W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Twórczość”
Jaka forma opowieści najlepiej oddaje dziecięce emocje i wrażliwość? Co sprawia, że w pewne historie przedstawione z perspektywy młodzieńczej łatwo uwierzyć, a inne są traktowane obojętnie lub z nieufnością? Najtrudniej zapewne odzwierciedlić prostotę języka pozbawionego niepotrzebnego chaosu, oznak kotłowaniny myśli i uczuć – tak aby ukazać stan, w którym nie potrafimy jeszcze rozpoznawać i nazywać niuansów życia emocjonalnego. Świetnie udaje się to Adamowi Kaczanowskiemu w tekście Przez okno. Głównym bohaterem opowiadania jest chłopiec; wgląd w jego świat uzyskujemy już w pierwszych zdaniach historii, chwilę po uczynionym przez niego – a ściślej: dorosłą wersję tej postaci – wyznaniu. To jedyny ślad optyki dorosłego obecny w tekście, akapit poniekąd przygotowujący nas do skoku w głębię. Zanurzamy się bowiem w świecie dziecięcych wspomnień i emocji o największym natężeniu. Sprawa, której dotyczy wspomnienie, nie należy do najprzyjemniejszych. Zanim jednak poczujemy ucisk w piersi, wraz z chłopcem napawamy się dumą z powodu ulepionych przez niego własnoręcznie figur szachowych (cały komplet prezentuje się szaroburo, ale to nic nie szkodzi), posiadanych trampek w znaki drogowe i modeli samolotów. Samolotów, jak okazuje się później, podarowanych przez zdrajcę. Trzeba więc go ukarać i zniszczyć otrzymane prezenty, a jeśli zniszczenie jest niesatysfakcjonujące – upokorzyć, zwracając podarunek. Ponieważ zdrajca pochodzi ze świata dorosłych, rozgrywka jest nierówna, mimo to determinacja bohatera wydaje się niemal straceńcza, a stawka sprawy wysoka. Miękkość plasteliny kontra uparta twardość samolotów – ale to na pewno nie jest błaha historia o zabawkach. Stają się one figurami i świadkami straty, służą za narzędzia obrony emocjonalnej, pozwalają wyrazić bunt. Kaczanowski podarował nam narrację bez jednej fałszywej nuty.
*
Artykuł Olgi Żyminkowskiej Nieznane są wyroki górskie – recenzja Wyroku Ishbel Szatrawskiej – może być przykładem tekstu niedającego się sprowadzić jedynie do pobieżnego sprawozdania z fabuły, opatrzonej co najwyżej paroma uwagami na temat wartości językowej książki, zalet i wad jej stylu. Jest głosem samodzielnym, z wyraźnie zaznaczonym charakterem, a co najistotniejsze – słyszymy w nim nuty prawdziwej pasji czytelniczej. Żyminkowska skutecznie zachęca do lektury Wyroku, a równocześnie obnaża pewne niedociągnięcia książki. Fabuła powieści Szatrawskiej jest prosta – dotyczy perypetii dwóch zbirów ścigających szpicla. Akcja książki toczy się na tle górskiego krajobrazu, a forma tekstu łączy elementy ludowej ballady z cechami powieści łotrzykowskiej (recenzentka uznaje Wyrok za przykład kryminału poetyckiego). Żyminkowska podkreśla, że język, którym posługuje się Szatrawska w powieści, pełni tu najistotniejszą funkcję, a sam wątek zagadki kryminalnej i jej rozwiązanie są nieco mniej istotne. Piękno stylu opartego na rozbudowanych metaforach i porównaniach, zastosowanych regionalizmach i potocyzmach wpływa na wrażenie wielowarstwowości i pełni językowej Wyroku. Góry w śnieżnej zawierusze, mroczne i bezwzględne, dopełniają scenerię powieści („Kto się z gołą skałą nie starł, ten pięknoduch, w miękkości miejskich piernatów, w łagodnych nizinach chowany”). Kwestie ślepego posłuszeństwa, traumy wojennej i zła, z którymi rozprawia się Szatrawska w swojej powieści, Olga Żyminkowska odczytuje także z perspektywy różnorodnych skojarzeń literackich (by przywołać choćby Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego czy Wyrok na Franciszka Kłosa Stanisława Remebka), filmowych (Słońce wschodzi raz na dzień Henryka Kluby, Siekierezada Witolda Leszczyńskiego czy Salto Tadeusza Konwickiego). Te odniesienia rozszerzają pole interpretacji i dają powieści Szatrawskiej drugie życie, pełniejsze i bogatsze.
