Rozdział pierwszy. Rozważania o „Społeczeństwie spektaklu” Guy Deborda (1967)
1.
Nie istnieje książka, która sprawiła mi więcej problemów niż Społeczeństwo spektaklu. Co ciekawe, nie uważam debordowskiego opus magnum za najbardziej wymagającą językowo czy merytorycznie literaturę, z jaką miałem przyjemność się mierzyć przez dekadę mocowania się z krytyką kultury. Nie powiedziałbym też, że jest to najbardziej filozoficznie i/lub politycznie nieprzystępna rzecz, z którą miałem dotychczas do czynienia. Uwierający, przewlekły szkopuł tkwi niekoniecznie w tym, jak oraz co główny inicjator sytuacjonizmu właściwie napisał. Sen z powiek spędza mi zupełnie inna kwestia.
2.
Mianowicie: debordowski kurs. Soczysta, postmarksistowska agenda, przyświecająca zręcznym parafrazom Hegla i protobaudrillardowskim aforyzmom. Długouchym passusom, to jest takim, które mobilizują do uwolnienia się spod jarzma totalitarnej codzienności, niczym Biały Królik Carrolla, a także obnażają ideologię doby powszedniej niczym Króliki Lyncha1.
3.
Rzeczona ścieżka, którą Debord konsekwentnie podąża w Społeczeństwie spektaklu, prowadzi ku szalenie kłopotliwej, niewygodnej dla czytelnika oraz krytyka konfrontacji. Prowadzi ku konfrontacji z horrorem nagminnej nudy.
4.
Jeśli miałbym utowarowić debordowski manifest odpowiednio chwytliwym blurbem, to napisałbym, że jest to książka o rewolucjoniście zmagającym się z cieniem, jaki obrzydliwie powszednia, deprymująco prozaiczna nuda rzuca na tlące się w nim pragnienie transgresji.
5.
Jeśli musiałbym określić autora tej kultowej już pozycji jednym, dźwięcznym mianem, skłaniałbym się ku sowietosceptykowi. O, tak. Zdecydowanie. Etykietowanie Deborda, które zdaje się ciosem wymierzonym w niego samego (filozofa bez wykształcenia filozoficznego, polityka przeciwnego idei partii, filmowca i pisarza niespecjalnie zainteresowanego byciem filmowcem i pisarzem), należałoby rozpocząć właśnie od niechęci do ZSRR.
6.
Autor Społeczeństwa spektaklu przekonuje swoimi błyskotliwymi aforyzmami do lewicowości przeciwnej realnemu socjalizmowi. Ów gest nie jest oczywiście w żaden sposób ekscentryczny czy też niedzisiejszy. Nie ma absolutnie nic zdrożnego w tym, że podmiot radykalnie rewolucjonistyczny, ale jednocześnie radykalnie indywidualistyczny, neguje sens istnienia (post)stalinowskiej struktury. Debordowska opozycja wobec państw „realnego socjalizmu” zdaje się wręcz swoistą koniecznością, biorąc pod uwagę to, co społecznie i politycznie interesuje go najbardziej.
7.
Interesują go przede wszystkim ideały forsowane czerwonymi ‑izmami, lecz niekoniecznie pragmatyczne sposoby wprowadzenia ich w życie.
8.
Debordowi, trochę naiwnie, marzy się świat, który priorytetyzowałby wolność jednostki i jej prawo do eksploatowania potęgi wyobraźni. To wizja uniwersum, które z otwartymi dłońmi przyjmuje społeczną spontaniczność i nieprzewidywalność. Promuje codzienność kształtowaną techniką strumienia świadomości. Chodzenie i bieganie, leżenie i siedzenie, mówienie i słuchanie odbywające się według logiki sztuki automatycznej pierwszych surrealistów. Nic więc dziwnego, że francuski myśliciel męczy się, gdy musi zderzyć ten romantyczny utopizm z brutalnymi mechanizmami warunkującym materialną rzeczywistość.
9.
