Przejedźmy się z Jeffreyem do Konwergencji – sponsorowanego między innymi przez jego ojca, Rossa Lockharta, instytutu znajdującego się pośrodku niczego albo konkretniej: niedaleko Czelabińska. Przejedźmy się do ośrodka dającego nadzieję na to, że nasze odejście nie jest ostateczne, że zamiast „żegnaj” możemy powiedzieć „do zobaczenia”, że uda się doczekać lepszych czasów, uda się przechytrzyć śmierć, poddać ciało hibernacji, aby ludzkość zdążyła rozwiązać problemy, które przyniosło mu życie będące „bytem ku śmierci”. To swoista poczekalnia albo przynajmniej umieranie z nadzieją na odrodzenie się w lepszej rzeczywistości.
I
Choć w pierwszej chwili taki pomysł wydaje się mieć rodowód w science fiction, to zaraz zdajemy sobie sprawę, że odzywają się w tym wszystkim echa przekonań religijnych. Szczególnie gdy razem z Jeffreyem posłuchamy dialogów pracowników ośrodka, podejmiemy rozmowę albo z jego ojcem, albo z macochą, Artis Martineau, która czeka na swoją (tymczasową?) śmierć.
Choroby, z których głównym problemem jest stwardnienie rozsiane, nie dają Artis szans na przetrwanie, przynajmniej w znanej nam rzeczywistości – znanej tak dobrze jak przypadłości, których nazwy bywają synonimami oczekiwania na koniec: nowotwór, niewydolność serca, gruźlica, polio. Gdy jednak ponownie przyjrzymy się tym nazwom, zauważymy, że na przestrzeni ostatnich stu lat zmienił się ich zakres znaczeniowy. Niegdysiejsze jednoznaczne wyroki śmierci coraz częściej stają się wyłącznie utrudnieniem. Radzimy sobie, przynajmniej w niektórych przypadkach. Usuwamy guzy, wstawiamy konwertery, wymyślamy szczepionki. Jakbyśmy zmieniali chorobom ich definicje. Dzięki tym nowym definicjom zaczynamy inaczej rozumieć świat, a jednocześnie coraz mniej się go boimy. A może to tylko pozory? Może definiowanie i nazywanie nie przynoszą ukojenia?
*
Nie bardzo wiedziałem, czy wolę ufać, że jego wiara w ten cały proces jest szczera, czy że z rozmysłem ją sobie wpoił, żeby zagłuszyć wątpliwości. Czy bowiem perspektywa rychłej śmierci nie zachęca ludzi do jak najgłębszego samooszustwa?1
Jest w całej tej instytucji jakieś religijne dawanie nadziei opartej głównie na wierze w lepsze jutro. To nie nowy pomysł. Próby pokonania śmierci towarzyszą ludziom od dawna. Przekształcają się w mniej lub bardziej dramatyczne opowieści – Jezus, Dracula, Frankenstein. Wyobrażenie metod zmienia się w czasie, ale na razie – bez względu na to, jak dalece ich opis zwodziłby naukowością – to nadal wyobrażenie. I nawet poddanie się hibernacji, żeby wrócić w czasach, kiedy ludzkość będzie umiała rozwiązać nasze problemy, nie jest nowym konceptem – wystarczy przypomnieć sobie żywy na przestrzeni lat mit o rzekomo zahibernowanym Walcie Disneyu.
W Zero K Dona DeLillo pracownicy Konwergencji nadają tej wizji bardzo realistyczne – choć niekoniecznie realne – kształty. Kiedy Ross opowiada o tym, że teraz wreszcie, tutaj, w Konwergencji, odnajdą sposób na przeciwdziałanie okolicznościom powodującym koniec, a „umysł i ciało zostaną wskrzeszone do życia”, Jeffrey nazywa ów pomysł nienowym. I Ross się z tą oceną zgadza, jednak dodaje, że projekt „teraz jest bliski całkowitego ziszczenia”2.
