Koniec świata na własność? Czyli kilka refleksji wokół „Zero K” Dona DeLillo

Katastrofa wrasta we wczesne stadium rozwoju mózgu.

— Don DeLillo, „Zero K”, s. 62.

Prze­jedź­my się z Jef­frey­em do Kon­wer­gen­cji – spon­so­ro­wa­ne­go mię­dzy inny­mi przez jego ojca, Ros­sa Loc­khar­ta, insty­tu­tu znaj­du­ją­ce­go się pośrod­ku nicze­go albo kon­kret­niej: nie­da­le­ko Cze­la­biń­ska. Prze­jedź­my się do ośrod­ka dają­ce­go nadzie­ję na to, że nasze odej­ście nie jest osta­tecz­ne, że zamiast „żegnaj” może­my powie­dzieć „do zoba­cze­nia”, że uda się docze­kać lep­szych cza­sów, uda się prze­chy­trzyć śmierć, pod­dać cia­ło hiber­na­cji, aby ludz­kość zdą­ży­ła roz­wią­zać pro­ble­my, któ­re przy­nio­sło mu życie będą­ce „bytem ku śmier­ci”. To swo­ista pocze­kal­nia albo przy­naj­mniej umie­ra­nie z nadzie­ją na odro­dze­nie się w lep­szej rze­czy­wi­sto­ści.

I

Choć w pierw­szej chwi­li taki pomysł wyda­je się mieć rodo­wód w scien­ce fic­tion, to zaraz zda­je­my sobie spra­wę, że odzy­wa­ją się w tym wszyst­kim echa prze­ko­nań reli­gij­nych. Szcze­gól­nie gdy razem z Jef­frey­em posłu­cha­my dia­lo­gów pra­cow­ni­ków ośrod­ka, podej­mie­my roz­mo­wę albo z jego ojcem, albo z maco­chą, Artis Mar­ti­ne­au, któ­ra cze­ka na swo­ją (tym­cza­so­wą?) śmierć.

Cho­ro­by, z któ­rych głów­nym pro­ble­mem jest stward­nie­nie roz­sia­ne, nie dają Artis szans na prze­trwa­nie, przy­naj­mniej w zna­nej nam rze­czy­wi­sto­ści – zna­nej tak dobrze jak przy­pa­dło­ści, któ­rych nazwy bywa­ją syno­ni­ma­mi ocze­ki­wa­nia na koniec: nowo­twór, nie­wy­dol­ność ser­ca, gruź­li­ca, polio. Gdy jed­nak ponow­nie przyj­rzy­my się tym nazwom, zauwa­ży­my, że na prze­strze­ni ostat­nich stu lat zmie­nił się ich zakres zna­cze­nio­wy. Nie­gdy­siej­sze jed­no­znacz­ne wyro­ki śmier­ci coraz czę­ściej sta­ją się wyłącz­nie utrud­nie­niem. Radzi­my sobie, przy­naj­mniej w nie­któ­rych przy­pad­kach. Usu­wa­my guzy, wsta­wia­my kon­wer­te­ry, wymy­śla­my szcze­pion­ki. Jak­by­śmy zmie­nia­li cho­ro­bom ich defi­ni­cje. Dzię­ki tym nowym defi­ni­cjom zaczy­na­my ina­czej rozu­mieć świat, a jed­no­cze­śnie coraz mniej się go boimy. A może to tyl­ko pozo­ry? Może defi­nio­wa­nie i nazy­wa­nie nie przy­no­szą uko­je­nia?

*

Nie bar­dzo wie­dzia­łem, czy wolę ufać, że jego wia­ra w ten cały pro­ces jest szcze­ra, czy że z roz­my­słem ją sobie wpo­ił, żeby zagłu­szyć wąt­pli­wo­ści. Czy bowiem per­spek­ty­wa rychłej śmier­ci nie zachę­ca ludzi do jak naj­głęb­sze­go samo­oszu­stwa?1

