Grób numer sto dwadzieścia cztery

Drze­wa są tu wyso­kie, nawet bar­dzo. Klo­ny, solid­ne dęby, smu­kłe jesio­ny. Jeśli uważ­nie się przyj­rzeć, ukła­da­ją się w roz­my­te już zary­sy daw­nych cmen­tar­nych ale­jek. Gło­śne tre­le pta­ków zagłu­sza­ją nawet grzmot prze­la­tu­ją­ce­go do Rębie­cho­wa samo­lo­tu. Ani jed­no, ani dru­gie nie burzy oso­bli­wej ciszy, nie zakłó­ca spo­ko­ju tym, któ­rych ziem­skie ścież­ki roz­wią­za­ły się i domknę­ły wła­śnie w tym miej­scu. Wśród nich jest, była­by, gdy­by histo­ria nie zwa­rio­wa­ła i świat nie osza­lał, tak­że Sta­ni­sła­wa Przy­by­szew­ska.

Do swo­je­go ostat­nie­go miej­sca na zie­mi autor­ka Spra­wy Dan­to­na docie­ra w samym środ­ku lata, w chłod­ną i pochmur­ną sobo­tę 17 sierp­nia 1935 roku. Wcze­śniej, tak moż­na sobie wyobra­zić, w kan­ce­la­rii pol­skie­go Kościo­ła Chry­stu­sa Kró­la na Sand­gru­be ksiądz Anto­ni Liedt­ke meto­dycz­nie wypeł­nia rubry­ki księ­gi zgo­nów, wpi­su­jąc po kolei: Sta­ni­sła­wa Panień­ska, z domu Przy­by­szew­ska, zamiesz­ka­ła – Am Weiβen Turm 1, lat 34, przy­czy­na śmier­ci – zapa­le­nie płuc. Data zgo­nu: 14 sierp­nia, data pochów­ku: 17 sierp­nia 1935 roku. Nagłów­ki rubryk są w języ­ku łaciń­skim, same wpi­sy – po nie­miec­ku.

Msza pogrze­bo­wa zaczy­na się pew­nie nie­póź­niej niż w połu­dnie. W ław­kach garst­ka osób – Hele­na Bar­liń­ska, ciot­ka zmar­łej, Ste­fa­nia Augu­styń­ska, żona dyrek­to­ra Gim­na­zjum Pol­skie­go, przy­pusz­czal­nie kil­ka osób z prze­rze­dzo­ne­go waka­cyj­nie gro­na peda­go­gicz­ne­go, to wszyst­ko. Na wię­cej nie ma co liczyć, Sta­ni­sła­wa poza Augu­styń­ską nie mia­ła w Gdań­sku przy­ja­ciół, a w lokal­nych gaze­tach nie poja­wił się ani nekro­log, ani choć­by krót­ka infor­ma­cja o zgo­nie lub pogrze­bie. Ciot­ka Hele­na jest oso­bą zapo­bie­gli­wą i dokład­ną, więk­szość wydat­ków zwią­za­nych z ostat­nim poże­gna­niem sio­strze­ni­cy skru­pu­lat­nie spi­su­je i prze­cho­wu­je rachun­ki – dla­te­go wie­my, że dzie­sięć gdań­skich gul­de­nów kosz­to­wa­ły uro­czy­sto­ści żałob­ne w koście­le, zaś dodat­ko­we trzy­dzie­ści wydać trze­ba było na zakry­stia­na, kata­falk i tra­ga­rzy dźwi­ga­ją­cych trum­nę.

Któ­rę­dy idą w stro­nę cmen­ta­rza, jaką dro­gą? Pew­nie wybie­ra­ją roz­wią­za­nie naj­prost­sze i naj­krót­sze – pia­sko­wą, może szu­tro­wą, pra­wie polną dro­gę, bie­gną­cą uko­śnie na połu­dnio­wy zachód w stro­nę Stol­zen­ber­gu wprost na Alter Katho­li­scher Frie­dhof. Na ostat­nim odcin­ku, tuż przed cmen­tar­ną bra­mą, polna dro­ga prze­cho­dzi w bru­ko­wa­ną Stol­zen­ber­ger Lang­gas­se. Mięk­ki odgłos kół wozu zmie­nia się w stu­kot i zgrzyt, jedzie się trud­niej, ale to tyl­ko krót­ki odci­nek. Kon­dukt docie­ra na miej­sce. Ksiądz Liedt­ke zma­wia ostat­nią modli­twę, wodą świę­co­ną skra­pia grób, pew­nie zamie­nia kil­ka słów z żałob­ni­ka­mi, odcho­dzi. Praw­do­po­dob­nie mię­dzy drze­wa­mi prze­my­ka jesz­cze ulu­bio­na kot­ka pisar­ki, wier­nie towa­rzy­szą­ca orsza­ko­wi aż do cmen­ta­rza, ale moż­na sobie wyobra­zić, że ciot­ka Hele­na pod­no­si ją z zie­mi, bie­rze na ręce, wra­ca do mia­sta.

