Patrząc pod powierzchnię dawnej fotografii

Badacz­ka robi­ła zdję­cia pod­czas sybe­ryj­skiej zimy, kie­dy tem­pe­ra­tu­ra spa­da­ła do minus sześć­dzie­się­ciu stop­ni. Nie mogła tych zdjęć wywo­łać, bo zama­rza­ły. Wie­le z nich jest poru­szo­nych, nie­ostrych. Ale dla mnie te nie­do­sko­na­ło­ści są olbrzy­mim walo­rem. Wada, roz­dar­cie, brak to ele­men­ty, któ­rych czę­sto szu­kam, patrząc na foto­gra­fię. Dzię­ki temu mogę zoba­czyć świat taki, jakim był napraw­dę ponad sto lat temu, wnio­sko­wać o prze­mia­nach, któ­re w nim zacho­dzi­ły – mówi Woj­ciech Nowic­ki, któ­ry wraz z Kata­rzy­ną Mir­czak opra­co­wał album Prze­rwa na świa­tło. Foto­gra­fie pol­skich podróż­ni­ków i bada­czy. W roz­mo­wie z Mag­dą Huzar­ską-Szu­miec opo­wia­da o zamiesz­czo­nych w książ­ce zdję­ciach autor­stwa Leona Barsz­czew­skie­go, Marii Cza­plic­kiej i Kazi­mie­rza Zagór­skie­go.

Mag­da Huzar­ska-Szu­miec: Kie­dy prze­glą­da­łam opra­co­wa­ny przez cie­bie album Prze­rwa na świa­tło, przy­po­mnia­ła mi się pre­zen­to­wa­na kil­ka lat temu w Muzeum Etno­gra­ficz­nym w Kra­ko­wie wysta­wa zaty­tu­ło­wa­na Sybe­ria. Gło­sy z Pół­no­cy.

Woj­ciech Nowic­ki: Wca­le się nie dzi­wię, w koń­cu w albu­mie poja­wia się spo­ro foto­gra­fii Marii Cza­plic­kiej, któ­ra przy­wio­zła je z wypra­wy wzdłuż Jeni­se­ju, gdzie w 1914 roku poje­cha­ła badać kul­tu­rę Ewen­ków. Te zdję­cia obec­nie znaj­du­ją się w Pitt Rivers Museum Uni­wer­sy­te­tu w Oxfor­dzie. Muzeum Etno­gra­ficz­ne w Kra­ko­wie ma też spo­rą sybe­ryj­ską kolek­cję, opar­tą zresz­tą nie tyl­ko na foto­gra­fiach.

W jego posia­da­niu jest tajem­ni­czy strój ślub­ny dziew­czy­ny z koczow­ni­cze­go ple­mie­nia Nień­ców. Był dzie­dzi­czo­ny przez kobie­ty z poko­le­nia na poko­le­nie, a kie­dy ród wyga­sał, jego ostat­nią przed­sta­wi­ciel­kę cho­wa­no w tych sza­tach. Czy podob­ne odświęt­ne ubra­nia zna­la­zły się na zdję­ciach boha­ter­ki two­je­go albu­mu?

Ona foto­gra­fo­wa­ła raczej życie codzien­ne miesz­kań­ców Sybe­rii. Wyjąt­kiem jest tu sza­man, ubra­ny w kur­tę z naszy­ty­mi na pier­si ozdo­ba­mi, wyko­na­ną z pry­mi­tyw­nie wypra­wio­nej skó­ry. To jest jed­nak wyją­tek od regu­ły. Na zdję­ciach Cza­plic­kiej nie ma odświęt­no­ści, stroj­no­ści. Autor­ka foto­gra­fii sku­pia się na tym, co zasta­je.

Zasta­je tam na przy­kład nabi­te na pale psy zaprzę­go­we, któ­re zło­żo­no w ofie­rze, by zapew­nić myśli­wym pomyśl­ność pod­czas polo­wań.