Jest w całej tej insty­tu­cji jakieś reli­gij­ne dawa­nie nadziei opar­tej głów­nie na wie­rze w lep­sze jutro. To nie nowy pomysł. Pró­by poko­na­nia śmier­ci towa­rzy­szą ludziom od daw­na. Prze­kształ­ca­ją się w mniej lub bar­dziej dra­ma­tycz­ne opo­wie­ści – Jezus, Dra­cu­la, Fran­ken­ste­in. Wyobra­że­nie metod zmie­nia się w cza­sie, ale na razie – bez wzglę­du na to, jak dale­ce ich opis zwo­dził­by nauko­wo­ścią – to nadal wyobra­że­nie. I nawet pod­da­nie się hiber­na­cji, żeby wró­cić w cza­sach, kie­dy ludz­kość będzie umia­ła roz­wią­zać nasze pro­ble­my, nie jest nowym kon­cep­tem – wystar­czy przy­po­mnieć sobie żywy na prze­strze­ni lat mit o rze­ko­mo zahi­ber­no­wa­nym Wal­cie Disneyu.

W Zero K Dona DeLil­lo pra­cow­ni­cy Kon­wer­gen­cji nada­ją tej wizji bar­dzo reali­stycz­ne – choć nie­ko­niecz­nie real­ne – kształ­ty. Kie­dy Ross opo­wia­da o tym, że teraz wresz­cie, tutaj, w Kon­wer­gen­cji, odnaj­dą spo­sób na prze­ciw­dzia­ła­nie oko­licz­no­ściom powo­du­ją­cym koniec, a „umysł i cia­ło zosta­ną wskrze­szo­ne do życia”, Jef­frey nazy­wa ów pomysł nie­no­wym. I Ross się z tą oce­ną zga­dza, jed­nak doda­je, że pro­jekt „teraz jest bli­ski cał­ko­wi­te­go zisz­cze­nia”2.

*

Cze­la­bińsk w 2013 roku stał się świad­kiem (albo ofia­rą) wyda­rze­nia „kosmicz­ne­go”. 15 lute­go w atmos­fe­rę Zie­mi wszedł mete­or i eks­plo­do­wał na wyso­ko­ści nie­speł­na trzy­dzie­stu kilo­me­trów z siłą wie­lo­krot­nie więk­szą niż bom­ba zrzu­co­na na Hiro­szi­mę. Brzmi jak sce­na­riusz fil­mu kata­stro­ficz­ne­go albo począ­tek powie­ści posta­po­ka­lip­tycz­nej. Dodat­ko­wo w naszych mózgach pew­ne fak­ty o mete­ory­cie Cze­la­bińsk wywo­łu­ją sko­ja­rze­nia z wymie­ra­niem dino­zau­rów. Aż dziw, że w 2013 roku skoń­czy­ło się bez ofiar śmier­tel­nych. Rany odnio­sło (tyl­ko) tysiąc pięć­set osób, a obra­że­nia były spo­wo­do­wa­ne głów­nie przez szkło pocho­dzą­ce z potłu­czo­nych szyb budyn­ków.

Miej­sce jak nie­licz­ne odpo­wied­nie do zbu­do­wa­nia insty­tu­tu, w któ­rym moż­na by prze­cze­kać pry­wat­ny koniec. Pach­nie tutaj nie­do­szłą apo­ka­lip­są. Jak­by kosmos postra­szył ludz­kość losem dino­zau­rów. Poczu­cie zmierz­chu jest wyraź­ne, ale jed­no­cze­śnie prze­strzeń ta daje nadzie­ję, że nie będzie on osta­tecz­ny. Nasta­nie jutrzen­ka. Wszyst­ko pasu­je, dostra­ja się niczym w fil­mie lub teatrze, w któ­rym ode­gra się sta­ry spek­takl na tle nowych deko­ra­cji. Wyświech­ta­ne obiet­ni­ce ubie­rze­my w nowo­cze­sne poję­cia

*

Obie­cy­wa­nie odro­dze­nia wywo­łu­je pyta­nia, któ­re nie poja­wia­ją się, gdy po pro­stu żyje­my ze świa­do­mo­ścią śmier­ci. Jak mają wyglą­dać Wyspy Szczę­śli­we, Ava­lon, nie­bo, pie­kło, czy­ściec, sze­ol? Jak mamy sobie te miej­sca wyobra­żać? I o wie­le trud­niej­sze pyta­nie: któ­re z tych miejsc powin­ni­śmy sobie wyobra­żać? Bo tyl­ko to mamy – wyobra­że­nia.

