Trzydzieści dziewięć metrów długości najdłuższego boku trójkąta, dziewiętnaście metrów – najkrótszego. Zielony klin między ulicami Wiślisko i Gurgacza na krakowskich Grzegórzkach. Kameralny trójkątny skwer, który przez ponad pół wieku pozostawał bezimienny.
Od 2022 roku ten pas zieleni z przecinającym go na pół niczym wstążka chodnikiem nosi imię Janiny Ipohorskiej. Lub też, jak można przeczytać na tablicy wbitej u podstawy trójkąta, „Jana Kamyczka”. Pseudonim jest olbrzymi, zapisany większymi literami niż nazwisko, a jeśli ktoś nie wie, kim był Kamyczek, może pomyśleć, że to bohater wojenny, żołnierz Armii Krajowej wsławiony w walce o wolność.
Ipohorska, owszem, była wierną i oddaną żołnierką, służyła jednak znanemu powojennemu tygodnikowi. Niektórzy twierdzą zresztą, że umarła na „Przekrój”.
Nazwanie skweru jej imieniem jest hołdem i pośmiertnym prezentem dla wieloletniej redaktorki pisma, która mieszkała zaledwie sto dwadzieścia metrów dalej, w dwupiętrowym powojennym bloku przy Siedleckiego 4. Tych kilka drzew i krzewów porastających pas zieleni widziała z okna swojej kawalerki na pierwszym piętrze. W ciągu kilkudziesięciu lat, które spędziła na Grzegórzkach, nieraz tędy przechodziła. Czy mogłaby wówczas pomyśleć, że ktoś kiedyś nazwie tę kieszonkową zieleń na jej cześć? Z pewnością taka myśl nie przyszłaby Ipohorskiej do głowy.
Ipohorska była osobą zbyt skromną na tak brawurowe myśli. Wybór niepozornego pasa zieleni, mimo że podyktowany lokalizacją, jest jednak symboliczny i spójny z postawą redaktorki, która ukrywała się za wieloma pseudonimami, ożywiając krakowski tygodnik, tak jak miejska zieleń ukryta pośród powojennych bloków ożywia osiedle. Na tym osiedlu Ipohorska żyła i pracowała, poświęcając długie godziny „Przekrojowi” w swoim surowo urządzonym mieszkaniu.
Przez wiele lat Kraków znałam jedynie mgliście z wycieczek szkolnych, a potem, w dorosłym życiu – z październikowych targów książki. Kojarzył mi się ze smogiem, korkami, spotkaniami autorskimi, wystawami i brodzeniem w błocie od tramwaju do hali, gdzie odbywały się targi. No i z nocnym Kazimierzem. Mokre dywany Grzegorza Turnaua, Marcin Świetlicki gdzieś w nocnym barze i „król Polski” Robert Makłowicz na ekranie telewizora.
Ależ byłam ignorantką!
W czerwcu bieżącego roku dzięki rezydencji w Willi Decjusza, do której przyjechałam, by pisać biografię Janiny Ipohorskiej, poznałam nowe dla mnie oblicze Krakowa. Zielone i żywe! Zobaczyłam hektary nowohuckich łąk, jeziora w środku miasta, trasę rowerową wzdłuż Rudawy i liczne parki miejskie z opalającymi się na kocach mieszkańcami i mieszkankami Krakowa. No i poznałam Grzegórzki. Po wojnie, jeszcze zanim powstała Nowa Huta, Grzegórzki były dominującym obszarem przemysłowym Krakowa. Potem mimo decyzji administracyjnej o przeniesieniu uciążliwych dla ludności fabryk i tak część z nich pozostała na Grzegórzkach. Nadal funkcjonowały tutaj dawne zakłady Zieleniewskiego (które przemianowano na Zakłady Budowy Maszyn i Aparatury im. Stanisława Szadkowskiego), rzeźnia miejska oraz Zakłady Przemysłu Cukierniczego „Wawel”.
Ipohorska, przechadzając się po osiedlu lub choćby wychylając z okna, wdychała więc zapach mięsa i czekolady, słuchała stukotu ciężkich maszyn i przejeżdżających blisko jej okien pociągów.
Po raz pierwszy na Grzegórzki wjechałam rowerem od strony Kazimierza. Jeden krok przejściem pod torami kolejowymi dzieli turystyczną część Krakowa od spokojnej i zacienionej części mieszkalnej, w której na szczęście nie ma tylu lokali na wynajem krótkoterminowy co na sąsiednim Kazimierzu. Grzegórzki to także słynna Hala Targowa. Żeby znaleźć wartościowe skarby, najlepiej stawić się tam najpóźniej o siódmej rano. Mój znajomy kupił tam niedawno pierwsze wydanie książki Myśli ludzi wielkich, średnich oraz psa Fafika – zbiór aforyzmów, które pojawiały się na łamach „Przekroju” w rubryce o tym samym tytule od 1951 roku. Tworzyli je ukryci pod wieloma pseudonimami Marian Eile i Janina Ipohorska. Pomiędzy aforyzmami Seneki, Ernesta Hemingwaya, Homera czy Williama Shakespeare’a znajdziemy tu myśli Kreci Pataczkówny, Alojzego Kaczanowskiego, Jana Kamyczka czy Braci Rojek – między innymi tych pseudonimów używała Janina Ipohorska.
Pisanie jej biografii to robota detektywistyczna; czuję się, jakbym obierała kolejne warstwy cebuli – książka autorstwa Braci Rojek, w której są cytaty z Jana Kamyczka czy Kreci Pataczkówny, a za tym wszystkim stoi Janina Ipohorska. I jak przy krojeniu cebuli, tak i tutaj trudno uniknąć łez – ta historia do wesołych nie należy. Zawsze w cieniu, zawsze druga (lub na odleglejszej pozycji), redaktorka nie pchała się na afisze i przez wiele lat nikt nie dbał o jej dobre (ani żadne inne) imię. Były o niej jakieś wzmianki w książkach, jakieś artykuły, parę osób uśmiechnęło się, usłyszawszy jej najbardziej znany pseudonim – Jan Kamyczek – czy tytuł głośnej w latach 50. i 60. XX wieku książki Grzeczność na co dzień.
Ipohorska nie tylko redagowała, ale też pisała, tłumaczyła, rysowała i malowała. Potrafiła zarówno stworzyć kryminał, jak i opracować scenografię teatralną. Podobno w redakcji widziano głównie jej pochylone nad biurkiem plecy. Była najbliższą współpracowniczką Mariana Eilego, jego wieloletnią zastępczynią.
I jeśli on był twarzą „Przekroju”, to ona była jego mózgiem. Tylko z nią Eile naprawdę liczył się w kwestiach pisma.
Na temat Mariana Eilego powstały już trzy książki biograficzne. Jeśli liczyć album wydany przez MOCAK, to nawet cztery. Eile ma też oczywiście skwer swojego imienia. Duży, okazały, z placem zabaw, ławkami i fontanną, po drugiej stronie Grzegórzek, między Małopolskim Urzędem Wojewódzkim a Aleją Powstania Warszawskiego.
Jak dobrze, że krakowska przewodniczka Alicja Zioło dostrzegła tę niesprawiedliwość i zawalczyła o skwer także dla Ipohorskiej. Ten mały zielony zakątek w dawnej dzielnicy robotniczej przypomina o ciężkiej pracy osób, które po cichu, nie dbając o rozgłos, budują wielkie dzieła. Dobrze byłoby jednak, gdyby pośród klonów i krzaków róż pojawiła się na skwerze choć jedna ławka.