Na Alter Katho­li­scher Frie­dhof pozo­sta­je świe­ży kop­czyk gro­bu ozna­czo­ne­go nume­rem sto dwa­dzie­ścia czte­ry. Dzię­ki skru­pu­lat­no­ści i rachun­kom Hele­ny wie­my, jak wyglą­da mogi­ła Sta­ni­sła­wy: pro­sta, ziem­na, obło­żo­na naoko­ło polny­mi kamie­nia­mi (koszt usłu­gi – trzy­dzie­ści pięć gul­de­nów). Przy niej kamień nagrob­ny z napi­sem, wyko­na­ny w pra­cow­ni kamie­niar­skiej Kosch­nic­ka z Kar­thäu­ser­stras­se 150 (całe czter­dzie­ści pięć gul­de­nów). Na kamie­niu praw­do­po­dob­nie daty gra­nicz­ne – naro­dzin i śmier­ci (1901–1935) oraz oczy­wi­ście imię i nazwi­sko zmar­łej. Nie­mal na pew­no w wer­sji „Panień­ska”, po mężu, raczej nie „Przy­by­szew­ska”. Hele­na, cze­mu trud­no się dzi­wić, szcze­rze nie zno­si ojca swo­jej sio­strze­ni­cy, lubi­ła za to jej męża Jana. W para­fial­nej księ­dze zgo­nów nazwi­sko po mężu tak­że jest tym domi­nu­ją­cym, pierw­szo­pla­no­wym. Na mogi­le – bluszcz i świe­że kwia­ty, ale to już pew­nie w póź­niej­szych mie­sią­cach.

Hele­na nie wra­ca po pogrze­bie od razu do War­sza­wy, gdzie na co dzień miesz­ka. Musi jesz­cze zała­twić kil­ka spraw. Jest w kon­tak­cie z Frau Kor­nath, któ­ra (za opła­tą oczy­wi­ście) zobo­wią­zu­je się doglą­dać gro­bu Sta­ni­sła­wy. Ciot­kę cze­ka tak­że przy­kry obo­wią­zek opróż­nie­nia i zle­ce­nia dezyn­fek­cji miesz­ka­nia, w któ­rym w bara­ku na dzie­dziń­cu Gim­na­zjum miesz­ka­ła Przy­by­szew­ska (nic za dar­mo, całe osiem­na­ście gul­de­nów). W koń­cu i ona wyjeż­dża – zabie­ra ręko­pi­sy i maszy­no­pi­sy sio­strze­ni­cy, jej obra­zy, pamiąt­ki i listy. Do Gdań­ska być może nie wra­ca już nigdy. Nie ma zresz­tą takiej koniecz­no­ści. Pie­nią­dze na utrzy­ma­nie gro­bu wpła­ca w Ban­ku Pol­skim w War­sza­wie, ich rów­no­war­tość w gul­de­nach Frau Kor­nath podej­mu­je w gdań­skim oddzia­le ban­ku. Sta­ni­sła­wa zosta­je na miej­scu – przy­naj­mniej do momen­tu, gdy ostrzał radziec­kich wojsk nacie­ra­ją­cy na mia­sto w mar­cu 1945 roku nie zakłó­ci jej wiecz­ne­go odpo­czyn­ku i nie roz­nie­sie w proch i pył kamie­ni, pły­ty nagrob­nej, kwia­tów i blusz­czu. Dzie­ła znisz­cze­nia dopeł­nia­ją lata powo­jen­ne, likwi­da­cja cmen­ta­rza, eks­hu­ma­cje, budo­wa nowe­go Kościo­ła Pod­wyż­sze­nia Krzy­ża Świę­te­go. To, co pozo­sta­ło z ziem­skiej powło­ki autor­ki Spra­wy Dan­to­na, nie­odwo­łal­nie mie­sza się z gle­bą, ściół­ką, pogru­cho­ta­ną kamie­niar­ką, frag­men­ta­mi kości innych pocho­wa­nych tu Gdańsz­czan.

