Mateusz Demski: Gdzie sięga pana najwcześniejsze wspomnienie?
Maciej Hen: Pisałem o tym na początku książki. Ja, może dwuletni, trzymam się prętów kojca, radośnie podskakuję, podczas gdy w tle słychać słowa piosenki Rock! Rock! Rock everybody!, próbuję je po dziecięcemu powtórzyć. Z pewnym zastrzeżeniem: nie wiem, czy sobie nie wmawiam, że to właśnie moje najwcześniejsze wspomnienie. Teraz nie umiem tego oddzielić, zwłaszcza gdy już zapisałem to w książce. Człowiek ma to do siebie, że to, co zapisał o sobie, zaczyna należeć do jego pamięci.
Wiesław Myśliwski kiedyś napisał: „pamięć nie jest od pamiętania, lecz od wspominania, a to nie to samo”.
Ale żeby mieć co wspominać, trzeba pamiętać. Są jednak rzeczy, o których wydaje nam się, że je pamiętamy, a są czystym mitem, czystą legendą. George Orwell wymyślił „piece pamięci”, co w przypadku jego twórczości oznacza, że pewne sprawy, skoro zostały celowo wykasowane, przestają istnieć, a mimo to – niejako na zasadzie przekory – ciągle są, uwierają i mogą z człowieka wyskoczyć. Ale bywa również tak, powiedziałbym: na odwrót, że istnieją w nas rzeczy, które nigdy się nie zdarzyły. Ponieważ zostały sztucznie wdrukowane w pamięć. Myślę, że w każdym wspomnieniu, nawet przy najlepszej woli, zawsze jest pewien element fikcji.
W pana twórczości zapewne nie wspominaniem, lecz pamiętaniem jest „stukot taty maszyny do pisania”. Nie przez przypadek jak refren wręcz powtarza się ten odgłos. Jak sam pan wielokrotnie mówił, zawód ojca naznaczył pana od najmłodszych lat.
Oczywiście, trudno było tego uniknąć. Nasze mieszkanie było niewielkie, dwupokojowe. Zresztą laptop, którym posługujemy się dzisiaj, jest cichszym przyrządem, podczas gdy maszyna do pisania naprawdę daje o sobie znać. Sam bawiłem się trochę w pisanie mniej więcej w połowie podstawówki, ale potem zafascynowały mnie inne rzeczy, a przede wszystkim coraz bardziej rosło we mnie przekonanie o tak mocnym zawłaszczeniu przez tatę literackiego poletka w naszej rodzinie, że nawet gdybym chciał pisać, trudno byłoby mi wyjść z cienia ojca. Tak chyba podświadomie rozumując, jako młody człowiek szukałem dla siebie jakiegoś innego zajęcia, byle było artystyczne, bo tylko takie mnie pociągały.
Wstąpiłem do liceum plastycznego, ale jednocześnie głęboko uwierzyłem, że mogę zrobić coś w muzyce, chociaż nie umiałem jeszcze na niczym grać, więc większość energii w czasach licealnych wkładałem w nadrobienie muzycznych zaległości. Potem próbowałem być filmowcem, studiowałem w szkole filmowej, ale – podobnie jak w muzyce – okazało się, że są lepsi ode mnie. Być może patrzyłem na ojca i chciałem być na takim poziomie jak on, tyle że w innej dziedzinie. I tak miotałem się przez całą młodość, próbując różnych rzeczy, w żadnej nie znajdując pełnej satysfakcji, aż w końcu około czterdziestki nagle zaświtał mi w głowie pomysł książki, który wyszedł nie z moich ambicji, ale z mojego wnętrza.
Ma pan na myśli powieść Według niej, którą zadebiutował pan pod pseudonimem Maciej Nawariak. Warto szczególny nacisk położyć na fakt, że jest to apokryf, wariacja na temat życia Jezusa. Ambitne zadanie jak na pierwszą książkę.
