Początkowo wizja pisania o zamrożonych emocjach wydawała mi się bardzo pociągająca. A tym bardziej – wizja pisania o zamrożonych emocjach na podstawie dwóch powieści. Jedna z nich, Mój rok relaksu i odpoczynku Ottessy Moshfegh (tłum. Łukasz Buchalski, Warszawa: Wydawnictwo Pauza, 2019), zyskała spory rozgłos i cieszy się nadal dużą popularnością, druga – Szwajcara Jen Beagin (tłum. Kaja Gucio, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2024) – przeszła w Polsce właściwie bez echa. Szybko jednak doszłam do wniosku, że emocje, zamrożone i rozmrożone, to tylko pierwsza warstwa, to – posłużę się jeszcze jedną mroźną metaforą – ledwie oszronienie. Prawdziwą górą lodową okazało się coś, co łączy obydwie te powieści, a nie są to zamrożone emocje bohaterek. To klasa. I kasa.
Mój rok relaksu i odpoczynku trafił w Polsce na właściwy moment – wydany po raz pierwszy tuż przed pandemią, doskonale wpasował się w atmosferę powszechnej izolacji. Bezimienna bohaterka, która postanawia przespać rok i obudzić się jako zupełnie nowa osoba, świetnie odpowiadała na potrzeby pozamykanych w domach ludzi. Mieli oni bowiem w końcu czas na introspekcję, a to, co dzięki niej zobaczyli, wcale im się nie spodobało; wielu w trakcie pandemii lub tuż po niej zajęło się na poważnie swoim zdrowiem psychicznym (lub raczej jego dojmującym brakiem). Bohaterka Mojego roku relaksu… hibernuje, uciekając od życia. Nie buntuje się przeciwko światu, nie musi, po prostu decyduje się nie brać w nim udziału – i może sobie na to pozwolić. To świadome odcięcie się, z założenia lecznicze, terapeutyczne, ale też skrupulatnie zaplanowane.
Od czego bohaterka, a zarazem narratorka tej opowieści, tak desperacko próbuje uciec? Od wszystkiego i w zasadzie od niczego konkretnego. W jej historii nie ma jednej określonej traumy, która byłaby punktem zwrotnym. Pozornie dziewczyna nie ma też powodów do narzekań: jest młoda, dobrze sytuowana, atrakcyjna (co wielokrotnie powtarza), skończyła studia na renomowanej uczelni, miała pracę – mało ambitną i poniżej swoich możliwości, za to odpowiednio „elegancką”. Ucieka przede wszystkim od beznadziei, od rozpadu wszelkich relacji, od pustki i od rodziców. To, że nie żyją, nie czyni jeszcze ucieczki od nich pozbawioną sensu, żywi czy nie, mają wciąż przemożny wpływ na bohaterkę. Emocjonalne zamrożenie wyniosła ona przede wszystkim z domu. Ojciec, profesor uniwersytecki, był surowy i zdystansowany, nawet w obliczu śmierci nie zniżył się do tego, żeby zauważyć własną córkę, nie mówiąc już o respektowaniu jej emocji. Matka z kolei stanowiła świetny przykład, jak można uciec od świata przy odpowiednim wsparciu chemicznym – koktajle z psychotropów i alkoholu czyniły ją nieobecną nie tylko w życiu córki, ale i w swoim własnym.
Jedyną długofalową relacją w życiu bohaterki jest jej przyjaźń z Revą – dziewczyną, która wcale nie radzi sobie z rzeczywistością wiele lepiej, ale na roczne wypisanie się z życia nie może sobie pozwolić. Reva jest nie dość szczupła (głównie we własnym odczuciu), a walka z własnym ciałem i nienawiścią do siebie prowadzi ją do zaburzeń odżywiania. Nie jest również aż tak zamożna, żeby było ją stać na pracę w galerii sztuki – musi faktycznie na siebie zarabiać. Obydwie bohaterki zmagają się z zupełnie dupkowatymi mężczyznami, których mimo to nie potrafią porzucić. Reva ponadto ma czelność domagać się od przyjaciółki emocjonalnego zaangażowania, zwłaszcza kiedy umiera jej matka.