Prze­bu­dze­nie w nowym świe­cie, w któ­rym cuda medy­cy­ny i tech­no­lo­gii zjed­no­czą siły, aby dać nam dłu­go­wiecz­ność, wyda­je się nowym mitem zbu­do­wa­nym na tych samych nadzie­jach. „To zwy­kły sta­ro­świec­ki fana­tyzm” – jak stwier­dza Jef­frey3. Żaden mit nie pozwa­la uciec od myśli, nie daje pew­no­ści. Zamro­żo­na Artis („witry­fi­ka­cja”, „krio­pre­zer­wa­cja”, „nano­tech­no­lo­gia”) cały czas tkwi w gło­wach Ros­sa i Jef­freya, i to wca­le nie jako odpo­wiedź na odwiecz­ne pyta­nia.

*

Czy żyje­my ze świa­do­mo­ścią śmier­ci? Może ona zale­d­wie się w nas odzy­wa, od cza­su do cza­su wywo­ły­wa­na przez róż­ne zda­rze­nia – zgon i pogrzeb oso­by mniej lub bar­dziej nam zna­nej – świę­ta czy zwy­cza­je (hal­lo­we­en, dzia­dy, Wiel­ka­noc, Zadusz­ki), lek­tu­rę powie­ści, wier­sza, opo­wia­da­nia, czy­je­goś wpi­su w mediach z zało­że­nia spo­łecz­no­ścio­wych. Wrzu­ca nas w reflek­sję nad śmier­cią cho­ro­ba – jak w przy­pad­ku Artis. Cho­ro­by, szcze­gól­nie prze­wle­kłe, mogą uświa­do­mić czło­wie­ko­wi śmier­tel­ność jego cia­ła i spra­wić, że poczu­cie to pozo­sta­nie z nim na dłu­go.

Śmier­tel­ność nasze­go cia­ła, czy­li nasza śmier­tel­ność? Czy jest moż­li­we, że świa­do­mość, dusza, prze­trwa (prze­ży­je?) śmierć cia­ła? Ta per­spek­ty­wa jest nie­zwy­kle kuszą­ca. Ale jak kuszą­ca, tak nie­spraw­dzal­na. Może zresz­tą wszyst­ko, co chcie­li­by­śmy wrzu­cić w worek z ety­kie­tą „świa­do­mość”, wyda­je się osa­dzo­ne wła­śnie w naszej cie­le­sno­ści, czyż nie? Głów­ną sie­dzi­bą „ja” jest mózg. Mózg zaś ma swo­ją sie­dzi­bę w gło­wie4, w czasz­ce, i tyl­ko pobie­ra róż­ne dane z zewnątrz za pomo­cą zmy­słów. Cho­ciaż potra­fi sobie pora­dzić i bez nich.

Oka­zu­je się, że jeste­śmy w sta­nie usły­szeć, a wła­ści­wie odbie­rać muzy­kę bez uży­wa­nia uszu. Pobu­dze­nie odpo­wied­nich miejsc w mózgu może skut­ko­wać mro­wie­niem lub drę­twie­niem w róż­nych czę­ściach cia­ła, a nawet spo­wo­do­wać, że bada­na oso­ba usły­szy „orkie­strę wyko­nu­ją­cą kon­kret­ny utwór”. D.F., pacjent­ka Wil­de­ra Pen­fiel­da, usły­sza­ła zna­ny sobie utwór pod wpły­wem elek­trycz­nej sty­mu­la­cji kon­kret­nych obsza­rów w mózgu5. Tych samych, któ­re decy­du­ją o tym, że jakaś melo­dia nas męczy, albo pozwa­la­ją z rado­ścią odtwa­rzać ją sobie bez­błęd­nie, mimo że sygnał w radio jest zakłó­co­ny. Nasz mózg może spra­wić, że usły­szy­my utwór, któ­ry sły­sze­li­śmy już wcze­śniej. Tak, tak – to zwy­cię­stwo empi­ry­stów. Przy­naj­mniej czę­ścio­we. Naj­pierw musi­my doświad­czyć tego dźwię­ku.

