W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Czas Literatury”
W wiosennym numerze „Czasu Literatury” Iwona Boruszkowska przygląda się wybranej prozie ukraińskich autorów, którzy piszą o wojennej rzeczywistości. W tekście Meldunki z frontu. O dwóch książkach prozy pisanej z wnętrza wojny przybliża konstrukcję i sposób prowadzenia narracji w opisywanych dziełach, przez co dociera do tego, co wyróżnia tę prozę na tle innych publikacji literackich o tematyce wojennej. Opisywane przez Boruszkowską książki, na razie niedostępne w języku polskim – Гемінґвей нічого не знає („Hemingway nie wie nic”) Artura Dronia i Хороші передчуття („Dobre przeczucia”) Bohdana Kołomijczuka – spaja fundamentalne przekonanie:
literatura nie ma dziś prawa udawać, iż potrafi odmalować panoramiczny portret wojny. Może natomiast ocalić to, co wojna próbuje zniszczyć: język relacji.
Obydwu autorów łączy również podobna biografia – aktywny udział w Siłach Zbrojnych Ukrainy: Kołomijczuk nadal walczy w jej szeregach, Droń zaś po odniesieniu w 2025 roku ran został zdemobilizowany. Doświadczenia z frontu w obydwu przypadkach skłaniają – a może nawet zmuszają – twórców do pisania fragmentarycznego, bliskiego komunikatowi czy depeszy. Jednocześnie trzeba podkreślić, co zresztą czyni autorka tekstu, że fragment „paradoksalnie – okazuje się dziś formą najbliższą całości”. Ów fragment oznacza szczerość, przez niego wyraża się postawa, za którą stoi przekonanie, że w warunkach wojennego kataklizmu trudno budować wielowarstwowe i spójne opowieści na temat cierpienia. Oczywiście obie książki nie spotykają się na każdym poziomie, choćby dlatego, że perspektywy autorów są różne: Droń polemizuje z rzeczywistością, stawia pytania o wiarę, Kołomijczuk zaś skłania się ku mowie bliższej medytacji, w pewnym sensie oddając pole nadziei. Mimo to obie pozycje sytuują się w opozycji do przyjętego kanonu literatury wojennej (dystans zostaje zasygnalizowany już przez pojawienie się w tytule Ernesta Hemingwaya). Obaj autorzy są także przeciwni – jak określa to Boruszkowska – literackim dekoracjom. Krytyczka zapisuje:
Fragment […] każe być blisko – ale nie po to, by szukać sensacji, tylko po to, by uczestniczyć w trudnym, wspólnotowym wysiłku nazywania. A kiedy wojna trwa, to nazywanie bywa jedną z niewielu rzeczy, które wciąż możemy robić razem.
Taka perspektywa pozwala literaturze pomieścić więcej, lecz to „więcej” nie oznacza tutaj panoramicznego ujęcia wojennej rzeczywistości, ale jej głębsze czy wręcz namacalne odczucie.
*
Rozmowa Alicji Górskiej i Kamila Jędrasiaka Prawda na zgliszczach: Czarnobyl i Heweliusz toczy się wokół dwóch seriali poświęconych katastrofom: wybuchowi reaktora jądrowego w elektrowni atomowej w Czarnobylu i zatonięciu polskiego promu Jan Heweliusz. Rozmówcy skupiają się na sposobach, w jakie kultura może opowiadać o tragediach – na formach przedstawiania prawdy historycznej i fabularnej, poruszają także kwestię niejednoznacznych poszukiwań osób odpowiedzialnych za obydwie katastrofy. Ważnym punktem rozmowy jest refleksja nad społeczną potrzebą wskazania sprawców wspomnianych tragedii i próba odpowiedzi na pytanie, co kryje się za tym dążeniem. Skłonność do szukania prostych rozwiązań przy równoczesnym wskazywaniu „kozła ofiarnego” jest naturalna dla większości z nas. Niemniej twórcy obu seriali podważają stereotypy i przez podkreślenie niuansów doprowadzają do pewnego rodzaju pęknięcia w ustalonych schematach myślenia. Jak zaznacza Kamil Jędrasiak:
Właśnie tu tkwi siła takich tekstów, jak „Czarnobyl” czy „Heweliusz”. Są one nie tyle jakimś rewizjonizmem zdeformowanych przez Silnych Tego Świata opowieści o rzeczywistych zdarzeniach (ten na szczęście dokonuje się już poza fabularnymi tekstami kultury), ale też próbą uchwycenia kontekstów, podsumowania informacji i ich artystycznej interpretacji.