Jest absolutnie klarowne, przeciw czemu Guy Debord się buntuje. Jego nemezis, tytułowy Spektakl, to atrakcyjny estetycznie naskórek, przykrywający gnijące mięso i kruche kości ideologicznej abominacji kapitalizmu. Już w 1967 roku teoretyk i praktyk filozofii sytuacjonistycznej prognozował dobrze nam znaną teraźniejszość. Opowiadał o telewizyjnym oraz kinowym (dziś socialmediowym oraz streamingowym) imaginarium uniwersalnym. Takim, które odnosi się do rzeczywistości czysto eskapistycznie, to jest generuje przyswajalne widowisko, igrzyska organizowane przez wytwórców chleba, odciągające od myślenia o niesprawiedliwych zasadach jego zdobycia. Również takim, które odnosi się do rzeczywistości na sposób realistyczny, to jest szkicującym narracje masowo uprzystępniające zrównywanie ludzkiej egzystencji z logiką rynkową.
10.
Diagnostyka debordowska, którą sytuacjoniści oraz ich wyznawcy zaadaptowali na potrzeby plakatowo-sloganowego decorum protestów Maja ’68, zdaje się wręcz profetyczna. Bez wyprowadzanej w Społeczeństwie spektaklu krytyki kapitalizmu jako medialno-kulturowej mitologii wychodzącej poza przestrzeń fabryki i wchodzącej z buciorami w sferę naszej najintymniejszej „pracy po pracy” (emocji, uczuć, ekonomii czasu wolnego) nie byłoby tekstów Baudrillarda. Bez Baudrillarda nie byłoby Fishera, a bez Fishera nie byłoby Byung-Chul Hana.
11.
Schody zaczynają się dopiero w momencie zapytania Deborda o propozycję pozytywną. W momencie przejścia z defensywy do ataku, z dekonstrukcji do konstrukcji.
12.
Guy Debord, w przeciwieństwie do Jeana Baudrillarda czy Byung-Chul Hana, uznawał się przede wszystkim za praktyka. Za kogoś, kto nie tyle filozofuje, ile opracowuje strategię wojenną. Jego antykapitalizm nie był antykapitalizmem akademickim, lecz partyzanckim. Z tego względu jego litery aż proszą się, by oceniać je jako recepty na nową przyszłość, nie zaś jako intelektualną grę w okołouniwersytecką teorię krytyczną.
13.
Efektowne (spektakularne!) akapity Deborda mają stanowić drogowskaz ku lepszej przyszłości. Należy je więc rozliczać na podstawie ich nieutopijnego potencjału.
14.
Powróćmy więc do kwestii nudy.
15.
Kapitalistyczna codzienność, którą Debord pragnie obalić, opiera się na masowej produkcji bierności. Żeruje na komforcie wiecznej konsumpcji. Zdradliwej przyjemności nasycającej oczy i uszy, a tym samym przesycającej umysł. Niczym tradycyjny, „spektakularny” teatr z teorii Bertolta Brechta2, gazeta, telewizor czy też radio (a dziś smartfon) obezwładniają odbiorcę swą parasocjalną naturą. Poprzez klarowną strukturę (nie sposób pomylić telewizji śniadaniowej z sitcomem) i narracyjny porządek (nie sposób być skonfundowanym, przysłuchując się prognozie pogody lub oglądając widowisko sportowe) przekonują odbiorcę do swej hiperrealnej prawdziwości. Uwodzą wizją realistyczną, to jest fikcją skuteczną, gdyż prawie nieodróżnialną od niefikcji. Funkcjonują jako niezwykle atrakcyjne makiety życia, zniechęcające do przeżyć poza Spektaklem. Dilują wyjątkowo uzależniającym narkotykiem – słodką biernością, dla której gorycz aktywności nie jest absolutnie żadną konkurencją.
16.
Debordowska filozofia ma więc stanowić rzeczoną konkurencję. Jego teoria ma prowadzić do obalenia inercyjnej, konsumpcjonistycznej nudy kapitalizmu.
17.
Debord przeprowadza atak na logikę rynkową z pozycji antykapitalistycznej i antypartyjnej. Pragnie zainspirować ludzkość do celebracji spontanicznej oddolności. Zadaniem krytycznych akapitów Społeczeństwa spektaklu jest stworzenie społeczeństwa odrzucającego nie tylko hegemonię logiki rynkowej, ale też iluzoryczną sprawczość parlamentarnych reform. Rewolucja zdaje się tu projektem partyzancko-anarchicznym, negującym konieczność liberalno-demokratycznej organizacji.
