Ja jednak widzę krew Marksa. Ja ciągle widzę krew Marksa

Rozdział pierwszy. Rozważania o „Społeczeństwie spektaklu” Guy Deborda (1967)

1.

Nie ist­nie­je książ­ka, któ­ra spra­wi­ła mi wię­cej pro­ble­mów niż Spo­łe­czeń­stwo spek­ta­klu. Co cie­ka­we, nie uwa­żam debor­dow­skie­go opus magnum za naj­bar­dziej wyma­ga­ją­cą języ­ko­wo czy mery­to­rycz­nie lite­ra­tu­rę, z jaką mia­łem przy­jem­ność się mie­rzyć przez deka­dę moco­wa­nia się z kry­ty­ką kul­tu­ry. Nie powie­dział­bym też, że jest to naj­bar­dziej filo­zo­ficz­nie i/lub poli­tycz­nie nie­przy­stęp­na rzecz, z któ­rą mia­łem dotych­czas do czy­nie­nia. Uwie­ra­ją­cy, prze­wle­kły szko­puł tkwi nie­ko­niecz­nie w tym, jak oraz co głów­ny ini­cja­tor sytu­acjo­ni­zmu wła­ści­wie napi­sał. Sen z powiek spę­dza mi zupeł­nie inna kwe­stia.

2.

Mia­no­wi­cie: debor­dow­ski kurs. Soczy­sta, post­mark­si­stow­ska agen­da, przy­świe­ca­ją­ca zręcz­nym para­fra­zom Hegla i pro­to­bau­dril­lar­dow­skim afo­ry­zmom. Dłu­go­uchym pas­su­som, to jest takim, któ­re mobi­li­zu­ją do uwol­nie­nia się spod jarz­ma tota­li­tar­nej codzien­no­ści, niczym Bia­ły Kró­lik Car­rol­la, a tak­że obna­ża­ją ide­olo­gię doby powsze­dniej niczym Kró­li­ki Lyn­cha1.

3.

Rze­czo­na ścież­ka, któ­rą Debord kon­se­kwent­nie podą­ża w Spo­łe­czeń­stwie spek­ta­klu, pro­wa­dzi ku sza­le­nie kło­po­tli­wej, nie­wy­god­nej dla czy­tel­ni­ka oraz kry­ty­ka kon­fron­ta­cji. Pro­wa­dzi ku kon­fron­ta­cji z hor­ro­rem nagmin­nej nudy.

4.

Jeśli miał­bym uto­wa­ro­wić debor­dow­ski mani­fest odpo­wied­nio chwy­tli­wym blur­bem, to napi­sał­bym, że jest to książ­ka o rewo­lu­cjo­ni­ście zma­ga­ją­cym się z cie­niem, jaki obrzy­dli­wie powsze­dnia, depry­mu­ją­co pro­za­icz­na nuda rzu­ca na tlą­ce się w nim pra­gnie­nie trans­gre­sji.

5.

Jeśli musiał­bym okre­ślić auto­ra tej kul­to­wej już pozy­cji jed­nym, dźwięcz­nym mia­nem, skła­niał­bym się ku sowie­to­scep­ty­ko­wi. O, tak. Zde­cy­do­wa­nie. Ety­kie­to­wa­nie Debor­da, któ­re zda­je się cio­sem wymie­rzo­nym w nie­go same­go (filo­zo­fa bez wykształ­ce­nia filo­zo­ficz­ne­go, poli­ty­ka prze­ciw­ne­go idei par­tii, fil­mow­ca i pisa­rza nie­spe­cjal­nie zain­te­re­so­wa­ne­go byciem fil­mow­cem i pisa­rzem), nale­ża­ło­by roz­po­cząć wła­śnie od nie­chę­ci do ZSRR.

6.

Autor Spo­łe­czeń­stwa spek­ta­klu prze­ko­nu­je swo­imi bły­sko­tli­wy­mi afo­ry­zma­mi do lewi­co­wo­ści prze­ciw­nej real­ne­mu socja­li­zmo­wi. Ów gest nie jest oczy­wi­ście w żaden spo­sób eks­cen­trycz­ny czy też nie­dzi­siej­szy. Nie ma abso­lut­nie nic zdroż­ne­go w tym, że pod­miot rady­kal­nie rewo­lu­cjo­ni­stycz­ny, ale jed­no­cze­śnie rady­kal­nie indy­wi­du­ali­stycz­ny, negu­je sens ist­nie­nia (post)stalinowskiej struk­tu­ry. Debor­dow­ska opo­zy­cja wobec państw „real­ne­go socja­li­zmu” zda­je się wręcz swo­istą koniecz­no­ścią, bio­rąc pod uwa­gę to, co spo­łecz­nie i poli­tycz­nie inte­re­su­je go naj­bar­dziej.