Tradycja apokryfów literackich jest bogata, a może nawet przepastna. Część apokryficznych autorów i tytułów zdobyła światową sławę. Kiedy w mojej głowie pojawił się ten pomysł, postanowiłem sobie twardo – i słowa dotrzymałem – żeby nie zaglądać do książek, które już inni napisali na ten temat. Żeby się nie zablokować, ale także nie zainspirować. Rzecz jasna, trudno było wcześniej uniknąć Mistrza i Małgorzaty. Trafiłem również na Męża z Nazaretu Szaloma Asza. Ale tym się nie przejmowałem, bo wiedziałem, że chcę to zrobić w zupełnie innym klimacie i z innym przesłaniem.
Swoją drogą, kiedy trzy lata temu ukazało się wydanie brytyjskie Według niej, jedna z recenzentek, zresztą dość znana pisarka, Antonia Senior, napisała, że była już taka książka, a mianowicie Testament Marii Colma Tóibína, ale ta moja jest lepsza [śmiech]. Potem odnalazłem panią Senior na Instagramie i odpisałem jej, że powieść Tóibína wyszła w Irlandii w 2012 roku, swoją zaś opublikowałem w Polsce w 2004 roku. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że tą książką, która przez lata istniała wyłącznie w naszym języku i w Polsce przeszła praktycznie bez echa, kogokolwiek zainspirowałem. Z pewnością istnieje coś takiego jak duch czasu, który sprawia, że różni autorzy wpadają czasem na podobne pomysły.
Wyjątkowość Według niej polega na tym, że narratorką powieści jest Maryja. Nie mówi ona jednak z pozycji Madonny, świętej postaci, lecz z perspektywy nieco nadopiekuńczej żydowskiej matki.
Pomysł wziąłem stąd, że całe lata 90. ubiegłego wieku byłem związany z Fundacją Ronalda S. Laudera i tam miałem do czynienia z wykładami różnych rabinów, którzy przyjeżdżali gościnnie na obozy letnie. Otrzymałem dostęp do wielu źródeł bibliotecznych dotyczących judaizmu i jego historii, w tym także tej starożytnej. Zaczął mi się wytwarzać pewien obraz, który podważał wiarygodność przekazu ewangelicznego. Nasunęło mi się porównanie choćby z czasami, których sam byłem świadkiem, a w późniejszych opracowaniach historycznych czy publicystycznych zupełnie ich nie poznawałem. To mnie ośmieliło, pokazało, jak wiele w oglądzie wydarzeń zależy od indywidualnej perspektywy, która często daje obraz całkowicie niezgodny z tym powszechnie przyjętym. Wtedy pomyślałem, że owszem, można by wydobyć z tej ewangelicznej historii pewne niezaprzeczalne fakty, skorygować niektóre elementy, osadzić w wierniej przedstawionych realiach żydowskiego społeczeństwa tamtych czasów i opisać je w konwencji realistycznej.
Nie chciałem jednak, żeby wyszła z tego satyra, choćby i mimo mojej woli, dlatego mój bohater nie przypisuje sobie żadnego nadprzyrodzonego posłannictwa, jest tylko wędrownym lekarzem, czy może uzdrawiaczem, a przy okazji charyzmatycznym ludowym filozofem. Zdarza mu się również popełniać błędy, do których sam potrafi się przyznać, przez co słuchacze tym bardziej go kochają. Więc któż by lepiej opowiedział o kimś takim niż jego rodzona matka, dumna ze swojego syna, chociaż czasem na niego zagniewana? Przecież, jak wiemy, młodzi ludzie w pewnym momencie odchodzą z rodzinnego domu, a matki zaczynają ich obserwować z daleka, w każdym razie nie są już na pierwszym miejscu, więc trochę je to złości. Gdy później syn wraca do domu, jest już innym człowiekiem, ale matka odnajduje w nim coś z tego dawnego dziecka. Przez jej postać chciałem podkreślić również żydowski koloryt całego tego środowiska, dlatego pokazałem ją jako jidisze mame, społeczność mówiącą językiem z elementami gwary, który wzorowałem na strukturach świeckich gawęd jidysz.
Czy przy okazji wydania tej książki pojawiły się oskarżenia o herezję?