Oczywiście obraz serialowy rządzi się swoimi prawami, stąd między innymi pewne uproszczenia i odwołania do stereotypów. Mimo to w obydwu produkcjach udało się wprowadzić stopniowe zmiany charakterologiczne bohaterów, odsłaniające złożoność ich motywacji i ukazujące ich uwikłanie w struktury społeczne i polityczne. Zabieg unikania jednoznacznych ocen moralnych pozwala ukazać przedstawiane historie jako bliższe prawdy. Należy przypuszczać, że składają się one na proces, który zapewne nigdy się nie skończy, lecz być może w tej nieskończoności tkwi jego największa zaleta.
„Tygiel Kultury”
Karolina Kołodziej w eseju opublikowanym w najnowszym numerze „Tygla Kultury” zadaje pytanie o ślady literackiej (nie)obecności w przestrzeni miejskiej. Pisze przede wszystkim o Łodzi, ale jej rozważania dotyczące właśnie tego miasta na mapie Polski można potraktować jako przyczynek do szerszego ujęcia poruszanego w tekście zagadnienia. Do przykładu Łodzi mogą odnieść się inne ośrodki miejskie. W Reymontowskich powidokach, czyli o nieobecności „Ziemi obiecanej” w przestrzeni Łodzi autorka dokonuje rzeczy niezwykle istotnej: nawiązując do przeszłości (a konkretnie do postaci pisarza Władysława Reymonta), analizuje teraźniejsze zagadnienia i w ten sposób rzuca światło także na przyszłość. Literacka wizja reymontowskiej Łodzi, z jej gwałtownością, kontrastowością, przyspieszoną nowoczesnością i brutalnym kapitalizmem, kształtuje współczesne myślenie o tym mieście. Jak zapisuje Karolina Kołodziej:
Dzisiejsze miasto nie jest już przemysłową metropolią, ale nadal pozostaje przestrzenią trudną i stymulującą, pełną napięć kulturowych, kontrastów – i ciągłą potrzebą redefiniowania siebie. W tym sensie reymontowski „powidok” nie tyle opisuje Łódź, ile ją współtworzy. To właśnie dzięki niemu kolejne pokolenia twórców – od Makowieckiego przez Świerkockiego po muzyków Thinkadelic, O.S.T.R. i jego współpracowników – mogą dialogować z historią miasta, reinterpretować ją i nadawać jej nowe znaczenia.
Pisarstwo Reymonta wywiera więc wpływ na myślenie o mieście i mimo że ślady dorobku literackiego twórcy nie stanowią w Łodzi wyraźnych punktów orientacyjnych (znacznie wyraźniejsze wydają się tu nawiązania do filmowej adaptacji Ziemi obiecanej), tekst Kołodziej otwiera pole do refleksji właśnie nad śladami, jakie człowiek może po sobie pozostawić – skłania również do pytań o to, czy potrzebujemy podobnych znaków i co nam one mówią o współczesności.