7.

Inte­re­su­ją go przede wszyst­kim ide­ały for­so­wa­ne czer­wo­ny­mi ‑izma­mi, lecz nie­ko­niecz­nie prag­ma­tycz­ne spo­so­by wpro­wa­dze­nia ich w życie.

8.

Debor­do­wi, tro­chę naiw­nie, marzy się świat, któ­ry prio­ry­te­ty­zo­wał­by wol­ność jed­nost­ki i jej pra­wo do eks­plo­ato­wa­nia potę­gi wyobraź­ni. To wizja uni­wer­sum, któ­re z otwar­ty­mi dłoń­mi przyj­mu­je spo­łecz­ną spon­ta­nicz­ność i nie­prze­wi­dy­wal­ność. Pro­mu­je codzien­ność kształ­to­wa­ną tech­ni­ką stru­mie­nia świa­do­mo­ści. Cho­dze­nie i bie­ga­nie, leże­nie i sie­dze­nie, mówie­nie i słu­cha­nie odby­wa­ją­ce się według logi­ki sztu­ki auto­ma­tycz­nej pierw­szych sur­re­ali­stów. Nic więc dziw­ne­go, że fran­cu­ski myśli­ciel męczy się, gdy musi zde­rzyć ten roman­tycz­ny uto­pizm z bru­tal­ny­mi mecha­ni­zma­mi warun­ku­ją­cym mate­rial­ną rze­czy­wi­stość.

9.

Jest abso­lut­nie kla­row­ne, prze­ciw cze­mu Guy Debord się bun­tu­je. Jego neme­zis, tytu­ło­wy Spek­takl, to atrak­cyj­ny este­tycz­nie naskó­rek, przy­kry­wa­ją­cy gni­ją­ce mię­so i kru­che kości ide­olo­gicz­nej abo­mi­na­cji kapi­ta­li­zmu. Już w 1967 roku teo­re­tyk i prak­tyk filo­zo­fii sytu­acjo­ni­stycz­nej pro­gno­zo­wał dobrze nam zna­ną teraź­niej­szość. Opo­wia­dał o tele­wi­zyj­nym oraz kino­wym (dziś social­me­dio­wym oraz stre­amin­go­wym) ima­gi­na­rium uni­wer­sal­nym. Takim, któ­re odno­si się do rze­czy­wi­sto­ści czy­sto eska­pi­stycz­nie, to jest gene­ru­je przy­swa­jal­ne wido­wi­sko, igrzy­ska orga­ni­zo­wa­ne przez wytwór­ców chle­ba, odcią­ga­ją­ce od myśle­nia o nie­spra­wie­dli­wych zasa­dach jego zdo­by­cia. Rów­nież takim, któ­re odno­si się do rze­czy­wi­sto­ści na spo­sób reali­stycz­ny, to jest szki­cu­ją­cym nar­ra­cje maso­wo uprzy­stęp­nia­ją­ce zrów­ny­wa­nie ludz­kiej egzy­sten­cji z logi­ką ryn­ko­wą.

10.

Dia­gno­sty­ka debor­dow­ska, któ­rą sytu­acjo­ni­ści oraz ich wyznaw­cy zaadap­to­wa­li na potrze­by pla­ka­to­wo-slo­ga­no­we­go deco­rum pro­te­stów Maja ’68, zda­je się wręcz pro­fe­tycz­na. Bez wypro­wa­dza­nej w Spo­łe­czeń­stwie spek­ta­klu kry­ty­ki kapi­ta­li­zmu jako medial­no-kul­tu­ro­wej mito­lo­gii wycho­dzą­cej poza prze­strzeń fabry­ki i wcho­dzą­cej z bucio­ra­mi w sfe­rę naszej naj­in­tym­niej­szej „pra­cy po pra­cy” (emo­cji, uczuć, eko­no­mii cza­su wol­ne­go) nie było­by tek­stów Bau­dril­lar­da. Bez Bau­dril­lar­da nie było­by Fishe­ra, a bez Fishe­ra nie było­by Byung-Chul Hana.

11.