*
Czelabińsk w 2013 roku stał się świadkiem (albo ofiarą) wydarzenia „kosmicznego”. 15 lutego w atmosferę Ziemi wszedł meteor i eksplodował na wysokości niespełna trzydziestu kilometrów z siłą wielokrotnie większą niż bomba zrzucona na Hiroszimę. Brzmi jak scenariusz filmu katastroficznego albo początek powieści postapokaliptycznej. Dodatkowo w naszych mózgach pewne fakty o meteorycie Czelabińsk wywołują skojarzenia z wymieraniem dinozaurów. Aż dziw, że w 2013 roku skończyło się bez ofiar śmiertelnych. Rany odniosło (tylko) tysiąc pięćset osób, a obrażenia były spowodowane głównie przez szkło pochodzące z potłuczonych szyb budynków.
Miejsce jak nieliczne odpowiednie do zbudowania instytutu, w którym można by przeczekać prywatny koniec. Pachnie tutaj niedoszłą apokalipsą. Jakby kosmos postraszył ludzkość losem dinozaurów. Poczucie zmierzchu jest wyraźne, ale jednocześnie przestrzeń ta daje nadzieję, że nie będzie on ostateczny. Nastanie jutrzenka. Wszystko pasuje, dostraja się niczym w filmie lub teatrze, w którym odegra się stary spektakl na tle nowych dekoracji. Wyświechtane obietnice ubierzemy w nowoczesne pojęcia
*
Obiecywanie odrodzenia wywołuje pytania, które nie pojawiają się, gdy po prostu żyjemy ze świadomością śmierci. Jak mają wyglądać Wyspy Szczęśliwe, Avalon, niebo, piekło, czyściec, szeol? Jak mamy sobie te miejsca wyobrażać? I o wiele trudniejsze pytanie: które z tych miejsc powinniśmy sobie wyobrażać? Bo tylko to mamy – wyobrażenia.
Przebudzenie w nowym świecie, w którym cuda medycyny i technologii zjednoczą siły, aby dać nam długowieczność, wydaje się nowym mitem zbudowanym na tych samych nadziejach. „To zwykły staroświecki fanatyzm” – jak stwierdza Jeffrey3. Żaden mit nie pozwala uciec od myśli, nie daje pewności. Zamrożona Artis („witryfikacja”, „krioprezerwacja”, „nanotechnologia”) cały czas tkwi w głowach Rossa i Jeffreya, i to wcale nie jako odpowiedź na odwieczne pytania.
*
Czy żyjemy ze świadomością śmierci? Może ona zaledwie się w nas odzywa, od czasu do czasu wywoływana przez różne zdarzenia – zgon i pogrzeb osoby mniej lub bardziej nam znanej – święta czy zwyczaje (halloween, dziady, Wielkanoc, Zaduszki), lekturę powieści, wiersza, opowiadania, czyjegoś wpisu w mediach z założenia społecznościowych. Wrzuca nas w refleksję nad śmiercią choroba – jak w przypadku Artis. Choroby, szczególnie przewlekłe, mogą uświadomić człowiekowi śmiertelność jego ciała i sprawić, że poczucie to pozostanie z nim na długo.
Śmiertelność naszego ciała, czyli nasza śmiertelność? Czy jest możliwe, że świadomość, dusza, przetrwa (przeżyje?) śmierć ciała? Ta perspektywa jest niezwykle kusząca. Ale jak kusząca, tak niesprawdzalna. Może zresztą wszystko, co chcielibyśmy wrzucić w worek z etykietą „świadomość”, wydaje się osadzone właśnie w naszej cielesności, czyż nie? Główną siedzibą „ja” jest mózg. Mózg zaś ma swoją siedzibę w głowie4, w czaszce, i tylko pobiera różne dane z zewnątrz za pomocą zmysłów. Chociaż potrafi sobie poradzić i bez nich.
