Żeby mieć co wspominać, trzeba pamiętać

Mate­usz Dem­ski: Gdzie się­ga pana naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nie?

Maciej Hen: Pisa­łem o tym na począt­ku książ­ki. Ja, może dwu­let­ni, trzy­mam się prę­tów koj­ca, rado­śnie pod­ska­ku­ję, pod­czas gdy w tle sły­chać sło­wa pio­sen­ki Rock! Rock! Rock eve­ry­bo­dy!, pró­bu­ję je po dzie­cię­ce­mu powtó­rzyć. Z pew­nym zastrze­że­niem: nie wiem, czy sobie nie wma­wiam, że to wła­śnie moje naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nie. Teraz nie umiem tego oddzie­lić, zwłasz­cza gdy już zapi­sa­łem to w książ­ce. Czło­wiek ma to do sie­bie, że to, co zapi­sał o sobie, zaczy­na nale­żeć do jego pamię­ci.

Wie­sław Myśliw­ski kie­dyś napi­sał: „pamięć nie jest od pamię­ta­nia, lecz od wspo­mi­na­nia, a to nie to samo”.

Ale żeby mieć co wspo­mi­nać, trze­ba pamię­tać. Są jed­nak rze­czy, o któ­rych wyda­je nam się, że je pamię­ta­my, a są czy­stym mitem, czy­stą legen­dą. Geo­r­ge Orwell wymy­ślił „pie­ce pamię­ci”, co w przy­pad­ku jego twór­czo­ści ozna­cza, że pew­ne spra­wy, sko­ro zosta­ły celo­wo wyka­so­wa­ne, prze­sta­ją ist­nieć, a mimo to – nie­ja­ko na zasa­dzie prze­ko­ry – cią­gle są, uwie­ra­ją i mogą z czło­wie­ka wysko­czyć. Ale bywa rów­nież tak, powie­dział­bym: na odwrót, że ist­nie­ją w nas rze­czy, któ­re nigdy się nie zda­rzy­ły. Ponie­waż zosta­ły sztucz­nie wdru­ko­wa­ne w pamięć. Myślę, że w każ­dym wspo­mnie­niu, nawet przy naj­lep­szej woli, zawsze jest pewien ele­ment fik­cji.

W pana twór­czo­ści zapew­ne nie wspo­mi­na­niem, lecz pamię­ta­niem jest „stu­kot taty maszy­ny do pisa­nia”. Nie przez przy­pa­dek jak refren wręcz powta­rza się ten odgłos. Jak sam pan wie­lo­krot­nie mówił, zawód ojca nazna­czył pana od naj­młod­szych lat.

Oczy­wi­ście, trud­no było tego unik­nąć. Nasze miesz­ka­nie było nie­wiel­kie, dwu­po­ko­jo­we. Zresz­tą lap­top, któ­rym posłu­gu­je­my się dzi­siaj, jest cich­szym przy­rzą­dem, pod­czas gdy maszy­na do pisa­nia napraw­dę daje o sobie znać. Sam bawi­łem się tro­chę w pisa­nie mniej wię­cej w poło­wie pod­sta­wów­ki, ale potem zafa­scy­no­wa­ły mnie inne rze­czy, a przede wszyst­kim coraz bar­dziej rosło we mnie prze­ko­na­nie o tak moc­nym zawłasz­cze­niu przez tatę lite­rac­kie­go polet­ka w naszej rodzi­nie, że nawet gdy­bym chciał pisać, trud­no było­by mi wyjść z cie­nia ojca. Tak chy­ba pod­świa­do­mie rozu­mu­jąc, jako mło­dy czło­wiek szu­ka­łem dla sie­bie jakie­goś inne­go zaję­cia, byle było arty­stycz­ne, bo tyl­ko takie mnie pocią­ga­ły.