Nie, ponieważ książka w Polsce przeszła prawie niezauważona, za to w Anglii udało się ją wprowadzić do półfinałowej dziesiątki Nagrody Literackiej EBRD, gdzie znalazła się w całkiem dobrym towarzystwie – między innymi Olgi Tokarczuk, Orhana Pamuka i Georgiego Gospodinowa. Jeśli natomiast liczyłem, że wyniknie z tego jakaś burzliwa dyskusja, to trochę się przeliczyłem. Gdzieś w sieci pojawiła się jedna gniewna recenzja bardzo zaangażowanego chrześcijańskiego teologa. W Polsce natomiast spotkałem w swoim czasie przynajmniej dwóch księży, którzy Według niej zaakceptowali, więc to nie jest tak, że religijny chrześcijanin tę książkę odrzuca, a religijny Żyd jeszcze bardziej. Literatura od zawsze była między innymi przepisywaniem mitów, miała różne cele. Mnie, jak zwykle, chodzi przede wszystkim o zajmującą opowieść o prawdziwych ludziach, która jednak skłania do pewnych pytań moralnych i egzystencjalnych, poddając rewizji podprogowy przekaz, ponieważ w naszym kręgu kulturowym jesteśmy nieustannie na niego wystawieni.
A dlaczego napisał pan tę książkę pod pseudonimem?
Naiwnie sądziłem, że ta książka odniesie sukces, i chciałem uniknąć zarzutów o wpływ nazwiska ojca na owo osiągnięcie. Poza tym chciałem sobie i światu wyszykować niespodziankę w stylu Romaina Gary’ego – jako jedyny zdobył on dwukrotnie Nagrodę Goncourtów, w tym raz pod pseudonimem, którego nikt nie rozszyfrował. To wyszło na jaw dopiero po jego samobójczej śmierci, przyznał się do wszystkiego w liście pożegnalnym.
Nie chciał pan być posądzany o nepotyzm. Zastanawia mnie jednak, czy pana ojciec tę książkę wtedy przeczytał.
Nawet pamiętam, jak po lekturze pierwszych szkiców zadzwonił do mnie i powiedział, żebym nie pisał tej książki. To był jeden z pierwszych moich wyraźnych sprzeciwów wobec ojca, a zaznaczam, że byłem dobrze po czterdziestce. Chyba mu się wydawało, że wchodzę w zbyt drażliwy zakres tematyczny. A może myślał, że sobie z tym nie poradzę? Nie wyjaśnił tego, ale postanowiłem pisać dalej. Kiedy już napisałem całość, wtedy ojciec udzielił mi wspaniałej rady literackiej, to mnie wiele nauczyło na przyszłość. A powiedział tak: „to pierwsze zdanie możesz zrobić lepiej. Napisałeś: «Lubi pan kozi ser?». Lepiej będzie: «Kozi ser pan lubi?”». Tak zrobiłem, właśnie za poradą ojca, to było jak kopnięcie na dalszą drogę, do którego często odwołuję się w myślach. Jeżeli w życiu nauczyłem się czegoś pod względem warsztatowym, to w połowie od ojca, a cała reszta pochodzi od wielu innych autorów.
Mimo to mam wrażenie, że w Tratwie z pomarańczami najwyraźniej widać pańskie pióro, pańskie fascynacje i motywy, które już wcześniej pojawiały się w pana prozie. W książce Deutsch dla średnio zaawansowanych są i Marzec ’68, i przemówienie Gomułki o „piątej kolumnie”.
To była dodatkowa trudność, którą miałem podczas pracy nad Tratwą…, bo częściowo ten wątek marcowy, jak pan słusznie zauważył, umieściłem w innej książce. Zastanawiałem się, czy mogę go opracować jeszcze raz, zwłaszcza że w Deutschu…, który jest powieścią, w zasadzie dziełem fikcji, niczego nie zniekształciłem. Napisałem więc wszystko od nowa, w innej tonacji, mniej skrótowo. Tam były to tylko takie przebłyski, retrospekcje na marginesie głównej akcji, tu zaś stały się daniem głównym. Tratwę…, chociaż to nie jest powieść, pisałem techniką powieściową i w tym celu moje wspomnienia musiałem doprowadzić w głowie do takiej intensywności, by zamieniły się w obraz 3D: stereo i w kolorze. Chodziło mi o odtworzenie klimatu, smaku i pełnowymiarowości opisywanego czasu, choć musiałem uważać, żeby nie przedobrzyć.