*

Czy­ta­nie Zero K Dona DeLil­lo to przy­jem­ność gro­ma­dze­nia pytań i nawar­stwia­nia wąt­pli­wo­ści. Co sta­nie się ze mną po śmier­ci? – nale­ża­ło­by roz­ło­żyć na pyta­nia o szcze­gó­ły. Na przy­kład reflek­sję nad tym, co zna­czy „ja”. Czy da się cały cię­żar tego zaim­ka zamknąć w mózgu pod kopu­łą czasz­ki? Tak suge­ru­je sce­na, w któ­rej opro­wa­dza­ni po Kon­wer­gen­cji przez prze­wod­nicz­kę Ross i Jef­frey przy­glą­da­ją się trzem cia­łom wysta­wio­nym na widok jak poka­zo­we egzem­pla­rze. To cia­ła, któ­rych mózgi prze­cho­wy­wa­ne są w „szczel­nie izo­lo­wa­nych naczy­niach”. Jak zakła­da­no, połą­czą się one z „resz­tą”, kie­dy te „oso­by” będą się odra­dzać. Co wię­cej, prze­wod­nicz­ka doda­je, że cza­sem ampu­tu­je się całe gło­wy, któ­re w nowym (wspa­nia­łym) świe­cie zosta­ną doszy­te do innych ciał. „Za kil­ka­dzie­siąt lat taką gło­wę doszcze­pi się zdro­we­mu nano­ni­ko­mu”6.

Mamy ten­den­cję do trak­to­wa­nia mózgu oddziel­nie od resz­ty cia­ła. Zupeł­nie jak w wyko­rzy­sty­wa­nym w naj­róż­niej­szych opo­wie­ściach moty­wie „mózgu w skrzy­ni”. Wszyst­ko to tyl­ko impul­sy dostar­cza­ne na róż­ne spo­so­by do mózgu. Moż­na więc go oddzie­lić od resz­ty i niech cze­ka na lep­sze cza­sy. A jeśli mózg odro­dzi się w jakimś innym cie­le, to i my się odro­dzi­my, praw­da?

Tyl­ko czy nie jeste­śmy czymś wię­cej? Skła­do­wą doświad­czeń, kon­tak­tów z inny­mi ludź­mi – przy­ja­ciół­mi, krew­ny­mi, kochan­ka­mi – wła­snych odbić w lustrze, sma­ku potraw? Czy bez tego wszyst­kie­go nadal jeste­śmy sobą? Cóż to za dziw­ny kon­strukt – „ja”. Tak oczy­wi­sty i tak trud­ny do uchwy­ce­nia. Czy moż­li­wy poza cza­sem? Poza histo­rią? Poza miej­scem pocho­dze­nia?

Czy może­my się od tego wszyst­kie­go ode­rwać? Albo zostać ode­rwa­ni jak Stak, syn Emmy, part­ner­ki Jef­freya? Chło­piec z ukra­iń­skie­go sie­ro­ciń­ca, zaadop­to­wa­ny przez nią i jej byłe­go męża, dora­sta i posta­na­wia wró­cić do ojczy­zny. Ginie tam w trak­cie woj­ny. Czyż­by wolał zgi­nąć wśród swo­ich niż żyć z prze­świad­cze­niem o wła­snym nie­do­pa­so­wa­niu? Tego się nie dowie­my. Tak jak w przy­pad­ku losu wie­lu praw­dzi­wych osób pozo­sta­ją nam wyobraź­nia, opo­wieść lub pust­ka.

*

Cza­sy, w któ­rych toczy się akcja powie­ści Dona DeLil­lo i w któ­rych zasad­ni­czo przy­szło nam żyć, wyda­ją się peł­ne zagro­żeń. Mete­or, któ­re­go obec­ność w oko­li­cach Cze­la­biń­ska czu­je się lepiej niż gdzie indziej, to zale­d­wie jeden z wie­lu zwia­stu­nów apo­ka­lip­sy. Pozo­sta­łe – tak natu­ral­ne, jak zwią­za­ne z dzia­łal­no­ścią czło­wie­ka – wyświe­tla­ne są na wiel­kich ekra­nach w Kon­wer­gen­cji, prze­mie­rza­nej przez Jef­freya. Samo­spa­le­nia, kata­stro­fy eko­lo­gicz­ne, kon­flik­ty. Boha­ter widzi śmierć Sta­ka wła­śnie na jed­nym z takich fil­mów.

*

Kata­stro­fa to nasza dobra­noc­ka7.