Oglądanie Revy oczami bohaterki-narratorki jest wyjątkowo przykre. Stanowi ona obiekt nieustającej pogardy – zwyczajnie zbyt przaśna, zbyt uparta w swoim przywiązaniu do narratorki, a ponadto stanowczo zbyt rozgadana (nawet jeśli nikt jej nie słucha). Nie dość bogata i nie dość atrakcyjna przyjaciółka po prostu narratorkę brzydzi. Obrzydzenie to sięga zenitu podczas wizyty w domu rodzinnym Revy – przeciętnym, średnioklasowym, pełnym żałobników i jedzenia. Wszystko, co znajduje się wewnątrz – ludzie, meble, wykładziny, dekoracje, pełna lodówka – jest dla narratorki zwyczajnie odpychające. Reva pnie się wyżej, awansuje, dostaje nową posadę w biurze w prestiżowym World Trade Center, a że akcja powieści toczy się na przełomie 2000 i 2001 roku, bohaterka ta oczywiście ginie podczas ataku. Narratorka jest już wtedy wybudzona ze swojej rocznej hibernacji, ale śmierć przyjaciółki szczególnie jej nie porusza – i nic dziwnego, zważywszy, że życie Revy też nie było poruszające, w najlepszym wypadku – zaledwie frustrujące.
Oczywiście główna bohaterka nie została napisana tak, aby ją polubić – bohaterowie powieści Moshfegh nigdy nie nadają się do polubienia. Mimo wszystko czytelnikom, a zwłaszcza czytelniczkom idealizującym bohaterki i ich stany depresyjne, o czym pisała Zofia Zaleska1, się to udaje – nie tyle utożsamić się z bohaterką (na przykład zdać sobie sprawę z własnego egotyzmu i znaleźć przyjemność w przeglądaniu się w jego literackim obrazie), ile poczuć do niej sympatię, współczuć jej czy zazdrościć tego, że może sobie pozwolić na tytułowy rok relaksu i odpoczynku, otumanić się lekami w wygodnym mieszkaniu w Nowym Jorku, a w momentach (nie)przytomności robić luksusowe zakupy, o których potem nie pamięta. To jest właśnie w powieści Moshfegh najciekawsze – materialne warunki depresji. Bohaterka dziedziczy po rodzicach pokaźny spadek, kupuje mieszkanie, rzuca pracę asystentki w galerii sztuki współczesnej, a następnie przygotowuje się do hibernacji. Takie nie-życie wymaga potężnego kapitału, który może bez większej szkody topnieć, kiedy bohaterka się zamraża. Na wypisanie się z życia, upływającego przeważnie na pogoni – za pieniędzmi, za gwarantowanym przez nie lepszym życiem – mogą sobie pozwolić ci, którzy już dobiegli do mety albo zostali tam katapultowani. Żeby zrozumieć fenomen Mojego roku relaksu…, trzeba się zastanowić nad tym, kogo stać na wypisanie się ze świata. Czy jako czytelnicy odczuwamy jakiś rodzaj satysfakcji, czytając o bogatej bohaterce, która mimo swojego statusu materialnego jest w depresji? Czy tak naprawdę można jej zazdrościć, a jeśli tak, to czego? Szansy na wypisanie się ze świata? Majątku? A może na depresję są w stanie sobie pozwolić tylko bogaci? Proszę mnie źle nie zrozumieć – depresja to faktyczna choroba, ale jej leczenie wymaga odpowiedniego kapitału społecznego i finansowego.
Szwajcara Jen Beagin to zupełnie inna opowieść niż Mój rok relaksu i odpoczynku – akcja toczy się w Hudson, przedstawionym jako miasto klasy średniej uciekającej od świata i odnajdującej siebie na nowo. To miejsce, gdzie narcyzm i neuroza uzyskały kod pocztowy. Tutaj klasa średnia nie ucieka od świata w hibernację, nie odcina się dosłownie, ale raczej metaforycznie. Dostatecznie zamożni ludzie zaczynają tu uprawę organicznej marchwi, warzenie własnego piwa i kombuchy lub otwierają konceptualne bary z rzemieślniczymi drinkami. Główna bohaterka, czterdziestopięcioletnia Greta, jest w pewnym sensie outsiderką. Nie należy do klasy średniej, ale także postanowiła uciec i odnaleźć siebie na nowo. Jej życiorys naznacza imponująca seria traum, a Greta żyje niejako z rozpędu, bez kontaktu ze sobą i tym, kim jest, czego chce i do czego dąży. W Hudson mieszka w rozpadającej się holenderskiej posiadłości wraz z przyjaciółką, sprzedającą marihuanę w postaci czystej oraz jadalnej, i psem rasy jack russell terrier. Poza dwiema kobietami i psem mieszka tam też potężny rój pszczół, a niebawem mają do nich dołączyć dwa osiołki. Słowem – już nie dzieci, ciągle kwiaty.
