Prasówka (19 czerwca 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go w każ­dy pią­tek zapra­sza­my do lek­tu­ry prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„Czas Literatury”

W wio­sen­nym nume­rze „Cza­su Lite­ra­tu­ry” Iwo­na Borusz­kow­ska przy­glą­da się wybra­nej pro­zie ukra­iń­skich auto­rów, któ­rzy piszą o wojen­nej rze­czy­wi­sto­ści. W tek­ście Mel­dun­ki z fron­tu. O dwóch książ­kach pro­zy pisa­nej z wnę­trza woj­ny przy­bli­ża kon­struk­cję i spo­sób pro­wa­dze­nia nar­ra­cji w opi­sy­wa­nych dzie­łach, przez co docie­ra do tego, co wyróż­nia tę pro­zę na tle innych publi­ka­cji lite­rac­kich o tema­ty­ce wojen­nej. Opi­sy­wa­ne przez Borusz­kow­ską książ­ki, na razie nie­do­stęp­ne w języ­ku pol­skim – Гемінґвей нічого не знає („Hemin­gway nie wie nic”) Artu­ra Dro­nia i Хороші передчуття („Dobre prze­czu­cia”) Boh­da­na Koło­mij­czu­ka – spa­ja fun­da­men­tal­ne prze­ko­na­nie:

lite­ra­tu­ra nie ma dziś pra­wa uda­wać, iż potra­fi odma­lo­wać pano­ra­micz­ny por­tret woj­ny. Może nato­miast oca­lić to, co woj­na pró­bu­je znisz­czyć: język rela­cji.

Oby­dwu auto­rów łączy rów­nież podob­na bio­gra­fia – aktyw­ny udział w Siłach Zbroj­nych Ukra­iny: Koło­mij­czuk nadal wal­czy w jej sze­re­gach, Droń zaś po odnie­sie­niu w 2025 roku ran został zde­mo­bi­li­zo­wa­ny. Doświad­cze­nia z fron­tu w oby­dwu przy­pad­kach skła­nia­ją – a może nawet zmu­sza­ją – twór­ców do pisa­nia frag­men­ta­rycz­ne­go, bli­skie­go komu­ni­ka­to­wi czy depe­szy. Jed­no­cze­śnie trze­ba pod­kre­ślić, co zresz­tą czy­ni autor­ka tek­stu, że frag­ment „para­dok­sal­nie – oka­zu­je się dziś for­mą naj­bliż­szą cało­ści”. Ów frag­ment ozna­cza szcze­rość, przez nie­go wyra­ża się posta­wa, za któ­rą stoi prze­ko­na­nie, że w warun­kach wojen­ne­go kata­kli­zmu trud­no budo­wać wie­lo­war­stwo­we i spój­ne opo­wie­ści na temat cier­pie­nia. Oczy­wi­ście obie książ­ki nie spo­ty­ka­ją się na każ­dym pozio­mie, choć­by dla­te­go, że per­spek­ty­wy auto­rów są róż­ne: Droń pole­mi­zu­je z rze­czy­wi­sto­ścią, sta­wia pyta­nia o wia­rę, Koło­mij­czuk zaś skła­nia się ku mowie bliż­szej medy­ta­cji, w pew­nym sen­sie odda­jąc pole nadziei. Mimo to obie pozy­cje sytu­ują się w opo­zy­cji do przy­ję­te­go kano­nu lite­ra­tu­ry wojen­nej (dystans zosta­je zasy­gna­li­zo­wa­ny już przez poja­wie­nie się w tytu­le Erne­sta Hemin­gwaya). Obaj auto­rzy są tak­że prze­ciw­ni – jak okre­śla to Borusz­kow­ska – lite­rac­kim deko­ra­cjom. Kry­tycz­ka zapi­su­je:

Frag­ment […] każe być bli­sko – ale nie po to, by szu­kać sen­sa­cji, tyl­ko po to, by uczest­ni­czyć w trud­nym, wspól­no­to­wym wysił­ku nazy­wa­nia. A kie­dy woj­na trwa, to nazy­wa­nie bywa jed­ną z nie­wie­lu rze­czy, któ­re wciąż może­my robić razem.