Śmierć się odda­li­ła. Trzy­ma­my ją na dystans, jed­no­cze­śnie cią­gle się jej przy­glą­da­jąc. Ale na co dzień oddzie­la ją od nas jakiś ekran – kom­pu­te­ra, tele­fo­nu, tele­wi­zo­ra. Sta­ła się czę­ścią fil­mów fabu­lar­nych, doku­men­tal­nych, bio­gra­ficz­nych, a w ten spo­sób czę­ścią nasze­go życia. Ale dzie­ci już nie widzą, jak zabi­ja się kogu­ta, wie­dzą za to, jak sma­ku­je jego pierś. Nie jadą na pogrzeb oso­by z rodzi­ny, bo – cytu­ję usły­sza­ne – „to zbyt trau­ma­tycz­ne”, ale patrzą jak anta­go­ni­sta kolej­ne­go boha­te­ra posy­ła tłu­my do pia­chu. Czy śmierć zna­czy dla nas to samo co dla naszych przod­ków?

*

Ten gład­ki zabieg reto­rycz­ny spro­wa­dza­ją­cy wszyst­kich ludzi do kate­go­rii „my” oka­zu­je się nie­sku­tecz­ny w kon­tek­ście osób wyko­nu­ją­cych zawo­dy ozna­cza­ją­ce częst­sze lub rzad­sze spo­tka­nia ze śmier­cią – w odnie­sie­niu do pra­cow­ni­ków zakła­dów pogrze­bo­wych, leka­rzy, pie­lę­gnia­rek, ratow­ni­ków medycz­nych. Pew­nie kogoś pomi­ną­łem, ale i tak jest już ich spo­ro. Ci ludzie nie potrze­bu­ją ekra­nu, aby otrzeć się o umie­ra­nie. Pozo­sta­łym… No cóż. Media poma­ga­ją zro­zu­mieć, jaki świat jest bru­tal­ny. Przy­naj­mniej dzię­ki cią­głej eks­po­zy­cji na tę bru­tal­ność może­my tak pomy­śleć.

*

Współ­cze­sne media, rela­cjo­nu­ją­ce na żywo tra­ge­die z róż­nych czę­ści świa­ta, nie pozwa­la­ją nam odpo­cząć od prze­czu­cia kata­stro­fy. Szyb­ko uczy­my się myśleć, że będzie ona mia­ła cha­rak­ter glo­bal­ny. Cho­ciaż zda­rza nam się zasta­na­wiać nad wymia­rem oso­bi­stym apo­ka­lip­sy, jak stwier­dza Ross Loc­khart: „Każ­dy chce mieć na wła­sność koniec świa­ta”.

Każ­dy chce mieć na wła­sność koniec świa­ta? Trze­ba przy­znać, że to efek­tow­ne zda­nie. Dobre na otwar­cie powie­ści. Takie, któ­re moż­na wrzu­cić na stro­nę z sen­ten­cja­mi. Peł­ne zna­czeń. Sen­ten­cja pasu­ją­ca do oso­by pew­nej sie­bie. Ross Loc­khart, absur­dal­nie boga­ty czło­wiek, czło­wiek suk­ce­su, wyra­ża tę myśl, kie­dy jego dru­ga żona cze­ka na wpro­wa­dze­nie w stan tym­cza­so­wej śmier­ci. For­mu­ła sta­je się rów­nież począt­kiem podró­ży jego syna przez kory­ta­rze i pię­tra Kon­wer­gen­cji. I z każ­dym następ­nym wyda­rze­niem tra­ci swój urok, ponie­waż zosta­je zde­rzo­na nie tyl­ko z inny­mi afo­ry­zma­mi, ale tak­że z wąt­pli­wo­ścia­mi boha­te­ra.

II

Pie­lę­gnuj język, pomy­śla­łem. Niech odzwier­cie­dla poszu­ki­wa­nie coraz bar­dziej zagad­ko­wych metod, aż do pozio­mów sub­a­to­mo­wych8.