Greta zostaje transkrybentką, przepisuje nagrania sesji terapeutycznych niejakiego Oma, który twierdzi, że zamierza napisać książkę i do tego właśnie potrzebuje zapisów spotkań. Jego pacjenci są oczywiście anonimowi, ale Greta, słuchowa voyeurystka, rozpoznaje ich po głosach – Hudson nie jest wielkim miastem, a skoro mieszkają w nim w większości przedstawiciele klasy średniej i wyższej, to niemalże wszyscy leczą się u Oma. Greta woli przeżywać życie innych osób niż swoje własne – jej odcięcie się od emocji wygląda zupełnie inaczej niż w przypadku bohaterki Mojego roku relaksu… Po pierwsze – nie może sobie ona pozwolić na życie bez pieniędzy, po drugie – inni są dla niej znacznie ciekawsi. Zwłaszcza tytułowa Szwajcara, zimna, opanowana młoda kobieta, która na traumę z przeszłości zareagowała zamrożeniem, odcięciem się od emocji. Pozornie wiedzie bardzo szczęśliwe życie – jest lekarką, jest piękna, ma równie pięknego męża, piękny dom, piękne ubrania, otaczają ją wszelkie oznaki luksusu. Nie ma jednak orgazmu. Na terapię chodzi, ale wolałaby tego nie robić – zresztą trudno jej się dziwić, bo Om jest zupełnie nieudolny. Greta i Szwajcara poznają się podczas spacerów z psami i szybko nawiązują romans – oczywiście transkrybentka zataja przed kochanką, że spisuje jej sesje i wie o niej znacznie więcej, niż powinna.
Szwajcara jest jak wyciosana z pojedynczej bryły lodu – nawet kiedy angażuje się w romans z Gretą. Ich relację trudno nazwać romantyczną, ale jest w niej nieustanne napięcie. Osiąga ono kulminację podczas kolacji, na którą Szwajcara zaprasza Gretę do siebie do domu. Nieustanne napięcie obejmuje także seks – trudno napisać dobrą scenę seksu, ale można z tego wybrnąć tak, że pisze się scenę celowo złą. Pierwszy seks Grety i Szwajcary jest tak zły, że genitalia czytelnika / czytelniczki / osoby czytającej same zawiązują się na supełek. Cóż, taki sposób przedstawienia intymnego aktu również zapewne jest jakąś sztuką. Bohaterki raczej się o siebie obijają, niż się spotykają, a zarazem nie są w stanie przestać. Greta osiąga w końcu orgazm, ale do uleczenia emocjonalnego zamrożenia raczej się nie zbliża.
Szwajcara jest znacznie lżejsza i zabawniejsza od Mojego roku relaksu…, podszyta ironią i psychodelią. Przede wszystkim są w niej ludzie – może nie mniej samotni od bohaterki Moshfegh, ale odcinający się od świata i od siebie w sposób, który można przerobić w zgrabną anegdotę. Tytułową Szwajcarę, a do pewnego stopnia także Gretę, łączy z bohaterką Moshfegh emocjonalne odcięcie się od świata. Każda z nich ucieka na własny sposób – w sen, w chłód, w cudze życie lub zupełnie dosłownie. Zarówno Szwajcara, jak i bohaterka Mojego roku relaksu… mogą pozwolić sobie na uprzywilejowane formy hibernacji. Greta, której na hibernację nie stać, ucieka byle gdzie, byle dalej od siebie. Jeśli czytać Mój rok relaksu i odpoczynku oraz Szwajcarę jako książki o relacjach między kobietami, to wyłania się z tych tekstów dramatycznie smutny obraz toksycznej przyjaźni i niewiele mniej toksycznego związku opartego na odwróceniu życiowych ról młodszej i starszej kobiety. Z kolei relacja łącząca Gretę i Sabine, właścicielkę holenderskiej posiadłości, to raczej prowadzenie równoległego życia, bo Sabine także ucieka. Wszyscy, bez wyjątku, są tu samotni i relacje nie są dla nich ratunkiem, choć mogą być ucieczką.
