W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Suburbia”
„Jeżeli ktoś w słowie suburbia widzi metaforę – ma rację. Chcemy, aby miejsce w internecie noszące tę nazwę było tym swojskim przedmieściem, gdzie największą wartość ma autentyzm i gdzie poczucie odrębności, a nawet pewnego wykluczenia, jest źródłem dumy”. Zdanie-manifest, jasno postawiony cel redakcji, zachęta do szukania wartości tam, gdzie być może nie zawsze skierowane są światła reflektorów. Magazyn „Suburbia” to przestrzeń otwarta na głosy spoza mainstreamu, ale niepomijająca tego, co nadaje puls sprawom bieżącym, być może właśnie tym najistotniejszym. Tekst Mirosława Drabczyka Niezgoda na zło świata, otwierający numer lutowy, poświęcony jest Renée Nicole Good, zastrzelonej w styczniu w Minneapolis przez funkcjonariusza federalnej służby ICE. Good była trzydziestosiedmioletnią kobietą, matką trójki dzieci, świadkinią wydarzeń ulicznych w Minneapolis, a także poetką (docenioną przez Academy of American Poets). Jej wiersz Ucząc się o sekcji świńskich płodów, zamieszczony na stronie „Suburbiów”, nie jest przedmiotem chłodnej analizy Drabczyka, nie służy szukaniu ukrytych znaczeń i docenianiu kunsztu literackiego autorki. Jest raczej puentą wieńczącą wywód, w którym autor, wyszedłszy z założenia, że poezja to zadanie wymagające wsłuchiwania się w świat, to zdolność namysłu nad różnymi przejawami życia, pokazuje, jak ten namysł i wrażliwość mogą nasz świat polepszyć. Jest więc poezja objaśnianiem i odsłanianiem tego, co niekiedy powoduje, że zamykamy oczy. Czasem krzykiem i buntem, które w obliczu bezsensownej śmierci Reéne Nicole Good wydają się jedyną słuszną reakcją.
*
Punktem wyjścia opublikowanej w „Suburbiach” rozmowy Rafała Kasprzyka z Jarosławem Maślankiem jest napisana przed kilku laty powieść Maślanka Liczby ostatnie. Apokaliptyczny obraz świata, osamotniona jednostka, poddana presji mechanizmów wykluczenia, mierząca się z konsekwencjami upadku wspólnotowości i doświadczająca cybertotalitaryzmu – to rdzeń fabuły, z którą muszą się zmierzyć czytelnicy. Zmierzyć – ponieważ problematyka powieści może wywoływać niewygodne emocje i prowadzić do bolesnych wniosków. Książka skłania do pytań o to, co znaczy być człowiekiem w dzisiejszym, pełnym napięć i konfliktów świecie, na skraju katastrofy klimatycznej. W tym mroku być może uda się znaleźć szczelinę – Kasprzyk zastanawia się, czy ów trudny czas jest rzeczywistą agonią naszego świata, ostatnim etapem ludzkiej podróży, czy może momentem przejściowym, okresem prowadzącym do zmiany na lepsze. Jarosław Maślanek stawia zaś pytanie jeszcze głębsze – skoro izolacja może być wolnością, to czy samoizolacja niesie ze sobą potencjał wolności absolutnej? W ten sposób autor Liczb… niejako naturalnie przechodzi do kwestii samego pisania, związanej z nią samotności, ale także potrzeby uznania czy tworzenia wspólnoty z czytelnikami. Maślanek nie kryje rozczarowania rynkiem literackim. Stwierdza:
Męczy mnie rozdźwięk między odbiorem moich książek, tym, jaki feedback otrzymuję od czytelników/czek, z recenzji i opinii, które są w większości pozytywne, a zainteresowaniem, albo jego brakiem ze strony rynku wydawniczego.
Wyznaje jednak, że pisze przede wszystkim po to, by „przetrawić siebie i świat”.
„Wyspa. Kwartalnik Literacki”
Dokąd może nas zabrać literatura? Jakie znaczenie ma dla nas na różnych etapach naszego życia? Od czego jest ucieczką, a do czego może prowadzić? Opublikowany w kwartalniku Wyspa esej Slavenki Drakulič jest próbą odpowiedzi na powyższe pytania, zadawane jednak bez pretensji do uogólniających diagnoz i wyroków. To osobista wędrówka w czasie, w trakcie której autorka kreśli mapę przebytych czytelniczych tras i rozszyfrowanych tropów. Zaczyna od opisu swoich pierwszych impulsów twórczych, następnie zastanawia się nad zjawiskiem ciekawości – jeszcze nieuświadomionej, ale już pozwalającej przeczuwać rolę literatury jako przestrzeni ratunku – kończy zaś na sformułowaniu znacznie dojrzalszych przemyśleń związanych z przekonaniem o tym, że książki będą stwarzać jej świat. Jak sama mówi:
Miłość do książek jest czymś, co sama wypracowałam, czymś, czego nie odziedziczyłam ani nie wyniosłam z domu. Książki są częścią mojej tożsamości – dorastałam z nimi, uciekałam do nich, pocieszałam się nimi, gdziekolwiek byłam.