„Nowa Fantastyka”
Nietypowe romanse, niejednoznaczne postacie, niejasne przekazy – jeszcze rubieże popkultury, czy już jej codzienna odsłona? Dlaczego niektórzy są zafascynowani tymi dziwnościami, a innych one przerażają? I co nam właściwie daje ich eksplorowanie?
Paulina Jasik, stawiając te pytania w tekście Krew i brokat albo czego boją się puryści?, przywołuje sprawę sprzed dwóch lat – rozgrywającą się fandomie i dotyczącą hejtu, który dosięgnął koreańskich idoli, kiedy ci wyrazili słowa uznania wobec mangi/anime Made in Abbys. Dzieło to, jak zaznacza Jasik, jedno z brutalniejszych dark fantasy, rzeczywiście zawiera sporo opisów przemocy, której ofiarami są dzieci. Niemniej obecna w Made in Abbys ocena moralna tego rodzaju sytuacji nie pozostawia wątpliwości – okrucieństwo jest złe. Co równie istotne – docelową grupą odbiorców serii są dorośli. W ujęciu Jasik ten stan rzeczy, czyli publiczny lincz na fanach wspomnianej mangi, jest głównie skutkiem „zanik[u] lub osłabieni[a] umiejętności krytycznego analizowania mediów”. Autorka posuwa się jednak o krok dalej i porusza kwestię kultury czystości – jej źródeł i konsekwencji. Koncepcja purity culture, zakładająca wszechogarniającą czystość, z naciskiem na tę moralną i seksualną, zaznaczyła swoją obecność szczególnie w latach 80. i 90. XX wieku, kiedy w społeczeństwie zachodnim silnie odczuwalny był strach przed praktykami satanistycznymi. Oberwało się twórcom horrorów, gier komputerowych, muzyki rockowej i metalowej. W latach późniejszych wprawdzie już z mniejszą niechęcią, ale wciąż jeszcze podejrzliwie patrzono na Harry’ego Pottera, subkulturę emo czy Hello Kitty. Znaczącą część artykułu Jasik stanowią przykłady współczesnych kontrowersji w świecie fandomu, z którymi autorka stara się zmierzyć. Trzeba przyznać, że z powodzeniem stawia czoła temu wyzwaniu. Przypomina także, że „sztuka po to jest, żeby w bezpiecznej przestrzeni eksplorować emocje, których nie wyrazilibyśmy w prawdziwym życiu”.
*
Szczęście, które staje się przekleństwem? Historia zna przypadki, gdy wizja powszechnego dobrostanu uruchomiła i napędzała mechanizmy ostatecznie prowadzące do katastrofy. Nierealny zamysł, co pewien czas znajdujący gorliwych orędowników, pragnących wcielić ideę w życie, ma się dobrze również w obszarze literatury i filmu. Jerzy Rzymowski w tekście Wirus szczęścia bierze na warsztat dwa przykłady – książkowy i serialowy – opisu stanu permanentnego szczęścia. Obydwa – książka Neala Shustermana All Better Now (w tłumaczeniu Katarzyny Agnieszki Dyrek) i serial Pluribus Vince’a Gilligana „niezwykłym zbiegiem okoliczności promuj[ą] identyczny slogan reklamowy: szczęście jest zaraźliwe”. W obydwu przypadkach mamy także do czynienia z atakującym ludzkość wirusem „szczęścia”; infekcja rozprzestrzenia się niezwykle skutecznie. Odmienne są za to formy realizacji pandemicznego tornada – w Pluribus zarażone osoby przybierają postać dronów, dzielą tę samą, wspólną świadomość roju, działają w interesie wspólnego dobra. W All Better Now z kolei wkraczamy w rzeczywistość, w której zarażone osoby przestają odczuwać negatywne emocje. Te dwie wizje przenika jedna myśl – jedno pytanie o źródła tego rodzaju marzeń, o ich najgłębsze korzenie. Ów namysł obejmuje kwestie zarówno szans czy nadziei związanych ze szczęściem, jak i kalectwa emocjonalnego, niekiedy będącego skutkiem zbyt sprzyjających okoliczności życiowych.
