Zamrożone emocje, zamrożone kapitały

Począt­ko­wo wizja pisa­nia o zamro­żo­nych emo­cjach wyda­wa­ła mi się bar­dzo pocią­ga­ją­ca. A tym bar­dziej – wizja pisa­nia o zamro­żo­nych emo­cjach na pod­sta­wie dwóch powie­ści. Jed­na z nich, Mój rok relak­su i odpo­czyn­ku Ottes­sy Mosh­fegh (tłum. Łukasz Buchal­ski, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Pau­za, 2019), zyska­ła spo­ry roz­głos i cie­szy się nadal dużą popu­lar­no­ścią, dru­ga – Szwaj­ca­ra Jen Beagin (tłum. Kaja Gucio, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2024) – prze­szła w Pol­sce wła­ści­wie bez echa. Szyb­ko jed­nak doszłam do wnio­sku, że emo­cje, zamro­żo­ne i roz­mro­żo­ne, to tyl­ko pierw­sza war­stwa, to – posłu­żę się jesz­cze jed­ną mroź­ną meta­fo­rą – led­wie oszro­nie­nie. Praw­dzi­wą górą lodo­wą oka­za­ło się coś, co łączy oby­dwie te powie­ści, a nie są to zamro­żo­ne emo­cje boha­te­rek. To kla­sa. I kasa.

Mój rok relak­su i odpo­czyn­ku tra­fił w Pol­sce na wła­ści­wy moment – wyda­ny po raz pierw­szy tuż przed pan­de­mią, dosko­na­le wpa­so­wał się w atmos­fe­rę powszech­nej izo­la­cji. Bez­i­mien­na boha­ter­ka, któ­ra posta­na­wia prze­spać rok i obu­dzić się jako zupeł­nie nowa oso­ba, świet­nie odpo­wia­da­ła na potrze­by poza­my­ka­nych w domach ludzi. Mie­li oni bowiem w koń­cu czas na intro­spek­cję, a to, co dzię­ki niej zoba­czy­li, wca­le im się nie spodo­ba­ło; wie­lu w trak­cie pan­de­mii lub tuż po niej zaję­ło się na poważ­nie swo­im zdro­wiem psy­chicz­nym (lub raczej jego doj­mu­ją­cym bra­kiem). Boha­ter­ka Moje­go roku relak­su… hiber­nu­je, ucie­ka­jąc od życia. Nie bun­tu­je się prze­ciw­ko świa­tu, nie musi, po pro­stu decy­du­je się nie brać w nim udzia­łu – i może sobie na to pozwo­lić. To świa­do­me odcię­cie się, z zało­że­nia lecz­ni­cze, tera­peu­tycz­ne, ale też skru­pu­lat­nie zapla­no­wa­ne.

Od cze­go boha­ter­ka, a zara­zem nar­ra­tor­ka tej opo­wie­ści, tak despe­rac­ko pró­bu­je uciec? Od wszyst­kie­go i w  zasa­dzie od nicze­go kon­kret­ne­go. W jej histo­rii nie ma jed­nej okre­ślo­nej trau­my, któ­ra była­by punk­tem zwrot­nym. Pozor­nie dziew­czy­na nie ma też powo­dów do narze­kań: jest mło­da, dobrze sytu­owa­na, atrak­cyj­na (co wie­lo­krot­nie powta­rza), skoń­czy­ła stu­dia na reno­mo­wa­nej uczel­ni, mia­ła pra­cę – mało ambit­ną i poni­żej swo­ich moż­li­wo­ści, za to odpo­wied­nio „ele­ganc­ką”. Ucie­ka przede wszyst­kim od bez­na­dziei, od roz­pa­du wszel­kich rela­cji, od pust­ki i od rodzi­ców. To, że nie żyją, nie czy­ni jesz­cze uciecz­ki od nich pozba­wio­ną sen­su, żywi czy nie, mają wciąż prze­moż­ny wpływ na boha­ter­kę. Emo­cjo­nal­ne zamro­że­nie wynio­sła ona przede wszyst­kim z domu. Ojciec, pro­fe­sor uni­wer­sy­tec­ki, był suro­wy i zdy­stan­so­wa­ny, nawet w obli­czu śmier­ci nie zni­żył się do tego, żeby zauwa­żyć wła­sną cór­kę, nie mówiąc już o respek­to­wa­niu jej emo­cji. Mat­ka z kolei sta­no­wi­ła świet­ny przy­kład, jak moż­na uciec od świa­ta przy odpo­wied­nim wspar­ciu che­micz­nym – kok­taj­le z psy­cho­tro­pów i alko­ho­lu czy­ni­ły ją nie­obec­ną nie tyl­ko w życiu cór­ki, ale i w swo­im wła­snym.