Wstą­pi­łem do liceum pla­stycz­ne­go, ale jed­no­cze­śnie głę­bo­ko uwie­rzy­łem, że mogę zro­bić coś w muzy­ce, cho­ciaż nie umia­łem jesz­cze na niczym grać, więc więk­szość ener­gii w cza­sach lice­al­nych wkła­da­łem w nad­ro­bie­nie muzycz­nych zale­gło­ści. Potem pró­bo­wa­łem być fil­mow­cem, stu­dio­wa­łem w szko­le fil­mo­wej, ale – podob­nie jak w muzy­ce – oka­za­ło się, że są lep­si ode mnie. Być może patrzy­łem na ojca i chcia­łem być na takim pozio­mie jak on, tyle że w innej dzie­dzi­nie. I tak mio­ta­łem się przez całą mło­dość, pró­bu­jąc róż­nych rze­czy, w żad­nej nie znaj­du­jąc peł­nej satys­fak­cji, aż w koń­cu oko­ło czter­dziest­ki nagle zaświ­tał mi w gło­wie pomysł książ­ki, któ­ry wyszedł nie z moich ambi­cji, ale z moje­go wnę­trza.

Ma pan na myśli powieść Według niej, któ­rą zade­biu­to­wał pan pod pseu­do­ni­mem Maciej Nawa­riak. War­to szcze­gól­ny nacisk poło­żyć na fakt, że jest to apo­kryf, waria­cja na temat życia Jezu­sa. Ambit­ne zada­nie jak na pierw­szą książ­kę.

Tra­dy­cja apo­kry­fów lite­rac­kich jest boga­ta, a może nawet prze­past­na. Część apo­kry­ficz­nych auto­rów i tytu­łów zdo­by­ła świa­to­wą sła­wę. Kie­dy w mojej gło­wie poja­wił się ten pomysł, posta­no­wi­łem sobie twar­do – i sło­wa dotrzy­ma­łem – żeby nie zaglą­dać do ksią­żek, któ­re już inni napi­sa­li na ten temat. Żeby się nie zablo­ko­wać, ale tak­że nie zain­spi­ro­wać. Rzecz jasna, trud­no było wcze­śniej unik­nąć Mistrza i Mał­go­rza­ty. Tra­fi­łem rów­nież na Męża z Naza­re­tu Sza­lo­ma Asza. Ale tym się nie przej­mo­wa­łem, bo wie­dzia­łem, że chcę to zro­bić w zupeł­nie innym kli­ma­cie i z innym prze­sła­niem.

Swo­ją dro­gą, kie­dy trzy lata temu uka­za­ło się wyda­nie bry­tyj­skie Według niej, jed­na z recen­zen­tek, zresz­tą dość zna­na pisar­ka, Anto­nia Senior, napi­sa­ła, że była już taka książ­ka, a mia­no­wi­cie Testa­ment Marii Col­ma Tói­bína, ale ta moja jest lep­sza [śmiech]. Potem odna­la­złem panią Senior na Insta­gra­mie i odpi­sa­łem jej, że powieść Tói­bína wyszła w Irlan­dii w 2012 roku, swo­ją zaś opu­bli­ko­wa­łem w Pol­sce w 2004 roku. Oczy­wi­ście nie chcę przez to powie­dzieć, że tą książ­ką, któ­ra przez lata ist­nia­ła wyłącz­nie w naszym języ­ku i w Pol­sce prze­szła prak­tycz­nie bez echa, kogo­kol­wiek zain­spi­ro­wa­łem. Z pew­no­ścią ist­nie­je coś takie­go jak duch cza­su, któ­ry spra­wia, że róż­ni auto­rzy wpa­da­ją cza­sem na podob­ne pomy­sły.

Wyjąt­ko­wość Według niej pole­ga na tym, że nar­ra­tor­ką powie­ści jest Mary­ja. Nie mówi ona jed­nak z pozy­cji Madon­ny, świę­tej posta­ci, lecz z per­spek­ty­wy nie­co nado­pie­kuń­czej żydow­skiej mat­ki.

