Wykład inauguracyjny na 6. Światowy Kongres Tłumaczy Literatury Polskiej

I.

Sza­now­ni Pań­stwo, nie będzie reto­rycz­ną prze­sa­dą, jeśli powiem, że wygła­sza­nie tego wykła­du to dla mnie nie tyl­ko ogrom­ny honor, ale też wiel­ka przy­jem­ność. Kon­gre­sy tłu­ma­czy lite­ra­tu­ry pol­skiej zachwy­ci­ły mnie bowiem od same­go począt­ku nie tyl­ko samą ideą, ale i pew­nym aspek­tem: sta­łem w wia­nusz­ku paru osób, był tam ktoś z Argen­ty­ny, Mon­go­lii, Węgier i Egip­tu – i jedy­nym naszym wspól­nym języ­kiem była pol­sz­czy­zna. Dało mi to nagle poczu­cie – jak­że złud­ne – nie­sły­cha­nej wagi mowy, w któ­rej wyro­słem.

Wszy­scy oni oczy­wi­ście mówi­li ze sto­sow­ny­mi akcen­ta­mi – i to też było nad­zwy­czaj­ne. Angli­cy, Hisz­pa­nie, Fran­cu­zi, Niem­cy zna­ją swój język w wie­lu obcych akcen­tach i jest to może obiek­tem żar­tów, mniej lub bar­dziej wybred­nych, ale jest też prze­cież źró­dłem wspa­nia­łe­go bogac­twa, daje moż­li­wość eks­plo­ro­wa­nia nowych, buj­nych obrze­ży języ­ka, jego kolej­nych moż­li­wo­ści, jakich czę­sto nie jeste­śmy w sta­nie sobie wyobra­zić, dopó­ki ich nie usły­szy­my, dopó­ki nie pozna­my jakie­goś idio­mu prze­nie­sio­ne­go z zupeł­nie innej rze­czy­wi­sto­ści języ­ko­wej i kul­tu­ro­wej, któ­ry w pol­sz­czyź­nie jest świe­ży i zachwy­ca­ją­cy. Jako tłu­ma­cze wie­my wpraw­dzie, że dla idio­mów nale­ży szu­kać odpo­wied­ni­ków, ale cza­sem poku­sa jest zbyt wiel­ka. Anto­nia Lloyd-Jones tak zachwy­ci­ła się pol­skim powie­dze­niem „nie mój cyrk, nie moje mał­py”, że zaczę­ła go uży­wać w swo­ich prze­kła­dach, aż z cza­sem tra­fi­ło ono (zapew­ne nie tą jed­ną dro­gą) do angiel­skie­go języ­ka mówio­ne­go, a nie­któ­rzy jego użyt­kow­ni­cy nawet nie wie­dzą, że to nasza fra­za. Ostat­nio z zasko­cze­niem zna­la­złem „Not my cir­cus, not my mon­keys” w Cam­brid­ge Dic­tio­na­ry.

Ten zachwyt nad pol­sz­czy­zną jako kon­gre­so­wym języ­kiem wspól­nym brał się z głę­bo­kie­go poczu­cia pery­fe­ryj­no­ści. Dziś, kie­dy Pol­ska sta­ła się kra­jem bogat­szym niż kie­dyś i na róż­ne spo­so­by atrak­cyj­nym, kie­dy gości­my wie­lu uchodź­ców i migran­tów, coraz czę­ściej zda­rza się, że sły­szy­my pol­sz­czy­znę odmien­ną, na sty­ku języ­ków. Ale w cza­sach moje­go dzie­ciń­stwa, w prza­śnych latach 90., jeśli ktoś mówił po pol­sku – po pro­stu był Pola­kiem, osta­tecz­nie miał pol­skich rodzi­ców, dziad­ków, żonę lub męża; pomysł, by uczyć się tego dziw­ne­go, trud­ne­go, sze­lesz­czą­ce­go języ­ka bez żad­nych przy­czyn rodzin­nych przy­cho­dził wów­czas do gło­wy bar­dzo nie­licz­nym oso­bom i zapew­ne poło­wa z nich mogła­by zasiąść w tej sali, bo byli to tłu­ma­cze lite­ra­tu­ry.

Pol­sz­czy­zna nie nale­ży wpraw­dzie do „małych języ­ków” – choć jako pol­skie­go pisa­rza zakwa­li­fi­ko­wa­no mnie kie­dyś do takiej kate­go­rii – ale nasza lite­ra­tu­ra powsta­ła w języ­ku histo­rycz­nie pery­fe­ryj­nym, sys­te­ma­tycz­nie nisz­czo­nym przez dwa impe­ria­li­zmy i dwa tota­li­ta­ry­zmy: nie­miec­ki i rosyj­ski. Jest to zresz­tą doświad­cze­nie wspól­ne dla wie­lu naro­dów i języ­ków Euro­py Cen­tral­nej czy Wschod­niej albo – by użyć okre­śle­nia Timothy’ego Sny­de­ra – „skrwa­wio­nych ziem”. Oczy­wi­ście wyko­rze­nia­nie języ­ka i tępie­nie jego lite­ra­tu­ry zna­my z wie­lu czę­ści Euro­py, z Irlan­dii, Bre­ta­nii, Kata­lo­nii czy Kra­ju Basków, ale nigdzie nie były one tak sze­ro­ko zakro­jo­ne, obej­mu­ją­ce tak roz­le­głe tere­ny i tak wie­le naro­dów i języ­ków; żeby zna­leźć takie odpo­wied­ni­ki, musie­li­by­śmy się­gnąć do sko­lo­ni­zo­wa­nej Afry­ki, obu Ame­ryk czy Azji pod­bi­tej przez Zwią­zek Radziec­ki.

I nie mówię tu tyl­ko o spra­wach naj­bar­dziej oczy­wi­stych: zaka­zach uży­wa­nia języ­ków w szko­łach i na uni­wer­sy­te­tach, nisz­cze­niu zbio­rów biblio­tecz­nych, mor­do­wa­niu elit, czy­li o tym wszyst­kim, co widzi­my dziś w Ukra­inie czy w Pale­sty­nie, ale rów­nież o skut­kach dłu­go­fa­lo­wych. W opu­bli­ko­wa­nym nie­daw­no przez „The Guar­dian” czy­tel­ni­czym ran­kin­gu stu naj­wy­bit­niej­szych powie­ści wyda­nych po angiel­sku w środ­ku Euro­py zie­je ogrom­na dziu­ra: po jed­nej stro­nie jest Mann z Cza­ro­dziej­ską górą Bud­den­bro­oka­mi oraz Sebald z Auster­litz Pier­ście­nia­mi Satur­na, po dru­giej nie­śmier­tel­ny, jak to ujął Jurij Andru­cho­wycz, „Toł­sto­jew­ski”: Anna Kare­ni­na Woj­na i pokój, Bra­cia Kara­ma­zow Zbrod­nia i kara, do tego jesz­cze obo­wiąz­ko­wo Mistrz i Mał­go­rza­ta. Jed­na jedy­na Vir­gi­nia Woolf napi­sa­ła pięć powie­ści, któ­re zna­la­zły się w tym ran­kin­gu – a Pola­cy, Cze­si, Sło­wa­cy, Węgrzy, Chor­wa­ci, Sło­weń­cy, Ser­bo­wie, Bośnia­cy, Rumu­ni, Buł­ga­rzy, Ukra­iń­cy, Bia­ło­ru­si­ni, Litwi­ni, Łoty­sze, Estoń­czy­cy, nie mówiąc już o nie­po­sia­da­ją­cych wła­sne­go pań­stwa twór­cach lite­ra­tu­ry w jidysz, rom­skim, ser­bo­łu­życ­kim, łem­kow­skim czy kaszub­skim – ani jed­nej. Na całym tym bez­mia­rze mapy są dwa wyjąt­ki: Kaf­ka z Pro­ce­sem Prze­mia­ną, któ­ry jed­nak nie napi­sał ich ani po cze­sku, ani w jidysz, i Con­rad z Jądrem ciem­no­ści, któ­ry nie napi­sał go po pol­sku.

Jeśli kie­dy­kol­wiek to się zmie­ni, a zmie­nić się powin­no, będzie­my to zawdzię­cza­li jed­nej jedy­nej gru­pie ludzi: Pań­stwu. Tłu­ma­czom.

II.

Sytu­acja, w któ­rej dziś się zna­la­złem, jest nie do pozaz­drosz­cze­nia; jestem wpraw­dzie nie tyl­ko pisa­rzem, ale też tłu­ma­czem – jed­nak z doświad­cze­niem i dorob­kiem trans­la­tor­skim skrom­niej­szym niż doro­bek więk­szo­ści z Pań­stwa. Dłu­go więc zasta­na­wia­łem się, czy jest coś nowe­go czy jak­kol­wiek cie­ka­we­go, o czym mógł­bym tu opo­wie­dzieć. I pomy­śla­łem o retrans­la­cji, czy­li prze­kła­dach powsta­ją­cych, kie­dy jed­no (a bywa, że wię­cej niż jed­no) tłu­ma­cze­nie dzie­ła na język doce­lo­wy już ist­nie­je.

Retrans­la­cją zaj­mo­wa­łem się wła­ści­wie od pierw­szych moich prób, od tłu­ma­cze­nia Man­delsz­ta­ma w szko­le śred­niej i Lar­ki­na na stu­diach. Moim napę­dem była wów­czas nie­zgo­da na prze­kła­dy ist­nie­ją­ce, czę­sto kano­nicz­ne (ba, jedy­ne): tro­pi­łem potknię­cia, prze­kła­ma­nia, błę­dy. Dziś, po latach, kie­dy retrans­la­cje sta­no­wią mniej wię­cej poło­wę moich prze­kła­dów, mam na ogół wię­cej poko­ry wobec daw­nych mistrzów, nato­miast wciąż żywię głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że tek­sty lite­rac­kie, zwłasz­cza tek­sty wybit­ne, waż­ne nie tyl­ko dla lite­ra­tu­ry i języ­ka, w któ­rych powsta­ły, ale dla całej ludz­ko­ści, muszą być co jakiś czas tłu­ma­czo­ne na nowo, muszą na nowo prze­glą­dać się w lustrze obce­go języ­ka. Jak ujął to Edward Bal­ce­rzan: każ­dy prze­kład ist­nie­je w serii, nawet jeśli jest pierw­szy, bo wów­czas ist­nie­je jako począ­tek serii poten­cjal­nej.

Prze­kła­da­łem ist­nie­ją­ce już wcze­śniej w pol­sz­czyź­nie wier­sze Lar­ki­na i Sand­bur­ga, Opo­wieść wigi­lij­ną Dic­ken­sa i Dokrę­ca­nie śru­by Jame­sa, Wiel­kie­go Gatsby’ego Fit­zge­ral­da i Żywo­ty zwie­rząt Coet­ze­ego, Duszę czło­wie­ka w socja­li­zmie Wilde’a i tek­sty Wil­hel­ma Muel­le­ra do pie­śni z cyklu Win­ter­re­ise Schu­ber­ta, Gdy leżę, kona­jąc Nie­po­ko­na­ne Faulk­ne­ra. Nie­któ­re z nich ist­nia­ły tyl­ko w jed­nej wer­sji, inne w kil­ku, lep­szych lub gor­szych; cza­sem sam przy­cho­dzi­łem do wydaw­cy z pomy­słem ich wzno­wie­nia, cza­sem przyj­mo­wa­łem zle­ce­nie. Zawsze jed­nak decy­zję podej­mo­wa­łem nie tyl­ko po prze­czy­ta­niu tek­stu, ale i grun­tow­nym zasta­no­wie­niu się, czy umiem wnieść coś nowe­go, czy moja pra­ca nie będzie pra­cą zbęd­ną. I z tego powo­du wie­le takich pro­po­zy­cji odrzu­ca­łem, cza­sem z żalem, na ogół bez żalu.