Okazuje się, że jesteśmy w stanie usłyszeć, a właściwie odbierać muzykę bez używania uszu. Pobudzenie odpowiednich miejsc w mózgu może skutkować mrowieniem lub drętwieniem w różnych częściach ciała, a nawet spowodować, że badana osoba usłyszy „orkiestrę wykonującą konkretny utwór”. D.F., pacjentka Wildera Penfielda, usłyszała znany sobie utwór pod wpływem elektrycznej stymulacji konkretnych obszarów w mózgu5. Tych samych, które decydują o tym, że jakaś melodia nas męczy, albo pozwalają z radością odtwarzać ją sobie bezbłędnie, mimo że sygnał w radio jest zakłócony. Nasz mózg może sprawić, że usłyszymy utwór, który słyszeliśmy już wcześniej. Tak, tak – to zwycięstwo empirystów. Przynajmniej częściowe. Najpierw musimy doświadczyć tego dźwięku.
*
Czytanie Zero K Dona DeLillo to przyjemność gromadzenia pytań i nawarstwiania wątpliwości. Co stanie się ze mną po śmierci? – należałoby rozłożyć na pytania o szczegóły. Na przykład refleksję nad tym, co znaczy „ja”. Czy da się cały ciężar tego zaimka zamknąć w mózgu pod kopułą czaszki? Tak sugeruje scena, w której oprowadzani po Konwergencji przez przewodniczkę Ross i Jeffrey przyglądają się trzem ciałom wystawionym na widok jak pokazowe egzemplarze. To ciała, których mózgi przechowywane są w „szczelnie izolowanych naczyniach”. Jak zakładano, połączą się one z „resztą”, kiedy te „osoby” będą się odradzać. Co więcej, przewodniczka dodaje, że czasem amputuje się całe głowy, które w nowym (wspaniałym) świecie zostaną doszyte do innych ciał. „Za kilkadziesiąt lat taką głowę doszczepi się zdrowemu nanonikomu”6.
Mamy tendencję do traktowania mózgu oddzielnie od reszty ciała. Zupełnie jak w wykorzystywanym w najróżniejszych opowieściach motywie „mózgu w skrzyni”. Wszystko to tylko impulsy dostarczane na różne sposoby do mózgu. Można więc go oddzielić od reszty i niech czeka na lepsze czasy. A jeśli mózg odrodzi się w jakimś innym ciele, to i my się odrodzimy, prawda?
Tylko czy nie jesteśmy czymś więcej? Składową doświadczeń, kontaktów z innymi ludźmi – przyjaciółmi, krewnymi, kochankami – własnych odbić w lustrze, smaku potraw? Czy bez tego wszystkiego nadal jesteśmy sobą? Cóż to za dziwny konstrukt – „ja”. Tak oczywisty i tak trudny do uchwycenia. Czy możliwy poza czasem? Poza historią? Poza miejscem pochodzenia?
Czy możemy się od tego wszystkiego oderwać? Albo zostać oderwani jak Stak, syn Emmy, partnerki Jeffreya? Chłopiec z ukraińskiego sierocińca, zaadoptowany przez nią i jej byłego męża, dorasta i postanawia wrócić do ojczyzny. Ginie tam w trakcie wojny. Czyżby wolał zginąć wśród swoich niż żyć z przeświadczeniem o własnym niedopasowaniu? Tego się nie dowiemy. Tak jak w przypadku losu wielu prawdziwych osób pozostają nam wyobraźnia, opowieść lub pustka.
*
Czasy, w których toczy się akcja powieści Dona DeLillo i w których zasadniczo przyszło nam żyć, wydają się pełne zagrożeń. Meteor, którego obecność w okolicach Czelabińska czuje się lepiej niż gdzie indziej, to zaledwie jeden z wielu zwiastunów apokalipsy. Pozostałe – tak naturalne, jak związane z działalnością człowieka – wyświetlane są na wielkich ekranach w Konwergencji, przemierzanej przez Jeffreya. Samospalenia, katastrofy ekologiczne, konflikty. Bohater widzi śmierć Staka właśnie na jednym z takich filmów.