Pomysł wzią­łem stąd, że całe lata 90. ubie­głe­go wie­ku byłem zwią­za­ny z Fun­da­cją Ronal­da S. Lau­de­ra i tam mia­łem do czy­nie­nia z wykła­da­mi róż­nych rabi­nów, któ­rzy przy­jeż­dża­li gościn­nie na obo­zy let­nie. Otrzy­ma­łem dostęp do wie­lu źró­deł biblio­tecz­nych doty­czą­cych juda­izmu i jego histo­rii, w tym tak­że tej sta­ro­żyt­nej. Zaczął mi się wytwa­rzać pewien obraz, któ­ry pod­wa­żał wia­ry­god­ność prze­ka­zu ewan­ge­licz­ne­go. Nasu­nę­ło mi się porów­na­nie choć­by z cza­sa­mi, któ­rych sam byłem świad­kiem, a w póź­niej­szych opra­co­wa­niach histo­rycz­nych czy publi­cy­stycz­nych zupeł­nie ich nie pozna­wa­łem. To mnie ośmie­li­ło, poka­za­ło, jak wie­le w oglą­dzie wyda­rzeń zale­ży od indy­wi­du­al­nej per­spek­ty­wy, któ­ra czę­sto daje obraz cał­ko­wi­cie nie­zgod­ny z tym powszech­nie przy­ję­tym. Wte­dy pomy­śla­łem, że owszem, moż­na by wydo­być z tej ewan­ge­licz­nej histo­rii pew­ne nie­za­prze­czal­ne fak­ty, sko­ry­go­wać nie­któ­re ele­men­ty, osa­dzić w wier­niej przed­sta­wio­nych realiach żydow­skie­go spo­łe­czeń­stwa tam­tych cza­sów i opi­sać je w kon­wen­cji reali­stycz­nej.

Nie chcia­łem jed­nak, żeby wyszła z tego saty­ra, choć­by i mimo mojej woli, dla­te­go mój boha­ter nie przy­pi­su­je sobie żad­ne­go nad­przy­ro­dzo­ne­go posłan­nic­twa, jest tyl­ko wędrow­nym leka­rzem, czy może uzdra­wia­czem, a przy oka­zji cha­ry­zma­tycz­nym ludo­wym filo­zo­fem. Zda­rza mu się rów­nież popeł­niać błę­dy, do któ­rych sam potra­fi się przy­znać, przez co słu­cha­cze tym bar­dziej go kocha­ją. Więc któż by lepiej opo­wie­dział o kimś takim niż jego rodzo­na mat­ka, dum­na ze swo­je­go syna, cho­ciaż cza­sem na nie­go zagnie­wa­na? Prze­cież, jak wie­my, mło­dzi ludzie w pew­nym momen­cie odcho­dzą z rodzin­ne­go domu, a mat­ki zaczy­na­ją ich obser­wo­wać z dale­ka, w każ­dym razie nie są już na pierw­szym miej­scu, więc tro­chę je to zło­ści. Gdy póź­niej syn wra­ca do domu, jest już innym czło­wie­kiem, ale mat­ka odnaj­du­je w nim coś z tego daw­ne­go dziec­ka. Przez jej postać chcia­łem pod­kre­ślić rów­nież żydow­ski kolo­ryt całe­go tego śro­do­wi­ska, dla­te­go poka­za­łem ją jako jidi­sze mame, spo­łecz­ność mówią­cą języ­kiem z ele­men­ta­mi gwa­ry, któ­ry wzo­ro­wa­łem na struk­tu­rach świec­kich gawęd jidysz.

Czy przy oka­zji wyda­nia tej książ­ki poja­wi­ły się oskar­że­nia o here­zję?

Nie, ponie­waż książ­ka w Pol­sce prze­szła pra­wie nie­zau­wa­żo­na, za to w Anglii uda­ło się ją wpro­wa­dzić do pół­fi­na­ło­wej dzie­siąt­ki Nagro­dy Lite­rac­kiej EBRD, gdzie zna­la­zła się w cał­kiem dobrym towa­rzy­stwie – mię­dzy inny­mi Olgi Tokar­czuk, Orha­na Pamu­ka i Geo­r­gie­go Gospo­di­no­wa. Jeśli nato­miast liczy­łem, że wynik­nie z tego jakaś burz­li­wa dys­ku­sja, to tro­chę się prze­li­czy­łem. Gdzieś w sie­ci poja­wi­ła się jed­na gniew­na recen­zja bar­dzo zaan­ga­żo­wa­ne­go chrze­ści­jań­skie­go teo­lo­ga. W Pol­sce nato­miast spo­tka­łem w swo­im cza­sie przy­naj­mniej dwóch księ­ży, któ­rzy Według niej zaak­cep­to­wa­li, więc to nie jest tak, że reli­gij­ny chrze­ści­ja­nin tę książ­kę odrzu­ca, a reli­gij­ny Żyd jesz­cze bar­dziej. Lite­ra­tu­ra od zawsze była mię­dzy inny­mi prze­pi­sy­wa­niem mitów, mia­ła róż­ne cele. Mnie, jak zwy­kle, cho­dzi przede wszyst­kim o zaj­mu­ją­cą opo­wieść o praw­dzi­wych ludziach, któ­ra jed­nak skła­nia do pew­nych pytań moral­nych i egzy­sten­cjal­nych, pod­da­jąc rewi­zji pod­pro­go­wy prze­kaz, ponie­waż w naszym krę­gu kul­tu­ro­wym jeste­śmy nie­ustan­nie na nie­go wysta­wie­ni.