Zatrzymajmy się przy Marcu ’68. Ten czas, jak czytamy, odcisnął na panu trwałe piętno – został pan wtedy niejako pasowany na wroga. Kiedy pan się dowiedział o swoim żydowskim pochodzeniu?
Nie pamiętam, żebym kiedyś o nim nie wiedział. Ale właściwie to nie było nic konkretnego. Widziałem, że pod względem fizycznym wyglądamy trochę inaczej niż większość sąsiadów, ale byli także sąsiedzi do nas podobni. Nigdy się nie zastanawiałem, kto w naszym otoczeniu jest Żydem, i nie myślałem o tym, że wielu znajomych rodziców to Żydzi. Nie docierało do mnie, że jesteśmy jakąś odrębną grupą, która jednocześnie chce być częścią większej całości. Czasami rodzice wyskakiwali z krótkimi powiedzonkami w jidysz, co doskonale pamiętam, ale nie zastanawiałem się nad znaczeniem tych słów. W książce pieczołowicie wydłubałem z pamięci poszczególne sygnały, które świadczyły o tym, że nasza odrębność może być także przykra, kłopotliwa, a nawet bolesna – ze względu na przeszłość, na jakiś podtekst, ale również ze względu na nastawienie otoczenia. Najpierw wydobywam to w małych epizodach, potem w coraz większych, aż nagle w 1967 roku następuje gwałtowna eskalacja w związku z wojną sześciodniową.
Jednocześnie nazywa pan ten stan „kulturą kamuflażu”.
Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, natomiast istniała niewypowiedziana zasada, że o takich rzeczach mówimy przy ludziach, których znamy i którym ufamy, a przy obcych raczej się nie afiszujemy. Nie zastanawiałem się, jakie mogą wynikać z tego konsekwencje. Kiedy wybuchła wojna sześciodniowa, to rzeczywiście zostałem pasowany na wroga, ale mój odruch był taki, że nie zamierzałem się płaszczyć i nikogo przekonywać, a wręcz starałem się okazać jakąś dumę. Jednocześnie w domu trwała dosyć burzliwa dyskusja o tym, jak oceniać wydarzenia na Bliskim Wschodzie. A także o tym, czy nie wyjechać. Ojciec był objęty zakazem publikacji, był też mocno atakowany w „Żołnierzu Wolności”, „Słowie Powszechnym” i innych pismach, oskarżano go o niepatriotyczne czy wręcz oszczercze publikacje. Filmy na podstawie jego scenariuszy były w mniemaniu tych pismaków wyjątkowo antypolskie. W końcu nie wyjechaliśmy, bo ojciec uznał, że jako pisarz jest poniekąd skazany na to, żeby istnieć w tym kraju. Czuł, że gdzie indziej byłby oderwany od swojego tematu, jakim zawsze była Polska. Nie wyobrażał sobie siebie jako pisarza emigracyjnego.
Ten marcowy antysemityzm nie jest jednak przez pana opisywany jako sprawa wyłącznie polityczna, która toczy się w partyjnych gabinetach. Wręcz przeciwnie – przenika do domów, na ulice, nawet na szkolne korytarze.
W ogóle polityki jest w mojej książce mało, bo opisuję wszystko z perspektywy dziecka. Niemniej dziś jestem dorosły i widzę, że nasuwa się tu zdradliwa analogia z czasami dzisiejszymi. Uśpione w społeczeństwie zarodniki antysemityzmu mogą w każdej chwili puścić kiełki i bujnie dać o sobie znać. Przyczyna jest podobna – sytuacja na Bliskim Wschodzie – a jednocześnie całkowicie inna. Wtedy było tak, że Izrael prowadził wojnę obronną, jego przeciwnikami były armie państw arabskich i dzięki tej wojnie ocalił swoje istnienie. W tej chwili mamy Izrael, który dokonuje czegoś okropnego, okrutnego i bezsensownego, do czego w zasadzie również został sprowokowany, ale przekroczył granice zdrowego rozsądku. Budzi to słuszne powszechne oburzenie, lecz jednocześnie wyzwala uśpiony antysemityzm i pozwala mu bez przeszkód rozkwitnąć.
A ma pan poczucie, że wydarzenia marcowe pozostają sprawą wciąż nierozliczoną?