Taka per­spek­ty­wa pozwa­la lite­ra­tu­rze pomie­ścić wię­cej, lecz to „wię­cej” nie ozna­cza tutaj pano­ra­micz­ne­go uję­cia wojen­nej rze­czy­wi­sto­ści, ale jej głęb­sze czy wręcz nama­cal­ne odczu­cie.

*

Roz­mo­wa Ali­cji Gór­skiej i Kami­la Jędra­sia­ka Praw­da na zglisz­czach: Czar­no­byl i Hewe­liusz toczy się wokół dwóch seria­li poświę­co­nych kata­stro­fom: wybu­cho­wi reak­to­ra jądro­we­go w elek­trow­ni ato­mo­wej w Czar­no­by­lu i zato­nię­ciu pol­skie­go pro­mu Jan Hewe­liusz. Roz­mów­cy sku­pia­ją się na spo­so­bach, w jakie kul­tu­ra może opo­wia­dać o tra­ge­diach – na for­mach przed­sta­wia­nia praw­dy histo­rycz­nej i fabu­lar­nej, poru­sza­ją tak­że kwe­stię nie­jed­no­znacz­nych poszu­ki­wań osób odpo­wie­dzial­nych za oby­dwie kata­stro­fy. Waż­nym punk­tem roz­mo­wy jest reflek­sja nad spo­łecz­ną potrze­bą wska­za­nia spraw­ców wspo­mnia­nych tra­ge­dii i pró­ba odpo­wie­dzi na pyta­nie, co kry­je się za tym dąże­niem. Skłon­ność do szu­ka­nia pro­stych roz­wią­zań przy rów­no­cze­snym wska­zy­wa­niu „kozła ofiar­ne­go” jest natu­ral­na dla więk­szo­ści z nas. Nie­mniej twór­cy obu seria­li pod­wa­ża­ją ste­reo­ty­py i przez pod­kre­śle­nie niu­an­sów dopro­wa­dza­ją do pew­ne­go rodza­ju pęk­nię­cia w usta­lo­nych sche­ma­tach myśle­nia. Jak zazna­cza Kamil Jędra­siak:

Wła­śnie tu tkwi siła takich tek­stów, jak „Czar­no­byl” czy „Hewe­liusz”. Są one nie tyle jakimś rewi­zjo­ni­zmem zde­for­mo­wa­nych przez Sil­nych Tego Świa­ta opo­wie­ści o rze­czy­wi­stych zda­rze­niach (ten na szczę­ście doko­nu­je się już poza fabu­lar­ny­mi tek­sta­mi kul­tu­ry), ale też pró­bą uchwy­ce­nia kon­tek­stów, pod­su­mo­wa­nia infor­ma­cji i ich arty­stycz­nej inter­pre­ta­cji.

Oczy­wi­ście obraz seria­lo­wy rzą­dzi się swo­imi pra­wa­mi, stąd mię­dzy inny­mi pew­ne uprosz­cze­nia i odwo­ła­nia do ste­reo­ty­pów. Mimo to w oby­dwu pro­duk­cjach uda­ło się wpro­wa­dzić stop­nio­we zmia­ny cha­rak­te­ro­lo­gicz­ne boha­te­rów, odsła­nia­ją­ce zło­żo­ność ich moty­wa­cji i uka­zu­ją­ce ich uwi­kła­nie w struk­tu­ry spo­łecz­ne i poli­tycz­ne. Zabieg uni­ka­nia jed­no­znacz­nych ocen moral­nych pozwa­la uka­zać przed­sta­wia­ne histo­rie jako bliż­sze praw­dy. Nale­ży przy­pusz­czać, że skła­da­ją się one na pro­ces, któ­ry zapew­ne nigdy się nie skoń­czy, lecz być może w tej nie­skoń­czo­no­ści tkwi jego naj­więk­sza zale­ta.

Okładka czasopisma „Czas Literatury” 2026, nr 1.
„Czas Literatury” 2026, nr 1.