*
Marta Ostajewska w tekście Poza… czasem – układanka z postindustrialnych fabryk i rzek (Frankfurt, Águeda, Łódź) skupia się na pokazaniu sposobu, w jaki sztuka współczesna może przywracać pamięć o miejscach, które utraciły swoje pierwotne funkcje, a więc w pewnym sensie istnieją jako ruiny dawnego przemysłowego świata. Trzy miejsca: dawne fabryki cukru we Frankfurcie nad Odrą, winiarnia w portugalskiej Águedzie i włókiennicza fabryka w Łodzi, stały się artystycznymi obszarami rekonstrukcji pamięci. W każdym z nich – na odmienne, ale przez gest zwrócenia się ku lokalnym historiom wspólne sposoby – przestrzenie fabryczne na powrót zyskują życie. Nawet jeśli jest to życie do pewnego stopnia inscenizowane czy próba odtworzenia pewnych pierwotnych funkcji budynków, wspomniane miejsca „odzyskują głos”. Przez choćby chwilowe zaistnienie – w formie performance’u wideo, spektaklu operowego czy szeroko rozumianych przez autorkę działań site-specific – opuszczone wcześniej przestrzenie przekształcają się w miejsca spotkań historii, pamięci i współczesnej sztuki. Ozdabianie zardzewiałych rur różowymi wstążkami czy stalagmitowe rzeźby z ptasich odchodów być może na pierwszy rzut oka nie reprezentują zbyt elegancko potęgi przemysłowych historii, ale paradoksalnie właśnie dzięki tej pozornej banalności pozwalają zbliżyć się do związanych z nimi miejsc i opowieści. Podobnie jak działo się to w przypadku odgrywanej w portugalskiej Águedzie opery, w której w końcowym akcie artyści przy dźwiękach saksofonu opuścili budynek fabryki, wsiedli do starej drewnianej łodzi parowej i odpłynęli w dal. Po chwili część z nich skoczyła do wody i z otwartymi parasolkami dopłynęła do brzegu. Jak zapisuje Ostajewska:
To, co wyglądało jak zabawa, ukazywało tragiczną relację miasta z rzeką, która wielokrotnie zalewała Águedę, niszcząc domy, winnice i zabierając cały dobytek mieszkańców. Jak wszystkie miasta nad rzekami – Águeda żyła z niej, ale ponosiła tego koszty.
Opisywane w tekście działania artystyczne według Ostajewskiej byłyby więc archeologią emocji, czyli swoistą lekcją wsłuchiwania się w głosy naszych wspólnych ruin.
„Dialog”
W najnowszym numerze „Dialogu” znajdziemy interesującą rozmowę z Julią Fiedorczuk, która w swojej twórczości bada relacje między ludźmi a środowiskiem planetarnym. Tą tematyką zajmowała się między innymi w eseistycznej książce Cyborg w ogrodzie. Wprowadzenie do ekokrytyki. Właśnie o powyższą publikację na początku wspomnianej rozmowy, noszącej tytuł Sposoby na życie w ruinach, pyta pisarkę Zuzanna Berendt. Fiedorczuk odpowiada:
Kiedy pisałam „Cyborga w ogrodzie” – a zaczynałam jakieś piętnaście lat temu – to był czas przed przełomowym raportem IPCC z 2018 roku dotyczącym między innymi potencjalnych skutków wzrostu średnich temperatur na Ziemi o 1,5 stopnia Celsjusza i więcej. W tamtym czasie mówienie o przyrodzie i zwrocie ekologicznym czy środowiskowym w literaturoznawstwie było postrzegane jako coś szalonego. Zajmowanie się zwierzętami; myślenie o tym, w jaki sposób teksty literackie mówią o naszej relacji z Ziemią – wtedy to było bardzo ekscentryczne i albo pozytywnie zaskakiwało ludzi, albo z punktu widzenia akademii było odrzucane jako nie dosyć poważne.
Obecnie sytuacja się zmieniła, ekopoetyka czy studia nad środowiskiem, zwierzętami i roślinami zajmują znaczące miejsce w humanistyce. Choć w dalszym ciągu naukowcy, którzy zajmują się przyrodą, jedynie czasami uznają literaturę i sztukę za wartościowe dziedziny pozwalające zrozumieć świat.
Zuzanna Berendt w rozmowie porusza także temat najnowszej książki Julii Fiedorczuk. Przygotowywany do publikacji tekst nosi intrygujący tytuł i, podtytuł zaś brzmi o poezji i zmysłach. Pozycja ta ukaże się jesienią nakładem wydawnictwa Karakter. Fiedorczuk wyjaśnia:
Jest to książka o sposobach tworzenia wiedzy i budowania relacji ze światem. Nie jest antynaukowa ani antytechniczna, ale staje w opozycji do tego, co obecnie sprzedaje się nam jako nieuchronność rewolucji cyfrowej w takim kształcie, w jakim ona aktualnie przebiega. Przeciwstawia się upraszczaniu i formatowaniu naszych języków i sposobów doświadczania. Sporo już napisano o emocjach w kapitalizmie. Kapitalizm wytwarza konkretną ekonomię emocjonalną i w ten sposób zarządza naszymi uczuciami. Zależało mi na tym, żeby przyjrzeć się temu, co dzieje się ze zmysłami, czyli na poziomie głębszym, jeszcze bardziej cielesnym niż emocje. Raymond Williams pisał o strukturach emocji, wykazując, że mają one swoją historię, są polityczne. Ja chcę powiedzieć, że także zmysły są polityczne. Zmysłowe jest polityczne.