Cóż, w zasadzie jest to rzecz wielokrotnie odfajkowana, ale moją książką mogę trochę pomóc w bardziej ludzkim spojrzeniu na ten temat. Istnieje tendencja do mówienia o Marcu z punktu widzenia wielkiej polityki i rozgrywek na górze, protestów studenckich, a także z perspektywy ludzi, którzy wyjechali. O tych, którzy zdecydowali się pozostać, wiele się nie pisało, a tym bardziej nie było mowy o tym, jak mogło widzieć to dziecko.
Kiedy porównuje się Tratwę… do pana poprzednich książek, pewna rzecz wydaje się wspólna, a mianowicie język. Każda z publikacji stanowi realizację innego pomysłu, każda jest pisana inną, mało oczywistą frazą. Język chyba dostarcza panu sporo przygód?
Tak, zwłaszcza że dotychczas narrator moich książek był zawsze pierwszoosobowy, więc musiałem się starać, żeby ten, który opowiada, był dla czytelnika jakiś, żeby można się było do niego jakoś ustosunkować. Poza tym w trakcie pisania muszę podejmować rozmaite decyzje natury warsztatowej, ale do języka dochodzę w gruncie rzeczy czysto intuicyjnie, chociaż oczywiście przyjmuję pewne założenia. Na przykład tam, gdzie opowiadam o odległej epoce, staram się, żeby język był w miarę wiarygodny stylistycznie i pasujący do epoki w oczach współczesnego czytelnika, ale żeby zarazem nie był „przegięty”. Zwykle zakładam, że narrator musi mówić językiem właściwie współczesnym, tyle że nieco staromodnym, od czasu do czasu można tam też wrzucić parę rodzynków, czyli słówek czy wyrażeń z epoki. Kiedy pracowałem nad Solfatarą, przyjąłem założenie, że musi być ona pisana językiem z przełomu XVIII i XIX wieku, wystarczająco staroświeckim, a nie z wieku XVII, ponieważ ten byłby trudny do zrozumienia i przysłoniłby całą treść. Gdybym posłużył się prawdziwą staropolszczyzną, powstałoby ryzyko, że bym się na niej wywrócił, a jeśli nawet nie, to na pewno oddaliłoby mnie to od czytelnika.
Ciekawe jest także to, że chociaż każda z tych książek ma swoją specyfikę, swoją dynamikę i stylistykę, łączy je pewien temat – wspomniana kultura kamuflażu: pojawia się w Tratwie…, jest też tematem Segretario. Jednocześnie wszystkie te tytuły, włącznie z Deutschem…, są opowieściami o poszukiwaniu tożsamości.
Przyznaję tu panu rację, nawet nie wiem, czy z tego nie wynika, że niedługo wyczerpie mi się materiał do pisania. Stale powracają do mnie pewne motywy, a poza tym mam siedemdziesiąt lat, więc mogę powoli wygaszać swoją twórczość. Ale zawsze się starałem, żeby żadna z moich książek nie była do wyrzucenia. Chciałbym napisać jeszcze jedną powieść, mam nadzieję, że nie powinie mi się na niej noga, bo postawiłem przed sobą duże wyzwanie. Być może potem, choć nie jestem tego pewien, spróbuję stworzyć dalszy ciąg opowieści autobiograficznej przez następne etapy mojego życia. Chociaż nie wiem, czy to może kogoś zainteresować, trudno to przewidzieć.
A czy dla pana osobiście jest istotne, skąd się wywodzi człowiek, gdzie sięgają jego korzenie, kto był przed nim na tym świecie?
To jest część życia wewnętrznego – odwołania do tradycji rodzinnej oraz do tej szerszej, wspólnej, plemiennej i ojczystej, czyli polskiej. Wszystko razem jakoś na człowieka wpływa, ale nie tylko to. Jestem przeciwko temu, żeby zarówno owej tożsamości plemiennej, jak i narodowej, państwowej czy kulturowej dawać prymat nad wszystkim innym. Bo kiedy się daje temu prymat, pojawia się niebezpieczeństwo popadnięcia w różnego rodzaju fobie albo nacjonalizmy. Ale to nie znaczy, że należy coś odrzucać ze wzgardą, nie interesować się tym. Jeśli nie mamy wiedzy o swoich korzeniach, z pewnością coś tracimy.