*
Katastrofa to nasza dobranocka7.
Śmierć się oddaliła. Trzymamy ją na dystans, jednocześnie ciągle się jej przyglądając. Ale na co dzień oddziela ją od nas jakiś ekran – komputera, telefonu, telewizora. Stała się częścią filmów fabularnych, dokumentalnych, biograficznych, a w ten sposób częścią naszego życia. Ale dzieci już nie widzą, jak zabija się koguta, wiedzą za to, jak smakuje jego pierś. Nie jadą na pogrzeb osoby z rodziny, bo – cytuję usłyszane – „to zbyt traumatyczne”, ale patrzą jak antagonista kolejnego bohatera posyła tłumy do piachu. Czy śmierć znaczy dla nas to samo co dla naszych przodków?
*
Ten gładki zabieg retoryczny sprowadzający wszystkich ludzi do kategorii „my” okazuje się nieskuteczny w kontekście osób wykonujących zawody oznaczające częstsze lub rzadsze spotkania ze śmiercią – w odniesieniu do pracowników zakładów pogrzebowych, lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych. Pewnie kogoś pominąłem, ale i tak jest już ich sporo. Ci ludzie nie potrzebują ekranu, aby otrzeć się o umieranie. Pozostałym… No cóż. Media pomagają zrozumieć, jaki świat jest brutalny. Przynajmniej dzięki ciągłej ekspozycji na tę brutalność możemy tak pomyśleć.
*
Współczesne media, relacjonujące na żywo tragedie z różnych części świata, nie pozwalają nam odpocząć od przeczucia katastrofy. Szybko uczymy się myśleć, że będzie ona miała charakter globalny. Chociaż zdarza nam się zastanawiać nad wymiarem osobistym apokalipsy, jak stwierdza Ross Lockhart: „Każdy chce mieć na własność koniec świata”.
Każdy chce mieć na własność koniec świata? Trzeba przyznać, że to efektowne zdanie. Dobre na otwarcie powieści. Takie, które można wrzucić na stronę z sentencjami. Pełne znaczeń. Sentencja pasująca do osoby pewnej siebie. Ross Lockhart, absurdalnie bogaty człowiek, człowiek sukcesu, wyraża tę myśl, kiedy jego druga żona czeka na wprowadzenie w stan tymczasowej śmierci. Formuła staje się również początkiem podróży jego syna przez korytarze i piętra Konwergencji. I z każdym następnym wydarzeniem traci swój urok, ponieważ zostaje zderzona nie tylko z innymi aforyzmami, ale także z wątpliwościami bohatera.
II
Pielęgnuj język, pomyślałem. Niech odzwierciedla poszukiwanie coraz bardziej zagadkowych metod, aż do poziomów subatomowych8.
Przejdźmy się z Jeffreyem po kolejnych piętrach i korytarzach tak wyjątkowego instytutu, w którym to tu, to tam czekają na nas rozważania o śmierci i o tym co wobec niej transcendentne. Chociaż z definiowaniem śmierci też nie idzie nam najlepiej – jakby przejście z jednego stanu w drugi wymagało narzędzi językowych, którymi na razie nie dysponujemy. Kiedy o tym myślę, ja, z zawodu czytelnik książek, posiłkuję się wspomnieniem tego fragmentu Zero K:
Nie wiedziałem też, w którym właściwie momencie następuje koniec. Kiedy człowiek staje się zwłokami? Przypuszczałem, że jest kilka pięter kapitulacji. Ciało wycofuje się z jednej funkcji, a potem może z innej, a może nie: przestaje pracować serce, układ nerwowy, mózg, różne jego części aż po mechanizm działania poszczególnych komórek. Uświadomiłem sobie, że jest ileś oficjalnych definicji i żadnej nie uznano jednogłośnie za słuszną. Wymyślano kolejne, stosownie do sytuacji. Wymyślali je lekarze, prawnicy, teolodzy, filozofowie, profesorowie etyki, sędziowie i przysięgli.