Jedy­ną dłu­go­fa­lo­wą rela­cją w życiu boha­ter­ki jest jej przy­jaźń z Revą – dziew­czy­ną, któ­ra wca­le nie radzi sobie z rze­czy­wi­sto­ścią wie­le lepiej, ale na rocz­ne wypi­sa­nie się z życia nie może sobie pozwo­lić. Reva jest nie dość szczu­pła (głów­nie we wła­snym odczu­ciu), a wal­ka z wła­snym cia­łem i nie­na­wi­ścią do sie­bie pro­wa­dzi ją do zabu­rzeń odży­wia­nia. Nie jest rów­nież aż tak zamoż­na, żeby było ją stać na pra­cę w gale­rii sztu­ki – musi fak­tycz­nie na sie­bie zara­biać. Oby­dwie boha­ter­ki zma­ga­ją się z zupeł­nie dup­ko­wa­ty­mi męż­czy­zna­mi, któ­rych mimo to nie potra­fią porzu­cić. Reva ponad­to ma czel­ność doma­gać się od przy­ja­ciół­ki emo­cjo­nal­ne­go zaan­ga­żo­wa­nia, zwłasz­cza kie­dy umie­ra jej mat­ka.

Oglą­da­nie Revy ocza­mi boha­ter­ki-nar­ra­tor­ki jest wyjąt­ko­wo przy­kre. Sta­no­wi ona obiekt nie­usta­ją­cej pogar­dy – zwy­czaj­nie zbyt prza­śna, zbyt upar­ta w swo­im przy­wią­za­niu do nar­ra­tor­ki, a ponad­to sta­now­czo zbyt roz­ga­da­na (nawet jeśli nikt jej nie słu­cha). Nie dość boga­ta i nie dość atrak­cyj­na przy­ja­ciół­ka po pro­stu nar­ra­tor­kę brzy­dzi. Obrzy­dze­nie to się­ga zeni­tu pod­czas wizy­ty w domu rodzin­nym Revy – prze­cięt­nym, śred­nio­kla­so­wym, peł­nym żałob­ni­ków i jedze­nia. Wszyst­ko, co znaj­du­je się wewnątrz – ludzie, meble, wykła­dzi­ny, deko­ra­cje, peł­na lodów­ka – jest dla nar­ra­tor­ki zwy­czaj­nie odpy­cha­ją­ce. Reva pnie się wyżej, awan­su­je, dosta­je nową posa­dę w biu­rze w pre­sti­żo­wym World Tra­de Cen­ter, a że akcja powie­ści toczy się na prze­ło­mie 2000 i 2001 roku, boha­ter­ka ta oczy­wi­ście ginie pod­czas ata­ku. Nar­ra­tor­ka jest już wte­dy wybu­dzo­na ze swo­jej rocz­nej hiber­na­cji, ale śmierć przy­ja­ciół­ki szcze­gól­nie jej nie poru­sza – i nic dziw­ne­go, zwa­żyw­szy, że życie Revy też nie było poru­sza­ją­ce, w naj­lep­szym wypad­ku – zale­d­wie fru­stru­ją­ce.