Dziś nie ma już Alter Katho­li­scher Frie­dhof na Stol­zen­ber­gu, jest tyl­ko pocmen­tar­ny ogród przy Koście­le Pod­wyż­sze­nia Krzy­ża Świę­te­go w Gdańsku–Chełmie. Jakimś cudem ucho­wa­ło się tu jesz­cze kil­ka mogił, z któ­rych naj­młod­sza pocho­dzi z 1941 roku. Zamiast kute­go ogro­dze­nia i bra­my z krzy­żem – beto­no­we ogro­dze­nie, na któ­re­go brzy­do­tę z nie­chę­cią patrzy aktu­al­ny pro­boszcz. Co zro­bić, na nowy i ład­ny pie­nię­dzy na razie nie ma. Stol­zen­ber­ger Lang­gas­se to dziś uli­ca Lubu­ska, ale zarów­no jej prze­bieg, jak i zacho­wa­ny bruk zde­cy­do­wa­nie się­ga­ją cza­sów przed­wo­jen­nych. Moż­li­we, że nie­re­gu­lar­ne, wyśli­zga­ne kamie­nie pamię­ta­ją jesz­cze tam­ten wóz, tam­te koła, tam­ten pogrzeb z sierp­nia 1935 roku. Szu­mią drze­wa, jest pusto i cicho. Cza­sem tyl­ko w oko­li­cy moż­na spo­tkać drob­ną burą kot­kę, praw­do­po­dob­nie miesz­kan­kę któ­re­goś z oko­licz­nych jed­no­ro­dzin­nych domów. Jest zadba­na i ufna (chęt­nie wska­ku­je na kola­na), ewi­dent­nie czy­jaś, tyle że powsi­no­ga. Jest to zupeł­nie real­ne, ist­nie­ją­ce tu i teraz zwie­rzę, a jed­nak czy­tel­ni­czy umysł odru­cho­wo wynaj­du­je ścież­kę do prze­szło­ści i szu­ka tam­tej towa­rzysz­ki Sta­ni­sła­wy, wier­nej aż do koń­ca – tajem­ni­cze­go stwo­rze­nia jak z opo­wie­ści Edga­ra Alla­na Poego. Po połu­dniu, gdy słoń­ce oświe­tla fasa­dę ple­ba­nii, kot­ka roz­cią­ga się na roz­grza­nych stop­niach scho­dów, w sło­necz­nej pla­mie mru­ży oczy, myje się, zasy­pia. Nikt jej nie prze­szka­dza.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Kotka na starym katolickim cmentarzu w Gdańsku-Chełmie - Fot. Anna Sadowska Stary katolicki cmentarz w Gdańsku-Chełmie_1 - Fot. Anna Sadowska Stary katolicki cmentarz w Gdańsku-Chełmie_2 - Fot. Anna Sadowska

Czytaj także

29.03.2026 Rozmowy

Mieliśmy niezwykłego gościa

Róża Ostrowska, pisarka i scenarzystka teatralna, zmarła w Gdańsku w Niedzielę Palmową 25 marca 1975 roku. Pięćdziesiąt lat po przedwczesnej śmierci autorki Wyspy ukazał się wybór jej najciekawszych utworów w autorskim opracowaniu profesor Ewy Graczyk, z którą rozmawia Anna Sadowska.

16.07.2026 Laba

Pocztówka ze skweru na Grzegórzkach

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Agaty Napiórskiej.

15.07.2026 Interferencje

Wiralowe Wzgórza

„Emily Brontë zmarła na gruźlicę sto siedemdziesiąt siedem lat temu, a ta adaptacja i tak jest najgorszym, co ją spotkało” – gdy tylko zobaczyłam ten komentarz, jeden z wielu krążących w sieci w momencie premiery najnowszej ekranizacji Wichrowych Wzgórz, wiedziałam, że rozpocznę od niego swój tekst – o filmowych adaptacjach powieści Emily Brontë pisze Aleksandra Kumala.