Scho­dy zaczy­na­ją się dopie­ro w momen­cie zapy­ta­nia Debor­da o pro­po­zy­cję pozy­tyw­ną. W momen­cie przej­ścia z defen­sy­wy do ata­ku, z dekon­struk­cji do kon­struk­cji.

12.

Guy Debord, w prze­ci­wień­stwie do Jeana Bau­dril­lar­da czy Byung-Chul Hana, uzna­wał się przede wszyst­kim za prak­ty­ka. Za kogoś, kto nie tyle filo­zo­fu­je, ile opra­co­wu­je stra­te­gię wojen­ną. Jego anty­ka­pi­ta­lizm nie był anty­ka­pi­ta­li­zmem aka­de­mic­kim, lecz par­ty­zanc­kim. Z tego wzglę­du jego lite­ry aż pro­szą się, by oce­niać je jako recep­ty na nową przy­szłość, nie zaś jako inte­lek­tu­al­ną grę w oko­ło­uni­wer­sy­tec­ką teo­rię kry­tycz­ną.

13.

Efek­tow­ne (spek­ta­ku­lar­ne!) aka­pi­ty Debor­da mają sta­no­wić dro­go­wskaz ku lep­szej przy­szło­ści. Nale­ży je więc roz­li­czać na pod­sta­wie ich nie­uto­pij­ne­go poten­cja­łu.

14.

Powróć­my więc do kwe­stii nudy.

15.

Kapi­ta­li­stycz­na codzien­ność, któ­rą Debord pra­gnie oba­lić, opie­ra się na maso­wej pro­duk­cji bier­no­ści. Żeru­je na kom­for­cie wiecz­nej kon­sump­cji. Zdra­dli­wej przy­jem­no­ści nasy­ca­ją­cej oczy i uszy, a tym samym prze­sy­ca­ją­cej umysł. Niczym tra­dy­cyj­ny, „spek­ta­ku­lar­ny” teatr z teo­rii Ber­tol­ta Brech­ta2, gaze­ta, tele­wi­zor czy też radio (a dziś smart­fon) obez­wład­nia­ją odbior­cę swą para­so­cjal­ną natu­rą. Poprzez kla­row­ną struk­tu­rę (nie spo­sób pomy­lić tele­wi­zji śnia­da­nio­wej z sit­co­mem) i nar­ra­cyj­ny porzą­dek (nie spo­sób być skon­fun­do­wa­nym, przy­słu­chu­jąc się pro­gno­zie pogo­dy lub oglą­da­jąc wido­wi­sko spor­to­we) prze­ko­nu­ją odbior­cę do swej hiper­re­al­nej praw­dzi­wo­ści. Uwo­dzą wizją reali­stycz­ną, to jest fik­cją sku­tecz­ną, gdyż pra­wie nie­odróż­nial­ną od nie­fik­cji. Funk­cjo­nu­ją jako nie­zwy­kle atrak­cyj­ne makie­ty życia, znie­chę­ca­ją­ce do prze­żyć poza Spek­ta­klem. Dilu­ją wyjąt­ko­wo uza­leż­nia­ją­cym nar­ko­ty­kiem – słod­ką bier­no­ścią, dla któ­rej gorycz aktyw­no­ści nie jest abso­lut­nie żad­ną kon­ku­ren­cją.

16.

Debor­dow­ska filo­zo­fia ma więc sta­no­wić rze­czo­ną kon­ku­ren­cję. Jego teo­ria ma pro­wa­dzić do oba­le­nia iner­cyj­nej, kon­sump­cjo­ni­stycz­nej nudy kapi­ta­li­zmu.

17.

Debord prze­pro­wa­dza atak na logi­kę ryn­ko­wą z pozy­cji anty­ka­pi­ta­li­stycz­nej i anty­par­tyj­nej. Pra­gnie zain­spi­ro­wać ludz­kość do cele­bra­cji spon­ta­nicz­nej oddol­no­ści. Zada­niem kry­tycz­nych aka­pi­tów Spo­łe­czeń­stwa spek­ta­klu jest stwo­rze­nie spo­łe­czeń­stwa odrzu­ca­ją­ce­go nie tyl­ko hege­mo­nię logi­ki ryn­ko­wej, ale też ilu­zo­rycz­ną spraw­czość par­la­men­tar­nych reform. Rewo­lu­cja zda­je się tu pro­jek­tem par­ty­zanc­ko-anar­chicz­nym, negu­ją­cym koniecz­ność libe­ral­no-demo­kra­tycz­nej orga­ni­za­cji.

