w zdję­cie,
na któ­rym jestem gołym nie­mow­la­kiem i krzy­czę.

jestem kształ­tem,
jestem miej­scem przy sto­le,
fan­ta­zją o dziec­ku, któ­re w koń­cu uro­dzi­ło się
bez wło­sów i gło­su1.

Kim są dziw­ne dziew­czy­ny Kami­li Janiak? A raczej: kim jest ta dziw­na dziew­czy­na, któ­ra poka­zu­je swo­je mno­gie twa­rze w naj­now­szym poema­cie autor­ki? Pod­cho­dzę do lek­tu­ry Dziw­nych dziew­czyn swo­bod­nie, bo do tego one moty­wu­ją. Prze­ska­ku­je się w nich od obra­zów przez wspo­mnie­nia do poezji: od słów do wyobraź­ni i z powro­tem. Książ­ka Janiak nie jest świa­do­mą reali­za­cją okre­ślo­ne­go pro­jek­tu ani polem do uni­fi­ku­ją­cej inter­pre­ta­cji. Snu­ta histo­ria wyda­je się w pewien spo­sób odre­al­nio­na – jedy­nym sta­łym punk­tem opo­wie­ści jest zmien­ne „ja”, któ­re wcie­la się w roz­ma­ite byty, bynaj­mniej ich nie opi­su­jąc, a jedy­nie kata­lo­gu­jąc je w swo­jej egzy­sten­cji.

Okładka książki Kamili Janiak „Dziwne dziewczyny”.
Kamila Janiak, „Dziwne dziewczyny”, Poznań: WBPiCAK, 2025.

Zaczy­na się od pro­stej kon­sta­ta­cji: jestem. Stwier­dze­nie to będzie prze­wi­ja­ło się przez cały poemat, raz wywo­łu­jąc miej­sca (jaski­nia), innym razem przed­mio­ty (pla­sti­ko­wa książ­ka), oso­by (poje­dyn­cze i mno­gie), abs­trak­cje (kształt, fan­ta­zja) i dozna­nia zmy­sło­we (to, co sły­chać, czuć, widać). Osta­tecz­na odpo­wiedź na pyta­nie o toż­sa­mość brzmi jed­nak zawsze: „nie wiem”. O ile w poprzed­nich książ­kach poet­ka – coraz kon­se­kwent­niej przy­wią­za­na do for­my poema­to­wej – kon­cen­tro­wa­ła się na histo­riach zbu­do­wa­nych wokół poję­cia (Miłość) albo rela­cji (Córy), o tyle Dziw­ne dziew­czy­ny są w grun­cie rze­czy poema­tem dro­gi, któ­rej szlak jest wyty­czo­ny tyl­ko z grub­sza. Mapę szki­cu­je tutaj rytm życia jako pro­ce­su naro­dzin, dora­sta­nia i śmier­ci. Pierw­szy krzyk i pierw­sze mil­cze­nie z otwar­cia poema­tu zaraz ustą­pią więc miej­sca opo­wie­ści o doj­rze­wa­niu i wycho­wa­niu:

jestem spe­cja­list­ką od zapa­chów, kła­mię
i wcho­dzi­my do tram­wa­ju.
jestem przy tym bar­dzo grzecz­na,
w ogó­le wszy­scy jeste­śmy kul­tu­ral­ni,
cho­ciaż jutro mogli­by­śmy poza­bi­jać się o wodę.
za oknem wes­tchnię­cia samo­cho­dów
ukła­da­ją się na różo­wym kawał­ku słoń­ca w war­stwy,
a oni nawet nie tknę­li śnia­da­nia2.

Gdzieś obok poja­wi się edu­ka­cja – ta sys­te­mo­wa i pry­wat­na:

jestem wykształ­co­na przez coty­go­dnio­we wkła­dy do segre­ga­to­rów.
kolek­cje o kom­pu­te­rach, dodat­ki na CD.
kolek­cje o wszyst­kim, co żyje i da się wpiąć3.

A za chwi­lę impre­zy, miej­skie życie i roman­se:

nie spa­li­śmy całą noc, bo ukształ­to­wa­ła nas geo­me­tria sek­cji
ryt­micz­nej.
jestem opa­ko­wa­niem tra­ma­lu retard, nagry­wam się na pocz­tę.
w brą­zo­wej piw­ni­cy ja i rześ­ki mamy bole­śnie ostre cia­ła
i cho­ciaż tań­czy­my w kisie­lu
(to musiał być olsz­tyn),
tnie­my go na pół­se­kun­do­we kawał­ki.
neo­ny wyzna­cza­ją gra­ni­ce.
no pasa­ran, mówi jeden i gaśnie4.