To bywa dla nas strasz­ne, nie­zro­zu­mia­łe; ta codzien­ność jest prze­po­jo­na wie­rze­nia­mi, któ­re są nam kul­tu­ro­wo bar­dzo dale­kie. Choć psy uwa­ża­no za towa­rzy­szy czło­wie­ka, to ich zabi­ja­nie było wpi­sa­ne w tam­tej­sze rytu­ały i trak­to­wa­ne jako coś natu­ral­ne­go. Cza­plic­ka była jed­nak dobrze przy­go­to­wa­na men­tal­nie i świa­do­ma tego, co ją może spo­tkać na Sybe­rii. Mia­ła szczę­ście uczyć się w Lon­don Scho­ol of Eco­no­mics and Poli­ti­cal Scien­ce, a następ­nie w Oks­for­dzie, gdzie stu­dio­wa­ła w kate­drze pro­fe­so­ra Rober­ta Ranul­pha Maret­ta i jako jed­na z pierw­szych kobiet w Euro­pie uzy­ska­ła dok­to­rat z antro­po­lo­gii. Jesz­cze przed wyjaz­dem napi­sa­ła książ­kę Abo­ry­gi­nal Sibe­ria, czym udo­wod­ni­ła, że ma spo­rą wie­dzę o tym rejo­nie. Ponie­waż pocho­dzi­ła z tej czę­ści Euro­py, gdzie zna­ło się język rosyj­ski, mia­ła uła­twio­ny dostęp do mate­ria­łów nauko­wych, do wszyst­kie­go, co bada­cze rosyj­scy zdą­ży­li już opu­bli­ko­wać. Na tym pole­ga­ła jej prze­wa­ga nad kole­ga­mi z Oxfor­du.

Jak zdo­by­ła pie­nią­dze na zor­ga­ni­zo­wa­nie wypra­wy na tere­ny zamiesz­ka­łe przez led­wo zna­ny w Euro­pie lud Ewen­ków? Zda­je się, że nie mia­ła opar­cia w rodzi­nie i nie była zamoż­na.

Część pie­nię­dzy dosta­ła w ramach dofi­nan­so­wa­nia z uni­wer­sy­te­tu, ale nie była to zado­wa­la­ją­ca suma. Cza­plic­ka musia­ła pukać do róż­nych drzwi, by zebrać środ­ki na wyjazd. Nie było to łatwe, szcze­gól­nie że mia­ła tam jechać cała gru­pa bada­czy. Ale w trak­cie wypra­wy duża część zespo­łu się wykru­szy­ła. Nie wszy­scy byli w sta­nie wytrzy­mać tru­dy podró­ży, wyczer­pu­ją­ce fizycz­nie prze­miesz­cze­nie się zaprzę­giem reni­fe­rów. Poza tym roz­po­czę­ła się woj­na i jej uczest­ni­cy byli peł­ni obaw, że nagle znaj­dą się po złej stro­nie mocy i nie uda się im wró­cić do domu. W rezul­ta­cie na pla­cu boju zosta­ła tyl­ko Maria Cza­plic­ka z Hen­rym Hal­lem.

Kim on był?

Ame­ry­kań­skim antro­po­lo­giem. Gro­ma­dził eks­po­na­ty dla Uni­ver­si­ty of Pen­n­sy­lva­nia Museum i poma­gał Cza­plic­kiej w pomia­rach antro­po­me­trycz­nych. Moż­li­we, że przez jakiś czas byli parą. Mówi­ło się, że wia­do­mość o jego ślu­bie pchnę­ła ją do samo­bój­stwa. Ale to raczej plot­ki. Przy­czy­ną tar­gnię­cia się na życie przez Cza­plic­ką było to, co się sta­ło po jej powro­cie z Sybe­rii. Choć począt­ko­wo nie dzia­ło się nic nie­po­ko­ją­ce­go – dosta­ła prze­cież pro­po­zy­cję posa­dy w Oks­for­dzie, zosta­ła pierw­szą antro­po­loż­ką wykła­da­ją­cą na tym wydzia­le. Wyda­ła też książ­kę Mój rok na Sybe­rii, wygła­sza­ła odczy­ty, ilu­stro­wa­ła je zdję­cia­mi. Zosta­ła nawet człon­ki­nią Roy­al Geo­gra­phi­cal Socie­ty, co w tam­tych cza­sach dla kobie­ty nie było czymś oczy­wi­stym. Jed­nak pierw­sza woj­na świa­to­wa dobie­gła koń­ca i Maria Cza­plic­ka musia­ła zwol­nić sta­no­wi­sko, któ­re obję­ła po powo­ła­nym do woj­ska pro­fe­so­rze. Usi­ło­wa­ła się gdzieś zacze­pić, co oka­za­ło się trud­ne. W koń­cu wylą­do­wa­ła na uni­wer­sy­te­cie w Bri­sto­lu. Ale nie było to jej wyma­rzo­ne miej­sce. Wte­dy popa­dła w roz­pacz. Nie mogła pora­dzić sobie z dłu­ga­mi, cią­gle poszu­ki­wa­ła pie­nię­dzy na kolej­ną wypra­wę. Wszyst­ko to się sku­mu­lo­wa­ło i dopro­wa­dzi­ło do tra­ge­dii.