„Tygiel Kultury”

Karo­li­na Koło­dziej w ese­ju opu­bli­ko­wa­nym w naj­now­szym nume­rze „Tygla Kul­tu­ry” zada­je pyta­nie o śla­dy lite­rac­kiej (nie)obecności w prze­strze­ni miej­skiej. Pisze przede wszyst­kim o Łodzi, ale jej roz­wa­ża­nia doty­czą­ce wła­śnie tego mia­sta na mapie Pol­ski moż­na potrak­to­wać jako przy­czy­nek do szer­sze­go uję­cia poru­sza­ne­go w tek­ście zagad­nie­nia. Do przy­kła­du Łodzi mogą odnieść się inne ośrod­ki miej­skie. W Rey­mon­tow­skich powi­do­kach, czy­li o nie­obec­no­ści „Zie­mi obie­ca­nej” w prze­strze­ni Łodzi autor­ka doko­nu­je rze­czy nie­zwy­kle istot­nej: nawią­zu­jąc do prze­szło­ści (a kon­kret­nie do posta­ci pisa­rza Wła­dy­sła­wa Rey­mon­ta), ana­li­zu­je teraź­niej­sze zagad­nie­nia i w ten spo­sób rzu­ca świa­tło tak­że na przy­szłość. Lite­rac­ka wizja rey­mon­tow­skiej Łodzi, z jej gwał­tow­no­ścią, kon­tra­sto­wo­ścią, przy­spie­szo­ną nowo­cze­sno­ścią i bru­tal­nym kapi­ta­li­zmem, kształ­tu­je współ­cze­sne myśle­nie o tym mie­ście. Jak zapi­su­je Karo­li­na Koło­dziej:

Dzi­siej­sze mia­sto nie jest już prze­my­sło­wą metro­po­lią, ale nadal pozo­sta­je prze­strze­nią trud­ną i sty­mu­lu­ją­cą, peł­ną napięć kul­tu­ro­wych, kon­tra­stów – i cią­głą potrze­bą rede­fi­nio­wa­nia sie­bie. W tym sen­sie rey­mon­tow­ski „powi­dok” nie tyle opi­su­je Łódź, ile ją współ­two­rzy. To wła­śnie dzię­ki nie­mu kolej­ne poko­le­nia twór­ców – od Mako­wiec­kie­go przez Świer­koc­kie­go po muzy­ków Thin­ka­de­lic, O.S.T.R. i jego współ­pra­cow­ni­ków – mogą dia­lo­go­wać z histo­rią mia­sta, rein­ter­pre­to­wać ją i nada­wać jej nowe zna­cze­nia.

Pisar­stwo Rey­mon­ta wywie­ra więc wpływ na myśle­nie o mie­ście i mimo że śla­dy dorob­ku lite­rac­kie­go twór­cy nie sta­no­wią w Łodzi wyraź­nych punk­tów orien­ta­cyj­nych (znacz­nie wyraź­niej­sze wyda­ją się tu nawią­za­nia do fil­mo­wej adap­ta­cji Zie­mi obie­ca­nej), tekst Koło­dziej otwie­ra pole do reflek­sji wła­śnie nad śla­da­mi, jakie czło­wiek może po sobie pozo­sta­wić – skła­nia rów­nież do pytań o to, czy potrze­bu­je­my podob­nych zna­ków i co nam one mówią o współ­cze­sno­ści.