Póź­niej boha­ter­ka pój­dzie do pra­cy, wej­dzie w fak­tycz­ną doro­słość, zwią­za­ną z odpo­wie­dzial­no­ścią, i zacznie odnaj­dy­wać wzor­ce owej doro­sło­ści w dzie­jach rodzi­ny:

ludzie mają opusz­czo­ne gło­wy.
ludzie pła­czą.
jestem żelaz­kiem, któ­re bab­cia trzy­ma­ła, gdy poja­wi­ła się
w drzwiach.
jestem jej łza­mi.
opa­rzy­łam się, kła­mie.
jej wie­czór. jej twarz jest ciem­no­brą­zo­wa.
sucha pigwa, mru­czy porwa­ny kabel.
wije się na scho­dach jak wąż.
chwi­lę wcze­śniej krzyk­nę­ła,
a gwiaz­dy wpa­dły w żarzą­ce się ogni­sko.
doga­sa­my, mar­twi­ły się gwiaz­dy5.

W koń­cu boha­ter­ka dotrze do teraź­niej­szo­ści:

krę­cę się w kół­ko.
zaczy­nam się i zaraz poły­kam wła­sny koniec.
gdy­bym była wężem, poły­ka­ła­bym go tak dłu­go,
aż dotknę­ła­bym kar­ku.
nie­moż­li­we, myślę, bo odbie­ra mi mowę.

jestem już dużo dalej.
jestem już dużo wię­cej.

pod usta­mi czu­ję cie­płą skroń dziec­ka.
pal­ca­mi doty­kam cie­płej pian­ki,
któ­ra pach­nie, jak mogło­by życie wiecz­ne6.

Dziew­czy­na-nar­ra­tor­ka sta­je się sym­bo­licz­nym począt­kiem nowe­go życia (nowej dziew­czy­ny?). Dzie­dzi­czy dziw­ność swo­jej bab­ki, swo­jej mat­ki i osta­tecz­nie sama sta­je się dziw­ną mat­ką dziw­ne­go dziec­ka, a chwi­la­mi pre­zen­tu­je się jako wła­sne dziw­ne dziec­ko. Mimo zapro­po­no­wa­nej tu linii lek­tu­ry odmó­wi­ła­bym jed­nak czy­ta­nia tego tomu jako poetyc­kiej opo­wie­ści o dora­sta­niu – odmó­wi­ła­bym tak­że czy­ta­nia go jako histo­rii rodzin­nej, zapi­su dzie­dzi­cze­nia trau­my, nar­ra­cji auto­bio­gra­ficz­nej czy rela­cji doty­czą­cej awan­su. To bowiem poemat przede wszyst­kim o egzy­sten­cji poj­mo­wa­nej nie­mal natu­ra­li­stycz­nie – jako spis wyda­rzeń i rze­czy kon­sty­tu­ują­cych nasze trwa­nie – a jed­no­cze­śnie nie­co filo­zo­ficz­nie, z wyraź­nym sprze­ci­wem wobec sys­te­mo­wych ujęć życia i struk­tu­rą cza­so­wą, któ­rej począt­ki giną w micie, toną w wodach pło­do­wych. Koń­ce tej przy­go­dy są zaś cał­ko­wi­cie nie­prze­wi­dy­wal­ne, pod­po­rząd­ko­wa­ne tyl­ko jed­ne­mu impe­ra­ty­wo­wi: nie znik­nąć. Dodat­kiem do tego jest ujaw­nia­ny gdzie­nie­gdzie kata­stro­fizm, bo w tle toczy się woj­na, a raczej trwa­ją mno­gie woj­ny o wpły­wy i zaso­by, prze­wi­ja­ją się tak­że wąt­ki napę­dzo­nej kon­sump­cji i kon­flik­tu o infor­ma­cję:

mija­ją ponie­dział­ki.
jak łzy pły­ną tra­są: oko, usta, szy­ja.
jak bol­ty na mapie, nie­do­kład­ne.
nikt nie wie, gdzie jestem.

jestem zno­wu w oko­li­cy śli­ma­ka na pra­gę
i podzi­wiam sza­rość powi­śla.
(byle jakie powi­śle jest jak cięż­kie meble,
jak ozdob­ne guzi­ki,
jak tap­czan).
ponia­tow­ski uka­mie­nio­wał oko­li­cę.
budyn­ki owie­wa­ne zapa­chem palo­nej gumy przy­le­pia­ją się do mostu.
na bal­ko­nach po obu stro­nach woj­ny na infor­ma­cje.
zim­ny asfalt kłu­je jak swe­ter.
życie nie ma tu szans7.