18.
Z kolei szpilki wbijane ZSRR sugerują, że możliwe jest wyjście poza konwencję kapitalistyczną, tak by jednocześnie nie podążać za konwencją radziecką. Że możliwe jest bycie antyimperialistą, który nie wstępuje w szeregi imperium (post)stalinowskiego. Co więcej, by nawiązać do poprzedniej myśli, można być antyimperialistą, nie podążając także za socjaldemokratycznym reformizmem.
19.
Kłopot jednak w tym, że w istocie nie jest to wcale możliwe. Wcale a wcale.
20.
Debord ma alergię na nudę we wszystkich postaciach.
21.
Mierzi go nuda w wydaniu kapitalistycznym. Stan, który kilka dekad później Mark Fisher określi mianem „depresyjnej hedonii”3. Chodzi o czynną bezczynność ograniczającą egzystencję homo kapitalismusa do pasywnego przyjmowania, obsługujących socjopolityczne status quo intermedialnych bodźców. Chodzi o paradoksalne poczucie wiecznej stymulacji niedającej satysfakcji. Wrażenie przebodźcowania martwymi bodźcami.
22.
Nie może również znieść nudy bezczynności reformistycznej. Parlamentarnej afirmacji stagnacji pod płaszczykiem legislacyjnej sprawczości. Nie jest w stanie zaakceptować socjaldemokratycznego dyskursu kosmetycznie antykapitalistycznego kapitalizmu. Czegoś, co Slavoj Žižek nazywa „władzą postmodernistyczną”4, a więc hierarchicznego reżimu, zaktualizowanego o liberalne minimum pojedynczych prosocjalnych zdobyczy. Autor zupełnie nie ma cierpliwości do wiernych kultywatorów bezczynności, protoplastów kultury update’u.
23.
Nie potrafi też przełknąć nudy sowieckiej. Mitologii liberalizmu zastąpionej socrealizmem. Propagandy polipartyjnej zamienionej na propagandę monopartyjną. Kultu prywatyzacji wymienionego na kult państwowości. Innymi słowy, nie jest w stanie zaakceptować kontrargumentu dla bierności indywidualistycznej w postaci bierności kolektywistycznej.
24.
Moim największym problemem jest więc to, że wspomniane debordowskie sentymenty przemawiają do mnie jak żadna inna ideologiczna narracja. I myślę, że nie jestem w tym odosobniony.
25.
Co drugi polski socjalista jest przecież żywo rozczarowany poczynaniami partii Razem, a także pozbawiony jakichkolwiek naiwnych nadziei związanych z projektem parlamentarnym o nazwie Lewica.
26.
Co trzeci trawestuje makkartyzm, nagminnie i paranoicznie widząc liberalną belkę w oku bliźniego swego, nie dostrzegając libkowej drzazgi we własnym.
27.
Co czwarty drży o własne życie, gdy ktokolwiek przypnie mu etykietę obrońcy PRL. Nie wspominając już o połączeniu jego nazwiska z tezami Marksa czy z, nie daj Boże, leninowskim pomysłem na państwo.
28.
Siłą rzeczy debordowska negacja wszystkich trzech ideologii nudy musi być mi (i nie tylko mnie) przerażająco bliska. Bliska niczym wrzynający się pod skórę egzystencjalny horror. Jak bowiem inaczej nazwać zażyłą relację z ideami na wskroś fatalistycznymi? Ideami, które w istocie, zamiast motywować do działania, deprymują. Ideami, które tak naprawdę potwierdzają najgorsze. Mianowicie to, że prawdziwy, niczym nieskażony socjalizm nie jest możliwy.
29.
Lekturę Społeczeństwa spektaklu traktuję jako przeżycie zaskakująco niekomfortowe. Wcielając się w rolę uważnego czytelnika, krytyka „Dziennika Literackiego”, który ma obowiązek przeprowadzenia subiektywnej, lecz sprawiedliwej analizy debordowskiego tekstu, wpadam w niezamierzone rejestry parodii aktorstwa metodycznego. Mój (i wasz) kawiarniany socjalizm cierpi prawdziwe katusze, przeglądając się w obliczu lidera sytuacjonistów niczym w lustrze.