A co się sta­ło ze zdję­cia­mi, któ­re ze sobą przy­wio­zła?

Tra­fi­ły do róż­nych miejsc. Głów­na część kolek­cji zna­la­zła się w Pitt Rivers Museum Uni­wer­sy­te­tu w Oxfor­dzie. Te zdję­cia zacho­wa­ły się pod posta­cią nega­ty­wów, odbi­tek, odbi­tek pier­wot­nych i wtór­nych. Nie­któ­re są pod­ma­lo­wa­ne, inne nie. Ona je upu­blicz­nia­ła, ale przede wszyst­kim te mate­ria­ły słu­ży­ły jej do celów nauko­wych. Nale­ży pamię­tać, jak wyglą­dał obieg wie­dzy w tam­tych latach – w dużej mie­rze odby­wał się za pomo­cą kore­spon­den­cji mię­dzy zain­te­re­so­wa­ny­mi oso­ba­mi. Cza­plic­ka była w kon­tak­cie z rosyj­ski­mi naukow­ca­mi, prze­sy­ła­ła im zdję­cia, infor­ma­cje. To zresz­tą dzia­ła­ło w obie stro­ny.

Czy innym bada­czom nie prze­szka­dza­ła sła­ba jakość tych zdjęć, o któ­rych sam piszesz, że pod wzglę­dem tech­nicz­nym są raczej nie­do­sko­na­łe?

Nie może­my zapo­mi­nać, w jakich warun­kach powsta­wa­ły te zdję­cia – pod­czas sybe­ryj­skiej zimy, kie­dy tem­pe­ra­tu­ra spa­da­ła do minus sześć­dzie­się­ciu stop­ni. Cza­plic­ka nie była naj­le­piej przy­go­to­wa­na do tego typu pra­cy. Żeby wywo­łać zdję­cia, musia­ła cze­kać do lata, bo w trak­cie tak dużych mro­zów nie była w sta­nie tego zro­bić. Wszyst­ko natych­miast zama­rza­ło. Ale nie­któ­re foto­gra­fie pod wzglę­dem tech­nicz­nym są uda­ne, na przy­kład te robio­ne we wnę­trzu, z uży­ciem lam­py bły­sko­wej. Są ide­al­nie ostre, doświe­tlo­ne. Nie­ste­ty są też zdję­cia poru­szo­ne, takie, z któ­rych wyła­nia się jedy­nie ciem­na mag­ma. Na pierw­szy rzut oka nie wia­do­mo, o co cho­dzi. Trud­no się zorien­to­wać, że jest to wnę­trze jur­ty przy świe­tle ogni­ska.

Cie­bie te nie­do­sko­na­ło­ści intry­gu­ją?

Dla mnie nie­do­sko­na­łość jest olbrzy­mim walo­rem, choć nie­do­ce­nia­nym. Wada, roz­dar­cie, brak to ele­men­ty, któ­rych czę­sto szu­kam, patrząc na foto­gra­fię. Dzię­ki temu mogę zoba­czyć świat taki, jakim był napraw­dę ponad sto lat temu, wnio­sko­wać o prze­mia­nach, któ­re w nim zacho­dzi­ły. Zdję­cia Marii Cza­plic­kiej na to pozwa­la­ją.

Przy pomo­cy jed­ne­go z nich Andrzej Dyb­czak, kura­tor wysta­wy Sybe­ria. Gło­sy z Pół­no­cy, w swo­jej zna­ko­mi­tej repor­ter­skiej książ­ce Las duchów, za któ­rą otrzy­mał Nagro­dę im. Ryszar­da Kapu­ściń­skie­go, opi­sał, jakie wra­że­nie robią te zdję­cia do dziś na miesz­kań­cach tam­tej­szych tere­nów. Na wypra­wę zabrał foto­gra­fię Marii Cza­plic­kiej przed­sta­wia­ją­cą figur­kę wyko­na­ną przez jed­no z ple­mion. Reak­cja sta­rusz­ki, któ­rej ją poka­zał, była zaska­ku­ją­ca. Pozwól, że zacy­tu­ję:

„– To jest zmar­ły – już nie wiem, czy odczy­ta­łem to z ruchu jej spuch­nię­tych warg, czy z chro­po­wa­tych, zdła­wio­nych sylab. Zro­zu­mia­łem dopie­ro po chwi­li, ale ona nie spie­szy­ła się ze sło­wa­mi. Nie mogła. Mówiąc, patrzy­ła na mnie. Mia­łem wra­że­nie, że jej oczy zwil­got­nia­ły.