Uświadomiłem też sobie, że moje myśli bezładnie błądzą9.
Oficjalne definicje? Kiedy czytam, że śmierć następuje w momencie nieodwracalnego i całkowitego ustania funkcji mózgu, widzę bohatera wracającego niczym Michael Jordan do Bulls po dwóch sezonach nieobecności. Śmierć człowieka to śmierć mózgu. Czyżby potrzebne były jeszcze jakieś znaki równości?
*
…zwiedzam gmach, bo pragnę wiedzy10.
Muszę przyznać, że kiedy bohater-narrator błądzi od drzwi do drzwi, rozmawia z kolejnymi osobami lub wysłuchuje dialogów wygłaszanych z teatralnym zacięciem, ale ostatecznie wychodzi bez konkretnej odpowiedzi, przypomina mi K., który próbuje rozwikłać zagadkę swojego procesu lub wejść do „zamku”, żeby odkryć tajemnicę. Jeffrey podobnie jak postacie z dzieł Franza Kafki nie uzyskuje odpowiedzi. I nigdy nie wiemy, czy się do niej zbliża. Czy kolejne wypowiedzi pracowników i filmy ukazujące tragedie kryją w sobie coś, co może pomóc bohaterowi w znalezieniu sensu końca? Nawet jeśli jest to koniec tymczasowy?
*
Czy definiowanie przybliża nas do rozumienia zjawisk? Tłumaczenie jednego słowa innymi w tym samym ludzkim języku ma przynieść odpowiedź? Próba zmiany języka pomaga w niewielkim stopniu. Możliwe, że jeszcze bardziej komplikuje ów proces. I co zrobić z faktem, że tak rzeczywistość, jak same słowa zmieniają się w czasie? Czego właściwie oczekujemy? Żeby wszystko się wyjaśniło? Prawdy? Spokoju?
Może w Konwergencji chodzi o to, żeby ludzie umierali spokojniej niż wtedy, gdy myślą, że robią to raz na zawsze. Może lepsze czasy już nie nastąpią, ponieważ te są tak samo złe jak każde inne, ale nadzieja pozwala człowiekowi łatwiej znieść nieuniknione? Skoro wizja zaświatów z najróżniejszych religii wydaje się zbyt naiwna, to pora wymyślić nowe?
Fabuła w Zero K nie pozwala czytelnikowi krzyknąć: „sprawdzam!”. Historię tę opowiada nam przecież Jeffrey, któremu nie jest nawet dane obejrzeć całości obiektu ani doczekać czasów, gdy jego macocha, a ostatecznie także jego ojciec zmartwychwstaną (o ile to dobre słowo). Narrator – a wraz z nim również czytelnik – dotyka wszystkiego tylko powierzchownie, zamknięty w „tu i teraz”. Niedookreślone odejście nie pozwala pożegnać się na zawsze. Pozostawia w zawieszeniu. Uniemożliwia żałobę. W podobnej sytuacji jest zapewne Emma, która nie wie, że jej syn zginął na wojnie. Nie wie nawet, że wziął w tej wojnie udział.
*
Jeffrey od dziecka próbuje definiować. W trakcie pobytu w muzeum wciąga w budowanie zwięzłych i autorytatywnych wyjaśnień Staka – adoptowanego syna Emmy: „Zdefiniuj głaz”. Chłopak wygłasza formułkę, która mogłaby znaleźć się w podręczniku lub encyklopedii. Ale tak zdumiewająca precyzja niewiele zmienia. Słowo nie jest opisywanym przedmiotem czy zjawiskiem. Jakkolwiek byśmy się starali:
Była moją kochanką. Pocieszało mnie samo to wyobrażenie, słowo „kochanka”, piękna muzyczna nuta, zawisłe w powietrzu „och”. Zapadałem w bezmyślne rozmarzenia, badając ten rzeczownik, nadając mu w wyobraźni kobiecy kształt, czując się jak nastolatek w oczekiwaniu dnia, gdy będzie mógł wreszcie sobie powiedzieć, że ma kochankę11.