18.

Z kolei szpil­ki wbi­ja­ne ZSRR suge­ru­ją, że moż­li­we jest wyj­ście poza kon­wen­cję kapi­ta­li­stycz­ną, tak by jed­no­cze­śnie nie podą­żać za kon­wen­cją radziec­ką. Że moż­li­we jest bycie anty­im­pe­ria­li­stą, któ­ry nie wstę­pu­je w sze­re­gi impe­rium (post)stalinowskiego. Co wię­cej, by nawią­zać do poprzed­niej myśli, moż­na być anty­im­pe­ria­li­stą, nie podą­ża­jąc tak­że za socjal­de­mo­kra­tycz­nym refor­mi­zmem.

19.

Kło­pot jed­nak w tym, że w isto­cie nie jest to wca­le moż­li­we. Wca­le a wca­le.

20.

Debord ma aler­gię na nudę we wszyst­kich posta­ciach.

21.

Mier­zi go nuda w wyda­niu kapi­ta­li­stycz­nym. Stan, któ­ry kil­ka dekad póź­niej Mark Fisher okre­śli mia­nem „depre­syj­nej hedo­nii”3. Cho­dzi o czyn­ną bez­czyn­ność ogra­ni­cza­ją­cą egzy­sten­cję homo kapi­ta­li­smu­sa do pasyw­ne­go przyj­mo­wa­nia, obsłu­gu­ją­cych socjo­po­li­tycz­ne sta­tus quo inter­me­dial­nych bodź­ców. Cho­dzi o para­dok­sal­ne poczu­cie wiecz­nej sty­mu­la­cji nie­da­ją­cej satys­fak­cji. Wra­że­nie prze­bodź­co­wa­nia mar­twy­mi bodź­ca­mi.

22.

Nie może rów­nież znieść nudy bez­czyn­no­ści refor­mi­stycz­nej. Par­la­men­tar­nej afir­ma­cji sta­gna­cji pod płasz­czy­kiem legi­sla­cyj­nej spraw­czo­ści. Nie jest w sta­nie zaak­cep­to­wać socjal­de­mo­kra­tycz­ne­go dys­kur­su kosme­tycz­nie anty­ka­pi­ta­li­stycz­ne­go kapi­ta­li­zmu. Cze­goś, co Sla­voj Žižek nazy­wa „wła­dzą post­mo­der­ni­stycz­ną”4, a więc hie­rar­chicz­ne­go reżi­mu, zak­tu­ali­zo­wa­ne­go o libe­ral­ne mini­mum poje­dyn­czych pro­so­cjal­nych zdo­by­czy. Autor zupeł­nie nie ma cier­pli­wo­ści do wier­nych kul­ty­wa­to­rów bez­czyn­no­ści, pro­to­pla­stów kul­tu­ry update’u.

23.

Nie potra­fi też prze­łknąć nudy sowiec­kiej. Mito­lo­gii libe­ra­li­zmu zastą­pio­nej socre­ali­zmem. Pro­pa­gan­dy poli­par­tyj­nej zamie­nio­nej na pro­pa­gan­dę mono­par­tyj­ną. Kul­tu pry­wa­ty­za­cji wymie­nio­ne­go na kult pań­stwo­wo­ści. Inny­mi sło­wy, nie jest w sta­nie zaak­cep­to­wać kontr­ar­gu­men­tu dla bier­no­ści indy­wi­du­ali­stycz­nej w posta­ci bier­no­ści kolek­ty­wi­stycz­nej.

24.

Moim naj­więk­szym pro­ble­mem jest więc to, że wspo­mnia­ne debor­dow­skie sen­ty­men­ty prze­ma­wia­ją do mnie jak żad­na inna ide­olo­gicz­na nar­ra­cja. I myślę, że nie jestem w tym odosob­nio­ny.

25.

Co dru­gi pol­ski socja­li­sta jest prze­cież żywo roz­cza­ro­wa­ny poczy­na­nia­mi par­tii Razem, a tak­że pozba­wio­ny jakich­kol­wiek naiw­nych nadziei zwią­za­nych z pro­jek­tem par­la­men­tar­nym o nazwie Lewi­ca.

26.

Co trze­ci tra­we­stu­je mak­kar­tyzm, nagmin­nie i para­no­icz­nie widząc libe­ral­ną bel­kę w oku bliź­nie­go swe­go, nie dostrze­ga­jąc lib­ko­wej drza­zgi we wła­snym.