*

Mar­ta Osta­jew­ska w tek­ście Poza… cza­sem – ukła­dan­ka z post­in­du­strial­nych fabryk i rzek (Frank­furt, Águ­eda, Łódź) sku­pia się na poka­za­niu spo­so­bu, w jaki sztu­ka współ­cze­sna może przy­wra­cać pamięć o miej­scach, któ­re utra­ci­ły swo­je pier­wot­ne funk­cje, a więc w pew­nym sen­sie ist­nie­ją jako ruiny daw­ne­go prze­my­sło­we­go świa­ta. Trzy miej­sca: daw­ne fabry­ki cukru we Frank­fur­cie nad Odrą, winiar­nia w por­tu­gal­skiej Águ­edzie i włó­kien­ni­cza fabry­ka w Łodzi, sta­ły się arty­stycz­ny­mi obsza­ra­mi rekon­struk­cji pamię­ci. W każ­dym z nich – na odmien­ne, ale przez gest zwró­ce­nia się ku lokal­nym histo­riom wspól­ne spo­so­by – prze­strze­nie fabrycz­ne na powrót zysku­ją życie. Nawet jeśli jest to życie do pew­ne­go stop­nia insce­ni­zo­wa­ne czy pró­ba odtwo­rze­nia pew­nych pier­wot­nych funk­cji budyn­ków, wspo­mnia­ne miej­sca „odzy­sku­ją głos”. Przez choć­by chwi­lo­we zaist­nie­nie – w for­mie performance’u wideo, spek­ta­klu ope­ro­we­go czy sze­ro­ko rozu­mia­nych przez autor­kę dzia­łań site-spe­ci­fic – opusz­czo­ne wcze­śniej prze­strze­nie prze­kształ­ca­ją się w miej­sca spo­tkań histo­rii, pamię­ci i współ­cze­snej sztu­ki. Ozda­bia­nie zardze­wia­łych rur różo­wy­mi wstąż­ka­mi czy sta­lag­mi­to­we rzeź­by z pta­sich odcho­dów być może na pierw­szy rzut oka nie repre­zen­tu­ją zbyt ele­ganc­ko potę­gi prze­my­sło­wych histo­rii, ale para­dok­sal­nie wła­śnie dzię­ki tej pozor­nej banal­no­ści pozwa­la­ją zbli­żyć się do zwią­za­nych z nimi miejsc i opo­wie­ści. Podob­nie jak dzia­ło się to w przy­pad­ku odgry­wa­nej w por­tu­gal­skiej Águ­edzie ope­ry, w któ­rej w koń­co­wym akcie arty­ści przy dźwię­kach sak­so­fo­nu opu­ści­li budy­nek fabry­ki, wsie­dli do sta­rej drew­nia­nej łodzi paro­wej i odpły­nę­li w dal. Po chwi­li część z nich sko­czy­ła do wody i z otwar­ty­mi para­sol­ka­mi dopły­nę­ła do brze­gu. Jak zapi­su­je Osta­jew­ska:

To, co wyglą­da­ło jak zaba­wa, uka­zy­wa­ło tra­gicz­ną rela­cję mia­sta z rze­ką, któ­ra wie­lo­krot­nie zale­wa­ła Águ­edę, nisz­cząc domy, win­ni­ce i zabie­ra­jąc cały doby­tek miesz­kań­ców. Jak wszyst­kie mia­sta nad rze­ka­mi – Águ­eda żyła z niej, ale pono­si­ła tego kosz­ty.

Opi­sy­wa­ne w tek­ście dzia­ła­nia arty­stycz­ne według Osta­jew­skiej były­by więc arche­olo­gią emo­cji, czy­li swo­istą lek­cją wsłu­chi­wa­nia się w gło­sy naszych wspól­nych ruin.

Okładka czasopisma „Tygiel Kultury” 2025, nr 2.
„Tygiel Kultury” 2025, nr 2.

„Dialog”

W naj­now­szym nume­rze „Dia­lo­gu” znaj­dzie­my inte­re­su­ją­cą roz­mo­wę z Julią Fie­dor­czuk, któ­ra w swo­jej twór­czo­ści bada rela­cje mię­dzy ludź­mi a śro­do­wi­skiem pla­ne­tar­nym. Tą tema­ty­ką zaj­mo­wa­ła się mię­dzy inny­mi w ese­istycz­nej książ­ce Cyborg w ogro­dzie. Wpro­wa­dze­nie do eko­kry­ty­ki. Wła­śnie o powyż­szą publi­ka­cję na począt­ku wspo­mnia­nej roz­mo­wy, noszą­cej tytuł Spo­so­by na życie w ruinach, pyta pisar­kę Zuzan­na Berendt. Fie­dor­czuk odpo­wia­da:

Kie­dy pisa­łam „Cybor­ga w ogro­dzie” – a zaczy­na­łam jakieś pięt­na­ście lat temu – to był czas przed prze­ło­mo­wym rapor­tem IPCC z 2018 roku doty­czą­cym mię­dzy inny­mi poten­cjal­nych skut­ków wzro­stu śred­nich tem­pe­ra­tur na Zie­mi o 1,5 stop­nia Cel­sju­sza i wię­cej. W tam­tym cza­sie mówie­nie o przy­ro­dzie i zwro­cie eko­lo­gicz­nym czy śro­do­wi­sko­wym w lite­ra­tu­ro­znaw­stwie było postrze­ga­ne jako coś sza­lo­ne­go. Zaj­mo­wa­nie się zwie­rzę­ta­mi; myśle­nie o tym, w jaki spo­sób tek­sty lite­rac­kie mówią o naszej rela­cji z Zie­mią – wte­dy to było bar­dzo eks­cen­trycz­ne i albo pozy­tyw­nie zaska­ki­wa­ło ludzi, albo z punk­tu widze­nia aka­de­mii było odrzu­ca­ne jako nie dosyć poważ­ne.

Obec­nie sytu­acja się zmie­ni­ła, eko­po­ety­ka czy stu­dia nad śro­do­wi­skiem, zwie­rzę­ta­mi i rośli­na­mi zaj­mu­ją zna­czą­ce miej­sce w huma­ni­sty­ce. Choć w dal­szym cią­gu naukow­cy, któ­rzy zaj­mu­ją się przy­ro­dą, jedy­nie cza­sa­mi uzna­ją lite­ra­tu­rę i sztu­kę za war­to­ścio­we dzie­dzi­ny pozwa­la­ją­ce zro­zu­mieć świat.

Zuzan­na Berendt w roz­mo­wie poru­sza tak­że temat naj­now­szej książ­ki Julii Fie­dor­czuk. Przy­go­to­wy­wa­ny do publi­ka­cji tekst nosi intry­gu­ją­cy tytuł i, pod­ty­tuł zaś brzmi o poezji i zmy­słach. Pozy­cja ta uka­że się jesie­nią nakła­dem wydaw­nic­twa Karak­ter. Fie­dor­czuk wyja­śnia:

Jest to książ­ka o spo­so­bach two­rze­nia wie­dzy i budo­wa­nia rela­cji ze świa­tem. Nie jest anty­nau­ko­wa ani anty­tech­nicz­na, ale sta­je w opo­zy­cji do tego, co obec­nie sprze­da­je się nam jako nie­uchron­ność rewo­lu­cji cyfro­wej w takim kształ­cie, w jakim ona aktu­al­nie prze­bie­ga. Prze­ciw­sta­wia się uprasz­cza­niu i for­ma­to­wa­niu naszych języ­ków i spo­so­bów doświad­cza­nia. Spo­ro już napi­sa­no o emo­cjach w kapi­ta­li­zmie. Kapi­ta­lizm wytwa­rza kon­kret­ną eko­no­mię emo­cjo­nal­ną i w ten spo­sób zarzą­dza naszy­mi uczu­cia­mi. Zale­ża­ło mi na tym, żeby przyj­rzeć się temu, co dzie­je się ze zmy­sła­mi, czy­li na pozio­mie głęb­szym, jesz­cze bar­dziej cie­le­snym niż emo­cje. Ray­mond Wil­liams pisał o struk­tu­rach emo­cji, wyka­zu­jąc, że mają one swo­ją histo­rię, są poli­tycz­ne. Ja chcę powie­dzieć, że tak­że zmy­sły są poli­tycz­ne. Zmy­sło­we jest poli­tycz­ne.

*

Wokół zmian kli­ma­tycz­nych i przy­szło­ści naszej pla­ne­ty toczy się rów­nież roz­mo­wa Kor­ne­lii Sob­czak z Mag­da­le­ną Budzi­szew­ską, dok­tor psy­cho­lo­gii, zaj­mu­ją­cą się emo­cja­mi odczu­wa­ny­mi przez ludzi w związ­ku z gro­żą­cą nam kata­stro­fą eko­lo­gicz­ną. Psy­cho­loż­ka opo­wia­da o lękach i depre­sji kli­ma­tycz­nej, a tak­że o roz­ma­itych dzia­ła­niach na rzecz ochro­ny śro­do­wi­ska natu­ral­ne­go. Pre­cy­zu­je:

Myślę, że nie­za­leż­nie od for­my akty­wi­zmu waż­ne jest roz­ma­wia­nie z ludź­mi o kata­stro­fie, nie­ko­niecz­nie prze­ko­ny­wa­nie ich do cze­goś, ale po pro­stu kon­se­kwent­ne mówie­nie na ten temat, któ­ry jest mak­sy­mal­nie wypie­ra­ny spo­łecz­nie. Ludzie są wraż­li­wi na takie infor­ma­cje spo­łecz­ne wokół sie­bie, więc to jest tak, że jak ktoś komu­ni­ku­je w taki rze­czo­wy, cier­pli­wy spo­sób, że coś jest dla nie­go waż­ne, to ludzie się naj­pierw dziw­nie patrzą i pyta­ją, czy nie masz więk­szych pro­ble­mów w życiu, ale w koń­cu do nich docie­ra, że to jest poważ­na spra­wa. Takie prze­ga­da­nie kata­stro­fy jest też waż­ne dla nas samych, potrze­bu­je­my roz­mo­wy w cza­sie trud­nych wyda­rzeń, w ten spo­sób roz­wi­ja­my swo­je zdol­no­ści adap­ta­cyj­ne, może­my uwspól­nić wizje kry­zy­su i lepiej się do nie­go przy­go­to­wać.

Oczy­wi­ście nie wszy­scy potra­fią w spo­koj­ny spo­sób pod­cho­dzić do obec­nej sytu­acji kli­ma­tycz­nej. Są ludzie odczu­wa­ją­cy szcze­gól­nie sil­ne emo­cje zwią­za­ne z tym, co zro­bi­li­śmy z natu­rą. Nie­któ­re oso­by pła­czą na przy­kład z powo­du wycię­tych drzew rosną­cych kie­dyś na ich podwór­kach. Budzi­szew­ska opo­wia­da:

Mam taką ulu­bio­ną teo­rię psy­cho­lo­gicz­ną, ona jest z nur­tu psy­cho­dy­na­micz­ne­go i mówi, że te ele­men­ty świa­ta natu­ry są dla jed­nost­ki obiek­ta­mi w takim sen­sie, jak ojciec, mat­ka, rodzeń­stwo, czy­li taki­mi obiek­ta­mi, z któ­ry­mi mamy jakieś klu­czo­we dla nas rela­cje, i one – te rela­cje budu­ją matry­ce nas samych. Więc nasza pod­sta­wo­wa struk­tu­ra jest nie tyl­ko z rela­cji z ojcem i mat­ką, ale też z tym lasem, w któ­rym bawi­li­śmy się jako dziec­ko, z cha­rak­te­rem podwór­ka, ze spo­so­bem, w jaki zmie­nia­ły się pory roku, że to przy­po­mi­na taką kla­sycz­ną więź z obiek­tem. Auto­rzy, któ­rzy tak myślą, roz­wa­ża­ją obec­ność takich współ­cze­snych psy­cho­pa­to­lo­gii, to, że nagle jest tyle nar­cy­zmu, tyle destruk­tyw­no­ści, tyle uza­leż­nień w kon­tek­ście wła­śnie kata­stro­fy śro­do­wi­ska.

Okładka czasopisma „Dialog” 2026, nr 5.
„Dialog” 2026, nr 5.

„Tygodnik Powszechny”

Nie­daw­no Wydaw­nic­two Czar­ne opu­bli­ko­wa­ło Ćwi­cze­nia z wyobraź­ni teo­lo­gicz­nej – zbiór ese­jów Ryszar­da Kozioł­ka. Więk­szość tek­stów zamiesz­czo­nych w tomie uka­za­ła się wcze­śniej w „Tygo­dni­ku…”. Pre­mie­ra książ­ki sta­ła się oka­zją do roz­mo­wy Kie­dy dusza ma łaskot­ki, prze­pro­wa­dzo­nej z auto­rem przez Micha­ła Okoń­skie­go. Na począt­ku redak­tor pyta lite­ra­tu­ro­znaw­cę o jego oby­dwie bab­cie. Jed­na była kato­licz­ką, dru­ga lute­ran­ką, co spra­wi­ło, że jako ich wnuk Kozio­łek żył w roz­dar­ciu mię­dzy dwo­ma wyzna­nia­mi. Jak sam wspo­mi­na:

Hela, lute­ran­ka, była chłop­ką. Od wio­sny do jesie­ni w pole cho­dzi­ła boso, mimo że nie było już żad­nych pro­ble­mów z obu­wiem, i kar­mi­ła mnie tra­nem, któ­ry stał w wiel­kim ośli­zgłym sło­ju przy jej łóż­ku. Była potwor­nie pra­co­wi­ta, oszczęd­na do skąp­stwa i bar­dzo poboż­na. A Mil­ka była kato­licz­ką, mia­ła spo­rą nad­wa­gę, bo kocha­ła jedze­nie. Rów­nie moc­no, co Sien­kie­wi­cza i kon­cer­ty nowo­rocz­ne z Wied­nia. Wyba­cza­ła mi wszyst­ko. W ich rela­cji dopie­ro teraz widzę uni­kal­ną war­tość i czer­pię nadzie­ję na prze­mia­nę naszej sce­ny publicz­nej… – mogą się spo­ty­kać w przy­jaź­ni oso­by, któ­re są prze­ko­na­ne, że ta dru­ga pój­dzie do pie­kła.

Od tak intry­gu­ją­cych wywo­dów roz­mów­cy prze­cho­dzą do kwe­stii tego, jak to się dzie­je, że – mówiąc potocz­nym języ­kiem – chrze­ści­jań­stwo wciąż „żre” i nie mogą się bez nie­go obejść ani Donald Trump, ani miliar­de­rzy z Doli­ny Krze­mo­wej, choć je ogrom­nie wypa­cza­ją. Według Ryszar­da Kozioł­ka wyni­ka to z fak­tu, że prze­kaz ewan­ge­licz­ny nadal nie ma kon­ku­ren­cji. Lite­ra­tu­ro­znaw­ca pod­kre­śla:

Nie ma rów­nie rady­kal­ne­go wezwa­nia etycz­ne­go jak to o bez­wa­run­ko­wej miło­ści bliź­nie­go. Nawet w bud­dyj­skich naka­zach o sza­cun­ku dla każ­de­go życia jest melan­cho­lia, wyni­ka­ją­ca ze zgo­dy na powszech­ność cier­pie­nia. A chrze­ści­jań­stwo tej zgo­dy nie ma: chce inter­we­nio­wać w świat, nie zosta­wia go Bogu i natu­rze, tyl­ko prze­peł­nia ety­ką bun­tu i nie­zgo­dy na krzyw­dę, zwłasz­cza krzyw­dę bied­ne­go i naj­słab­sze­go. No więc ja myślę, że ten rodzaj „żar­cia”, czy­li gło­du odpo­wie­dzi, któ­ra we mnie powsta­je z nie­zgo­dy na nie­spra­wie­dli­wość, pod taką czy inną posta­cią przy­wo­ła Jezu­sa.

Następ­nie zaś zale­ca każ­de­mu się­gnię­cie po Biblię:

Biblia jest przede wszyst­kim fan­ta­stycz­ną szko­łą języ­ka, sty­lów i barw. Jeśli ktoś jest wiel­bi­cie­lem kina kata­stro­ficz­ne­go, ma tu pro­to­ty­py wszyst­kich kla­sycz­nych fabuł – poto­py, trzę­sie­nia zie­mi, pla­gi egip­skie. Jest w niej naj­głęb­sza liry­ka i wspa­nia­ły ero­tyzm. Jako nauczy­ciel czy­ta­nia lite­ra­tu­ry na pyta­nie, czy war­to czy­tać Biblię, odpo­wia­dam: „Tak, bo to kapi­tal­ny poli­gon kom­pe­ten­cji lite­rac­kich. Nie bój­cie się, że was zdog­ma­ty­zu­je. Raczej wyostrzy wam smak”.