– To jest lat­tar – doda­ła po chwi­li mil­cze­nia […]

Sta­rusz­ka była prze­ra­żo­na. Wysze­dłem, a ona nie odpro­wa­dzi­ła mnie do drzwi. Zosta­ła na swo­im miej­scu ze sto­li­kiem, z kotem na kola­nach”.

Czy zdję­cia pozo­sta­łych boha­te­rów two­je­go albu­mu tak­że mogły­by prze­ra­zić tę sta­ra kobie­tę?

Myślę, że nie­któ­re tak, choć pocho­dzą już z innych kul­tur. Jesz­cze więk­sze wra­że­nie mogą one zro­bić na współ­cze­snym odbior­cy. Obraz świa­ta, któ­ry oglą­da­my na foto­gra­fiach Leona Barsz­czew­skie­go i Kazi­mie­rza Zagór­skie­go, kom­plet­nie nie przy­sta­je do tego, co zna­my.

Leon Barsz­czew­ski foto­gra­fo­wał Azję Środ­ko­wą. Jak on się tam zna­lazł?

Roz­po­czął karie­rę w woj­sku rosyj­skim. By to było moż­li­we, musiał skoń­czyć szko­ły woj­sko­we, z któ­rych wyniósł bar­dzo róż­no­rod­ną wie­dzę, na przy­kład pod­sta­wy rze­mio­sła. Pozwo­li­ło mu to póź­niej pro­wa­dzić pra­ce arche­olo­gicz­ne w Samar­kan­dzie. Wyje­chał tam na ochot­ni­ka, kie­dy Rosja w 1876 roku anek­to­wa­ła Tur­kie­stan.

Jak okre­ślił­byś zdję­cia, któ­re tam robił?

Z nega­ty­wów, prze­cho­wy­wa­nych w Muzeum Foto­gra­fii w Kra­ko­wie (MuFo), wyni­ka, że robił zdję­cia wszyst­kie­mu, co go tam zasko­czy­ło i co sta­wa­ło się przed­mio­tem jego pasji. Foto­gra­fo­wał ruiny zabyt­ków, wyko­pa­li­ska, swo­je zbio­ry, gdyż zgro­ma­dził pokaź­ną kolek­cję doty­czą­cą sta­ro­żyt­no­ści. Uwiecz­niał tak­że swo­ją rodzi­nę, któ­ra towa­rzy­szy­ła mu w Tur­kie­sta­nie.

W albu­mie opu­bli­ko­wa­łeś nie­zwy­kłą foto­gra­fię rodzi­ny Barsz­czew­skie­go. To zdję­cie jest jak wspa­nia­le zakom­po­no­wa­ny obraz.

Masz rację, to zna­ko­mi­ta, choć bar­dzo dziw­na foto­gra­fia. Głów­nym jej ele­men­tem jest ogrom­ne, roz­ło­ży­ste drze­wo, znaj­du­ją­ce się na środ­ku kadru. Jest ono ciem­ne, nie­mal czar­ne. W skwar­ny dzień roz­ło­ży­li się pod nim ludzie, któ­rzy wypo­czy­wa­ją. Po jed­nej stro­nie znaj­du­ją się męż­czyź­ni i chłop­cy w miej­sco­wych stro­jach i hafto­wa­nych nakry­ciach gło­wy. Po dru­giej – rodzi­na foto­gra­fa, wokół któ­rej leżą róż­ne kla­mo­ty, kufry podróż­ne. Trud­no o jaśniej­sze roz­gra­ni­cze­nie świa­tów niż w tym kadrze. W tle widzi­my gór­skie zbo­cza, ciem­nie­ją­ce u szczy­tów. Orga­ni­za­cja tej foto­gra­fii jest wzor­co­wa. Barsz­czew­ski nawet swo­im nie­skom­pli­ko­wa­nym sprzę­tem foto­gra­ficz­nym był w sta­nie upo­rząd­ko­wać prze­strzeń tak, żeby mia­ła szan­sę zako­rze­nić się w pamię­ci.