*
Wokół zmian klimatycznych i przyszłości naszej planety toczy się również rozmowa Kornelii Sobczak z Magdaleną Budziszewską, doktor psychologii, zajmującą się emocjami odczuwanymi przez ludzi w związku z grożącą nam katastrofą ekologiczną. Psycholożka opowiada o lękach i depresji klimatycznej, a także o rozmaitych działaniach na rzecz ochrony środowiska naturalnego. Precyzuje:
Myślę, że niezależnie od formy aktywizmu ważne jest rozmawianie z ludźmi o katastrofie, niekoniecznie przekonywanie ich do czegoś, ale po prostu konsekwentne mówienie na ten temat, który jest maksymalnie wypierany społecznie. Ludzie są wrażliwi na takie informacje społeczne wokół siebie, więc to jest tak, że jak ktoś komunikuje w taki rzeczowy, cierpliwy sposób, że coś jest dla niego ważne, to ludzie się najpierw dziwnie patrzą i pytają, czy nie masz większych problemów w życiu, ale w końcu do nich dociera, że to jest poważna sprawa. Takie przegadanie katastrofy jest też ważne dla nas samych, potrzebujemy rozmowy w czasie trudnych wydarzeń, w ten sposób rozwijamy swoje zdolności adaptacyjne, możemy uwspólnić wizje kryzysu i lepiej się do niego przygotować.
Oczywiście nie wszyscy potrafią w spokojny sposób podchodzić do obecnej sytuacji klimatycznej. Są ludzie odczuwający szczególnie silne emocje związane z tym, co zrobiliśmy z naturą. Niektóre osoby płaczą na przykład z powodu wyciętych drzew rosnących kiedyś na ich podwórkach. Budziszewska opowiada:
Mam taką ulubioną teorię psychologiczną, ona jest z nurtu psychodynamicznego i mówi, że te elementy świata natury są dla jednostki obiektami w takim sensie, jak ojciec, matka, rodzeństwo, czyli takimi obiektami, z którymi mamy jakieś kluczowe dla nas relacje, i one – te relacje budują matryce nas samych. Więc nasza podstawowa struktura jest nie tylko z relacji z ojcem i matką, ale też z tym lasem, w którym bawiliśmy się jako dziecko, z charakterem podwórka, ze sposobem, w jaki zmieniały się pory roku, że to przypomina taką klasyczną więź z obiektem. Autorzy, którzy tak myślą, rozważają obecność takich współczesnych psychopatologii, to, że nagle jest tyle narcyzmu, tyle destruktywności, tyle uzależnień w kontekście właśnie katastrofy środowiska.
„Tygodnik Powszechny”
Niedawno Wydawnictwo Czarne opublikowało Ćwiczenia z wyobraźni teologicznej – zbiór esejów Ryszarda Koziołka. Większość tekstów zamieszczonych w tomie ukazała się wcześniej w „Tygodniku…”. Premiera książki stała się okazją do rozmowy Kiedy dusza ma łaskotki, przeprowadzonej z autorem przez Michała Okońskiego. Na początku redaktor pyta literaturoznawcę o jego obydwie babcie. Jedna była katoliczką, druga luteranką, co sprawiło, że jako ich wnuk Koziołek żył w rozdarciu między dwoma wyznaniami. Jak sam wspomina:
Hela, luteranka, była chłopką. Od wiosny do jesieni w pole chodziła boso, mimo że nie było już żadnych problemów z obuwiem, i karmiła mnie tranem, który stał w wielkim oślizgłym słoju przy jej łóżku. Była potwornie pracowita, oszczędna do skąpstwa i bardzo pobożna. A Milka była katoliczką, miała sporą nadwagę, bo kochała jedzenie. Równie mocno, co Sienkiewicza i koncerty noworoczne z Wiednia. Wybaczała mi wszystko. W ich relacji dopiero teraz widzę unikalną wartość i czerpię nadzieję na przemianę naszej sceny publicznej… – mogą się spotykać w przyjaźni osoby, które są przekonane, że ta druga pójdzie do piekła.