A dla­cze­go napi­sał pan tę książ­kę pod pseu­do­ni­mem?

Naiw­nie sądzi­łem, że ta książ­ka odnie­sie suk­ces, i chcia­łem unik­nąć zarzu­tów o wpływ nazwi­ska ojca na owo osią­gnię­cie. Poza tym chcia­łem sobie i świa­tu wyszy­ko­wać nie­spo­dzian­kę w sty­lu Roma­ina Gary’ego – jako jedy­ny zdo­był on dwu­krot­nie Nagro­dę Gon­co­ur­tów, w tym raz pod pseu­do­ni­mem, któ­re­go nikt nie roz­szy­fro­wał. To wyszło na jaw dopie­ro po jego samo­bój­czej śmier­ci, przy­znał się do wszyst­kie­go w liście poże­gnal­nym.

Nie chciał pan być posą­dza­ny o nepo­tyzm. Zasta­na­wia mnie jed­nak, czy pana ojciec tę książ­kę wte­dy prze­czy­tał.

Nawet pamię­tam, jak po lek­tu­rze pierw­szych szki­ców zadzwo­nił do mnie i powie­dział, żebym nie pisał tej książ­ki. To był jeden z pierw­szych moich wyraź­nych sprze­ci­wów wobec ojca, a zazna­czam, że byłem dobrze po czter­dzie­st­ce. Chy­ba mu się wyda­wa­ło, że wcho­dzę w zbyt draż­li­wy zakres tema­tycz­ny. A może myślał, że sobie z tym nie pora­dzę? Nie wyja­śnił tego, ale posta­no­wi­łem pisać dalej. Kie­dy już napi­sa­łem całość, wte­dy ojciec udzie­lił mi wspa­nia­łej rady lite­rac­kiej, to mnie wie­le nauczy­ło na przy­szłość. A powie­dział tak: „to pierw­sze zda­nie możesz zro­bić lepiej. Napi­sa­łeś: «Lubi pan kozi ser?». Lepiej będzie: «Kozi ser pan lubi?”». Tak zro­bi­łem, wła­śnie za pora­dą ojca, to było jak kop­nię­cie na dal­szą dro­gę, do któ­re­go czę­sto odwo­łu­ję się w myślach. Jeże­li w życiu nauczy­łem się cze­goś pod wzglę­dem warsz­ta­to­wym, to w poło­wie od ojca, a cała resz­ta pocho­dzi od wie­lu innych auto­rów.

Mimo to mam wra­że­nie, że w Tra­twie z poma­rań­cza­mi naj­wy­raź­niej widać pań­skie pió­ro, pań­skie fascy­na­cje i moty­wy, któ­re już wcze­śniej poja­wia­ły się w pana pro­zie. W książ­ce Deutsch dla śred­nio zaawan­so­wa­nych są i Marzec ’68, i prze­mó­wie­nie Gomuł­ki o „pią­tej kolum­nie”.

To była dodat­ko­wa trud­ność, któ­rą mia­łem pod­czas pra­cy nad Tra­twą…, bo czę­ścio­wo ten wątek mar­co­wy, jak pan słusz­nie zauwa­żył, umie­ści­łem w innej książ­ce. Zasta­na­wia­łem się, czy mogę go opra­co­wać jesz­cze raz, zwłasz­cza że w Deut­schu…, któ­ry jest powie­ścią, w zasa­dzie dzie­łem fik­cji, nicze­go nie znie­kształ­ci­łem. Napi­sa­łem więc wszyst­ko od nowa, w innej tona­cji, mniej skró­to­wo. Tam były to tyl­ko takie prze­bły­ski, retro­spek­cje na mar­gi­ne­sie głów­nej akcji, tu zaś sta­ły się daniem głów­nym. Tra­twę…, cho­ciaż to nie jest powieść, pisa­łem tech­ni­ką powie­ścio­wą i w tym celu moje wspo­mnie­nia musia­łem dopro­wa­dzić w gło­wie do takiej inten­syw­no­ści, by zamie­ni­ły się w obraz 3D: ste­reo i w kolo­rze. Cho­dzi­ło mi o odtwo­rze­nie kli­ma­tu, sma­ku i peł­no­wy­mia­ro­wo­ści opi­sy­wa­ne­go cza­su, choć musia­łem uwa­żać, żeby nie prze­do­brzyć.