Mówię o tym wszyst­kim aku­rat Pań­stwu, ponie­waż uwa­żam, że lite­ra­tu­ra pol­ska potrze­bu­je nie tyl­ko trans­la­cji, ale i retrans­la­cji. Zda­ję sobie oczy­wi­ście spra­wę, że – jako autor nadal żyją­cy i w znacz­nej czę­ści nie­prze­tłu­ma­czo­ny – z pozo­ru nie powi­nie­nem do tego nawo­ły­wać; prze­ciw­nie, powi­nie­nem nale­gać: „No, dobrze, na szczę­ście ten Mic­kie­wicz, Sło­wac­ki, Prus, Gom­bro­wicz, Schulz, Nał­kow­ska, Rey­mont prze­ło­że­ni, to zaj­muj­cie się tyl­ko nami, żywy­mi, któ­rym jesz­cze moż­na wypła­cić hono­ra­ria!”. Ale było­by to myśle­nie nader ogra­ni­czo­ne. Lite­ra­tu­ra pol­ska – cała zresz­tą lite­ra­tu­ra Euro­py Cen­tral­nej czy Wschod­niej – leci na dwóch skrzy­dłach: sta­rym i nowym; jeśli jed­no z nich będzie cher­la­we, dale­ko nie ule­ci.

III.

Czym róż­nią się prze­kła­dy sta­re od nowych? Wszyst­kim i niczym. Niby są to te same posta­ci, te same wyda­rze­nia, te same mniej wię­cej zda­nia, ale mnó­stwo drob­nych róż­nic spra­wia, że lek­tu­ra jest zupeł­nie inna. I oczy­wi­ście decy­du­ją tu czę­sto gust i kon­cep­cja poszcze­gól­nych tłu­ma­czy, ale są też pra­wi­dło­wo­ści wyni­ka­ją­ce z danej epo­ki, z jej moż­li­wo­ści, ogra­ni­czeń i oby­cza­jów.

Posta­ram się o tym opo­wie­dzieć, korzy­sta­jąc zresz­tą w dużej czę­ści z posło­wi do moich tłu­ma­czeń. Tak, uwiel­biam posło­wia i uwiel­biam przy­pi­sy (poza oczy­wi­ście taki­mi, któ­re są wyra­zem kapi­tu­la­cji tłu­ma­cza: „nie­prze­tłu­ma­czal­na gra słów”). Moja miłość do przy­pi­sów się­ga cza­sów naj­daw­niej­szych doświad­czeń czy­tel­ni­czych, kie­dy prze­dzie­ra­łem się przez książ­ki mło­dzie­żo­we z biblio­tecz­ki mojej mat­ki, wyda­wa­ne w latach 50. i 60. Uwa­ża­no wów­czas, bar­dzo słusz­nie, że mło­dy czy­tel­nik poprzez lek­tu­ry roz­wi­ja swo­ją wie­dzę o świe­cie. Ale co z czy­tel­ni­kiem sta­rym, czy­tel­ni­kiem w śred­nim wie­ku? Tak samo. Kie­dy dali­śmy sobie wmó­wić, kie­dy uwie­rzy­li­śmy, że doro­śli nie uczą się nicze­go z lite­ra­tu­ry pięk­nej? Albo że zna­ją, że mają obo­wią­zek znać wszyst­kie sło­wa, alu­zje histo­rycz­ne, kon­tek­sty innych epok i kul­tur? Nie czy­tam po to, żeby wciąż dowia­dy­wać się tego, co już wiem; czy­tam, żeby posze­rzać gra­ni­ce swo­je­go świa­ta. Dla­te­go chcę przy­pi­sów.

Tu pozwo­lę sobie na małą notat­kę na mar­gi­ne­sie czy przy­pis wła­śnie. Nie będzie myślą nową ani ory­gi­nal­ną, że róż­ne języ­ki mają na tłu­ma­cze­nie roz­ma­ite okre­śle­nia – i że sta­no­wią one zara­zem świa­dec­two róż­no­ra­kie­go myśle­nia o tym pro­ce­sie.

Trans­la­tio, jak pol­ski ‘prze­kład’, ozna­cza, że coś leża­ło w jed­nym miej­scu (języ­ku) i zosta­ło ‘prze­nie­sio­ne’, ‘prze­ło­żo­ne’ w dru­gie miej­sce (czy język). Podob­ne jest litew­skie ver­ti­mas, czy­li ‘obró­ce­nie cze­goś na dru­gą stro­nę’: tekst leży mniej wię­cej w tym samym miej­scu, ale trze­ba go obró­cić (co przy­wo­dzi na myśl pięk­ną meta­fo­rę, że książ­ka prze­kła­da­na na wie­le języ­ków jest cią­gle obra­ca­na i tak powo­li toczy się po mapie świa­ta). Trzon ver­sti to rów­nież obró­ce­nie stro­ni­cy w książ­ce czy ski­by płu­giem (wszy­scy zna­my trud tej orki; ver­sti to zresz­tą rów­nież harów­ka), a tak­że oba­le­nie wład­cy, wyrwa­nie drze­wa z korze­nia­mi czy zruj­no­wa­nie (jak pol­skie: ‘obró­cić w gru­zy’). Takie prze­kła­dy też wszy­scy zna­my, nie­ste­ty.

Tra­duc­ción ozna­cza ‘prze­pro­wa­dza­nie’ – i myślę, że dla każ­de­go z Pań­stwa, każ­de­go z nas, ma to głęb­szy sens; jeśli pro­wa­dzi­my sta­do słów jak sta­do zwie­rząt, wie­my, że nie da się ich po pro­stu prze­ło­żyć na inne miej­sce jak kamie­nia czy młot­ka; nie­któ­re z nich wierz­ga­ją, inne idą pod prąd, ucie­ka­ją na boki, tak że trze­ba ich dłu­go szu­kać po bez­dro­żach; a cza­sem nawet z żalem stwier­dzić, że stra­ci­li­śmy je bez­pow­rot­nie.

Nider­landz­kie ver­ta­len to ‘prze-powie­dzieć, powie­dzieć na nowo’. Tekst został już wypo­wie­dzia­ny, ale musi­my go wymó­wić raz jesz­cze, innym gło­sem.

I wresz­cie – choć nie wyczer­pu­je to z pew­no­ścią ety­mo­lo­gicz­nych meta­for – pol­skie „tłu­ma­cze­nie”, czy­li obja­śnia­nie komuś, kto nie poj­mu­je; nie­co, przy­zna­ję, pro­tek­cjo­nal­ne, ale doty­ka­ją­ce rów­nież waż­nej spra­wy: tłu­macz musi spra­wić, że czy­tel­nik coś zro­zu­mie, a zatem – przy­kra kon­sta­ta­cja – musi to naj­pierw sam zro­zu­mieć.

A zatem: kie­dy sia­dam do tłu­ma­cze­nia nowej książ­ki, nie wiem poło­wy, cza­sem dwóch trze­cich tego, co w tych przy­pi­sach umiesz­czę; uczę się inne­go świa­ta, jestem roz­bit­kiem na obcej, bez­lud­nej wyspie (no, jeśli autor żyje, to jeste­śmy tam razem) i muszę przez tę wyspę prze­pro­wa­dzić czy­tel­ni­ków. Przy­pi­sy i posło­wia są nie tyl­ko moim darem dla nich, dro­go­wska­za­mi i zna­ka­mi, ale też zapi­sem mojej podró­ży, mojej podró­ży edu­ka­cyj­nej przez książ­kę. Wszy­scy wie­my, że trud­no sobie wyobra­zić lek­tu­rę tek­stu głęb­szą niż ta, któ­rą prze­pro­wa­dza tłu­macz – i niech świa­dec­two tej lek­tu­ry zosta­nie utrwa­lo­ne i słu­ży wszyst­kim.

IV.

Nowe prze­kła­dy zawsze wyma­ga­ją jakie­goś uspra­wie­dli­wie­nia. Nie ma sen­su sia­dać do nich bez powo­du. Cze­mu zatem tłu­ma­czy­my ponow­nie?

Naj­ła­twiej­sza – i zara­zem naj­mniej inte­re­su­ją­ca – odpo­wiedź brzmi: ponie­waż poprzed­ni prze­kład był zły. Nie­udol­ny, sko­pa­ny, w cało­ści lub w istot­nej czę­ści. Powo­dem, dla któ­re­go posta­no­wi­łem tłu­ma­czyć The Turn of the Screw Henry’ego Jame­sa, był już sam tytuł jedy­ne­go dotych­cza­so­we­go pol­skie­go prze­kła­du, pasu­ją­cy raczej do tanie­go hor­ro­ru niż do jed­nej z naj­do­sko­nal­szych opo­wie­ści nie­sa­mo­wi­tych w histo­rii lite­ra­tu­ry: W klesz­czach lęku. Choć oczy­wi­ście na tym mój pro­blem z tym tłu­ma­cze­niem się nie koń­czył, a dopie­ro zaczy­nał.

Jed­nak nie tak czę­sto mamy do czy­nie­nia z sytu­acją, w któ­rej wybit­ne dzie­ła kla­sy­ki mają tyl­ko jed­no tłu­ma­cze­nie i jest ono tak nie­uda­ne, że doma­ga się popra­wy. Co, jeśli poprzed­ni prze­kład jest dobry?

Zacznij­my od obiek­tyw­nych nie­moż­li­wo­ści.

Po pierw­sze, daw­ni tłu­ma­cze cza­sem nie dys­po­no­wa­li wła­ści­wym tek­stem. Zda­rza się, że wie­le lat od pre­mie­ry książ­ka uka­zu­je się w for­mie peł­niej­szej – co z pew­no­ścią zna­ją z doświad­cze­nia ci z Pań­stwa, któ­rzy prze­kła­da­li utwo­ry oka­le­czo­ne przez PRL-owską cen­zu­rę. Kie­dy Wil­de zło­żył Por­tret Doria­na Graya w redak­cji „Lippincott’s Mon­th­ly Maga­zi­ne”, redak­tor, nie pyta­jąc go o zda­nie, wyciął obszer­ne frag­men­ty jako nie­oby­czaj­ne; Wil­de póź­niej wpraw­dzie znacz­nie roz­bu­do­wał tekst, ale pozo­sta­wił ubyt­ki – któ­re Nicho­las Fran­kel, opie­ra­jąc się na zacho­wa­nym maszy­no­pi­sie nade­sła­nym do redak­cji, uzu­peł­nił dopie­ro w roku 2011, sto dwa­dzie­ścia lat od pierw­sze­go wyda­nia.