Przejdź­my się z Jef­frey­em po kolej­nych pię­trach i kory­ta­rzach tak wyjąt­ko­we­go insty­tu­tu, w któ­rym to tu, to tam cze­ka­ją na nas roz­wa­ża­nia o śmier­ci i o tym co wobec niej trans­cen­dent­ne. Cho­ciaż z defi­nio­wa­niem śmier­ci też nie idzie nam naj­le­piej – jak­by przej­ście z jed­ne­go sta­nu w dru­gi wyma­ga­ło narzę­dzi języ­ko­wych, któ­ry­mi na razie nie dys­po­nu­je­my. Kie­dy o tym myślę, ja, z zawo­du czy­tel­nik ksią­żek, posił­ku­ję się wspo­mnie­niem tego frag­men­tu Zero K:

Nie wie­dzia­łem też, w któ­rym wła­ści­wie momen­cie nastę­pu­je koniec. Kie­dy czło­wiek sta­je się zwło­ka­mi? Przy­pusz­cza­łem, że jest kil­ka pię­ter kapi­tu­la­cji. Cia­ło wyco­fu­je się z jed­nej funk­cji, a potem może z innej, a może nie: prze­sta­je pra­co­wać ser­ce, układ ner­wo­wy, mózg, róż­ne jego czę­ści aż po mecha­nizm dzia­ła­nia poszcze­gól­nych komó­rek. Uświa­do­mi­łem sobie, że jest ileś ofi­cjal­nych defi­ni­cji i żad­nej nie uzna­no jed­no­gło­śnie za słusz­ną. Wymy­śla­no kolej­ne, sto­sow­nie do sytu­acji. Wymy­śla­li je leka­rze, praw­ni­cy, teo­lo­dzy, filo­zo­fo­wie, pro­fe­so­ro­wie ety­ki, sędzio­wie i przy­się­gli.

 

Uświa­do­mi­łem też sobie, że moje myśli bez­ład­nie błą­dzą9.

Ofi­cjal­ne defi­ni­cje? Kie­dy czy­tam, że śmierć nastę­pu­je w momen­cie nie­od­wra­cal­ne­go i cał­ko­wi­te­go usta­nia funk­cji mózgu, widzę boha­te­ra wra­ca­ją­ce­go niczym Micha­el Jor­dan do Bulls po dwóch sezo­nach nie­obec­no­ści. Śmierć czło­wie­ka to śmierć mózgu. Czyż­by potrzeb­ne były jesz­cze jakieś zna­ki rów­no­ści?

*

…zwie­dzam gmach, bo pra­gnę wie­dzy10.

Muszę przy­znać, że kie­dy boha­ter-nar­ra­tor błą­dzi od drzwi do drzwi, roz­ma­wia z kolej­ny­mi oso­ba­mi lub wysłu­chu­je dia­lo­gów wygła­sza­nych z teatral­nym zacię­ciem, ale osta­tecz­nie wycho­dzi bez kon­kret­nej odpo­wie­dzi, przy­po­mi­na mi K., któ­ry pró­bu­je roz­wi­kłać zagad­kę swo­je­go pro­ce­su lub wejść do „zam­ku”, żeby odkryć tajem­ni­cę. Jef­frey podob­nie jak posta­cie z dzieł Fran­za Kaf­ki nie uzy­sku­je odpo­wie­dzi. I nigdy nie wie­my, czy się do niej zbli­ża. Czy kolej­ne wypo­wie­dzi pra­cow­ni­ków i fil­my uka­zu­ją­ce tra­ge­die kry­ją w sobie coś, co może pomóc boha­te­ro­wi w zna­le­zie­niu sen­su koń­ca? Nawet jeśli jest to koniec tym­cza­so­wy?

*

Czy defi­nio­wa­nie przy­bli­ża nas do rozu­mie­nia zja­wisk? Tłu­ma­cze­nie jed­ne­go sło­wa inny­mi w tym samym ludz­kim języ­ku ma przy­nieść odpo­wiedź? Pró­ba zmia­ny języ­ka poma­ga w nie­wiel­kim stop­niu. Moż­li­we, że jesz­cze bar­dziej kom­pli­ku­je ów pro­ces. I co zro­bić z fak­tem, że tak rze­czy­wi­stość, jak same sło­wa zmie­nia­ją się w cza­sie? Cze­go wła­ści­wie ocze­ku­je­my? Żeby wszyst­ko się wyja­śni­ło? Praw­dy? Spo­ko­ju?