Okładka książki Macieja Hena pod tytułem „Tratwa z pomarańczami”.
Maciej Hen, „Tratwa z pomarańczami”, Warszawa: Filtry, 2025.

Zatrzy­maj­my się przy Mar­cu ’68. Ten czas, jak czy­ta­my, odci­snął na panu trwa­łe pięt­no – został pan wte­dy nie­ja­ko paso­wa­ny na wro­ga. Kie­dy pan się dowie­dział o swo­im żydow­skim pocho­dze­niu?

Nie pamię­tam, żebym kie­dyś o nim nie wie­dział. Ale wła­ści­wie to nie było nic kon­kret­ne­go. Widzia­łem, że pod wzglę­dem fizycz­nym wyglą­da­my tro­chę ina­czej niż więk­szość sąsia­dów, ale byli tak­że sąsie­dzi do nas podob­ni. Nigdy się nie zasta­na­wia­łem, kto w naszym oto­cze­niu jest Żydem, i nie myśla­łem o tym, że wie­lu zna­jo­mych rodzi­ców to Żydzi. Nie docie­ra­ło do mnie, że jeste­śmy jakąś odręb­ną gru­pą, któ­ra jed­no­cze­śnie chce być czę­ścią więk­szej cało­ści. Cza­sa­mi rodzi­ce wyska­ki­wa­li z krót­ki­mi powie­dzon­ka­mi w jidysz, co dosko­na­le pamię­tam, ale nie zasta­na­wia­łem się nad zna­cze­niem tych słów. W książ­ce pie­czo­ło­wi­cie wydłu­ba­łem z pamię­ci poszcze­gól­ne sygna­ły, któ­re świad­czy­ły o tym, że nasza odręb­ność może być tak­że przy­kra, kło­po­tli­wa, a nawet bole­sna – ze wzglę­du na prze­szłość, na jakiś pod­tekst, ale rów­nież ze wzglę­du na nasta­wie­nie oto­cze­nia. Naj­pierw wydo­by­wam to w małych epi­zo­dach, potem w coraz więk­szych, aż nagle w 1967 roku nastę­pu­je gwał­tow­na eska­la­cja w związ­ku z woj­ną sze­ścio­dnio­wą.

Jed­no­cze­śnie nazy­wa pan ten stan „kul­tu­rą kamu­fla­żu”.

Wte­dy nie zda­wa­łem sobie z tego spra­wy, nato­miast ist­nia­ła nie­wy­po­wie­dzia­na zasa­da, że o takich rze­czach mówi­my przy ludziach, któ­rych zna­my i któ­rym ufa­my, a przy obcych raczej się nie afi­szu­je­my. Nie zasta­na­wia­łem się, jakie mogą wyni­kać z tego kon­se­kwen­cje. Kie­dy wybu­chła woj­na sze­ścio­dnio­wa, to rze­czy­wi­ście zosta­łem paso­wa­ny na wro­ga, ale mój odruch był taki, że nie zamie­rza­łem się płasz­czyć i niko­go prze­ko­ny­wać, a wręcz sta­ra­łem się oka­zać jakąś dumę. Jed­no­cze­śnie w domu trwa­ła dosyć burz­li­wa dys­ku­sja o tym, jak oce­niać wyda­rze­nia na Bli­skim Wscho­dzie. A tak­że o tym, czy nie wyje­chać. Ojciec był obję­ty zaka­zem publi­ka­cji, był też moc­no ata­ko­wa­ny w „Żoł­nie­rzu Wol­no­ści”, „Sło­wie Powszech­nym” i innych pismach, oskar­ża­no go o nie­pa­trio­tycz­ne czy wręcz oszczer­cze publi­ka­cje. Fil­my na pod­sta­wie jego sce­na­riu­szy były w mnie­ma­niu tych pisma­ków wyjąt­ko­wo anty­pol­skie. W koń­cu nie wyje­cha­li­śmy, bo ojciec uznał, że jako pisarz jest ponie­kąd ska­za­ny na to, żeby ist­nieć w tym kra­ju. Czuł, że gdzie indziej był­by ode­rwa­ny od swo­je­go tema­tu, jakim zawsze była Pol­ska. Nie wyobra­żał sobie sie­bie jako pisa­rza emi­gra­cyj­ne­go.