27.

Co czwar­ty drży o wła­sne życie, gdy kto­kol­wiek przy­pnie mu ety­kie­tę obroń­cy PRL. Nie wspo­mi­na­jąc już o połą­cze­niu jego nazwi­ska z teza­mi Mark­sa czy z, nie daj Boże, leni­now­skim pomy­słem na pań­stwo.

28.

Siłą rze­czy debor­dow­ska nega­cja wszyst­kich trzech ide­olo­gii nudy musi być mi (i nie tyl­ko mnie) prze­ra­ża­ją­co bli­ska. Bli­ska niczym wrzy­na­ją­cy się pod skó­rę egzy­sten­cjal­ny hor­ror. Jak bowiem ina­czej nazwać zaży­łą rela­cję z ide­ami na wskroś fata­li­stycz­ny­mi? Ide­ami, któ­re w isto­cie, zamiast moty­wo­wać do dzia­ła­nia, depry­mu­ją. Ide­ami, któ­re tak napraw­dę potwier­dza­ją naj­gor­sze. Mia­no­wi­cie to, że praw­dzi­wy, niczym nie­ska­żo­ny socja­lizm nie jest moż­li­wy.

Okładka książki Guy Deborda pod tytułem „Społeczeństwo spektaklu oraz Rozważania o społeczeństwie spektaklu”.
Guy Debord, „Społeczeństwo spektaklu oraz Rozważania o społeczeństwie spektaklu”, tłum. Mateusz Kwaterko, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2026.

29.

Lek­tu­rę Spo­łe­czeń­stwa spek­ta­klu trak­tu­ję jako prze­ży­cie zaska­ku­ją­co nie­kom­for­to­we. Wcie­la­jąc się w rolę uważ­ne­go czy­tel­ni­ka, kry­ty­ka „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go”, któ­ry ma obo­wią­zek prze­pro­wa­dze­nia subiek­tyw­nej, lecz spra­wie­dli­wej ana­li­zy debor­dow­skie­go tek­stu, wpa­dam w nie­za­mie­rzo­ne reje­stry paro­dii aktor­stwa meto­dycz­ne­go. Mój (i wasz) kawiar­nia­ny socja­lizm cier­pi praw­dzi­we katu­sze, prze­glą­da­jąc się w obli­czu lide­ra sytu­acjo­ni­stów niczym w lustrze.

30.

To, co Debord pro­po­nu­je w zamian, jest tym, co ja (i co dru­gi, co trze­ci, co czwar­ty socja­li­sta w Pol­sce) pro­po­nu­ję w zamian. To okrą­głe nic.

31.

To praw­da, że kolej­ni teo­re­ty­cy Spek­ta­klu, tacy jak Bau­dril­lard czy Žižek, rów­nież nie zdo­ła­li wypro­wa­dzić prze­ko­nu­ją­cej alter­na­ty­wy dla wspo­mnia­nych trzech apo­te­oz ide­olo­gicz­nej nudy. Róż­ni­ca jest jed­nak taka, że (w prze­ci­wień­stwie do auto­ra Spo­łe­czeń­stwa spek­ta­klu) nigdy nie obie­cy­wa­li, że w koń­cu tego doko­na­ją. Niko­go więc nie roz­cza­ro­wa­li, gdyż od same­go począt­ku gra­li o czy­sto sym­bo­licz­ne staw­ki.

Rozdział drugi. Rozważania o „Rozważaniach o społeczeństwie spektaklu” Guy Deborda (1988)

1.

Nuda trium­fu­je.

2.

Debord rezy­gnu­je ze zmyśl­nych gier słow­nych. Nie para­fra­zu­je Hegla i Mark­sa, nie prze­chwy­tu­je cyta­tów tak bły­sko­tli­wie, jak robił to dwie deka­dy wcze­śniej.

3.

Debord tra­ci nadzie­ję. Debord sta­je się Bau­dril­lar­dem.

4.

Debord przy­zna­je się do poraż­ki i doda­je czwar­tą, final­ną nega­cję pozo­sta­łych nega­cji. Jeste­śmy świad­ka­mi trans­for­ma­cji autor­skie­go Ja. Czo­ło­wy sytu­acjo­ni­sta osią­ga zupeł­nie nową pod­mio­to­wość. Prze­obra­ża się w peł­no­krwi­ste uoso­bie­nie post­mo­der­ni­stycz­ne­go zeit­ge­istu, to jest ery klę­ski anty­ka­pi­ta­li­zmu i spek­ta­ku­lar­ne­go (!) zwy­cię­stwa spo­łecz­nych mecha­ni­zmów eska­pi­stycz­no-reali­stycz­nych.