Ratunkiem wcale nie będzie też terapia – zarówno działania psychiatrki z powieści Moshfegh, jak i Oma z powieści Beagin przynoszą więcej szkody niż pożytku. Bohaterka Mojego roku relaksu… w zasadzie używa swojej psychiatrki jak receptomatu – i jest to jej jedyna sensowna funkcja. Lekarka nie słucha kobiety, z łatwością daje się nabierać na konfabulacje, lekką ręką przepisuje rozmaite koktajle leków i sama wygląda, jakby potrzebowała profesjonalnej pomocy. Na każdej wizycie oferuje także bohaterce kolejne newage’owe rozwiązania, ale z godnością przyjmuje odmowy. Om co prawda słucha swoich klientów (choć nie zawsze), ale najchętniej leczyłby ich gongami i wschodnimi technikami oddechowymi. Jego rozmowy z pacjentami są często groteskowe, a spisywane przez Gretę sesje obnażają jego daleko posuniętą niekompetencję. Więc skoro relacje są puste, a terapeuci bezużyteczni, to może faktycznie jedynym rozwiązaniem jest ucieczka w zamrożenie i hibernacja?
Zarówno Moshfegh, jak i Beagin próbują za pomocą humoru i ironii (podawanych w różnych dawkach i proporcjach) pisać o problemach i rozterkach klasy średniej i wyższej, od których się dystansują, ale nie są w stanie ich opuścić. Mogą je co najwyżej podgryzać i podszczypywać ironicznie. Mój rok relaksu i odpoczynku oraz Szwajcara to powieści nie tyle o zamrożonych emocjach czy ucieczce od świata, ile o cierpieniach uprzywilejowanych. W przypadku powieści Moshfegh bohaterka-narratorka opowiada sama o sobie, w książce Beagin poznajemy natomiast galerię neurotycznych postaci z zamrożoną Szwajcarą na czele z perspektywy outsiderki. Jednak nieuprzywilejowana pozycja Grety, uciekającej w obserwowanie innych, służy raczej do uzasadnienia ironicznego dystansu niż do badania materialnych warunków. Rozpadający się dom, konieczność pracy przy transkrypcjach czy odczuwalny niedostatek ulegają w Szwajcarze romantyzacji. Powieściowe Hudson to mekka neurotycznych hipsterohipisów, więc na ich tle dwie już niemłode kobiety w trzystuletnim domu z rojem pszczół w kuchni nie są zwyczajnie biedne, są ciekawe. Mogą niejako ukryć swój stan materialny, wmieszać się w tłum znacznie lepiej sytuowanych mieszkańców, przedstawić swoje warunki życiowe jako wybór, nie konieczność. Szwajcara co prawda nie daje się na to nabrać, nie do końca, ale zarzuca Grecie nieodpowiedzialność i niedojrzałość, a nie biedę. Obydwie powieści są więc opowieścią o klasie (i kasie), a w mniejszym stopniu – o emocjach i depresji.
Może to oczywiste, ale warto napisać wprost: prawdziwe są jednocześnie dwa twierdzenia. Depresja jest rzeczywistą chorobą (a nie wymysłem klasy średniej), ale żeby na nią chorować i się nie stoczyć, trzeba mieć nie tylko zamrożone emocje, ale też zamrożony kapitał. Zmiana warunków materialnych, w których żyją bohaterki obu powieści, skutkowałaby zupełnie inną fabułą, nie tyko zmianą dekoracji. To byłaby opowieść nie tylko o depresji i emocjach, ale również o ubóstwie, degradacji społecznej, bezrobociu, braku sił na walkę o cokolwiek. Depresji nie da się na dłuższą metę przespać ani prześmieszkować z ironicznym dystansem. Bo że nie da się jej pokonać zdrowym odżywianiem, bieganiem maratonów, jogą ani nową pracą, chyba nie trzeba dodawać. Pominięcie wątków materialnych w obu powieściach wcale nie koncentrowałoby uwagi odbiorców na stanach i emocjach bohaterek – raczej byłoby mało etycznym wybiegiem. Nie jest chyba możliwe etyczne pisanie o depresji bez pisania o pieniądzach. Not under this economy – lub po polsku: nie w tym systemie.
1 Z. Zaleska, Wszystko, co dobre, sprawia, że chcę umrzeć, „Dziennik Literacki” 31.12.2025, online: https://dziennikliteracki.pl/zofia-zaleska-wszystko-co-dobre-sprawia-ze-chce-umrzec-ottessa-moshfegh-eileen-lapvona-moj-rok-relaksu-i-odpoczynku-smierc-w-jej-dloniach-tesknota-za-innym-swiatem-teresa-tyszowiecka-lukasz-buchalski/ [dostęp: 9.03.2026].