Ten mar­co­wy anty­se­mi­tyzm nie jest jed­nak przez pana opi­sy­wa­ny jako spra­wa wyłącz­nie poli­tycz­na, któ­ra toczy się w par­tyj­nych gabi­ne­tach. Wręcz prze­ciw­nie – prze­ni­ka do domów, na uli­ce, nawet na szkol­ne kory­ta­rze.

W ogó­le poli­ty­ki jest w mojej książ­ce mało, bo opi­su­ję wszyst­ko z per­spek­ty­wy dziec­ka. Nie­mniej dziś jestem doro­sły i widzę, że nasu­wa się tu zdra­dli­wa ana­lo­gia z cza­sa­mi dzi­siej­szy­mi. Uśpio­ne w spo­łe­czeń­stwie zarod­ni­ki anty­se­mi­ty­zmu mogą w każ­dej chwi­li puścić kieł­ki i buj­nie dać o sobie znać. Przy­czy­na jest podob­na – sytu­acja na Bli­skim Wscho­dzie – a jed­no­cze­śnie cał­ko­wi­cie inna. Wte­dy było tak, że Izra­el pro­wa­dził woj­nę obron­ną, jego prze­ciw­ni­ka­mi były armie państw arab­skich i dzię­ki tej woj­nie oca­lił swo­je ist­nie­nie. W tej chwi­li mamy Izra­el, któ­ry doko­nu­je cze­goś okrop­ne­go, okrut­ne­go i bez­sen­sow­ne­go, do cze­go w zasa­dzie rów­nież został spro­wo­ko­wa­ny, ale prze­kro­czył gra­ni­ce zdro­we­go roz­sąd­ku. Budzi to słusz­ne powszech­ne obu­rze­nie, lecz jed­no­cze­śnie wyzwa­la uśpio­ny anty­se­mi­tyzm i pozwa­la mu bez prze­szkód roz­kwit­nąć.

A ma pan poczu­cie, że wyda­rze­nia mar­co­we pozo­sta­ją spra­wą wciąż nie­roz­li­czo­ną?

Cóż, w zasa­dzie jest to rzecz wie­lo­krot­nie odfaj­ko­wa­na, ale moją książ­ką mogę tro­chę pomóc w bar­dziej ludz­kim spoj­rze­niu na ten temat. Ist­nie­je ten­den­cja do mówie­nia o Mar­cu z punk­tu widze­nia wiel­kiej poli­ty­ki i roz­gry­wek na górze, pro­te­stów stu­denc­kich, a tak­że z per­spek­ty­wy ludzi, któ­rzy wyje­cha­li. O tych, któ­rzy zde­cy­do­wa­li się pozo­stać, wie­le się nie pisa­ło, a tym bar­dziej nie było mowy o tym, jak mogło widzieć to dziec­ko.

Kie­dy porów­nu­je się Tra­twę… do pana poprzed­nich ksią­żek, pew­na rzecz wyda­je się wspól­na, a mia­no­wi­cie język. Każ­da z publi­ka­cji sta­no­wi reali­za­cję inne­go pomy­słu, każ­da jest pisa­na inną, mało oczy­wi­stą fra­zą. Język chy­ba dostar­cza panu spo­ro przy­gód?