Okładka książki Ottessy Moshfegh pod tytułem „Mój rok relaksu i odpoczynku”.
Ottessa Moshfegh, „Mój rok relaksu i odpoczynku”, tłum. Łukasz Buchalski, Warszawa: Wydawnictwo Pauza, 2019.

Oczy­wi­ście głów­na boha­ter­ka nie zosta­ła napi­sa­na tak, aby ją polu­bić – boha­te­ro­wie powie­ści Mosh­fegh nigdy nie nada­ją się do polu­bie­nia. Mimo wszyst­ko czy­tel­ni­kom, a zwłasz­cza czy­tel­nicz­kom ide­ali­zu­ją­cym boha­ter­ki i ich sta­ny depre­syj­ne, o czym pisa­ła Zofia Zale­ska1, się to uda­je – nie tyle utoż­sa­mić się z boha­ter­ką (na przy­kład zdać sobie spra­wę z wła­sne­go ego­ty­zmu i zna­leźć przy­jem­ność w prze­glą­da­niu się w jego lite­rac­kim obra­zie), ile poczuć do niej sym­pa­tię, współ­czuć jej czy zazdro­ścić tego, że może sobie pozwo­lić na tytu­ło­wy rok relak­su i odpo­czyn­ku, otu­ma­nić się leka­mi w wygod­nym miesz­ka­niu w Nowym Jor­ku, a w momen­tach (nie)przytomności robić luk­su­so­we zaku­py, o któ­rych potem nie pamię­ta. To jest wła­śnie w powie­ści Mosh­fegh naj­cie­kaw­sze – mate­rial­ne warun­ki depre­sji. Boha­ter­ka dzie­dzi­czy po rodzi­cach pokaź­ny spa­dek, kupu­je miesz­ka­nie, rzu­ca pra­cę asy­stent­ki w gale­rii sztu­ki współ­cze­snej, a następ­nie przy­go­to­wu­je się do hiber­na­cji. Takie nie-życie wyma­ga potęż­ne­go kapi­ta­łu, któ­ry może bez więk­szej szko­dy top­nieć, kie­dy boha­ter­ka się zamra­ża. Na wypi­sa­nie się z życia, upły­wa­ją­ce­go prze­waż­nie na pogo­ni – za pie­niędz­mi, za gwa­ran­to­wa­nym przez nie lep­szym życiem – mogą sobie pozwo­lić ci, któ­rzy już dobie­gli do mety albo zosta­li tam kata­pul­to­wa­ni. Żeby zro­zu­mieć feno­men Moje­go roku relak­su…, trze­ba się zasta­no­wić nad tym, kogo stać na wypi­sa­nie się ze świa­ta. Czy jako czy­tel­ni­cy odczu­wa­my jakiś rodzaj satys­fak­cji, czy­ta­jąc o boga­tej boha­ter­ce, któ­ra mimo swo­je­go sta­tu­su mate­rial­ne­go jest w depre­sji? Czy tak napraw­dę moż­na jej zazdro­ścić, a jeśli tak, to cze­go? Szan­sy na wypi­sa­nie się ze świa­ta? Mająt­ku? A może na depre­sję są w sta­nie sobie pozwo­lić tyl­ko boga­ci? Pro­szę mnie źle nie zro­zu­mieć – depre­sja to fak­tycz­na cho­ro­ba, ale jej lecze­nie wyma­ga odpo­wied­nie­go kapi­ta­łu spo­łecz­ne­go i finan­so­we­go.