Cza­sem jed­nak wpro­wa­dzo­ne zmia­ny były sub­tel­niej­sze. Nie­po­ko­na­ne Faulk­ne­ra to powieść zło­żo­na wtór­nie z opo­wia­dań publi­ko­wa­nych w pra­sie: za pod­sta­wę posłu­ży­ły stro­ni­ce z pism (z „uła­dzo­ną” przez redak­cje inter­punk­cją, osła­bio­nym dia­lek­tem i cen­zu­rą oby­cza­jo­wą), na któ­re autor naniósł odręcz­nie dopi­ski. Jeśli zmian było wię­cej, wystu­ki­wał nowe frag­men­ty na maszy­nie, przy czym cza­sem robił to za nie­go kto inny. Taki tekst uka­zał się jesie­nią 1937 roku i sta­no­wił pod­sta­wę pierw­sze­go – i jedy­ne­go na lata – pol­skie­go prze­kła­du z 1961 roku. Dopie­ro wie­lo­let­nia pra­ca licz­nych spe­cja­li­stów pozwo­li­ła stwo­rzyć tekst moż­li­wie naj­bliż­szy Faulk­ne­ro­wi i jego pisar­stwu, zacho­wu­ją­cy oso­bli­wo­ści lek­sy­kal­ne i inter­punk­cyj­ne, spe­cy­ficz­ne for­my dia­lo­gów czy fone­tycz­ny zapis dia­lek­tów – uka­zał się on w roku 1991 i to z nie­go korzy­sta­łem w mojej retrans­la­cji.

Po dru­gie, trze­ba pamię­tać, że daw­ni tłu­ma­cze pra­co­wa­li w zupeł­nie innych warun­kach: za żela­zną kur­ty­ną i bez Google’a. Nawet jeśli mie­li dostęp do nati­ve spe­ake­rów, zna­jo­ma z Berk­shi­re nie­ko­niecz­nie rozu­mia­ła dia­lekt czar­nych z ame­ry­kań­skie­go Połu­dnia, a kole­ga z Nowe­go Jor­ku – sub­tel­no­ści wik­to­riań­skiej ety­kie­ty. Kie­dy mój mąż, Piotr Tar­czyń­ski, tłu­ma­czył Świa­tłość w sierp­niu, w któ­rej Lena kupu­je sobie sar­di­nes in oil, spę­dził dłuż­szy czas na bada­niu całej histo­rii ame­ry­kań­skie­go prze­twór­stwa ryb­ne­go, żeby dowie­dzieć się, czy były to sar­dyn­ki w ole­ju czy w oli­wie (co jest szcze­gó­łem, jak sądzę, nie­spe­cjal­nie zmie­nia­ją­cym wymo­wę powie­ści, a nawet tej sce­ny); ale mógł to zro­bić – i to nie rusza­jąc się od biur­ka.

Dopó­ki nie zabra­łem się do Opo­wie­ści wigi­lij­nej Dic­ken­sa, nie mia­łem poję­cia, że jest to głos w spra­wie bar­dzo kon­kret­nych ustaw praw­nych, gło­so­wa­nych w angiel­skim par­la­men­cie w pierw­szej poło­wie XIX wie­ku, tekst bez mała publi­cy­stycz­ny. Sia­da­jąc do Nie­po­ko­na­ne­go Faulk­ne­ra, nie wie­dzia­łem, jak waż­na jest tam chro­no­lo­gia bitwy sece­syj­nej, jakich cwa­nych zabie­gów doko­nu­je autor, żeby pew­ne chwa­leb­ne histo­rie przy­pi­sać Połu­dniu, choć nale­żą one do pamię­ci Pół­no­cy. Nie wie­dzia­łem też, że strasz­li­wy obraz wysy­pi­ska popio­łów w Queens odma­lo­wa­ny przez Fit­zge­ral­da w Wiel­kim Gats­bym przy­czy­nił się do prze­ro­bie­nia tego tere­nu na park Flu­shing Meadows-Coro­na. Poprzed­nie tłu­ma­cze­nia na to mnie nie przy­go­to­wa­ły – i nawet nie wiem, czy poprzed­ni tłu­ma­cze byli tego wszyst­kie­go świa­do­mi.

Pra­co­wa­li­śmy z Pio­trem nad tłu­ma­cze­nia­mi Faulk­ne­ra rów­no­le­gle, sie­dząc przy biur­kach naprze­ciw­ko sie­bie; i zda­rzy­ło się nam, że jed­ne­go dnia z pol­skiej mapy wymy­ślo­ne­go hrab­stwa Yok­na­pa­taw­pha wyma­za­li­śmy dwie miej­sco­wo­ści. W As I Lay Dying Tull jedzie spa­lo­ną słoń­cem dro­gą i mówi: „A rat­tling wagon is migh­ty dry weather, for a Bird­sell”. Ewa Życień­ska prze­ło­ży­ła to: „Jak wóz tur­ko­cze, to już wiel­ce sucho jak na Bird­sell”. Ale bird­sell to mar­ka wozu, reso­ro­wa­ne fer­ra­ri wśród fur­ma­nek, czy­li: „Jak się ma bird­sel­la, to takie tur­ko­ta­nie wozu zna­czy okrut­nie suchą pogo­dę”.

Z kolei w Świa­tło­ści w sierp­niu Lena szu­ka ojca swe­go dziec­ka i „some­bo­dy down at Samson’s told her the­re is a fel­low named Burch”. W prze­kła­dzie Słom­czyń­skie­go „ktoś w Sam­son powie­dział” – tyle że Sam­son to oso­ba, far­mer i skle­pi­karz. Ktoś jej to powie­dział „u Sam­so­na”, w jego skle­pie. I tu aku­rat wia­do­mo, że „at Samson’s” ozna­cza co inne­go niż „in Sam­son”.

I tu pozwo­lę sobie znów na przy­pis czy dygre­sję; w każ­dym kra­ju mamy swój trans­la­tor­ski pan­te­on, wiel­kie, dostoj­ne sła­wy z prze­szło­ści. W Pol­sce, z nie­licz­ny­mi wyjąt­ka­mi jak Zofia Chą­dzyń­ska czy Maria Skib­niew­ska, jest to pan­te­on męski. Tak się zło­ży­ło, że w naszym pro­jek­cie faulk­ne­row­skim Piotr tłu­ma­czył po takiej wiel­kiej sła­wie, Macie­ju Słom­czyń­skim, a ja po Ewie Życień­skiej – autor­ce wie­lu prze­kła­dów, ale raczej zapo­mnia­nej. Róż­ni­ce były ogrom­ne; Życień­skiej zda­rzy­ło się raz czy dwa omi­nąć jakiś ury­wek, ale widać, że była to pomył­ka – coś, co zda­rza się w przy­pad­ku tek­stów auto­rów czę­sto sto­su­ją­cych reto­rycz­ne powtó­rze­nia. Z kolei u Słom­czyń­skie­go pomi­nięć było znacz­nie wię­cej i były one stra­te­gicz­ne: po pro­stu opusz­czał miej­sca, któ­re trud­no mu było zro­zu­mieć i oddać w pol­sz­czyź­nie. Tłu­macz­ka była wni­kliw­sza, jej tekst był lep­szy, bar­dziej zniu­an­so­wa­ny… ale cza­sy były, jakie były. To przy­po­mi­na, że musi­my kry­tycz­nie myśleć nie tyl­ko o daw­nych prze­kła­dach, ale i o naszych pan­te­onach.

Ale wróć­my do naszej listy powo­dów, dla któ­rych nale­ży tłu­ma­czyć po raz kolej­ny.

Po trze­cie, ist­nie­je nie tyl­ko tekst dzie­ła, ale i wszyst­ko, co się wyda­rza, rok po roku, deka­da po deka­dzie, wokół jego recep­cji. Arcy­dzie­ła lite­ra­tu­ry uka­zu­ją się w wyda­niach kry­tycz­nych; nara­sta­ją wokół nich nie­zli­czo­ne tek­sty wpro­wa­dza­ją­ce nowe inter­pre­ta­cje, wyja­śnia­ją­ce zawi­ło­ści chro­no­lo­gii, alu­zje poli­tycz­ne czy lite­rac­kie. Dla czy­tel­ni­ków ory­gi­na­łu były nie­gdyś mniej lub bar­dziej oczy­wi­ste; ale po upły­wie wie­lu dekad i w innej kul­tu­rze sta­ją się nie­zro­zu­mia­łe; wię­cej: czy­tel­nik cza­sem nie ma poję­cia, że jest tu ukry­ty jakiś rodzy­nek.

Bywa, że cho­dzi tyl­ko o doda­tek – ale bywa, że o spra­wy zasad­ni­cze. Czy­tel­ni­ko­wi, któ­ry nie prze­szedł w ame­ry­kań­skiej szko­le przez szcze­gó­ło­wy kurs histo­rii woj­ny sece­syj­nej, trud­no zro­zu­mieć Nie­po­ko­na­ne Faulk­ne­ra i to, jak por­tre­tu­je tam kolej­ne fazy kon­flik­tu. A tym bar­dziej to, że cza­sem celo­wo fał­szu­je rze­czy­wi­stość: jak w opo­wie­ści o bra­wu­ro­wej kra­dzie­ży loko­mo­ty­wy przez połu­dniow­ców, pod­czas gdy była to słyn­na akcja Pół­no­cy. Dopie­ro solid­na pod­bu­do­wa histo­rycz­na pozwa­la pojąć w peł­ni prze­mia­ny moty­wa­cji boha­te­rów w zmie­nia­ją­cych się oko­licz­no­ściach.

The Turn of the Screw Henry’ego Jame­sa przez lata było uwa­ża­ne za opo­wieść o duchach drę­czą­cych guwer­nant­kę w angiel­skim zamczy­sku; w 1934 Edmund Wil­son za spra­wą oso­bi­stych doświad­czeń z dzie­ciń­stwa, kie­dy to zaj­mo­wa­ła się nim zabu­rzo­na psy­chicz­nie opie­kun­ka, wysnuł teo­rię alter­na­tyw­ną: u Jame­sa duchy nie ist­nie­ją, wszyst­ko to dzie­je się w gło­wie głów­nej boha­ter­ki, zner­wi­co­wa­nej guwer­nant­ki, stop­nio­wo popa­da­ją­cej w obłęd. Czy tak jest w isto­cie? Czy taka była inten­cja auto­ra? Nie wiem. Ale wiem, że dziś jest to jed­na z naj­waż­niej­szych inter­pre­ta­cji tek­stu, któ­rej autor pierw­sze­go pol­skie­go prze­kła­du – z roku 1989 – naj­wy­raź­niej nie znał albo nie uwa­żał jej za istot­ną, bo nie sta­rał się zacho­wać w tłu­ma­cze­niu ambi­wa­len­cji zacho­wu­ją­cej obie te ścież­ki rozu­mie­nia tek­stu. Co dało się sto­sun­ko­wo łatwo napra­wić.

Przy­kła­dów na to, cze­go się może­my dowie­dzieć z opra­co­wań nauko­wych, jest oczy­wi­ście mnó­stwo, ale podam jesz­cze jeden, bo poka­zu­je on, jak powo­li wie­dza prze­są­cza się do kolej­nych tłu­ma­czeń.