5.

Zwy­cię­stwa spróch­nia­łej iro­nii, jed­no­cze­śnie ucie­ka­ją­cej od powa­gi gro­zy socjo­po­li­tycz­nej codzien­no­ści i gwa­ran­tu­ją­cej złu­dze­nie wcho­dze­nia z nią w pole­mi­kę.

6.

Zwy­cię­stwa zwiot­cza­łe­go cyni­zmu, jed­no­cze­śnie spryt­nie uni­ka­ją­ce­go chiń­sko-kubań­sko-radziec­kich zapa­sów z kon­se­kwen­cja­mi pro­jek­tu pozy­tyw­ne­go i umoż­li­wia­ją­ce­go bez­kar­ne doga­dza­nie geo­po­li­ty­ce „zdro­we­go roz­sąd­ku”.

7.

Wresz­cie, zwy­cię­stwa anty­ka­pi­ta­li­zmu post­mo­der­ni­stycz­nie skon­wen­cjo­na­li­zo­wa­ne­go. Takie­go, któ­ry po žižkow­sku trak­tu­je komu­nizm niczym pro­wo­ka­cyj­ny dow­cip, dzia­ła­ją­cy na miesz­czań­skie towa­rzy­stwo jak żart fizjo­lo­gicz­ny. Takie­go, któ­ry syno­ni­mi­zu­je dro­gę mar­ki­stow­sko-leni­ni­now­ską z per­for­ma­tyw­ną lek­tu­rą Mani­fe­stu komu­ni­stycz­ne­go w wyko­na­niu influ­en­ce­ra5.

8.

Taki był Guy Debord, tacy jeste­śmy my, takie jest Spo­łe­czeń­stwo spek­ta­klu, takie są Roz­wa­ża­nia o spo­łe­czeń­stwie spek­ta­klu.

9.

Wid­mo nie krą­ży, bo wszy­scy spi­ry­ty­ści nie żyją.

10.

Kur­ty­na.

1 Rab­bits (2002). A Short Film by David Lynch, Movie Matinee/You Tube, onli­ne: https://youtu.be/drjQfQtv2BQ?si=JYUe0KbsBBhJiKcx [dostęp: 14.08.2026].

2 B. Bland, Notes on Brecht’s The­ory of the Sta­ge, „Marxi­sts”, 2001, onli­ne: https://www.marxists.org/archive/bland/2001/x01/brecht.htm [dostęp: 14.08.2026].

3 Zob. Mark Fisher on Depres­si­ve Hedo­nia, Socia­le­co­lo­gies, „The Dark Forest”, 16.01.2017, onli­ne: https://socialecologies.wordpress.com/2017/01/16/mark-fisher-on-depressive-hedonia/ [dostęp: 14.08.2026].

4 J. Bet­ten­co­urt, Nothing in Com­mon. Your Boss is Not Your Friend, „Indu­strial Wor­ker”, 30.09.2022, onli­ne: https://industrialworker.org/nothing-in-common-your-boss-is-not-your-friend/ [dostęp: 14.08.2026].

5 Wpis A. Rosen­krant­za na plat­for­mie X: „Many people cri­ti­ci­ze Hasan for wearing expen­si­ve stuff whi­le being a com­mu­nist, but in reali­ty, there’s no con­tra­dic­tion here, friends. Lenin him­self came from a very weal­thy fami­ly, just like most of the top revo­lu­tio­na­ry eli­te. Com­mu­ni­sts don’t actu­al­ly care abo­ut the wor­king”, onli­ne: x.com/rosenkrantz/status/2049919654752313808 [dostęp: 14.08.2026].

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

29.01.2026 Recenzje

Na Wschodzie nie widać końca

Muzyczuk zaczyna swoje dzieło od eksplikacji natury paranoi. To, co stanowi wstęp teoretyczny do spektakularnej pod względem objętości i treści całości, na kolejnych stronach zostaje przekute w intensywną praktykę – o Zmierzchu magów Daniela Muzyczuka pisze Łukasz Krajnik.

18.08.2026 Laba

Logika Golema

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj kompozytorem, gitarzystą i wokalistą Mikołajem Żentarą rozmawia Małgorzata Bugaj.