Tak, zwłasz­cza że dotych­czas nar­ra­tor moich ksią­żek był zawsze pierw­szo­oso­bo­wy, więc musia­łem się sta­rać, żeby ten, któ­ry opo­wia­da, był dla czy­tel­ni­ka jakiś, żeby moż­na się było do nie­go jakoś usto­sun­ko­wać. Poza tym w trak­cie pisa­nia muszę podej­mo­wać roz­ma­ite decy­zje natu­ry warsz­ta­to­wej, ale do języ­ka docho­dzę w grun­cie rze­czy czy­sto intu­icyj­nie, cho­ciaż oczy­wi­ście przyj­mu­ję pew­ne zało­że­nia. Na przy­kład tam, gdzie opo­wia­dam o odle­głej epo­ce, sta­ram się, żeby język był w mia­rę wia­ry­god­ny sty­li­stycz­nie i pasu­ją­cy do epo­ki w oczach współ­cze­sne­go czy­tel­ni­ka, ale żeby zara­zem nie był „prze­gię­ty”. Zwy­kle zakła­dam, że nar­ra­tor musi mówić języ­kiem wła­ści­wie współ­cze­snym, tyle że nie­co sta­ro­mod­nym, od cza­su do cza­su moż­na tam też wrzu­cić parę rodzyn­ków, czy­li słó­wek czy wyra­żeń z epo­ki. Kie­dy pra­co­wa­łem nad Sol­fa­ta­rą, przy­ją­łem zało­że­nie, że musi być ona pisa­na języ­kiem z prze­ło­mu XVIII i XIX wie­ku, wystar­cza­ją­co sta­ro­świec­kim, a nie z wie­ku XVII, ponie­waż ten był­by trud­ny do zro­zu­mie­nia i przy­sło­nił­by całą treść. Gdy­bym posłu­żył się praw­dzi­wą sta­ro­polsz­czy­zną, powsta­ło­by ryzy­ko, że bym się na niej wywró­cił, a jeśli nawet nie, to na pew­no odda­li­ło­by mnie to od czy­tel­ni­ka.

Cie­ka­we jest tak­że to, że cho­ciaż każ­da z tych ksią­żek ma swo­ją spe­cy­fi­kę, swo­ją dyna­mi­kę i sty­li­sty­kę, łączy je pewien temat – wspo­mnia­na kul­tu­ra kamu­fla­żu: poja­wia się w Tra­twie…, jest też tema­tem Segre­ta­rio. Jed­no­cze­śnie wszyst­kie te tytu­ły, włącz­nie z Deut­schem…, są opo­wie­ścia­mi o poszu­ki­wa­niu toż­sa­mo­ści.

Przy­zna­ję tu panu rację, nawet nie wiem, czy z tego nie wyni­ka, że nie­dłu­go wyczer­pie mi się mate­riał do pisa­nia. Sta­le powra­ca­ją do mnie pew­ne moty­wy, a poza tym mam sie­dem­dzie­siąt lat, więc mogę powo­li wyga­szać swo­ją twór­czość. Ale zawsze się sta­ra­łem, żeby żad­na z moich ksią­żek nie była do wyrzu­ce­nia. Chciał­bym napi­sać jesz­cze jed­ną powieść, mam nadzie­ję, że nie powi­nie mi się na niej noga, bo posta­wi­łem przed sobą duże wyzwa­nie. Być może potem, choć nie jestem tego pewien, spró­bu­ję stwo­rzyć dal­szy ciąg opo­wie­ści auto­bio­gra­ficz­nej przez następ­ne eta­py moje­go życia. Cho­ciaż nie wiem, czy to może kogoś zain­te­re­so­wać, trud­no to prze­wi­dzieć.

A czy dla pana oso­bi­ście jest istot­ne, skąd się wywo­dzi czło­wiek, gdzie się­ga­ją jego korze­nie, kto był przed nim na tym świe­cie?

To jest część życia wewnętrz­ne­go – odwo­ła­nia do tra­dy­cji rodzin­nej oraz do tej szer­szej, wspól­nej, ple­mien­nej i ojczy­stej, czy­li pol­skiej. Wszyst­ko razem jakoś na czło­wie­ka wpły­wa, ale nie tyl­ko to. Jestem prze­ciw­ko temu, żeby zarów­no owej toż­sa­mo­ści ple­mien­nej, jak i naro­do­wej, pań­stwo­wej czy kul­tu­ro­wej dawać pry­mat nad wszyst­kim innym. Bo kie­dy się daje temu pry­mat, poja­wia się nie­bez­pie­czeń­stwo popad­nię­cia w róż­ne­go rodza­ju fobie albo nacjo­na­li­zmy. Ale to nie zna­czy, że nale­ży coś odrzu­cać ze wzgar­dą, nie inte­re­so­wać się tym. Jeśli nie mamy wie­dzy o swo­ich korze­niach, z pew­no­ścią coś tra­ci­my.

– pisarz, tłumacz, publicysta, filmowiec i fotograf.

więcej →

– dziennikarz, krytyk filmowy, filmoznawca.

więcej →

Powiązane teksty