Szwaj­ca­ra Jen Beagin to zupeł­nie inna opo­wieść niż Mój rok relak­su i odpo­czyn­ku – akcja toczy się w Hud­son, przed­sta­wio­nym jako mia­sto kla­sy śred­niej ucie­ka­ją­cej od świa­ta i odnaj­du­ją­cej sie­bie na nowo. To miej­sce, gdzie nar­cyzm i neu­ro­za uzy­ska­ły kod pocz­to­wy. Tutaj kla­sa śred­nia nie ucie­ka od świa­ta w hiber­na­cję, nie odci­na się dosłow­nie, ale raczej meta­fo­rycz­nie. Dosta­tecz­nie zamoż­ni ludzie zaczy­na­ją tu upra­wę orga­nicz­nej mar­chwi, warze­nie wła­sne­go piwa i kom­bu­chy lub otwie­ra­ją kon­cep­tu­al­ne bary z rze­mieśl­ni­czy­mi drin­ka­mi. Głów­na boha­ter­ka, czter­dzie­sto­pię­cio­let­nia Gre­ta, jest w pew­nym sen­sie out­si­der­ką. Nie nale­ży do kla­sy śred­niej, ale tak­że posta­no­wi­ła uciec i odna­leźć sie­bie na nowo. Jej życio­rys nazna­cza impo­nu­ją­ca seria traum, a Gre­ta żyje nie­ja­ko z roz­pę­du, bez kon­tak­tu ze sobą i tym, kim jest, cze­go chce i do cze­go dąży. W Hud­son miesz­ka w roz­pa­da­ją­cej się holen­der­skiej posia­dło­ści wraz z przy­ja­ciół­ką, sprze­da­ją­cą mari­hu­anę w posta­ci czy­stej oraz jadal­nej, i psem rasy jack rus­sell ter­rier. Poza dwie­ma kobie­ta­mi i psem miesz­ka tam też potęż­ny rój psz­czół, a nie­ba­wem mają do nich dołą­czyć dwa osioł­ki. Sło­wem – już nie dzie­ci, cią­gle kwia­ty.

Gre­ta zosta­je trans­kry­bent­ką, prze­pi­su­je nagra­nia sesji tera­peu­tycz­nych nie­ja­kie­go Oma, któ­ry twier­dzi, że zamie­rza napi­sać książ­kę i do tego wła­śnie potrze­bu­je zapi­sów spo­tkań. Jego pacjen­ci są oczy­wi­ście ano­ni­mo­wi, ale Gre­ta, słu­cho­wa voy­eu­ryst­ka, roz­po­zna­je ich po gło­sach – Hud­son nie jest wiel­kim mia­stem, a sko­ro miesz­ka­ją w nim w więk­szo­ści przed­sta­wi­cie­le kla­sy śred­niej i wyż­szej, to nie­mal­że wszy­scy leczą się u Oma. Gre­ta woli prze­ży­wać życie innych osób niż swo­je wła­sne – jej odcię­cie się od emo­cji wyglą­da zupeł­nie ina­czej niż w przy­pad­ku boha­ter­ki Moje­go roku relak­su… Po pierw­sze – nie może sobie ona pozwo­lić na życie bez pie­nię­dzy, po dru­gie – inni są dla niej znacz­nie cie­kaw­si. Zwłasz­cza tytu­ło­wa Szwaj­ca­ra, zim­na, opa­no­wa­na mło­da kobie­ta, któ­ra na trau­mę z prze­szło­ści zare­ago­wa­ła zamro­że­niem, odcię­ciem się od emo­cji. Pozor­nie wie­dzie bar­dzo szczę­śli­we życie – jest lekar­ką, jest pięk­na, ma rów­nie pięk­ne­go męża, pięk­ny dom, pięk­ne ubra­nia, ota­cza­ją ją wszel­kie ozna­ki luk­su­su. Nie ma jed­nak orga­zmu. Na tera­pię cho­dzi, ale wola­ła­by tego nie robić – zresz­tą trud­no jej się dzi­wić, bo Om jest zupeł­nie nie­udol­ny. Gre­ta i Szwaj­ca­ra pozna­ją się pod­czas spa­ce­rów z psa­mi i szyb­ko nawią­zu­ją romans – oczy­wi­ście trans­kry­bent­ka zata­ja przed kochan­ką, że spi­su­je jej sesje i wie o niej znacz­nie wię­cej, niż powin­na.