30.
To, co Debord proponuje w zamian, jest tym, co ja (i co drugi, co trzeci, co czwarty socjalista w Polsce) proponuję w zamian. To okrągłe nic.
31.
To prawda, że kolejni teoretycy Spektaklu, tacy jak Baudrillard czy Žižek, również nie zdołali wyprowadzić przekonującej alternatywy dla wspomnianych trzech apoteoz ideologicznej nudy. Różnica jest jednak taka, że (w przeciwieństwie do autora Społeczeństwa spektaklu) nigdy nie obiecywali, że w końcu tego dokonają. Nikogo więc nie rozczarowali, gdyż od samego początku grali o czysto symboliczne stawki.
Rozdział drugi. Rozważania o „Rozważaniach o społeczeństwie spektaklu” Guy Deborda (1988)
1.
Nuda triumfuje.
2.
Debord rezygnuje ze zmyślnych gier słownych. Nie parafrazuje Hegla i Marksa, nie przechwytuje cytatów tak błyskotliwie, jak robił to dwie dekady wcześniej.
3.
Debord traci nadzieję. Debord staje się Baudrillardem.
4.
Debord przyznaje się do porażki i dodaje czwartą, finalną negację pozostałych negacji. Jesteśmy świadkami transformacji autorskiego Ja. Czołowy sytuacjonista osiąga zupełnie nową podmiotowość. Przeobraża się w pełnokrwiste uosobienie postmodernistycznego zeitgeistu, to jest ery klęski antykapitalizmu i spektakularnego (!) zwycięstwa społecznych mechanizmów eskapistyczno-realistycznych.
5.
Zwycięstwa spróchniałej ironii, jednocześnie uciekającej od powagi grozy socjopolitycznej codzienności i gwarantującej złudzenie wchodzenia z nią w polemikę.
6.
Zwycięstwa zwiotczałego cynizmu, jednocześnie sprytnie unikającego chińsko-kubańsko-radzieckich zapasów z konsekwencjami projektu pozytywnego i umożliwiającego bezkarne dogadzanie geopolityce „zdrowego rozsądku”.
7.
Wreszcie, zwycięstwa antykapitalizmu postmodernistycznie skonwencjonalizowanego. Takiego, który po žižkowsku traktuje komunizm niczym prowokacyjny dowcip, działający na mieszczańskie towarzystwo jak żart fizjologiczny. Takiego, który synonimizuje drogę markistowsko-lenininowską z performatywną lekturą Manifestu komunistycznego w wykonaniu influencera5.
8.
Taki był Guy Debord, tacy jesteśmy my, takie jest Społeczeństwo spektaklu, takie są Rozważania o społeczeństwie spektaklu.
9.
Widmo nie krąży, bo wszyscy spirytyści nie żyją.
10.
Kurtyna.
1 Rabbits (2002). A Short Film by David Lynch, Movie Matinee/You Tube, online: https://youtu.be/drjQfQtv2BQ?si=JYUe0KbsBBhJiKcx [dostęp: 14.08.2026].
2 B. Bland, Notes on Brecht’s Theory of the Stage, „Marxists”, 2001, online: https://www.marxists.org/archive/bland/2001/x01/brecht.htm [dostęp: 14.08.2026].
3 Zob. Mark Fisher on Depressive Hedonia, Socialecologies, „The Dark Forest”, 16.01.2017, online: https://socialecologies.wordpress.com/2017/01/16/mark-fisher-on-depressive-hedonia/ [dostęp: 14.08.2026].
4 J. Bettencourt, Nothing in Common. Your Boss is Not Your Friend, „Industrial Worker”, 30.09.2022, online: https://industrialworker.org/nothing-in-common-your-boss-is-not-your-friend/ [dostęp: 14.08.2026].
5 Wpis A. Rosenkrantza na platformie X: „Many people criticize Hasan for wearing expensive stuff while being a communist, but in reality, there’s no contradiction here, friends. Lenin himself came from a very wealthy family, just like most of the top revolutionary elite. Communists don’t actually care about the working”, online: x.com/rosenkrantz/status/2049919654752313808 [dostęp: 14.08.2026].