Od tak intrygujących wywodów rozmówcy przechodzą do kwestii tego, jak to się dzieje, że – mówiąc potocznym językiem – chrześcijaństwo wciąż „żre” i nie mogą się bez niego obejść ani Donald Trump, ani miliarderzy z Doliny Krzemowej, choć je ogromnie wypaczają. Według Ryszarda Koziołka wynika to z faktu, że przekaz ewangeliczny nadal nie ma konkurencji. Literaturoznawca podkreśla:
Nie ma równie radykalnego wezwania etycznego jak to o bezwarunkowej miłości bliźniego. Nawet w buddyjskich nakazach o szacunku dla każdego życia jest melancholia, wynikająca ze zgody na powszechność cierpienia. A chrześcijaństwo tej zgody nie ma: chce interweniować w świat, nie zostawia go Bogu i naturze, tylko przepełnia etyką buntu i niezgody na krzywdę, zwłaszcza krzywdę biednego i najsłabszego. No więc ja myślę, że ten rodzaj „żarcia”, czyli głodu odpowiedzi, która we mnie powstaje z niezgody na niesprawiedliwość, pod taką czy inną postacią przywoła Jezusa.
Następnie zaś zaleca każdemu sięgnięcie po Biblię:
Biblia jest przede wszystkim fantastyczną szkołą języka, stylów i barw. Jeśli ktoś jest wielbicielem kina katastroficznego, ma tu prototypy wszystkich klasycznych fabuł – potopy, trzęsienia ziemi, plagi egipskie. Jest w niej najgłębsza liryka i wspaniały erotyzm. Jako nauczyciel czytania literatury na pytanie, czy warto czytać Biblię, odpowiadam: „Tak, bo to kapitalny poligon kompetencji literackich. Nie bójcie się, że was zdogmatyzuje. Raczej wyostrzy wam smak”.
*
Profesora Ryszarda Koziołka razem z profesorem Tadeuszem Sławkiem w rolach kopidołów można było oglądać na premierze przedstawienia Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku w reżyserii Roberta Talarczyka. O granym w języku śląskim na scenie Teatru im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach spektaklu pisze Jacek Wakar w tekście Książę w bardzo złym humorze. Ocenia go jednak raczej jako doświadczenie umacniające tożsamość Ślązaków niż wydarzenie artystyczne. Analizując cztery realizacje teatralne dzieła Szekspira, jakie ostatnio można było oglądać na polskich scenach, Wakar entuzjastycznie odnosi się jedynie do Hamleta wystawianego w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera w Warszawie, a wyreżyserowanego przez Kamila Białaszka. Zapisuje:
Księcia Danii gra Antek Sztaba. Tyle że Dania to nie żadne królestwo, a korporacja. Wyzyskiwani pracownicy w maskach goryli trudzą się walką o ożywienie „Hamleta”, więc uporczywie go przepisują, jako nieskończona liczba małp przy katorżniczej, syzyfowej pracy. Gadają przy tym, ile wlezie, na Szekspira i tradycję, jednak reżyser widowiska w Powszechnym za dużo rozumie, by oryginał bezceremonialnie podeptać i wyrzucić na śmietnik […]. Bo Hamlet Sztaby jest taki jak „Hamlet” Białaszka – bezczelny. Rozsadza świat i samego siebie. Czasem swe zagubienie obśmiewa (jak Białaszek swoje, gdy nie wie, jak odczytać jakiś fragment), częściej wyszydza korpoświat dookoła. Gra na wielu tonach. Czytam, że to jest „Hamlet” generacji Z, i chyba się z tym zgadzam. Jednak diagnoza młodego twórcy sięga głębiej. Dramat Szekspira posłużył mu do tego, by podłożyć pod niego bombę i zapalić lont. A przy okazji wysadzić nasze wyobrażenie o świecie i poczucie, że jest rozpoznany. Nie, nic nie wiemy i ktoś taki jak Kamil Białaszek wyrwał nas z błogiego letargu.
Wakar zupełnie inaczej ocenia sztukę Pawła Demirskiego Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET, którą w Starym Teatrze wyreżyserował Remigiusz Brzyk. Jak o niej pisze? O tym przekonajcie się sami.