Namysłowi nad znaczeniami czytelniczych wyborów towarzyszy materialne doświadczanie literatury. To cały bagaż wspomnień, na który składają się tanie kieszonkowe wydania książek, za małe regały, notatki z lektury, kurz bibliotek. Drakulič, prowadząc intymną narrację, przed każdą czytelniczką i każdym czytelnikiem otwiera uniwersalną opowieść.
*
„Keats jest jednocześnie namacalny i eteryczny. Jego słowo łączy bogactwo barw z «pełnią krągłego dźwięku», zachowuje złoty środek między obrazem a muzyką” – pisze Rolf Schilling. Jego tekst to swego rodzaju hołd, a z pewnością co najmniej wyraz uznania dla dorobku angielskiego twórcy, nazywanego poetą poetów. Schilling wypunktowuje przejawy talentu Keatsa: harmonię fraz, uderzającą równowagę ducha i zmysłowości, siły i emocji, panowania i oddania, porządku i wolności – lista jest długa, lecz nie w tym rzecz, żeby ją całą tu wymieniać. Podobnie jak nie ma chyba większego sensu przypominanie i odkrywanie w tym miejscu ukrytych znaczeń tragicznej biografii Keatsa, w której słynna fraza „ulubieńcy bogów umierają młodo” znalazła potwierdzenie. Schilling wyczerpująco omawia te kwestie na łamach „Wyspy”. Warto zaznaczyć, że esencja jego tekstu pozostaje do pewnego stopnia niesprecyzowana, krystalizuje się i ujawnia dopiero w toku indywidualnej lektury – cel stanowi zaś zachęcenie odbiorców do samodzielnego odkrywania poezji Keatsa.
„Rita Baum”
Pierwszym tekstem, który przyciągnął naszą uwagę w tym wydawanym we Wrocławiu piśmie literacko-artystycznym, jest Skóra płótna Tomasza Poznysza. Artykułowi towarzyszą ilustracje przedstawiające obrazy autora. Ten malarz przekształca dzieła znane z historii sztuki, pokrywając ciała znajdujących się na nich postaci tatuażami. W publikacji wyjaśnia sens swoich działań na przykładzie zmienionego przez siebie płótna Jeana-Auguste’a‑Dominique’a Ingres’a z 1814 roku (oryginał znajduje się w Luwrze). Artysta zapisuje:
Mój obraz prezentuje tradycyjny akt, w którym nagie ciało modelki zostało przykryte tatuażem, na którym goryl – ikona feministycznej grupy artystek Guerrilla Girls – walczy z wężem, fallicznym symbolem opresji. Tatuaż w całościowy sposób pokrywający ciało znany jest jako „garnitur”, męski strój kojarzący się z władzą i wysoką pozycją w strukturze społecznej. To, co przyciąga spojrzenie w akcie, zostało zakryte, a namalowana kobieta przyłapuje wzrokiem widza. Staram się, aby w ten sposób przechwycić tę tradycję zachodniego malarstwa i odwrócić patriarchalne znaczenia, wpisane w te formy.
Tomasz Poznysz opisuje również techniki, jakimi posługiwał się w trakcie tworzenia obrazów z cyklu Pod skórą. Wykorzystywał wówczas swoje wykształcenie konserwatorskie, starając się łączyć – o czym sam wspomina – znajomość warsztatu technologicznego dawnego malarstwa ze współczesną wrażliwością. Praca tego rodzaju przebiega wieloetapowo. Ważnym punktem procesu twórczego jest nanoszenie na wyschniętą farbę wzoru tatuażu, a następnie pęknięć, wizualnie postarzających obraz. „Wielokrotne naciąganie płótna, wypełnianie spękań patyną i pogłębianie rys to celowy zabieg fałszerzy” – dodaje malarz. Chętnie obejrzałybyśmy jego dzieła w galerii czy na wernisażu, dlatego od razu sprawdziłyśmy, czy to możliwe. Ostatnio Poznysz pokazywał swoje obrazy we wrocławskiej Galerii Miejskiej. Czekamy na kolejne wystawy!
*
W magazynie „Rita Baum” znalazły się także niezmiernie interesujące teksty o twórczości Witolda Wirpszy. Oprócz fragmentów jego poematu Faeton możemy przeczytać artykuł Dariusza Pawelca, który w Listach o Faetonie przedstawia proces powstawania tego niezwykłego utworu. Wirpsza pisał go przez trzydzieści lat, od 1938 do 1968 roku. Długo trwało również pisanie przez Tymoteusza Karpowicza przedmowy do berlińskiego wydania tej książki. Pawelec przytacza korespondencję obydwu pisarzy, cytuje rozmaite opinie, następnie zaś podsumowuje:
„Faeton” Witolda Wirpszy jest w dzisiejszej poezji znakomitym odpowiednikiem teatru absurdu, reprezentowanego przez Witkiewicza, Ionesco, Becketta, Adamova i innych. W sposób najbardziej awangardowy, zarówno w treści, jak i w formie, rozwija on epokowe osiągnięcia mistrzów poematu heroikomicznego […]. Wykorzystując grecki mit, pogłębiony przez Owidiusza w „Metamorfozach”, poeta z wyjątkowym talentem atakuje okrucieństwo totalitaryzmu bogów wszystkich Olimpów (uniwersalizm poematu), wśród których bez trudu rozpoznajemy Czerwony Olimp Kremla i satelitarne pod-Olimpy.