Czy słusz­nie mi się wyda­je, że Barsz­czew­ski poka­zu­je ten świat z punk­tu widze­nia zdo­byw­cy?

Nie mogło być ina­czej. Przy­jeż­dża tam jako dowód­ca oddzia­łu, któ­ry pod­bi­ja te tere­ny. To znaj­du­je odzwier­cie­dle­nie na jego foto­gra­fiach. Widać na nich dycho­to­mię, któ­ra wyni­ka zarów­no z kon­fron­ta­cji świa­ta najeźdź­ców ze świa­tem ludów pod­bi­tych, jak i z roz­war­stwie­nia spo­łecz­ne­go Rosjan i miej­sco­wych. Pro­ści rosyj­scy żoł­nie­rze na jego zdję­ciach ubra­ni są w znisz­czo­ne, czę­sto za duże i wiszą­ce na nich mun­du­ry. Z kolei gene­ra­li­cja i wyżsi ofi­ce­ro­wie odzia­ni są nie­zwy­kle boga­to, żyją też w oka­za­łych pomiesz­cze­niach. Tubyl­cy tak­że dzie­lą się na dwie gru­py. Z jed­nej stro­ny są ludzie o wyso­kiej pozy­cji spo­łecz­nej, któ­rych Barsz­czew­ski foto­gra­fo­wał, by przed­sta­wić stro­je nawią­zu­ją­ce do tam­tej­sze­go kolo­ry­tu, z dru­giej – mamy do czy­nie­nia z wize­run­ka­mi ubo­gich nosi­wo­dów czy ludzi sto­ją­cych na tar­gu przy stra­ga­nach. Przed­sta­wi­cie­le obu grup posia­da­ją roz­po­zna­wal­ne, azja­tyc­kie rysy, co świad­czy o antro­po­lo­gicz­nym cha­rak­te­rze prac Barsz­czew­skie­go. Zdję­cia uka­zu­ją turk­meń­skich góra­li o nagich tor­sach, ogo­lo­nych gło­wach, en face i z pro­fi­lu, jak­by foto­graf sta­rał się zazna­czyć odmien­ność kształ­tów ich cza­szek od tych wystę­pu­ją­cych w Euro­pie. Już wte­dy zaczę­ła się roz­wi­jać nauka o rasach, choć jesz­cze nie tak spo­twor­nia­ła jak w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej.

Chęć poka­za­nia wyż­szo­ści jed­nej rasy nad dru­gą łączy Leona Barsz­czew­skie­go z Kazi­mie­rzem Zagór­skim, któ­ry też patrzył na świat z pozy­cji kolo­ni­za­to­ra. To chy­ba naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­ny z przed­sta­wia­nych przez cie­bie w albu­mie foto­gra­fów.

Tak wła­śnie jest. Do Afry­ki przy­je­chał w 1924 roku, a jego zdję­cia do dziś są tam sprze­da­wa­ne jako pocz­tów­ki. W Kon­gu, któ­re było wów­czas kolo­nią bel­gij­ską, zało­żył zakład foto­gra­ficz­ny. Robił tam zdję­cia głów­nie tury­stom i bia­łym miesz­kań­com Czar­ne­go Lądu. Ale to tyl­ko jed­na część jego dzia­łal­no­ści; doku­men­tu­ją­ce ją foto­gra­fie znaj­du­ją się w zbio­rach pry­wat­nych. Dru­ga część prac tra­fi­ła do monu­men­tal­ne­go dzie­ła Giną­ca Afry­ka – i to te mate­ria­ły mogły­by prze­ra­zić sta­rusz­kę z książ­ki Dyb­cza­ka.

Dla­cze­go?

Zagór­ski zorien­to­wał się, że Euro­pej­czy­cy szu­ka­ją w Afry­ce dziw­no­ści, rze­czy bar­dzo odmien­nych od tego, co zna­ją. Dla­te­go jego foto­gra­fie poka­zu­ją cały kata­log prze­mian fizycz­nych miej­sco­wych ple­mion. Są to ska­ry­fi­ka­cje, czy­li nacię­cia na skó­rze, któ­re się wybrzu­sza­ją i two­rzą skom­pli­ko­wa­ne wzo­ry na całym kor­pu­sie, przez co wyróż­nia­ją człon­ków danej gru­py. Są to zmia­ny kształ­tu warg, szyi, płat­ków uszu spo­wo­do­wa­ne przez ozdob­ne krę­gi. Wresz­cie są to zmia­ny kształ­tu cza­szek powsta­łe na sku­tek ban­da­żo­wa­nia głów. Te defor­ma­cje są rze­czy­wi­ście trud­ne w odbio­rze.