Dla Fran­ci­sa Scot­ta Fit­zge­ral­da mod­ne prze­bo­je, plot­ki, tema­ty roz­mów nie były bła­host­ka­mi: pro­wa­dził spe­cjal­ne zeszy­ty, w któ­rych noto­wał bie­żą­ce mody, żeby póź­niej sto­so­wać je w tek­stach zgod­nie z praw­dzi­wą chro­no­lo­gią epo­ki. Kie­dy Ariad­na Dem­kow­ska-Boh­dzie­wicz w 1962 roku prze­kła­da­ła Wiel­kie­go Gatsby’ego, nie mogła wie­dzieć, czym jest odgry­wa­na na przy­ję­ciu u Gatsby’ego Jaz­zo­wa histo­ria świa­ta Vla­di­mi­ra Tostof­fa, bo wyśle­dził to dopie­ro dwa­dzie­ścia pięć lat póź­niej Dar­rel Man­sell. Według powie­ści utwór w maju poprzed­nie­go – a zatem 1921 – roku został ode­gra­ny z wiel­kim powo­dze­niem w Car­ne­gie Hall, ale maj nie nale­żał do sezo­nu kon­cer­to­we­go w Car­ne­gie Hall, za to w listo­pa­dzie ode­gra­no tam Tako rze­cze Zara­tu­stra Richar­da Straus­sa. Fit­zge­rald w swo­jej powie­ści sta­rał się poka­zać upa­dek epo­ki, któ­ra zastę­pu­je daw­ną wiel­ką (i euro­pej­ską) sztu­kę mod­ny­mi ame­ry­kań­ski­mi pod­rób­ka­mi – rezy­den­cja Gatsby’ego to pod­rób­ka nor­mań­skie­go mero­stwa, a salo­nik jed­nej z boha­te­rek to nie­uda­na, drob­no­miesz­czań­ska imi­ta­cja Wer­sa­lu. Nie wiem, czy Fit­zge­rald uznał za ana­lo­gicz­ną pod­rób­kę słyn­ny utwór Straus­sa, czy tyl­ko jego jaz­zo­wą prze­rób­kę, czy może, jak suge­ru­je Man­sell, zmie­nił zda­nie w trak­cie pisa­nia – mniej­sza o to. Z począt­ku kom­po­zy­tor miał się nazy­wać Leo Epste­in (co dziś nabra­ło­by inne­go zna­cze­nia), sta­nę­ło na Vla­di­mi­rze Tostof­fie, czy­li, jak się moż­na spo­dzie­wać, jakimś rosyj­skim emi­gran­cie. Czy jest to klu­czo­we dla zro­zu­mie­nia powie­ści? Nie. Ale autor umie­ścił tam żar­cik dla czy­tel­ni­ków ory­gi­na­łu i nie chcia­łem pozba­wić tego czy­tel­ni­ków prze­kła­du, bo takie drob­ne przy­jem­no­ści skła­da­ją się w całość przy­jem­no­ści lek­tu­ry, więc pół wie­ku po pierw­szym prze­kła­dzie, w 2012 roku umie­ści­łem tę infor­ma­cję w przy­pi­sie. Ale umknę­ło mi coś jesz­cze. Trzy­na­ście lat póź­niej, w 2025 roku, Maciej Świer­koc­ki w nowym tłu­ma­cze­niu napi­sał, że to utwór „Vla­di­mi­ra Konio­bi­ty­zof­fa” – rze­czy­wi­ście, to toss off ozna­cza ‘mastur­bo­wać się’ (choć sam pew­nie wybrał­bym coś krót­sze­go, Ona­nof­fa czy Mastur­bof­fa), ale tos­sed off to rów­nież ktoś odrzu­co­ny, a zatem Prze­gry­woff. Tak oto, rów­no sto lat od pre­mie­ry powie­ści, wraz z trze­cim prze­kła­dem pol­scy czy­tel­ni­cy dosta­li kolej­ną war­stwę rozu­mie­nia ory­gi­na­łu.

I tak docho­dzi­my do argu­men­tu czwar­te­go. Język się zmie­nia – pięć­dzie­siąt, sie­dem­dzie­siąt, sto lat temu innym języ­kiem mówi­li zarów­no tłu­ma­cze, jak i ich czy­tel­ni­cy. Mój ulu­bio­ny przy­kład to tłu­ma­cze­nie jed­nej z powie­ści Aldo­usa Hux­leya, któ­re się uka­za­ło tuż po dru­giej woj­nie świa­to­wej: boha­te­ro­wie piją tam „jałow­ców­kę z lemo­nia­dą”. Czy­li dżin z toni­kiem. To wynik wiel­kie­go pro­ce­su – obec­ne­go nie tyl­ko w pol­sz­czyź­nie – zwią­za­ne­go z glo­bal­nym wpły­wem języ­ka i kul­tu­ry anglo-ame­ry­kań­skiej. Przy czym, co cie­ka­we, lemo­nia­da też prze­cież nie jest sło­wem pol­skim; nie­zna­ny wów­czas sze­rzej tonic rodem z angiel­skie­go Radżu został zastą­pio­ny sło­wem, któ­re przez cały wiek XIX wystę­po­wa­ło jako bliż­sza wer­sji wło­skiej i fran­cu­skiej limo­nia­da i bliż­sza angiel­skiej lemo­nia­da. Tłu­ma­czy­li­śmy zatem nie tyl­ko błęd­nie, ale rów­nież z obce­go na obcy.

Bar­dzo rzad­ko zda­rza­ją się przy­pad­ki odwrot­ne: utra­ta jakie­goś angiel­skie­go ter­mi­nu. W prze­kła­dzie Wiel­kie­go Gatsby’ego z 1962 roku Dem­kow­ska-Boh­dzie­wicz uży­wa okre­śle­nia bootleg­ger, któ­re w cza­sach pro­hi­bi­cji prze­szło z pra­sy ame­ry­kań­skiej do pol­skiej. Pierw­szy numer tablo­idu „Taj­ny Detek­tyw” ze stycz­nia 1931 roku miał na okład­ce śpią­cą pięk­ność, nad któ­rą pochy­la­ło się dwóch poli­cjan­tów, opa­trzo­ną napi­sem: „Przy­ja­ciół­ka «bootleg­ge­rów»”. To sło­wo z cza­sem wypa­dło ze słow­ni­ka i dziś odda­je­my je po pro­stu jako „prze­myt­ni­ków alko­ho­lu”.

Ale oczy­wi­ście język prze­ży­wa zmia­ny nie tyl­ko lek­sy­kal­ne; orto­gra­fię i inter­punk­cję moż­na uwspół­cze­śnić poprzez uważ­ną redak­cję, trud­no jed­nak usu­nąć wszyst­kie zna­ki epo­ki. Kie­dyś zosta­łem popro­szo­ny o przej­rze­nie i uwspół­cze­śnie­nie doko­na­ne­go w latach 50. prze­kła­du Dok­to­ra Jekyl­la i pana Hyde’a Ste­ven­so­na. Było to kuszą­ce, bo wer­sja ta – też zresz­tą retrans­la­cja, bo pierw­sze pol­skie tłu­ma­cze­nie uka­za­ło się w roku 1909 – wyszła spod ręki Tade­usza Jana Deh­ne­la, skąd­inąd kuzy­na moje­go dziad­ka. Prze­czy­ta­łem tekst, widzia­łem tam jakieś moż­li­wo­ści drob­nych popra­wek, ale nie mia­łem wte­dy cza­su, żeby przy­jąć to zle­ce­nie; w grun­cie rze­czy jed­nak wie­dzia­łem, że musiał­bym zmie­nić albo bar­dzo mało, co mija­ło­by się z celem, albo wła­ści­wie musiał­bym prze­ło­żyć tekst na nowo. Było­by to zaś oszu­stwem – zła­ma­niem praw daw­ne­go tłu­ma­cza i sprze­nie­wie­rze­niem się całe­mu ducho­wi epo­ki, w któ­rej ten kon­kret­ny prze­kład powstał.

I tu docho­dzi­my do argu­men­tu ostat­nie­go, numer pięć: uzu­su trans­la­tor­skie­go. W każ­dej epo­ce wyda­je się nam, że tłu­ma­czy­my w spo­sób moż­li­wie wier­ny i prze­zro­czy­sty, sta­ra­my się jak naj­mniej dodać do ory­gi­na­łu, nicze­go nie prze­kła­mać. I zawsze się myli­my. Bo taki prze­kład, ode­rwa­ny od cza­sów, w któ­rych powsta­je, jest nie­moż­li­wy. Kul­tu­ra, kul­tu­ra lite­rac­ka, język ist­nie­ją w cza­sie. I czę­ścią tego są nor­my trans­la­tor­skie.

Pół wie­ku i wiek temu pol­scy tłu­ma­cze prze­kła­da­li imio­na – i nie cho­dzi mi tu o, daj­my na to, imio­na i nazwi­ska mówią­ce z osiem­na­sto­wiecz­nej kome­dii, tyl­ko o zupeł­nie zwy­czaj­nych boha­te­rów pro­zy. Tyle że nie każ­de imię ma swój pol­ski odpo­wied­nik, więc wśród Janów, Kata­rzyn i Toma­szów poja­wiał się cza­sem jakiś Bay­ard albo po pro­stu Bil­ly, bo Bil­ly the Kid jed­nak nigdy nie został Wilu­siem Dzie­cia­kiem.

Zda­rza­ło się też, że przy oka­zji doko­ny­wa­no zmian – w Ani z Zie­lo­ne­go Wzgó­rza, pierw­szym (1912) pol­skim prze­kła­dzie Anne of Gre­en Gables, któ­ry wpły­nął na kolej­ne tłu­ma­cze­nia, przy­ja­ciół­ka Mary­li nazy­wa się Mał­go­rza­ta Lin­de. W ory­gi­na­le to Rachel Lyn­de (‘lajnd’). W Pol­sce funk­cjo­no­wa­ło nazwi­sko Lin­de (nosił je mają­cy szwedz­kie korze­nie pierw­szy wiel­ki pol­ski lek­sy­ko­graf, Samu­el Bogu­mił Lin­de), ale cze­mu Mał­go­rza­ta zamiast Rache­li? Bo w świe­cie tam­te­go prze­kła­du, gdzie kana­dyj­skie far­my są „dwor­ka­mi”, Rache­la koja­rzy­ła­by się po pro­stu żydow­sko, co wpro­wa­dza­ło­by nie­chcia­ny kon­tekst. Na iro­nię zakra­wa fakt, że autor­ką prze­kła­du była pol­ska Żydów­ka, Roza­lia Bernsz­taj­no­wa.

Bernsz­taj­no­wej zda­rza­ło się też pomi­jać obszer­ne frag­men­ty tek­stu, któ­re nie paso­wa­ły jej do idyl­licz­nej książ­ki dla dora­sta­ją­cych panie­nek – albo były zbyt osa­dzo­ne w kana­dyj­skiej rze­czy­wi­sto­ści, albo zbyt bru­tal­ne. Wspo­mi­na­łem wcze­śniej o cen­zu­rze – zda­rza­ło się, że daw­niej­sze tek­sty były wyni­kiem pra­cy nie tyl­ko auto­ra, tłu­ma­cza i redak­to­ra, ale i nad­re­dak­to­ra, czy­li cen­zo­ra wła­śnie. Co cza­sem zazna­cza­no, a cza­sem nie. Jed­nak nie zawsze był to akt narzu­co­ny, skró­ty wpro­wa­dza­li sami tłu­ma­cze. Poże­gna­nie z Afry­ką Karen Bli­xen przez wie­le lat wzna­wia­no w Pol­sce w peł­nej nie­świa­do­mo­ści, że w pierw­szym pol­skim wyda­niu, któ­re uka­za­ło się w serii podróż­ni­czej, tekst znacz­nie okro­jo­no. Bywa­ło, że wyla­ty­wa­ły frag­men­ty zasad­ni­cze. Bra­cia Kara­ma­zow uka­za­li się u nas po raz pierw­szy w roku 1913 – i tłu­macz­ka, pani Beau­pré, uzna­ła, że sce­na z wiel­kim inkwi­zy­to­rem jest po pro­stu bluź­nier­cza, sta­wia cer­kiew i kościół w złym świe­tle. Więc ją usu­nę­ła. Była­by to tyl­ko cie­ka­wost­ka sprzed stu lat, gdy­by nie to, że mamy i dziś pazer­nych wydaw­ców, któ­rzy chcą zaro­bić na sprze­da­wa­niu kla­sy­ki w jak naj­tań­szy spo­sób, się­ga­ją więc po ten prze­kład i wyda­ją powieść bez klu­czo­wej sce­ny – a czy­tel­nik, jeśli to jego pierw­sze zetknię­cie z tą książ­ką, nawet nie wie, że cze­goś tu zabra­kło.