To niejedyny artykuł w „Ricie Baum” poświęcony Witoldowi Wirpszy. Grzegorz Olszański w tym samym numerze periodyku pisze o wizycie poety na wystawie fotografii The Family of Man Edwarda Steichena (w 1959 roku pokazywanej także w Polsce). Zwiedzanie ekspozycji przyniosło rezultat w postaci książki Komentarze do fotografii. Co w amerykańskich zdjęciach zirytowało pisarza? Tego możecie się dowiedzieć, jeśli sięgniecie po wrocławski magazyn.
„Tygodnik Powszechny”
Jak zapisuje Patrycja Bukalska w artykule Lekcja z kreskówki, Finowie przystąpili do nowego projektu czytelniczego. Otóż dzieci z pierwszych klas szkoły podstawowej przez trzy miesiące mają otrzymywać za darmo prenumeratę komiksu o Kaczorze Donaldzie. Następnie zaś specjaliści przeprowadzą badania nad tym, w jaki sposób regularny kontakt z lekturą wpłynął na biegłość małych czytelników w przyswajaniu przez nich słowa pisanego.
Nie bez powodu wybrano właśnie historię o słynnym kaczorze. Jest to bohater fikcyjny niezmiernie popularny w Finlandii. Magazyn poświęcony jego przygodom ukazuje się co tydzień nieprzerwanie od 1951 roku w nakładzie przekraczającym sto tysięcy egzemplarzy. Bohater kreskówki Disneya stał się w tym kraju wręcz kulturowym fenomenem, można o nim przeczytać nawet w języku północnosaamskim, którym posługują się rdzenni mieszkańcy Finlandii, Norwegii i Szwecji. Tu ciekawostka: opowieść o wujku Donalda, Sknerusie McKwaczu, została oparta na fińskim eposie narodowym Kalevala. To tak jakby w Polsce wydano komiks o kaczorze zainspirowany Panem Tadeuszem. W towarzyszącym artykułowi wywiadzie Kari Korhonen, rysownik i autor fińskiej wersji komiksu, mówi:
Kaczor Donald został wybrany do projektu przede wszystkim z powodu wysokiego poziomu tłumaczenia na fiński. Fiński jest skomplikowanym językiem, a fińscy redaktorzy często byli nagradzani za jego barwne i pomysłowe użycie w komiksie. Dzieci z wielu pokoleń, w tym ja sam, nauczyły się z tych zeszytów czytać.
Czy uczniowie z helsińskich szkół dzięki Donaldowi zaczną więcej czytać? Na odpowiedź musimy poczekać do końca wiosny, kiedy wyniki prowadzonych badań zostaną opublikowane.
*
Z kolei Jacek Wakar, nowy recenzent „Tygodnika…”, w recenzji zatytułowanej W kostiumie pisze o dwóch spektaklach Agaty Dudy-Gracz. Przedstawienie Memling, czyli historia końca świata powstało w gdańskim Teatrze Wybrzeże, a Między nogami Leny, czyli „Zaśnięcie Najświętszej Marii Panny według Caravaggia” w Teatrze Śląskim w Katowicach. W obydwu widowiskach reżyserka symbolicznie wprowadza widzów do wnętrz obrazów, a także do zmęczonych gorączką twórczą głów malarzy. Choć w pierwszym przypadku w centrum historii nie umieściła wcale tytułowego artysty, lecz innego niderlandzkiego malarza – Hugona van der Goesa. Obu tych mistrzów pędzla Wakar zestawia z bohaterami Amadeusza Petera Shaffera, Mozartem i Salierim, którzy według autora artykułu zostali mniej uczciwie potraktowani przez brytyjskiego dramatopisarza. Zapisuje:
Duda-Gracz podnosi wątek załamania psychicznego Goesa, które ten przeszedł w klasztorze augustianów, leczony muzyką. Reżyserka rysuje postępujące obłąkanie, akcentując, iż jego przyczynę sam Hugo widzi w rosnącej pozycji Memlinga, gdyż ten odebrał mu należne zaszczyty i apanaże.
Z kolei w śląskim przedstawieniu patrzymy na sceniczną rzeczywistość przede wszystkim obłąkanymi oczami Caravaggia, który „stacza się na dno upadku w opłakiwaniu ukochanej, bo wraz z jej odejściem dla bohatera kończy się cały świat”. Po przeczytaniu recenzji Wakara można nabrać ochoty, żeby złapać najbliższy pociąg i pojechać na obydwa spektakle.