Przy­jem­niej patrzy się na fry­zu­ry poszcze­gól­nych ple­mion. Zagór­ski z upodo­ba­niem foto­gra­fo­wał rów­nież wło­sy.

One wystę­pu­ją na zdję­ciach wszyst­kich foto­gra­fów, któ­rzy w tam­tych cza­sach odwie­dza­li ten kon­ty­nent. Zagór­ski w Giną­cej Afry­ce tak­że poświę­cił wło­som spo­ro miej­sca. Te pra­ce wyróż­nia­ją się na tle innych pod wzglę­dem świa­do­mo­ści doku­men­ta­cyj­nej ich auto­ra. Przy­kła­do­wo: może­my tu zoba­czyć kobie­cą gło­wę poka­za­ną od tyłu. Cia­sno zwią­za­ne war­ko­czy­ki spły­wa­ją od jej czub­ka, a pomię­dzy nimi prze­świ­tu­je jasna skó­ra. W tej foto­gra­fii każ­dy ele­ment jest skraj­nie uprosz­czo­ny. Szy­ja prze­pły­wa w ciem­ne ple­cy, tło jest tak­że sto­sun­ko­wo ciem­ne i nie­mal jed­no­li­te. Jest tyl­ko to, co koniecz­ne do zro­zu­mie­nia tema­tu. Doce­niam war­tość doku­men­ta­cyj­ną, ale i arty­stycz­ną foto­gra­fii Zagór­skie­go.

We wpro­wa­dze­niu do albu­mu Prze­rwa na świa­tło piszesz, że chciał­byś, by zmie­nił on nasz spo­sób oglą­da­nia zdjęć z prze­szło­ści.

Chciał­bym, żeby odbior­cy publi­ka­cji zaczę­li spo­glą­dać na zdję­cia tak jak na zabyt­ki. O foto­gra­fii moż­na myśleć na róż­ne spo­so­by. Nie musi to być zwar­te myśle­nie, powo­du­ją­ce, że przy­pi­su­je­my zdję­ciom jed­no zna­cze­nie, na przy­kład nauko­we, tak jak w przy­pad­ku Marii Cza­plic­kiej. Uwa­żam, że war­to spoj­rzeć na jej foto­gra­fie jak na coś nie­oczy­wi­ste­go. Bo rze­czy­wi­ście, gdy­by sku­pić się tyl­ko na tym, jak foto­gra­fia powin­na wyglą­dać, cze­mu powin­na słu­żyć, to ze zdjęć Cza­plic­kiej nie­wie­le by zosta­ło. Jeśli nato­miast doce­ni­my ich wady i zasta­no­wi­my się, jaki obraz świa­ta się za nimi kry­je, to Cza­plic­ka zwy­cię­ży.

Nie bez powo­du Andrzej Dyb­czak, o któ­rym tu mówi­li­śmy, wła­śnie jej zdję­cie zabrał na swo­ją sybe­ryj­ską wypra­wę.

 

Auto­rzy foto­gra­fii: Maria Cza­plic­ka, Kazi­mierz Zagór­ski i Leon Barsz­czew­ski

Fotografia Wojciecha Nowickiego, autor fotografii Adam Golec.

– pisarz, eseista.

więcej →

– dziennikarka, publicystka, redaktorka, absolwentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

więcej →

Powiązane teksty

04.04.2026
Rozmowy

Język odgrywa istotną rolę w odczłowieczaniu. Percival Everett jest tego świadomy

Percival Everett, świadomy magicznej mocy języka, posługuje się nim jako bronią, co jest naturalne, bo polem bitwy jest tu fikcja literacka. Słowo staje się narzędziem wymierzania sprawiedliwości, gdyż nie można w tej sprawie liczyć na naturę, Boga ani historię. Pozostaje trzymać się magii języka – mówi Tomasz Macios, tłumacz Drzew, w rozmowie z Amelią Sarnowską.