Szwaj­ca­ra jest jak wycio­sa­na z poje­dyn­czej bry­ły lodu – nawet kie­dy anga­żu­je się w romans z Gre­tą. Ich rela­cję trud­no nazwać roman­tycz­ną, ale jest w niej nie­ustan­ne napię­cie. Osią­ga ono kul­mi­na­cję pod­czas kola­cji, na któ­rą Szwaj­ca­ra zapra­sza Gre­tę do sie­bie do domu. Nie­ustan­ne napię­cie obej­mu­je tak­że seks – trud­no napi­sać dobrą sce­nę sek­su, ale moż­na z tego wybrnąć tak, że pisze się sce­nę celo­wo złą. Pierw­szy seks Gre­ty i Szwaj­ca­ry jest tak zły, że geni­ta­lia czy­tel­ni­ka / czy­tel­nicz­ki / oso­by czy­ta­ją­cej same zawią­zu­ją się na supe­łek. Cóż, taki spo­sób przed­sta­wie­nia intym­ne­go aktu rów­nież zapew­ne jest jakąś sztu­ką. Boha­ter­ki raczej się o sie­bie obi­ja­ją, niż się spo­ty­ka­ją, a zara­zem nie są w sta­nie prze­stać. Gre­ta osią­ga w koń­cu orgazm, ale do ule­cze­nia emo­cjo­nal­ne­go zamro­że­nia raczej się nie zbli­ża.

Okładka książki Jen Beagin pod tytułem „Szwajcara”.
Jen Beagin, „Szwajcara”, tłum. Kaja Gucio, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2024.

Szwaj­ca­ra jest znacz­nie lżej­sza i zabaw­niej­sza od Moje­go roku relak­su…, pod­szy­ta iro­nią i psy­cho­de­lią. Przede wszyst­kim są w niej ludzie – może nie mniej samot­ni od boha­ter­ki Mosh­fegh, ale odci­na­ją­cy się od świa­ta i od sie­bie w spo­sób, któ­ry moż­na prze­ro­bić w zgrab­ną aneg­do­tę. Tytu­ło­wą Szwaj­ca­rę, a do pew­ne­go stop­nia tak­że Gre­tę, łączy z boha­ter­ką Mosh­fegh emo­cjo­nal­ne odcię­cie się od świa­ta. Każ­da z nich ucie­ka na wła­sny spo­sób – w sen, w chłód, w cudze życie lub zupeł­nie dosłow­nie. Zarów­no Szwaj­ca­ra, jak i boha­ter­ka Moje­go roku relak­su… mogą pozwo­lić sobie na uprzy­wi­le­jo­wa­ne for­my hiber­na­cji. Gre­ta, któ­rej na hiber­na­cję nie stać, ucie­ka byle gdzie, byle dalej od sie­bie. Jeśli czy­tać Mój rok relak­su i odpo­czyn­ku oraz Szwaj­ca­rę jako książ­ki o rela­cjach mię­dzy kobie­ta­mi, to wyła­nia się z tych tek­stów dra­ma­tycz­nie smut­ny obraz tok­sycz­nej przy­jaź­ni i nie­wie­le mniej tok­sycz­ne­go związ­ku opar­te­go na odwró­ce­niu życio­wych ról młod­szej i star­szej kobie­ty. Z kolei rela­cja łączą­ca Gre­tę i Sabi­ne, wła­ści­ciel­kę holen­der­skiej posia­dło­ści, to raczej pro­wa­dze­nie rów­no­le­głe­go życia, bo Sabi­ne tak­że ucie­ka. Wszy­scy, bez wyjąt­ku, są tu samot­ni i rela­cje nie są dla nich ratun­kiem, choć mogą być uciecz­ką.