Zasad­ni­czo tłu­ma­cze XIX i XX wie­ku znacz­nie swo­bod­niej poczy­na­li sobie z tek­stem ory­gi­na­łu – dziś mamy nazwę na taki swo­bod­ny prze­kład, „spo­lsz­cze­nie”, tak nazy­wa­my na przy­kład tłu­ma­cze­nia Mic­kie­wi­cza z Schil­le­ra.

Oczy­wi­ście i dziś zda­rza­ją się eks­pe­ry­men­ty lite­rac­kie, eks­plo­ru­ją­ce gra­ni­ce sztu­ki trans­la­tor­skiej. Jacek Dukaj stwo­rzył wer­sję Heart of Dark­ness Con­ra­da zry­wa­ją­cą z tra­dy­cją tłu­ma­cze­nia tytu­łu na Jądro ciem­no­ści; wybrał Ser­ce ciem­no­ści; ale to tyl­ko symp­tom obra­nej tak­ty­ki – Dukaj, któ­ry jest pisa­rzem, nie tłu­ma­czem – przez cały tekst Con­ra­da idzie ścież­ką pomię­dzy angielsz­czy­zną a pol­sz­czy­zną, ze zde­rzeń języ­ków wysnu­wa­jąc nowe sen­sy: dziw­ność świa­ta Kurt­za, w któ­ry wkra­cza Mar­lo­we, sta­je się dziw­no­ścią rów­nież języ­ko­wą, gorącz­ko­wo­ścią, roz­chwia­niem.

Ja z kolei mia­łem przy­jem­ność tłu­ma­czyć (choć to aku­rat nie była retrans­la­cja) Nie­wi­dzial­ne biblio­te­ki, napi­sa­ne wspól­nie przez Moni­cę James, Lawrence’a Lian­ga, Dani­sha She­ikha, Amy Trau­twe­in i ano­ni­mo­we­go Inne­go jako hołd dla Ita­la Calvi­na i Jor­ge­go Luisa Bor­ge­sa oraz ludz­kiej manii kolek­cjo­no­wa­nia ksią­żek. Nie­wi­dzial­ne biblio­te­ki były od począt­ku pomy­śla­ne przez kolek­tyw auto­rów jako dzie­ło otwar­te, któ­re­go każ­dy może uży­wać (na zasa­dach nie­ko­mer­cyj­nych), prze­ra­biać je, dopi­sy­wać swo­je glo­sy. Tak też się sta­ło (choć z uwa­gi na to, że książ­ka zosta­ła opu­bli­ko­wa­na na zasa­dach komer­cyj­nych, musie­li­śmy uzy­skać dodat­ko­we pozwo­le­nie auto­rów): pol­ski prze­kład został powięk­szo­ny o sześć tek­stów, dopi­sa­nych przez Tłu­ma­cza.

W obu jed­nak przy­pad­kach i Dukaj, i ja, nazwa­li­śmy to – już na okład­ce – wła­śnie „spo­lsz­cze­niem”, wokół cze­go toczy­ła się cała dys­ku­sja. Czy­tel­nik od razu wie­dział, że ma do czy­nie­nia z eks­pe­ry­men­tem, a nie zwy­czaj­nym prze­kła­dem.

Nato­miast daw­niej nie bawio­no się w takie sub­tel­no­ści, zmian doko­ny­wa­no po uwa­ża­niu i nigdzie się z nich – nomen omen – nie tłu­ma­czo­no.

Ale jest coś jesz­cze – coś, co nazy­wam „efek­tem pierw­sze­go poko­le­nia”. Wiem, że nie jest on pol­ską spe­cjal­no­ścią, że podob­ny pro­ces zacho­dził (a cza­sem nadal zacho­dzi) w innych kra­jach i lite­ra­tu­rach – co ozna­cza, że ule­gły mu rów­nież star­sze tłu­ma­cze­nia lite­ra­tu­ry pol­skiej, w tym naj­waż­niej­szej naszej kla­sy­ki. Otóż daw­ne prze­kła­dy są na ogół bar­dziej skon­wen­cjo­na­li­zo­wa­ne, łatwiej­sze w lek­tu­rze, wycho­dzą­ce naprze­ciw czy­tel­ni­czym przy­zwy­cza­je­niom.

Kto szu­ka słyn­ne­go, liczą­ce­go tysiąc dwie­ście osiem­dzie­siąt osiem słów „naj­dłuż­sze­go zda­nia lite­ra­tu­ry anglo­ję­zycz­nej” (według Księ­gi Rekor­dów Guines­sa z 1983 roku, choć rekord ten już pobi­to) w pol­skim prze­kła­dzie Absa­lo­mie, Absa­lo­mie… Zofii Kier­szys, ten go nie znaj­dzie. Zosta­ło pocię­te na kawał­ki. To samo spo­tka­ło Pro­usta: Tade­usz Boy-Żeleń­ski wydał pięć tomów W poszu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su w koń­cu lat 30. i ówcze­sny narze­czo­ny mojej bab­ci mówił jej, że nie ma sen­su tego czy­tać, bo Boy Pro­usta poćwiar­to­wał. Osta­tecz­nie Boy został zamor­do­wa­ny w cza­sie woj­ny we Lwo­wie przez hitle­row­ców, ręko­pi­sy tłu­ma­cze­nia dwóch ostat­nich tomów prze­pa­dły i całość cyklu uka­za­ła się dopie­ro po woj­nie. W mię­dzy­cza­sie moja bab­cia poślu­bi­ła narze­czo­ne­go, roz­wio­dła się z nim, a on – był to bowiem Julian Rogo­ziń­ski – był jed­nym z dwóch tłu­ma­czy, któ­rzy dokoń­czy­li pra­cę Boya i prze­ło­żył tom ostat­ni, Czas odna­le­zio­ny. Ale bab­cia, o ile mi wia­do­mo, sku­tecz­nie odstra­szo­na, nigdy W poszu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su nie prze­czy­ta­ła, bo i trud­no zaczy­nać cykl od ostat­nie­go tomu. Peł­ny nowy prze­kład, doko­na­ny przez kil­ko­ro tłu­ma­czy, uka­zu­je się od roku 2018.

Dziś trud­no usta­lić, czy­ja wola była w tym pro­ce­sie decy­du­ją­ca – samych tłu­ma­czy, redak­to­rek i korek­to­rek, głów­nych redak­to­rów wydaw­nictw, czy może nawet cen­zo­rów, zwal­cza­ją­cych „odchy­le­nia for­ma­li­stycz­ne”.

Nie wie­my też, jakie były moty­wa­cje tej zmia­ny: czy zwią­za­ne z este­ty­ką reżi­mo­wą, czy z poczu­ciem, że pol­scy czy­tel­ni­cy nie są goto­wi na tak trud­ną pró­bę (jeśli dobrze pamię­tam, w ten spo­sób Boy tłu­ma­czył kawał­ko­wa­nie Pro­usta), czy ze „zdro­wo­roz­sąd­ko­wym” prze­ko­na­niem, że „tak się po pro­stu nie pisze i to jakieś wydzi­wia­nie”? Nie­któ­rzy tłu­ma­cze – jak autor­ka pierw­sze­go prze­kła­du Faulk­ne­ra na hisz­pań­ski – wprost pisa­li, że autor cza­sem błą­dzi i „trze­ba go popra­wiać”. W ogó­le czę­sto to wła­śnie kon­cep­cja „popra­wia­nia” ory­gi­na­łu spra­wia, że prze­kład sta­rze­je się naj­bar­dziej. Pani Beau­pré, jak pamię­ta­my, „umo­ral­ni­ła” Dosto­jew­skie­go, a Sta­ni­sław Barań­czak na siłę ure­li­gij­niał Lar­ki­na i dopi­sy­wał mu fra­zy żyw­cem wzię­te z wła­snych wier­szy.

Nawia­sem mówiąc, ten­den­cja ta nie wymar­ła – Krzysz­tof Cie­ślik, tłu­macz Shug­gie­go Baina Dougla­sa Stu­ar­ta, powie­dział dość pro­tek­cjo­nal­nie: „to lite­ra­tu­ra, któ­ra rusza. Jest szcze­ra, dobrze napi­sa­na. Choć ma swo­je wady, część z nich wypro­sto­wa­łem w tłu­ma­cze­niu”. Stu­art może i był debiu­tan­tem, ale książ­ka dosta­ła Booke­ra, nomi­na­cje do sze­re­gu innych nagród i zosta­ła świa­to­wym best­sel­le­rem. Takie „popra­wia­nie” mści się zwłasz­cza w przy­pad­ku arcy­dzieł lite­ra­tu­ry, bo tam czę­sto „napra­wiacz” ma gor­sze lite­rac­kie kom­pe­ten­cje niż autor – i o ile widać to z per­spek­ty­wy dekad, o tyle nie­ko­niecz­nie było widać w cza­sie, kie­dy autor jesz­cze żył, a zwłasz­cza kie­dy był debiu­tan­tem.

Tak czy owak, nawet jeśli nie wie­my, kto i cze­mu „heblo­wał” – by użyć okre­śle­nia Jerze­go Jar­nie­wi­cza – pierw­sze prze­kła­dy, nawet jeśli w róż­nych okre­sach róż­ne książ­ki mogły mieć nie­co inną histo­rię, ówcze­sny pro­ces tłu­ma­cze­nia skut­ko­wał lite­ra­tu­rą uprosz­czo­ną i skon­wen­cjo­na­li­zo­wa­ną.

Doko­ny­wa­ło się to wła­ści­wie na wszyst­kich polach. Wspo­mi­na­łem już o kawał­ko­wa­niu dłu­gich zdań; to samo doty­czy inter­punk­cji czy zapi­su dia­lo­gów.

Podam przy­kła­dy z jed­ne­go tłu­ma­cze­nia: Wiel­kie­go Gatsby’ego. Ariad­na Dem­kow­ska-Boh­dzie­wicz spłasz­cza­ła „zbyt wymyśl­ne” obra­zy, usu­wa­ła oso­bli­wo­ści lek­sy­ki i zapi­su (na przy­kład sto­so­wa­nie wiel­kich liter, któ­re cza­sem tyl­ko odda­wa­ła roz­strze­le­niem dru­ku); czę­ste u Fit­zge­ral­da wyli­cze­nia, prze­dzie­la­ne kolej­ny­mi spój­ni­ka­mi „i” (cza­sem aż sze­ścio­ma), rów­nie dzi­wacz­ne w angielsz­czyź­nie, co w pol­sz­czyź­nie, zastę­po­wa­ła uła­dzo­nym sze­re­giem z prze­cin­ka­mi i koń­co­wym poje­dyn­czym „i”. Ustan­da­ry­zo­wa­ła też mowę posta­ci – z któ­rych wła­ści­wie każ­da mówi spe­cy­ficz­nym języ­kiem, będą­cym prze­dłu­że­niem jej pozy­cji spo­łecz­nej i oso­bi­stej histo­rii. Naj­le­piej widać to na przy­kła­dzie Mey­era Wol­fshie­ma. Mówi on kiep­ską angielsz­czy­zną: z jed­nej stro­ny peł­ną pate­tycz­nych zwro­tów, z dru­giej – peł­ną błę­dów w wymo­wie i skład­ni. Stąd jego „gon­neg­tion” zamiast „con­nec­tion”, „sid” zamiast „said” i tak dalej. Prze­kład pomi­ja te oso­bli­wo­ści jego języ­ka, podob­nie jak popeł­nia­ne prze­zeń błę­dy rze­czo­we (Oxford, czy raczej „Oggs­ford”, to według nie­go nie uni­wer­sy­tet, a col­le­ge). Nie­któ­re porów­na­nia czy uwa­gi wyda­wa­ły się jej chy­ba zbyt śmia­łe albo nie­sto­sow­ne – i tak zazdro­sna kobie­ta na przy­ję­ciu, któ­ra zja­wia się u boku flir­tu­ją­ce­go męża „jak syczą­cy dia­ment” (od razu przy­cho­dzą nam na myśl skrzą­ce się biżu­te­rią damy z lat 20.), u Dem­kow­skiej syczy po pro­stu „jak żmi­ja”, co efek­tow­ną fra­zę zmie­nia w banał; mło­dzi czar­ni męż­czyź­ni, u Fit­zge­ral­da prze­wra­ca­ją­cy „żółt­ka­mi oczu”, u niej prze­wra­ca­ją biał­ka­mi. Kie­dy Nick wybie­ra się do biu­ra Wol­fshie­ma, przyj­mu­je go sekre­tar­ka, „ład­na Żydów­ka”, w prze­kła­dzie po pro­stu „ład­na dziew­czy­na”.