„Spotkania z Zabytkami”
W redakcji „Dziennika Literackiego” lubimy rozmawiać o przenikaniu się różnych dziedzin twórczości. Dlatego zainteresował nas otwierający „Spotkania z Zabytkami” wywiad z Mariuszem Szczygłem, przeprowadzony przez Łukasza Gazura. Znany dziennikarz opowiada o swojej najnowszej pasji związanej ze sztukami wizualnymi. Pasji, która znalazła wyraz w studiach podyplomowych podjętych przez Szczygła w Polskiej Akademii Nauk. Reportażysta mówi:
Sztuka zaczęła mnie interesować, bo zauważyłem, że w przeciwieństwie do literatury daje mi natychmiastową satysfakcję. Żeby przeczytać książkę, a nawet obejrzeć film czy spektakl, muszę poświęcić temu czas. A sztuka działa od razu.
O tym, jak mocno oddziałuje na niego twórczość plastyczna, autor Gottlandu nieraz miał okazję się przekonać, szczególnie wtedy, gdy przed laty odwiedził Muzeum Orsay w Paryżu. Podczas oglądania obrazów Claude’a Moneta z cyklu trzydziestu jeden płócien przedstawiających katedrę Notre Dame w Rouen przeżył coś, co do dziś trudno mu nazwać, choć opisywanie różnych emocji zazwyczaj przychodzi mu z łatwością. Jak sam dodaje:
Pierwsza z tych katedr zwabiła mnie tak, że nachyliłem się na ile można i chciałem pożreć wzrokiem tę całą „skorupę barw”. Nagromadzenie tych drobnych, wypukłych śladów pędzla było dla mnie wręcz podniecające.
*
W przypadku wielu osób sztuka budzi pozytywne emocje, czasem jednak dzieje się wręcz przeciwnie. O tym, czym jest ikonoklazm, opowiada Piotr Birecki, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, w rozmowie z Patrycją Pustkowiak. Historyk sztuki przytacza liczne przykłady niszczenia zabytków, rzeźb i obrazów na przestrzeni wieków – akty dewastacji przeważnie motywowane religijnie albo spowodowane przez konflikty polityczne. Mówi:
Pierwsze przejawy ikonoklazmu pojawiły się już w okresie starożytnym. Kiedy faraon Totmes III zwrócił się przeciwko królowej Hatszepsut, chcąc odebrać jej szanse na życie wieczne, rozkazał niszczenie jej wizerunków, scen, inskrypcji w Świątyni Milionów Lat w dzisiejszym Deir el-Bahri, a także rozbiórkę ufundowanej przez nią Czerwonej Kaplicy w Karnaku.
Chrześcijaństwo także nieraz przyczyniło się do niszczenia dzieł sztuki, szczególnie antycznej, co rozpoczęło się wraz z jego legalizacją na podstawie edyktu mediolańskiego w 313 roku. Niszczono starożytne świątynie lub adaptowano je do własnych potrzeb. Wiele kościołów, które wyrosły na ruinach poprzednich wierzeń, zachowało się do dzisiaj.
Sporą część wywiadu poświęcono współczesności i powodom, które sprawiają, że dzieła sztuki niszczone są również obecnie. Oblewanie obrazów różnymi substancjami często jest aktem manifestacji feministycznej, ekologicznej czy elementem protestów związanych ze zmianami klimatu. O próbie zniszczenia Słoneczników Vincenta van Gogha czy Stogów siana w południe Claude’a Moneta co pewien czas przypominają media. Badacz przytacza jednak w rozmowie także mniej znane przykłady ataków na dzieła sztuki, jak choćby ten, którego dokonała kanadyjska sufrażystka Mary Richardson, tnąc tasakiem Wenus z lustrem Diega Velázqueza.