*

Pro­fe­so­ra Ryszar­da Kozioł­ka razem z pro­fe­so­rem Tade­uszem Sław­kiem w rolach kopi­do­łów moż­na było oglą­dać na pre­mie­rze przed­sta­wie­nia Tra­ge­dy­jo Ham­le­ta, ksiyn­cia Dyny­mar­ku w reży­se­rii Rober­ta Talar­czy­ka. O gra­nym w języ­ku ślą­skim na sce­nie Teatru im. Sta­ni­sła­wa Wyspiań­skie­go w Kato­wi­cach spek­ta­klu pisze Jacek Wakar w tek­ście Ksią­żę w bar­dzo złym humo­rze. Oce­nia go jed­nak raczej jako doświad­cze­nie umac­nia­ją­ce toż­sa­mość Ślą­za­ków niż wyda­rze­nie arty­stycz­ne. Ana­li­zu­jąc czte­ry reali­za­cje teatral­ne dzie­ła Szek­spi­ra, jakie ostat­nio moż­na było oglą­dać na pol­skich sce­nach, Wakar entu­zja­stycz­nie odno­si się jedy­nie do Ham­le­ta wysta­wia­ne­go w Teatrze Powszech­nym im. Zyg­mun­ta Hüb­ne­ra w War­sza­wie, a wyre­ży­se­ro­wa­ne­go przez Kami­la Bia­łasz­ka. Zapi­su­je:

Księ­cia Danii gra Antek Szta­ba. Tyle że Dania to nie żad­ne kró­le­stwo, a kor­po­ra­cja. Wyzy­ski­wa­ni pra­cow­ni­cy w maskach gory­li tru­dzą się wal­ką o oży­wie­nie „Ham­le­ta”, więc upo­rczy­wie go prze­pi­su­ją, jako nie­skoń­czo­na licz­ba małp przy katorż­ni­czej, syzy­fo­wej pra­cy. Gada­ją przy tym, ile wle­zie, na Szek­spi­ra i tra­dy­cję, jed­nak reży­ser wido­wi­ska w Powszech­nym za dużo rozu­mie, by ory­gi­nał bez­ce­re­mo­nial­nie pode­ptać i wyrzu­cić na śmiet­nik […]. Bo Ham­let Szta­by jest taki jak „Ham­let” Bia­łasz­ka – bez­czel­ny. Roz­sa­dza świat i same­go sie­bie. Cza­sem swe zagu­bie­nie obśmie­wa (jak Bia­ła­szek swo­je, gdy nie wie, jak odczy­tać jakiś frag­ment), czę­ściej wyszy­dza kor­po­świat dooko­ła. Gra na wie­lu tonach. Czy­tam, że to jest „Ham­let” gene­ra­cji Z, i chy­ba się z tym zga­dzam. Jed­nak dia­gno­za mło­de­go twór­cy się­ga głę­biej. Dra­mat Szek­spi­ra posłu­żył mu do tego, by pod­ło­żyć pod nie­go bom­bę i zapa­lić lont. A przy oka­zji wysa­dzić nasze wyobra­że­nie o świe­cie i poczu­cie, że jest roz­po­zna­ny. Nie, nic nie wie­my i ktoś taki jak Kamil Bia­ła­szek wyrwał nas z bło­gie­go letar­gu.

Wakar zupeł­nie ina­czej oce­nia sztu­kę Paw­ła Demir­skie­go Mam coś w głę­bi nie do przed­sta­wie­nia. HAMLET, któ­rą w Sta­rym Teatrze wyre­ży­se­ro­wał Remi­giusz Brzyk. Jak o niej pisze? O tym prze­ko­naj­cie się sami.

Okładka czasopisma „Tygodnik Powszechny” 2026, nr 25.
„Tygodnik Powszechny” 2026, nr 25.

Czytaj także

26.06.2026 Prasówka

Prasówka (26 czerwca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.

25.06.2026 Laba

Trzy czerwcowe dni. Festiwal (letniego) przesilenia

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych, rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Kingi Dawidowicz z Festiwalu Non-Fiction w Muzeum Miasta Gdyni.

12.06.2026 Prasówka

Prasówka (12 czerwca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.

05.06.2026 Prasówka

Prasówka (5 czerwca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.