A co jeśli najsłynniejszy poemat o mieście, czyli Poemat o mieście Lublinie Józefa Czechowicza, jest tylko bardzo zawiłym opisem herbu miasta? Biały koziołek wspina się na krzew winny tak jak tajemniczy wędrowiec, który wspina się do Lublina i widzi już „kręte uliczki starego przedmieścia, Wieniawy. Dawniej, gdy winnice opinały te wzgórza, nazywano je: Winiawa”. Co prawda nikt jeszcze nie napisał poematu o wszystkich pyszniących się tu górkach, ale nie bez powodu Lublin nazywa się „Miastem Inspiracji”. Tą poetycką mapką turystyczną podpowiadam, gdzie szukać natchnienia.
W wiecznie dalekim Lublinie z roku na rok ten sam miły znój: dostawić kolejną cyferkę w raporcie o rocznej liczbie turystów i turystek. Na sesjach rady miasta rozmaite wymiary dyskusji o roku 2029, kiedy będzie tu Europejska Stolica Kultury. Mowa też o strategii przygotowania się do milionów wizyt; wtedy pada stwierdzenie, że przyjeżdża tu „turysta nieco niszowy” – i tak do tekstu o miejscach poezji w Lublinie trafia Marcin Wroński, pisarz kryminałów retro i debiutant w radzie miasta. Jeden z tych przystanków jest zresztą miejscem zbrodni.
Adres, który nie istnieje: Krakowskie Przedmieście 46
Oaza – używając szczypty magii, tak można nazwać plac między Kościołem pw. św. Piotra i Pawła a gmachem Poczty Polskiej, zwłaszcza kiedy jest bardzo gorąco i mamy za sobą wędrówkę po Starym Mieście i deptaku, na którym w tym roku uschły wszystkie drzewa. Tutaj rosną dwa i dają wytęskniony cień. Pomiędzy nimi pomnik, wokół trawa. Nie tak łatwo wyobrazić sobie kamienicę, która stała tu zamiast nich siedemdziesiąt trzy lata temu. Ale pomogę: trzy piętra, blaszany dach. Część pomieszczeń to mieszkania, ale były też sklepy i zakład fryzjerski Felicji Ostrowskiej. Dziś szumią drzewa, a 9 września 1939 roku szumiały niemieckie pociski i przyciągały jak magnes. Ale tylko jedną osobę.
A tu bomba trach!… Ja ani mru-mru, trzymałem się ściany. Józef tymczasem rzucił się wprost na bombę, jakby go ciągnęła magnesem. Toteż tak go poszarpała, że nic z niego nie zostało. Boże, jakże on się bał tych bomb, to wprost nie do uwierzenia! Co tylko samoloty wylecą, on już w rowie leży
– wspominał Stanisław Piętek w tekście Józef Czechowicz – człowiek i poeta.
Słowa te przypomniane w tym miejscu mimo upału mogą wywołać dreszcze. Podobnie jak inne, z wiersza Czechowicza żal: „rozmnożony cudownie na wszystkich nas / będę strzelał do siebie i marł wielokrotnie” albo „i bombą trafiony w stallach”.
Adres, który łączy światy: Złota
Czy Franciszka Arnsztajnowa, urodzona trzydzieści dwa lata przed Czechowiczem poetka i organizatorka życia literackiego, byłaby zdziwiona, gdyby się dowiedziała, że tuż przy jej kamienicy, na ulicy Złotej 3, będzie mieściło się Muzeum Literackie im. Józefa Czechowicza? Być może nie, bo sama była fanką jego twórczości. Mieszkała na Złotej 2, a adres ten doskonale znał jej młodszy kolega po piórze, ponieważ właśnie tam odbywały się posiedzenia Związku Literatów w Lublinie, powołanego do życia między innymi przez ich duet.