W ten spo­sób zamiar Fit­zge­ral­da – czy­li prze­my­ce­nie peł­no­krwi­stej, śmia­łej, łamią­cej czy­tel­ni­cze przy­zwy­cza­je­nia współ­cze­snej powie­ści pod płasz­czy­kiem banal­ne­go w sumie roman­su dla czy­ta­ją­cych mod­ne cza­so­pi­sma pań z kla­sy śred­niej – stał się mniej widocz­ny. Pol­ski Wiel­ki Gats­by stał się, owszem, przy­stęp­niej­szy – ale czy nasi czy­tel­ni­cy wie­dzie­li, cze­mu oka­zał się tak istot­ny dla dwu­dzie­sto­wiecz­nej lite­ra­tu­ry?

Być może w roku 1962 było to podej­ście wła­ści­we. Jed­nak pyta­nie, któ­re sobie zada­wa­łem pół wie­ku póź­niej, nie ogra­ni­cza­ło się do: „Co Fit­zge­rald chciał tu powie­dzieć?”; brzmia­ło zawsze: „Jak Fit­zge­rald by to napi­sał, gdy­by pisał po pol­sku?”. Jak mówił­by po pol­sku Mey­er Wol­fshiem, żydow­ski imi­grant, kale­czą­cy język? A jak wul­gar­na pro­stacz­ka pani Wil­son? A jak sar­ka­stycz­na pan­na Baker? Gdzie mia­łem szu­kać ich pol­sz­czy­zny? Na żydow­skich Nalew­kach w przed­wo­jen­nej War­sza­wie, w ske­czach o pre­ten­sjo­nal­nych drob­no­miesz­czań­skich paniu­siach, w posta­ci Mło­dzia­ków­ny u Gom­bro­wi­cza?

V.

W prze­ci­wień­stwie do zapew­ne więk­szo­ści z Pań­stwa nie ukoń­czy­łem stu­diów trans­la­tor­skich ani filo­lo­gii obcej, do tłu­ma­cze­nia tra­fi­łem inną dro­gą – jed­ni powie­dzą, że okręż­ną, inni, że bar­dziej bez­po­śred­nią, przy czym jed­ni i dru­dzy będą mie­li rację – poprzez pisa­nie. I dla­te­go od same­go począt­ku byłem w moich prze­kła­dach odważ­ny. Nie­któ­rzy powie­dzie­li­by zapew­ne, że bra­wu­ro­wy, a jesz­cze inni, że prze­szar­żo­wa­łem.

Winię za to po czę­ści moje wła­sne pisar­skie skłon­no­ści; od zawsze pocią­ga­ło mnie to, co nie­stan­dar­do­we, odbie­ga­ją­ce od prze­zro­czy­stej i nud­nej nor­my. Ile­kroć myślę nad nową książ­ką, myślę nad jej języ­kiem; moi boha­te­ro­wie, moi nar­ra­to­rzy nie mówią pol­sz­czy­zną stan­dar­do­wą, nie­na­ce­cho­wa­ną; w ich języ­ku widać kla­sę spo­łecz­ną, epo­kę, cha­rak­ter. Zbie­ram dziw­ne sło­wa, oso­bli­we powie­dzon­ka, prze­trzą­sam sta­re listy i słow­ni­ki. I jako pisarz nie jestem oczy­wi­ście w tym odosob­nio­ny.

Dla­te­go za każ­dym razem, kie­dy pod­cho­dzi­łem do retrans­la­cji, robi­łem to dla­te­go, że mia­łem inną wizję tek­stu doce­lo­we­go. Uwa­ża­łem i uwa­żam, że sko­ro mamy wer­sje „przy­jaź­niej­sze”, war­to teraz te dzie­ła czy­tać w posta­ci dzik­szej, trud­niej­szej do przy­swo­je­nia, bogat­szej: peł­ne – czę­sto już zatar­tych – odnie­sień kul­tu­ro­wych i histo­rycz­nych, języ­ko­wych dzi­wactw, wewnętrz­nych sprzecz­no­ści, neo­lo­gi­zmów.

Przy czym muszę powie­dzieć jasno: nie uwa­żam, że tłu­ma­cze poprzed­nich poko­leń byli głu­pi, nie­udol­ni czy zbęd­ni, a teraz my wjeż­dża­my na bia­łym koniu i wresz­cie „robi­my wszyst­ko jak nale­ży”. Wręcz prze­ciw­nie: jeste­śmy, jako tłu­ma­cze, dłuż­ni­ka­mi naszych poprzed­ni­ków. To ich rozu­mie­nie, osa­dzo­ne w ich epo­ce i w ich języ­ku, prze­pro­wa­dzi­ło nas przez te wspa­nia­łe książ­ki, kie­dy czy­ta­li­śmy i poko­cha­li­śmy je po raz pierw­szy. To oni spra­wi­li, że całe poko­le­nia czy­tel­ni­ków przy­zwy­cza­iły się do pew­ne­go pozio­mu dziw­no­ści i zawi­kła­nia; ba, to przy­zwy­cza­je­nie weszło w krew rów­nież pisa­rzom, któ­rzy upo­wszech­ni­li we wła­snym pisar­stwie dziw­ność Faulk­ne­ra, dziw­ność Via­na, dziw­ność Joyce’a, dziw­ność Bor­ge­sa i Cor­táza­ra, dziw­ność Calvi­na i Pere­ca. Dzię­ki cze­mu dziś kolej­ne poko­le­nie czy­tel­ni­ków – i pisa­rzy, i tłu­ma­czy – może wejść o sto­pień wyżej, o krok bli­żej dziw­no­ści ory­gi­na­łu.

As I Lay Dying Faulk­ne­ra zaczy­na się sce­ną, w któ­rej dwaj bra­cia wra­ca­ją z pola: Darl idzie udep­ta­ną ścież­ką, a Jewel jed­nym susem prze­sa­dza okno sta­rej szo­py i znaj­du­je inną dro­gę przez tę samą rze­czy­wi­stość. Wydep­ta­nej ścież­ce w niczym to nie szko­dzi, nadal tam­tę­dy bie­gnie. Podob­nie jest z nowy­mi i sta­ry­mi prze­kła­da­mi: powsta­nie nowe­go nie wyma­zu­je ani nie unie­waż­nia poprzed­nie­go. Prze­ciw­nie: są współ­ist­nie­ją­cy­mi gło­sa­mi, wizja­mi, inter­pre­ta­cja­mi.

Dla­te­go też – w prze­ci­wień­stwie do tych tłu­ma­czy, któ­rzy nie czy­ta­ją wcze­śniej­szych prze­kła­dów, „żeby się nie zain­spi­ro­wać” – ja czy­tam je zawsze, i to zanim jesz­cze podej­mę się pra­cy. Jak bowiem w prze­ciw­nym razie mógł­bym zde­cy­do­wać, czy mam do zapro­po­no­wa­nia jakąś inte­re­su­ją­cą alter­na­ty­wę, inne odczy­ta­nie, inną for­mę, bliż­szą – w moim poję­ciu – ory­gi­na­ło­wi?

Moje retrans­la­cje powsta­ją w cią­głym dia­lo­gu z poprzed­ni­mi tłu­ma­cze­nia­mi; nie w spo­sób naiw­ny, że jak tam „huge” było prze­ło­żo­ne jako „wiel­ki”, to u mnie musi być „ogrom­ny”, jak­by sło­wa były zło­to­no­śny­mi dział­ka­mi w Klon­di­ke i ten, kto do nich dobiegł pierw­szy, ma na nie wyłącz­ność. Ale w takim sen­sie, że nowy prze­kład może uzu­peł­niać bra­ki sta­re­go, rów­no­cze­śnie swo­bod­niej trak­tu­jąc to, co tam­ten oddał szcze­gól­nie dobrze.

Zapew­ne wie­lu z Pań­stwa zgo­dzi się ze mną, że prze­kład lite­rac­ki to art of losing, sztu­ka tra­ce­nia; czę­sto porów­nu­ję tłu­ma­cze­nie do rato­wa­nia ofiar toną­ce­go stat­ku, powiedz­my: Tita­ni­ca. Dzie­ło lite­rac­kie, zwłasz­cza dzie­ło wybit­ne, jest two­rem tak zło­żo­nym, skom­pli­ko­wa­nym, wie­lo­płasz­czy­zno­wym, że nie da się oca­lić wszyst­kich jego aspek­tów; o ile jed­nak na stat­ku wie­my, że naj­pierw nale­ży rato­wać kobie­ty i dzie­ci, o tyle w przy­pad­ku tek­stu za każ­dym razem będzie to co inne­go: raz brzmie­nie, raz struk­tu­ra for­mal­na, raz nawią­za­nia kul­tu­ro­we – i tak dalej, i tak dalej. Decy­zja, co wsa­dza­my do sza­lup w pierw­szym rzę­dzie, a co ratu­je­my tyl­ko w mia­rę pozo­sta­łych moż­li­wo­ści, jest jed­nym z fun­da­men­tów uda­ne­go prze­kła­du.

Posłu­żę się znów przy­kła­dem z Faulk­ne­ra, z As I Lay Dying.

Tru­izmem jest, że każ­da para języ­ków tu i ówdzie „nie przy­sta­je do sie­bie” – prze­kła­da­my prze­cież nie sło­wa, a całe kon­wen­cje mówie­nia i pisa­nia wła­ści­we dane­mu języ­ko­wi. W angielsz­czyź­nie na przy­kład czę­ściej się sto­su­je stro­nę bier­ną, czę­ściej poda­je zaim­ki „jej”, „jego”, „swo­ją”, a dia­lo­gi są usia­ne „he said”, „she said”, któ­re dla czy­tel­ni­ka ory­gi­na­łu są dość prze­zro­czy­ste, pod­czas gdy w pol­sz­czyź­nie w takim nagro­ma­dze­niu draż­nią. Po pierw­sze dla­te­go, że mamy rodza­je (i jeśli roz­ma­wia na przy­kład dwóch męż­czyzn i kobie­ta, a jed­no z nich mówi „Wła­śnie wró­ci­łam ze skle­pu”, to nie musi­my doda­wać: „powie­dzia­ła Beata”), po dru­gie, kon­wen­cja naka­zu­je róż­ni­co­wa­nie cza­sow­ni­ków: „zapy­tał”, „stwier­dzi­ła”, „zasta­na­wiał się”, „zaata­ko­wał” (sto­su­je­my też bar­dziej sta­ro­mod­ne „rzekł” czy „odpar­ła”, choć prze­cież nigdy nie powie­my do zna­jo­me­go: „cóżeś rzekł?”, tyl­ko „co powie­dzia­łeś?”).