Poetycko? Może. Ale to nadal tylko słowo, a nie kochanka. A przecież są pojęcia jeszcze trudniejsze do zdefiniowania. Zdefiniuj „podmiot”, mówię sobie. Zdefiniuj „ludzki”, zdefiniuj „zwierzęcy”.
Nie ulega wątpliwości, że szczególnie to pierwsze staje się tematem powieści Dona DeLillo. „Ja” – musimy odkryć, kto to, skoro chcemy wiedzieć, czy wciąż żyje i czy będzie mieć „na własność koniec świata”. W jaki sposób to jednak zrobić, skoro „ja” czasami „czuję się sztucznie sobą, jestem kimś, kto rzekomo ma być mną”12 – jak w pewnym momencie stwierdza Artis.
*
Co może przybliżyć Jeffreya do sensu końca? Czy bohater w ogóle go szuka? Czy nie zostaje po prostu wrzucony w tę sytuację przez ojca? Jego rozumienie śmierci określa sytuacja z przeszłości. To koniec bardzo prywatny – śmierć matki:
Kiedy moja matka umarła w swoim mieszkaniu, siedziałem przy jej łóżku, a przyjaciółka matki, kobieta z laską, stała w drzwiach. Właśnie tak miałem potem wspominać tamtą chwilę, zawężoną teraz i zawsze do kobiety w łóżku, kobiety w drzwiach, samego łóżka i metalowej laski13.
To doświadczenie osobiste, wyjątkowe i tak różne od powtarzalnego procesu, któremu poddawani są „pacjenci” w Konwergencji.
*
Czym jest „Zero K”? Jeśli wierzyć w wyjaśnienie zawarte w powieści, tytuł nie ma nic wspólnego z kafkowskim bohaterem. To kolejny teatralny, ale i językowy chwyt. Zero K to nazwa oddziału w Konwergencji, w którym ma się odbyć zamrożenie ciała. Samo „K” pochodzi od Kelvina. Zero K oznacza więc zero absolutne, minus dwieście siedemdziesiąt trzy stopnie Celsjusza. Okazuje się jednak, „że temperatura w krioprzechowalni – wbrew nazwie – nie spada aż do zera K”14.
*
Ze śmiercią, a także z całym cyrkiem, który jej towarzyszy, wiąże się zapewne więcej frazesów niż z jakimkolwiek innym aspektem ludzkiego życia15.
Literatura pełni też tę funkcję – służy do oswajania końca, do oswajania przemijalności. Na początku Zero K Dona DeLillo zdawało się robić właśnie to. Ale teraz, gdy kończę ten esej, myślę, że może ta książka skłania do innych pytań. Słowa dają tylko pozór prawdy? Niczego w rzeczywistości nie oswajają? Są teatralnym gestem? Tak samo jak literatura?
Wszystkie przypisy, o ile nie podano inaczej, za: D. DeLillo, Zero K, tłum. M. Kłobukowski, Warszawa: Noir sur Blanc, 2017.
1 Tamże, s. 77.
2 Tamże, s. 15.
3 Tamże, s. 102.
4 „Mózg jest w głowie, ale i poza głową” – śpiewał kiedyś Kazik Staszewski. Pod rozwagę.
5 B.K. Bergen, Latające świnie. Jak umysł tworzy znaczenie, tłum. Z. Lamża, Kraków: Copernicus Center Press, 2017, s. 38–39.
6 D. DeLillo, Zero K, s. 130.
7 Tamże, s. 62.
8 Tamże, s. 124.
9 Tamże, s. 123.
10 Tamże, s. 85.
11 Tamże, s. 165.
12 Tamże, s. 51.
13 Tamże, s. 16.
14 Tamże, s. 126.
15 S. Black, Co mówią zwłoki. Opowieści antropologa sądowego, tłum. A. Wawrzyński, Łódź: Feeria Science, 2019, s. 10.