Potem całość wpa­da w nicość, dziew­czy­na-nar­ra­tor­ka spo­dzie­wa się koń­ca:

z gło­śnicz­ka leci tyler i pyta,
czy się jesz­cze zoba­czą.
tań­czy­my, tak jak kie­dyś przez łzy tań­czy­łam z cór­ką.
teraz jestem rozu­mem i nie pła­czę.

przy­tu­lam Andrze­ja moc­niej.
niko­go z nami nie ma, mówi czar­na lamp­ka, któ­ra wydo­by­wa
nasze twa­rze z kosmo­su.
nikt nie widzi, że sta­ram się go zapa­mię­tać.
tyler pro­si o poca­łu­nek.
cału­ję więc czo­ło i nos małe­go Andrze­ja.
tyler idzie na woj­nę.
cału­ję jed­no oko i dru­gie oko Andrze­ja.
czy ten moment napraw­dę ist­nie­je, pytam.
chó­rek łapie wyso­ką melo­dię za ple­ca­mi tyle­ra.
robi­my obrót.
napraw­dę tu jestem?

tyl­ko pro­szę nie zni­kać, mówi kobie­ta wepchnię­ta w gra­na­to­wy
fotel.
za jej ple­ca­mi ścia­na wcho­dzi w niskie chlu­po­ta­nie obra­zów8.

Poemat doty­czy więc przede wszyst­kim trau­ma­tycz­nej nie­sa­mo­wi­to­ści ist­nie­nia – roz­po­zna­nia mno­go­ści w jed­no­ści, wie­lo­ści dziew­czyn w jed­nej oso­bie, nie­do­pa­so­wa­nia w tu i teraz. W tek­ście nie gra­ją przy tym tony fał­szy­wej mądro­ści ani melo­dia pokręt­ne­go uni­wer­sa­li­zmu, nie ma rów­nież w książ­ce języ­ka insta­gra­mo­wej tera­pii. Tom wymy­ka się tak­że inter­pre­ta­cji w sty­lu kobie­ce­go Bil­dung­sro­man, choć w grun­cie rze­czy autor­ka dosko­na­le zre­ali­zo­wa­ła tu podob­ny wzo­rzec, a całość jak naj­bar­dziej jest poli­tycz­nie ugrun­to­wa­na w doświad­cze­niu mar­gi­na­li­zo­wa­nym. Mimo to ist­nie­nie w Dziw­nych dziew­czy­nach to raczej coś prze­ży­wa­ne­go niż porząd­ko­wa­ne­go: obej­mu­je symul­ta­nicz­ne wybie­ga­nie w prze­szłość i przy­szłość, obce poczu­cie daw­nych i teraź­niej­szych „ja”, uję­te w serii nie­mal foto­gra­ficz­nych zbli­żeń. Choć poezja ta trak­tu­je o pod­mio­to­wo­ści, jej struk­tu­rze i toż­sa­mo­ściach, róż­ni się od tra­dy­cyj­nych stru­mie­ni świa­do­mo­ści i pre­cy­zyj­nie zapro­jek­to­wa­nych quasiau­to­bio­gra­fii – roz­wi­ja się jako eks­ta­tycz­na opo­wieść o uobec­nie­niu sie­bie w histo­rii, cudzych per­spek­ty­wach i licz­nych odmia­nach cza­su. Jest to tak­że zapę­tlo­na poetyc­ka nar­ra­cja o utra­cie i żało­bie, dzie­cię­cej tęsk­no­cie i życiu bez mat­ki, wresz­cie – o opie­ce dziew­czy­ny-nar­ra­tor­ki nad samą sobą. Zauwa­żal­ne są tu płyn­ność, któ­ra cechu­je życie bez rodzi­ciel­skich korze­ni, i atro­fia języ­ka nazy­wa­ją­ce­go wspo­mnia­ne pro­ce­sy i sta­ny:

jestem stop­nia­mi. dachem, na któ­ry ktoś po mnie wcho­dzi.
i nie chce roz­ma­wiać, a ja jestem komu­ni­ka­cji źró­deł­kiem.
z jed­ną jedy­ną oso­bą.
mówię w języ­ku szu­ka­nia powierzch­ni.
języ­ku zim­nej, słod­kiej wody o sma­ku ryb, bia­łe­go słoń­ca.
wkur­wia mnie moja nie­moc.
wkur­wia mnie, że koniec goni począ­tek.
wkur­wia mnie moje wkur­wie­nie.
a wszyst­kie krzy­ki dep­czą mi po gło­wie.
i niech ktoś mi jesz­cze!
jestem nie­udacz­ni­cą.
(jest takie sło­wo? pytam,
kie­dy nie mogę zasnąć po kolej­nym kar­mie­niu,
pytam też poje­dyn­czych jasnych okien,
jest takie sło­wo?)9.