Zazwy­czaj zatem – zgod­nie ze sztu­ką trans­la­tor­ską – owe roz­licz­ne „said” wyci­nam lub pod­mie­niam na wyra­zy bli­sko­znacz­ne. Jed­nak nie w przy­pad­ku As I Lay Dying, bo tam Faulk­ner celo­wo nad­uży­wał „said”, nawet jak na warun­ki angielsz­czy­zny, sto­su­jąc to sło­wo jako refren, nada­ją­cy rytm wypo­wie­dziom, cza­sem z efek­tem dra­ma­tycz­nym, cza­sem komicz­nym. Zresz­tą nie tyl­ko „said” powta­rza się nie­ustan­nie; każ­dy z boha­te­rów zapę­tlo­ny jest we wła­snych sło­wach i fra­zach, któ­re obse­syj­nie powta­rza po wie­le­kroć, nie słu­cha­jąc pozo­sta­łych (i nie patrząc na nich), pod­czas gdy oni nie słu­cha­ją jego i na nie­go nie patrzą, bo powta­rza­ją wła­sne fra­zy. To nie­przy­pad­ko­we; głęb­sza lek­tu­ra poka­zu­je, że jed­nym z zasad­ni­czych tema­tów tej książ­ki jest roz­ziew pomię­dzy mową a rze­czy­wi­sto­ścią. To far­sa i tra­ge­dia gada­ją­cych głów; ich „gada­ni­na idzie sobie w górę cie­niut­ką linij­ką”, niżej zaś kłę­bi się gro­za czy­nów; a jest to gada­ni­na peł­na oszu­ki­wa­nia innych i samo­oszu­ki­wa­nia, czcza i pusta, przez co te same sło­wa trze­ba powta­rzać wie­lo­krot­nie, a i tak nie­wie­le zna­czą.

Tu muszę dodać jesz­cze parę słów o gwa­rze. Z uwa­gi na daw­niej­szą prak­ty­kę „heblo­wa­nia”, usu­wa­ją­ce­go języ­ki nace­cho­wa­ne, w mojej prak­ty­ce retrans­la­tor­skiej zazwy­czaj „pod­krę­ca­łem” język w sto­sun­ku do poprzed­niej wer­sji. Boha­te­ro­wie tej powie­ści mówią w róż­nych reje­strach, choć raczej z pro­sta: star­si far­me­rzy naj­bar­dziej gwa­ro­wo, młod­sze poko­le­nie nie­co mniej; a na przy­kład dok­tor to czło­wiek wykształ­co­ny, któ­ry tyl­ko dosto­so­wu­je się cza­sem do swo­ich roz­mów­ców. Jest to jed­nak język z życia wzię­ty, któ­ry autor znał, przy któ­rym i w któ­rym wyra­stał: coś zasły­sza­ne­go i wpi­sa­ne­go do lite­ra­tu­ry.

Prze­kład zawsze tu kła­mie, bo kła­mać musi. Gwa­ra, „język ludu”, czy to wiej­ski, czy miej­ski, w prze­kła­dzie jest zawsze kon­wen­cją: boha­te­ro­wie Faulk­ne­ra nie mówią po pol­sku i nie mówią wiej­ską pol­sz­czy­zną z lat mię­dzy­woj­nia. Jed­nak tłu­macz, któ­ry wziął­by się do pra­cy nad As I Lay Dying w roku 1930, mógł­by korzy­stać – podob­nie jak autor – z wła­sne­go doświad­cze­nia gwa­ry ist­nie­ją­cej w tej samej epo­ce w Pol­sce, ba, jesz­cze mogła z tego korzy­stać tłu­macz­ka w latach 60., jeśli wystar­cza­ją­co sty­ka­ła się z takim języ­kiem za mło­du. Dziś źró­dło tej mowy w jej sta­nie czy­stym prak­tycz­nie nie ist­nie­je, w więk­szo­ści wyschło przez powo­jen­ne zmia­ny spo­łecz­ne; czer­pać moż­na co naj­wy­żej z opra­co­wań czy daw­nych zapi­sów, któ­re jed­nak dla wie­lu czy­tel­ni­ków będą nie­zro­zu­mia­łe. Nato­miast język, któ­rym wieś mówi dzi­siaj, nie będzie ade­kwat­ny, bo opi­su­je inny świat niż ten powie­ścio­wy. Wresz­cie pozo­sta­je kwe­stia lokal­no­ści: o ile ist­nie­je stan­dar­do­wy język lite­rac­ki (powiedz­my, choć moż­na się co do tego spie­rać), o tyle nie ma jed­nej stan­dar­do­wej gwa­ry. Ame­ry­kań­skie Połu­dnie, kon­kret­ny stan Mis­si­si­pi, to nie Pod­ha­le ani Śląsk, ani Kur­pie – o ile więc Faulk­ner uży­wał słów, zwro­tów i brzmień lokal­nych, o tyle w tłu­ma­cze­niu prze­nie­sie­nie tego do kon­kret­ne­go regio­nu dawa­ło­by raczej wynik humo­ry­stycz­ny, bo niby cze­mu Anse Bun­dren miał­by roz­ma­wiać z sąsia­dem czy­stą góralsz­czy­zną?

Z koniecz­no­ści więc ich gwa­ra będzie na poły sztucz­nym two­rem, ist­nie­ją­cym poza epo­ką i poza kon­kret­nym miej­scem. Daw­ny prze­kład Ewy Życień­skiej roz­wią­zy­wał to zna­ko­mi­cie – widać, że tłu­macz­ka świet­nie ope­ro­wa­ła gwa­rą, a jej boha­te­ro­wie mówią w spo­sób żywy i prze­ko­nu­ją­cy.

Dla­te­go wła­śnie w tym przy­pad­ku postą­pi­łem wbrew moim przy­zwy­cza­je­niom. Kie­dy u Życień­skiej dziew­czy­na mówi do kro­wy „nastąp się”, rozu­mia­łem to, bo moja bab­ka przed woj­ną pozna­ła to sło­wo od chło­pów i prze­trwa­ło ono w rodzin­nych opo­wie­ściach; ale jest już całe kolej­ne poko­le­nie doro­słych czy­tel­ni­ków, odda­lo­nych od tam­tej rze­czy­wi­sto­ści języ­ko­wej, dla któ­rych mowa boha­te­rów – w zamie­rze­niu Faulk­ne­ra brzmią­ca praw­dzi­wie, jak dzi­siej­szy film doku­men­tal­ny – wyda­je się raczej oso­bli­wa i sztucz­na.

Dzię­ki retrans­la­cji czy­tel­nik pol­ski może dziś wybrać jed­ną z dwóch wer­sji, przy czym kwe­stia „trud­no­ści” jest tu nie­jed­no­znacz­na: każ­dy z prze­kła­dów jest w pew­nych aspek­tach łatwiej­szy, w innych trud­niej­szy, i to nie obiek­tyw­nie, ale subiek­tyw­nie, dla czy­tel­ni­ków z róż­nych poko­leń i o róż­nych przy­zwy­cza­je­niach. Zaś oso­ba szcze­gól­nie wni­kli­wa może prze­czy­tać oba i w ten spo­sób doświad­czyć książ­ki w spo­sób peł­niej­szy, mimo że nie zna języ­ka ory­gi­na­łu (zresz­tą, praw­dę mówiąc, jeśli go zna, nie­ko­niecz­nie będzie w sta­nie czy­tać ze zro­zu­mie­niem trud­niej­sze frag­men­ty Faulk­ne­ra, z któ­ry­mi kło­pot mają nawet nati­ve spe­ake­rzy).

VI.

Uży­wam tytu­łu ory­gi­nal­ne­go, As I Lay Dying, bo książ­ka ta po pol­sku ma dwa tytu­ły: star­szy, Kie­dy umie­ram, i now­szy, Gdy leżę, kona­jąc. Nie jest to rzecz rzad­ka – choć pod­le­ga roz­ma­itym naci­skom, zwłasz­cza ze stro­ny dzia­łu sprze­da­ży wydaw­nic­twa. Kie­dy tłu­ma­czy­łem Wiel­kie­go Gatsby’ego, zacho­wa­nie wcze­śniej­sze­go tytu­łu – toż­sa­me­go z tytu­łem fil­mu, któ­ry miał wła­śnie wejść na ekra­ny – zosta­ło wpi­sa­ne do umo­wy. W ubie­głym roku powieść wyszła w prze­kła­dzie Macie­ja Świer­koc­kie­go jako Ten wiel­ki Gats­by, a led­wie po roku Anna Bań­kow­ska wyda­ła swo­je tłu­ma­cze­nie pod tym samym szyl­dem, wyja­śnia­jąc, że argu­men­ta­cja Świer­koc­kie­go ją prze­ko­na­ła.

Opo­wieść wigi­lij­na to w Pol­sce lek­tu­ra szkol­na – mogłem zatem upie­rać się, że A Chri­st­mas Carol. In Pro­se. Being a Ghost Sto­ry of Chri­st­mas to Kolę­da pro­zą, czy­li bożo­na­ro­dze­nio­wa opo­wieść o duchach, ale pogląd tłu­ma­cza to jed­no, a twar­de regu­ły ryn­ku to dru­gie. Usły­sza­łem: „klient musi wie­dzieć, że wła­śnie to ma kupić dziec­ku do szko­ły” – i książ­ka wyszła jako Opo­wieść wigi­lij­na, czy­li kolę­da pro­zą albo bożo­na­ro­dze­nio­wa opo­wieść o duchach. Dobre i to.

Na mar­gi­ne­sie dodam, że raz zda­rzy­ło mi się nawet zmie­nić tytuł w pierw­szym prze­kła­dzie – otóż powieść Phi­li­pa Lar­ki­na A Girl in Win­ter prze­ło­ży­łem jako Zimo­we kró­le­stwo, ale tyl­ko dla­te­go, że taka była wola auto­ra. Kie­dy wydaw­nic­two Faber and Faber przy­ję­ło książ­kę do dru­ku, wymu­si­ło na mło­dziut­kim, dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nim auto­rze zmia­nę tytu­łu King­dom of Win­ter na taki z dziew­czy­ną, bo tak się lepiej sprze­da. Lar­kin uległ, choć uwa­żał, że to tytuł jak z tanie­go roman­si­dła, i jesz­cze po latach przy­zna­wał, że „zawsze myśli o tej książ­ce jako o Zimo­wym kró­le­stwie”.