Może w Kon­wer­gen­cji cho­dzi o to, żeby ludzie umie­ra­li spo­koj­niej niż wte­dy, gdy myślą, że robią to raz na zawsze. Może lep­sze cza­sy już nie nastą­pią, ponie­waż te są tak samo złe jak każ­de inne, ale nadzie­ja pozwa­la czło­wie­ko­wi łatwiej znieść nie­unik­nio­ne? Sko­ro wizja zaświa­tów z naj­róż­niej­szych reli­gii wyda­je się zbyt naiw­na, to pora wymy­ślić nowe?

Fabu­ła w Zero K nie pozwa­la czy­tel­ni­ko­wi krzyk­nąć: „spraw­dzam!”. Histo­rię tę opo­wia­da nam prze­cież Jef­frey, któ­re­mu nie jest nawet dane obej­rzeć cało­ści obiek­tu ani docze­kać cza­sów, gdy jego maco­cha, a osta­tecz­nie tak­że jego ojciec zmar­twych­wsta­ną (o ile to dobre sło­wo). Nar­ra­tor – a wraz z nim rów­nież czy­tel­nik – doty­ka wszyst­kie­go tyl­ko powierz­chow­nie, zamknię­ty w „tu i teraz”. Nie­do­okre­ślo­ne odej­ście nie pozwa­la poże­gnać się na zawsze. Pozo­sta­wia w zawie­sze­niu. Unie­moż­li­wia żało­bę. W podob­nej sytu­acji jest zapew­ne Emma, któ­ra nie wie, że jej syn zgi­nął na woj­nie. Nie wie nawet, że wziął w tej woj­nie udział.

*

Jef­frey od dziec­ka pró­bu­je defi­nio­wać. W trak­cie poby­tu w muzeum wcią­ga w budo­wa­nie zwię­złych i auto­ry­ta­tyw­nych wyja­śnień Sta­ka – adop­to­wa­ne­go syna Emmy: „Zde­fi­niuj głaz”. Chło­pak wygła­sza for­muł­kę, któ­ra mogła­by zna­leźć się w pod­ręcz­ni­ku lub ency­klo­pe­dii. Ale tak zdu­mie­wa­ją­ca pre­cy­zja nie­wie­le zmie­nia. Sło­wo nie jest opi­sy­wa­nym przed­mio­tem czy zja­wi­skiem. Jak­kol­wiek byśmy się sta­ra­li:

Była moją kochan­ką. Pocie­sza­ło mnie samo to wyobra­że­nie, sło­wo „kochan­ka”, pięk­na muzycz­na nuta, zawi­słe w powie­trzu „och”. Zapa­da­łem w bez­myśl­ne roz­ma­rze­nia, bada­jąc ten rze­czow­nik, nada­jąc mu w wyobraź­ni kobie­cy kształt, czu­jąc się jak nasto­la­tek w ocze­ki­wa­niu dnia, gdy będzie mógł wresz­cie sobie powie­dzieć, że ma kochan­kę11.

Poetyc­ko? Może. Ale to nadal tyl­ko sło­wo, a nie kochan­ka. A prze­cież są poję­cia jesz­cze trud­niej­sze do zde­fi­nio­wa­nia. Zde­fi­niuj „pod­miot”, mówię sobie. Zde­fi­niuj „ludz­ki”, zde­fi­niuj „zwie­rzę­cy”.

Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że szcze­gól­nie to pierw­sze sta­je się tema­tem powie­ści Dona DeLil­lo. „Ja” – musi­my odkryć, kto to, sko­ro chce­my wie­dzieć, czy wciąż żyje i czy będzie mieć „na wła­sność koniec świa­ta”. W jaki spo­sób to jed­nak zro­bić, sko­ro „ja” cza­sa­mi „czu­ję się sztucz­nie sobą, jestem kimś, kto rze­ko­mo ma być mną”12 – jak w pew­nym momen­cie stwier­dza Artis.

*

Co może przy­bli­żyć Jef­freya do sen­su koń­ca? Czy boha­ter w ogó­le go szu­ka? Czy nie zosta­je po pro­stu wrzu­co­ny w tę sytu­ację przez ojca? Jego rozu­mie­nie śmier­ci okre­śla sytu­acja z prze­szło­ści. To koniec bar­dzo pry­wat­ny – śmierć mat­ki:

Kie­dy moja mat­ka umar­ła w swo­im miesz­ka­niu, sie­dzia­łem przy jej łóż­ku, a przy­ja­ciół­ka mat­ki, kobie­ta z laską, sta­ła w drzwiach. Wła­śnie tak mia­łem potem wspo­mi­nać tam­tą chwi­lę, zawę­żo­ną teraz i zawsze do kobie­ty w łóż­ku, kobie­ty w drzwiach, same­go łóż­ka i meta­lo­wej laski13.