„Tygodnik Powszechny”
W najnowszy numerze „Tygodnika Powszechnego” warto sięgnąć po artykuł Magdaleny Nowickiej-Franczak Miłość dla początkujących. Powinien on zainteresować szczególnie rodziców, którzy zastanawiają się, jak rozmawiać z dziećmi o uczuciach. Z pomocą może im przyjść literatura, co autorka udowadnia na przykładach kilku pozycji wydawniczych, takich jak choćby Książeczka pełna miłości Vity Murrow, wzbogacona ilustracjami Annelies Draws. To opowieść o tym, jak ludzie z różnych stron świata okazują sobie czułość. Mali czytelnicy dowiedzą się z niej, że słowo „miłość” w języku serbskim jest koloru fiołkowego. Bardzo się nam to spodobało, podobnie jak bajka Edek jest zakochany Thomasa Brunstrøma z ilustracjami Thorbjørna Christoffersena. Opowieść ta wywarła także wrażenie na autorce tekstu, która tak opisuje historię chłopca niepotrafiącego okazać koleżance sympatii:
Jest dzieckiem czynu, więc zwraca się do taty, eksperta od wszystkiego, o porady. Te przynoszą więcej szkody niż pożytku, bo Edek usilnie kopiuje strategie dorosłych (gotowanie dla ukochanej, prezenty, kwiaty, usługiwanie itd.) na miarę swoich kilkuletnich możliwości. Wreszcie idzie po rozum do głowy i pyta inną dziewczynę o to, co lubią dziewczynki. Ola daje mu najlepszą możliwą wskazówkę – żeby był sobą i przestał traktować Martę jak przybyszkę z innej planety. Radzi mu zapytać ją o to, w co chciałaby się z nim bawić. Lody zostają przełamane i wkrótce okaże się, że Marta to nie żadna księżniczka, ale – podobnie jak Edek – niezłe ziółko.
Magdalena Nowicka-Franczak zauważa, że współczesne bajki nie kończą się już raczej stwierdzeniem „żyli długo i szczęśliwie”, ale w dużej mierze opierają się na powiedzeniach w rodzaju „czasem słońce, czasem deszcz”. Mimo to pisarze nie zniechęcają młodych czytelników do podejmowania prób szukania szczęścia. Autorka podsumowuje:
Między wierszami [twórcy – red.] sugerują, żeby najmłodsi łagodniejszym wzrokiem spojrzeli także na dorosłych i ich sercowe porażki, bo miłości każdy uczy się tylko na własnych błędach.
*
W „Tygodniku…” warto także sięgnąć po tekst Juliusza Pielichowskiego Drakula z iPhone’a. Autor tekstu pojechał do Rumunii, by spotkać się ze znakomitym reżyserem Radu Judem, cenionym w Polsce choćby za film Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata. Akcja tego niezwykłego obrazu rozgrywa się w samochodzie, którym zapracowana i niewystarczająco opłacana asystentka Angela jeździ po Bukareszcie. Kobieta przeprowadza castingi do filmu i demaskuje opresyjność współczesnego świata. Podążając tym samym tropem, Pielichowski rozpoczyna swój artykuł od opisania przejazdu taksówką przez zakorkowane miasto. Przedmiotem rozważań nie jest tu jednak niegdysiejsza produkcja Radu Judego, ale dwa najnowsze dzieła tego reżysera, pokazywane ostatnio na festiwalu w Berlinie: Kontinental ’25 oraz Dracula.
„Dracula”, ostatnia pełnometrażowa fabuła Radu Judego, nie jest klasyczną adaptacją powieści Brama Stokera. To raczej współczesny, ironiczny i polityczny esej filmowy, który wykorzystuje postać Drakuli jedynie jako punkt wyjścia do refleksji nad kapitalizmem (raz jeszcze), przemysłem turystycznym czy komercjalizacją legendy Vlada Palownika.
Z kolei sam Radu Jude przyznaje, że w Draculi posłużył się również obrazami generowanymi przez AI. Twórca ten, który swoje filmy kręci za pomocą iPhone’a, wykorzystując przy tym archiwalne materiały filmowe, fotografie, taśmę celuloidową, a także domowe kamery cyfrowe, mówi:
Uważam je [obrazy generowane przez AI – red.] za bardzo interesujące pod wieloma względami. Jeśli mogę je twórczo wykorzystać i mam ku temu powód, robię to. Jeśli produkcja filmowa jest skazana na całkowite przejęcie przez maszyny, zapewne będziemy musieli zmienić profesję i zwrócić się ku, na przykład, teatrowi. Obawiam się sztucznej inteligencji, jak wszyscy, ale wolę spróbować się z nią skonfrontować, niż przed nią uciekać.