Zmia­ny tytu­łów – i w ogó­le zmia­ny – budzą czę­sto reak­cje nega­tyw­ne, szcze­gól­nie moc­ne w przy­pad­ku lite­ra­tu­ry dla dzie­ci i mło­dzie­ży, któ­rą zapa­mię­tu­je­my naj­głę­biej, bo i naj­głę­biej ją odczu­wa­my. Kie­dy wspo­mnia­na przed chwi­lą Anna Bań­kow­ska zde­cy­do­wa­ła się po latach zmie­nić Anię z Zie­lo­ne­go Wzgó­rza na – zgod­ną z inten­cja­mi autor­ki – Anię z Zie­lo­nych Szczy­tów (bo cho­dzi tu o szczyt domu), roz­le­gły się gło­sy o „pro­fa­na­cji” i „nisz­cze­niu książ­ki”. Ale to nic w porów­na­niu z tym, co dzia­ło się rów­no czter­dzie­ści lat temu, kie­dy kano­nicz­ny Kubuś Pucha­tek, wymy­ślo­ny przez Ire­nę Tuwim, sio­strę słyn­ne­go poety, został prze­chrzczo­ny przez Moni­kę Adam­czyk-Gar­bow­ską na Fre­dzię Phi-Phi, ponie­waż Win­nie to zdrob­nie­nie od Win­ni­fre­dy, a Pooh nie ma nic wspól­ne­go z pucha­to­ścią. Tłu­macz­kę zaata­ko­wa­ły nie tyl­ko reżi­mo­wa „Try­bu­na Ludu” i tygo­dnik „Kul­tu­ra” („Bar­dzo nie­bez­piecz­ny dla zdro­wia języ­ko­we­go dzie­ci jest pomysł, aby misia nazy­wać imie­niem żeń­skim. Może to jest bli­żej ory­gi­na­łu, ale brzmi sztucz­nie i może wywo­ły­wać zamęt flek­syj­ny w gło­wach naszych pociech”), ale też bar­dziej pro­gre­syw­na „Poli­ty­ka”: „Kawał rze­tel­nej, niko­mu nie­po­trzeb­nej robo­ty”.

Tym­cza­sem daw­ny prze­kład Ire­ny Tuwim nie był i nie jest zagro­żo­ny, w Pol­sce Kubuś nadal Kubu­siem pozo­stał, nawet jeśli u Milne’a był Fre­dzią. Tym Fre­dzią, nie tą Fre­dzią. Jeśli jed­nak ktoś chciał­by pisać o zagad­nie­niach gen­de­ro­wych w świe­cie Kubu­sia – to znacz­nie bar­dziej pomoc­ne będzie alter­na­tyw­ne tłu­ma­cze­nie.

Taki też zresz­tą jest cza­sem sens retrans­la­cji: nie muszą sta­no­wić prze­wro­tu koper­ni­kań­skie­go, nie muszą stać się bar­dziej popu­lar­ne od wer­sji kano­nicz­nej, cza­sem też w ogó­le nie mają takich ambi­cji. Mogą po pro­stu speł­niać naj­głęb­szy może sens twór­czo­ści lite­rac­kiej (każ­dej zresz­tą twór­czo­ści): radość z obra­nia innej ścież­ki, powie­dze­nia cze­goś w inny spo­sób (nawet jeśli mówi­my w ślad za auto­ra­mi ory­gi­na­łów). Jerzy Łoziń­ski zasły­nął jako tłu­macz Hob­bi­ta, któ­ry Shi­re zmie­nił we Wło­ści, kran­so­lu­dów w krza­tów, a Bil­bo Bag­gin­sa z Bag End w brzmią­ce­go jak pol­ski szlach­ciu­ra Bil­ba Bago­sza z Bagosz­na; w jego prze­kła­dzie Diu­ny Fre­me­ni to Wola­nie, przy­pra­wa to spe­cjał, a czer­wie pusty­ni to pia­ska­le. Czy­tel­ni­cy nazwa­li te kon­cep­ty od nazwi­ska tłu­ma­cza „łozi­zma­mi” – i być może nie są to eks­pe­ry­men­ty uda­ne (Łoziń­ski zresz­tą czę­ścio­wo się z nich wyco­fał w póź­niej­szych wyda­niach), ale poka­zu­ją, że moż­na pomy­śleć Tol­kie­na czy Her­ber­ta po pol­sku zupeł­nie ina­czej.

Przy czym taki poszu­ku­ją­cy tłu­macz jest tu znów dłuż­ni­kiem tłu­ma­czy wcze­śniej­szych: sko­ro ist­nie­je wer­sja kano­nicz­na, bar­dziej kon­wen­cjo­nal­na, mniej wyma­ga­ją­ca, mniej dzi­ka, moż­na się teraz poku­sić, żeby wszyst­ko bar­dziej pod­krę­cić.

I mówię to nie tyl­ko o dzie­łach lite­rac­kich eks­pe­ry­men­ta­to­rów – ale o całym pisar­stwie; bo tłu­macz z samej zasa­dy swo­jej pra­cy nie dys­po­nu­je swo­bo­dą, któ­rą ma autor. Tym­cza­sem to, co naj­lep­sze w książ­ce, czę­sto wła­śnie bie­rze się ze swo­bo­dy, z tej cudow­nej moż­li­wo­ści, któ­rą ma pisarz, a któ­rej my nie mamy: że w każ­dym momen­cie, w poło­wie każ­de­go zda­nia i aka­pi­tu, może popro­wa­dzić fra­zę w inną, dowol­ną stro­nę, obrać inną, pod­po­wie­dzia­ną przez kaprys ścież­kę.

VII.

Mówiąc o nowych prze­kła­dach Faulk­ne­ra, czę­sto posłu­gu­je­my się z moim mężem meta­fo­rą utwo­ru muzycz­ne­go: autor pisze par­ty­tu­rę, ale wyko­nu­ją ją tłu­ma­cze. Jeśli ktoś kocha Cal­las, może zawsze słu­chać Casta diva w jej wyko­na­niu: są jej słyn­ne, kano­nicz­ne nagra­nia; ale nie prze­szka­dza to w tym, żeby w każ­dym poko­le­niu rolę Nor­my odgry­wa­ły inne śpie­wacz­ki. A nawet śpie­wa­cy. Żeby tę samą melo­dię aran­żo­wa­no na sam chór. Albo na sak­so­fon.

Utwo­ry wyko­ny­wa­ne to utwo­ry słu­cha­ne. Nie­ko­niecz­nie „na nowo”, cza­sem – po raz pierw­szy.

Kie­dy byłem nasto­lat­kiem, wyda­wa­ło mi się oczy­wi­ste, że słu­cham muzy­ki i czy­tam książ­ki, któ­re zachwy­ca­ły moich rodzi­ców i dziad­ków, że się­gam do biblio­te­ki mojej mat­ki po książ­ki wyda­ne przed moim naro­dze­niem, że szpe­ram po anty­kwa­ria­tach. Dzi­siej­si mło­dzi czę­sto tego nie wie­dzą, nie są tego ucze­ni, bo obieg lite­ra­tu­ry w dobie póź­ne­go kapi­ta­li­zmu jest bez­po­śred­nio zwią­za­ny z pom­po­wa­niem bie­żą­cej sprze­da­ży – kla­sy­ka, któ­ra uka­zu­je się w sta­rych prze­kła­dach, otrzy­mu­je znacz­nie słab­sze wspar­cie pro­mo­cyj­ne. Auto­rzy tych ksią­żek prze­waż­nie nie żyją, pier­wot­ni tłu­ma­cze – też. Dopie­ro kie­dy poja­wia się tłu­macz nowy i żywy, naj­lep­szy amba­sa­dor lite­ra­tu­ry obcej, książ­ka zysku­je nowe moż­li­wo­ści – i nowych czy­tel­ni­ków.

Dla­te­go wła­śnie – z pozo­ru wbrew moje­mu inte­re­so­wi, inte­re­so­wi żywe­go i w znacz­nej czę­ści nie­prze­ło­żo­ne­go pisa­rza, inte­re­so­wi wszyst­kich pol­skich pisa­rek i pisa­rzy – pozwo­li­łem sobie mówić Pań­stwu o retrans­la­cji.

Pol­sz­czy­zna to nie angiel­ski, czy­tel­ni­cy, któ­rzy się­ga­ją po naszą lite­ra­tu­rę w prze­kła­dzie, na ogół nie są w sta­nie czy­tać jej w ory­gi­na­le. Rów­no­cze­śnie to, co bio­rą do ręki, nie­ko­niecz­nie odda­je spra­wie­dli­wość naszym geniu­szom i geniusz­kom: przy­cię­tym, ohe­blo­wa­nym, wygła­dzo­nym na kan­tach, pozba­wio­nym „nie­prze­tłu­ma­czal­nych gier słów” i „trud­nych do zro­zu­mie­nia zagad­nień z histo­rii i kul­tu­ry Pol­ski, na któ­rych wyja­śnia­nie nie ma tu miej­sca”.

Muzy­ka Cho­pi­na i Szy­ma­now­skie­go, malar­stwo Boznań­skiej i Mal­czew­skie­go, fil­my Kie­ślow­skie­go i Waj­dy (jeśli nie liczyć dia­lo­gów), rzeź­by Sza­pocz­ni­kow i Aba­ka­no­wicz dzia­ła­ją wprost, bez dodat­ko­wej prze­sło­ny języ­ka. Ale lite­ra­tu­ra nie ma tego luk­su­su.

Jeśli my, pol­scy czy­tel­ni­cy, zasłu­gu­je­my na – i dosta­je­my – nowych Bud­den­bro­oków Man­na i nową Panią Bova­ry Flau­ber­ta, nowe­go Ulis­se­sa Joyce’a i nowe­go Don Kicho­ta Cervan­te­sa, to czy­tel­ni­cy w Pań­stwa kra­jach zasłu­gu­ją na nowe­go, dziw­niej­sze­go Schul­za i pokręt­niej­sze­go Gom­bro­wi­cza, na dow­cip­niej­sze­go Pru­sa i bru­tal­niej­sze­go Rey­mon­ta.

To oni bowiem poka­zu­ją, skąd bie­rze się dziw­ność i pokręt­ność i dow­cip i bru­tal­ność naszej bie­żą­cej pro­zy i naszej poezji; to oni są pniem, któ­ry nas zasi­la, źró­dłem naszej magii; nie spo­sób zro­zu­mieć tego, co dziś pisze­my, bez nasze­go pisar­skie­go DNA, któ­re musi być praw­dziw­sze niż uprosz­czo­ny wykres w książ­ce do bio­lo­gii.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

6. Światowy Kongres Tłumaczy Literatury Polskiej. Fot. Kuba Ociepa dla IK. Gala 22. Nagrody Transatlantyk. Fot. Kuba Ociepa dla IK. Gala 22. Nagrody Transatlantyk. Fot. Kuba Ociepa dla IK. Grzegorz Jankowicz. Fot. Kuba Ociepa dla IK. Jacek Dehnel. Fot. Kuba Ociepa dla IK. 6. Światowy Kongres Tłumaczy Literatury Polskiej. Fot. Kuba Ociepa dla IK. Ministra MKiDN Marta Cienkowska. Fot. Kuba Ociepa dla IK. Panel Piotra Czerskiego. Fot. Kuba Ociepa dla IK. Panel z udziałem Michała Rusinka. Fot. Kuba Ociepa dla IK. Tapani Kärkkäinen odbiera Nagrodę Transatlantyk z rąk Grzegorza Jankowicza, dyrektora IK. Fot. Kuba Ociepa dla IK. Tapani Kärkkäinen, Grzegorz Jankowicz i Agnieszka Rasińska-Bóbr. Fot. Kuba Ociepa dla IK.

Czytaj także

10.07.2026 Prasówka

Prasówka (10 lipca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego zapraszamy do lektury piątkowego przeglądu prasy kulturalnej.

09.07.2026 Laba

Czytam, leżąc na pomoście

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj ze scenografką i malarką Joanną Braun rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.

07.07.2026 Laba

Wakacyjne lektury

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dziś z Mikołajem Trzaską rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.