Przy tym punkt widze­nia czę­sto jest tu nie­ludz­ki – na począt­ku to per­spek­ty­wa przed­mio­tów, pojęć, dźwię­ków i fan­ta­zji, jak­by czło­wie­cze ist­nie­nie patrzy­ło w lustro obcy­mi ocza­mi lub wchła­nia­ło kie­dy indziej nie­osią­gal­ne usy­tu­owa­nia. Nie jest to jed­nak poemat dekla­ra­tyw­nie post­hu­ma­ni­stycz­ny czy eko­kry­tycz­ny, to było­by zbyt pro­ste. Oto­cze­nie wyda­je się tu po pro­stu inte­gral­nym, ruchli­wym i spraw­czym skład­ni­kiem „ja”, prze­ży­wa auto­no­micz­ne przy­go­dy i wdzie­ra się w per­spek­ty­wę boha­ter­ki – jest modu­sem jej bycia, a nie meta­fo­rą:

[…]
nie­na­wi­dzę tego życia, myślę jesz­cze raz i wrzu­cam pod powie­ki
całą kon­struk­cję jam­ni­ka.
nie wiem, czy to jam­nik (i kocham to, jak się zde­for­mo­wa­łam),
ale w prze­szło­ści bie­ga­li­śmy i woła­li­śmy na blo­ki jak na psy10.

Opi­sy­wa­ne toż­sa­mo­ści pod­miot­ki są więc cią­gle prze­ry­wa­ne przez wysu­wa­ną na pierw­szy plan sce­no­gra­fię, potem zaś budo­wa­ne na nowo na pod­sta­wie owych doświad­czeń. Dzię­ki temu, choć her­sto­ria wpi­su­je się w poli­tycz­ne dys­kur­sy – dys­cy­pli­ny, nor­my, tera­pii, wzro­stu, oce­ny, popy­tu i poda­ży – jed­no­cze­śnie się im wymy­ka, kształ­tu­je raczej prze­strzeń auto­no­mii niż opi­su, two­rzy nad­wyż­kę i ucie­ka od niej, zanim ta się usta­li. Pozo­sta­je zara­zem depre­syj­na i swo­iście rado­sna, jak­by sta­no­wi­ła for­mę cele­bro­wa­nia wła­snej nie­skoń­czo­no­ści i defor­ma­cji.

Mam wra­że­nie, że Kami­li Janiak uda­ło się opi­sać, jak pod­mio­to­wość prze­ska­ku­je przez czas – nie na pozio­mie poetyc­kie­go pro­jek­tu, ale w samym cie­le wier­sza. To więc nie książ­ka o jaź­ni, ale raczej jaźń opo­wia­da­ją­ca o wła­snych i cudzych przy­go­dach. Dziw­ność poema­tu jest total­na – poza okład­ką nie ma tu nawet tytu­łu, autor­ka usu­wa kolej­ne mury inter­pre­ta­cyj­ne i roz­my­wa wła­sne przy­po­rząd­ko­wa­nia. Dro­ga tomu jest nie­ła­twa – „ja” wchła­nia w sie­bie cudze opo­wie­ści i punk­ty widze­nia, aż do prze­sy­tu. Przy tym, choć pozo­sta­je sumą tego, co prze­szło, cią­gle oka­zu­je się czymś wię­cej. Może to tru­izm: Dziw­ne dziew­czy­ny wyda­ją mi się jed­nak nie­zwy­kle rzad­kim przy­kła­dem lite­ra­tu­ry, któ­ra nie sta­wia przed sobą celów, tyl­ko od razu je reali­zu­je. Tak po pro­stu. Dziew­czy­ny są tu dziw­ne – i dobrze. Takie są.

 

1 K. Janiak, Dziw­ne dziew­czy­ny, Poznań: WBPi­CAK, 2025, s. 5.

2 Tam­że, s. 6.

3 Tam­że, s. 8.

4 Tam­że, s. 8.

5 Tam­że, s. 29.

6 Tam­że, s. 38.

7 Tam­że, s. 25.

8 Tam­że, s. 39.

9 Tam­że, s. 25.

10 Tam­że, s. 33.

– krytyczka literacka, literaturoznawczyni i tłumaczka.

więcej →

Fallback Avatar

(Ps. Daisy Kowalsky). Urodziła się w 1984 roku. Jest poetką i wokalistką.

więcej →

Powiązane teksty