To doświad­cze­nie oso­bi­ste, wyjąt­ko­we i tak róż­ne od powta­rzal­ne­go pro­ce­su, któ­re­mu pod­da­wa­ni są „pacjen­ci” w Kon­wer­gen­cji.

*

Czym jest „Zero K”? Jeśli wie­rzyć w wyja­śnie­nie zawar­te w powie­ści, tytuł nie ma nic wspól­ne­go z kaf­kow­skim boha­te­rem. To kolej­ny teatral­ny, ale i języ­ko­wy chwyt. Zero K to nazwa oddzia­łu w Kon­wer­gen­cji, w któ­rym ma się odbyć zamro­że­nie cia­ła. Samo „K” pocho­dzi od Kelvi­na. Zero K ozna­cza więc zero abso­lut­ne, minus dwie­ście sie­dem­dzie­siąt trzy stop­nie Cel­sju­sza. Oka­zu­je się jed­nak, „że tem­pe­ra­tu­ra w krio­prze­cho­wal­ni – wbrew nazwie – nie spa­da aż do zera K”14.

*

Ze śmier­cią, a tak­że z całym cyr­kiem, któ­ry jej towa­rzy­szy, wią­że się zapew­ne wię­cej fra­ze­sów niż z jakim­kol­wiek innym aspek­tem ludz­kie­go życia15.

Lite­ra­tu­ra peł­ni też tę funk­cję – słu­ży do oswa­ja­nia koń­ca, do oswa­ja­nia prze­mi­jal­no­ści. Na począt­ku Zero K Dona DeLil­lo zda­wa­ło się robić wła­śnie to. Ale teraz, gdy koń­czę ten esej, myślę, że może ta książ­ka skła­nia do innych pytań. Sło­wa dają tyl­ko pozór praw­dy? Nicze­go w rze­czy­wi­sto­ści nie oswa­ja­ją? Są teatral­nym gestem? Tak samo jak lite­ra­tu­ra?

 

Wszyst­kie przy­pi­sy, o ile nie poda­no ina­czej, za: D. DeLil­lo, Zero K, tłum. M. Kło­bu­kow­ski, War­sza­wa: Noir sur Blanc, 2017.

1 Tam­że, s. 77.

2 Tam­że, s. 15.

3 Tam­że, s. 102.

4 „Mózg jest w gło­wie, ale i poza gło­wą” – śpie­wał kie­dyś Kazik Sta­szew­ski. Pod roz­wa­gę.

5 B.K. Ber­gen, Lata­ją­ce świ­nie. Jak umysł two­rzy zna­cze­nie, tłum. Z. Lam­ża, Kra­ków: Coper­ni­cus Cen­ter Press, 2017, s. 38–39.

6 D. DeLil­lo, Zero K, s. 130.

7 Tam­że, s. 62.

8 Tam­że, s. 124.

9 Tam­że, s. 123.

10 Tam­że, s. 85.

11 Tam­że, s. 165.

12 Tam­że, s. 51.

13 Tam­że, s. 16.

14 Tam­że, s. 126.

15 S. Black, Co mówią zwło­ki. Opo­wie­ści antro­po­lo­ga sądo­we­go, tłum. A. Waw­rzyń­ski, Łódź: Feeria Scien­ce, 2019, s. 10.

Michał Domagalski

– poeta, eseista.

więcej →

Fallback Avatar

– amerykański pisarz.

więcej →

Powiązane teksty

02.02.2026
Szkice

Zapaść sensów, powrót mitu i stany splątane fantastyki

Mimo że oba utwory dotyczą osobnych zjawisk, ich interpretacje prowadzą ku podobnym polom problemowym. Można je określić jako opowieść o kryzysie wielkich narracji, o nierozerwalnej więzi mitu z ludzką egzystencją oraz o katastrofizmie wpisanym w ludzkie doświadczenie – o najnowszych książkach Jacka Soboty i Jakuba Walickiego pisze Łukasz Kucharczyk.