Czy w Lublinie wszystko łączy się z Czechowiczem? To bardzo prawdopodobne, ale między Józefem a Franciszką wcale nie trzeba na siłę szukać połączeń. Tworzyli je sami i nie przestawali zadziwiać. Dowodem ich zażyłości są chociażby Stare kamienie: wspólny zbiór wierszy, w którym teksty nie są podpisane nazwiskiem osoby autorskiej. Już wówczas te puzzle nie były dla nikogo wyzwaniem: Czechowicz uchodził za bardzo zdolnego poetę, natomiast jakość literacka nie była w czołówce zalet Arnsztajnowej.
Dziś to na Złotej 3 najmocniej w Lublinie tętni życie poetyckie. Działalność muzeum, do którego wchodzi się już nie tyle po schodach, ile po wersach słynnej Inwokacji („Liczę 22 piętra / liczę 22 lata…”), nie ogranicza się do historii z XX wieku, obejmuje również poezję współczesną: przekonała się o tym zapewne część osób czytających ten tekst choćby przy okazji Lubelskiej Sceny Poetyckiej, organizowanej w muzeum do spółki z Fundacją Heuresis. Ale po dawkę literatury można tam zajrzeć nie tylko w dni festiwalowe.
Kamienica przy Złotej 2 ma luźniejsze związki z literaturą, co w trosce o dobrą kondycję fizyczną warto sprawdzić, wspinając się na jej trzecie piętro bez zadyszki (to chyba niemożliwe, coś musi być nie tak z tymi schodami). Mieszczą się tu lokale usługowe i wydział kultury Urzędu Miasta. Nieoficjalna wieść niesie, że serwowane w barze U Fotografa frytki regularnie są świadkami nie tylko literackich pofestiwalowych dyskusji.
Było coś o kondycji fizycznej i schodach? Meldują się więc schody w Zaułku Hartwigów. Ponieważ nad ich stopniami również jest poezja (W ciemności Julii Hartwig), z turystycznego punktu widzenia lepiej po nich wchodzić niż schodzić. Wtedy na starcie, od ulicy Kowalskiej, zobaczymy jeszcze jeden wiersz (Koleżanki Julii Hartwig). Zanim jednak uznacie, że to coś charakterystycznego dla tego konkretnego miejsca: w Lublinie często mamy wiersze na ścianach budynków i nad stopniami schodów – and I think it’s beautiful.
Zaułek Hartwigów to prawdopodobnie najbardziej zielony punkt Starego Miasta, który powstał w lokalizacji dawnej cloaca maxima, a więc kanału zbierającego nieczystości z pobliskich domów. Fotografowanie tamtejszych schodów upodobał sobie Edward Hartwig (tak, on też znał się z Czechowiczem). I nic dziwnego, bo to miejsce o wyjątkowym klimacie. Docenia się go, robiąc zdjęcie lub… idąc na randkę – jego „całuśność” to jedna z zalet wskazywanych przez lokalsów.
Gdyby nie Julia Hartwig, zaułek poświęcony jej rodzinie opisywany byłby raczej na łamach pisma o fotografii: jej ojciec Ludwik i brat Edward mieli w tej dziedzinie uznaną pozycję. Geny artystyczne w przypadku Julii objawiły się wierszem: miała piętnaście lat, kiedy jej debiut poetycki (Ktoś zgubił słowo „poezja”/ I szuka jej w obcym kraju) ukazał się na łamach międzyszkolnego pisma literackiego „W Słońce” (fun fact dla osób tropiących Czechowicza: w tym samym numerze opublikowano przeprowadzony z nim wywiad). Z czasem historia wywiała artystkę na poważniejsze łamy i z dala od rodzinnego miasta, do którego jednak Hartwig regularnie powracała: nie tylko podczas wizyt, ale również w wierszach.
Poetka po osiemdziesięciu czterech latach życia mówiła:
Trudno żeby człowiek wrażliwy, który mieszka w Lublinie, nie wyczuł tego, czym jest to miasto. Jakim oddycha szczególnym oddechem, połączonych jak gdyby różnych płuc, różnego pochodzenia, różnych języków.