Ratun­kiem wca­le nie będzie też tera­pia – zarów­no dzia­ła­nia psy­chiatr­ki z powie­ści Mosh­fegh, jak i Oma z powie­ści Beagin przy­no­szą wię­cej szko­dy niż pożyt­ku. Boha­ter­ka Moje­go roku relak­su… w zasa­dzie uży­wa swo­jej psy­chiatr­ki jak recep­to­ma­tu – i jest to jej jedy­na sen­sow­na funk­cja. Lekar­ka nie słu­cha kobie­ty, z łatwo­ścią daje się nabie­rać na kon­fa­bu­la­cje, lek­ką ręką prze­pi­su­je roz­ma­ite kok­taj­le leków i sama wyglą­da, jak­by potrze­bo­wa­ła pro­fe­sjo­nal­nej pomo­cy. Na każ­dej wizy­cie ofe­ru­je tak­że boha­ter­ce kolej­ne newage’owe roz­wią­za­nia, ale z god­no­ścią przyj­mu­je odmo­wy. Om co praw­da słu­cha swo­ich klien­tów (choć nie zawsze), ale naj­chęt­niej leczył­by ich gon­ga­mi i wschod­ni­mi tech­ni­ka­mi odde­cho­wy­mi. Jego roz­mo­wy z pacjen­ta­mi są czę­sto gro­te­sko­we, a spi­sy­wa­ne przez Gre­tę sesje obna­ża­ją jego dale­ko posu­nię­tą nie­kom­pe­ten­cję. Więc sko­ro rela­cje są puste, a tera­peu­ci bez­u­ży­tecz­ni, to może fak­tycz­nie jedy­nym roz­wią­za­niem jest uciecz­ka w zamro­że­nie i hiber­na­cja?

Zarów­no Mosh­fegh, jak i Beagin pró­bu­ją za pomo­cą humo­ru i iro­nii (poda­wa­nych w róż­nych daw­kach i pro­por­cjach) pisać o pro­ble­mach i roz­ter­kach kla­sy śred­niej i wyż­szej, od któ­rych się dystan­su­ją, ale nie są w sta­nie ich opu­ścić. Mogą je co naj­wy­żej pod­gry­zać i pod­szczy­py­wać iro­nicz­nie. Mój rok relak­su i odpo­czyn­ku oraz Szwaj­ca­ra to powie­ści nie tyle o zamro­żo­nych emo­cjach czy uciecz­ce od świa­ta, ile o cier­pie­niach uprzy­wi­le­jo­wa­nych. W przy­pad­ku powie­ści Mosh­fegh boha­ter­ka-nar­ra­tor­ka opo­wia­da sama o sobie, w książ­ce Beagin pozna­je­my nato­miast gale­rię neu­ro­tycz­nych posta­ci z zamro­żo­ną Szwaj­ca­rą na cze­le z per­spek­ty­wy out­si­der­ki. Jed­nak nie­uprzy­wi­le­jo­wa­na pozy­cja Gre­ty, ucie­ka­ją­cej w obser­wo­wa­nie innych, słu­ży raczej do uza­sad­nie­nia iro­nicz­ne­go dystan­su niż do bada­nia mate­rial­nych warun­ków. Roz­pa­da­ją­cy się dom, koniecz­ność pra­cy przy trans­kryp­cjach czy odczu­wal­ny nie­do­sta­tek ule­ga­ją w Szwaj­ca­rze roman­ty­za­cji. Powie­ścio­we Hud­son to mek­ka neu­ro­tycz­nych hip­ste­ro­hi­pi­sów, więc na ich tle dwie już nie­mło­de kobie­ty w trzy­stu­let­nim domu z rojem psz­czół w kuch­ni nie są zwy­czaj­nie bied­ne, są cie­ka­we. Mogą nie­ja­ko ukryć swój stan mate­rial­ny, wmie­szać się w tłum znacz­nie lepiej sytu­owa­nych miesz­kań­ców, przed­sta­wić swo­je warun­ki życio­we jako wybór, nie koniecz­ność. Szwaj­ca­ra co praw­da nie daje się na to nabrać, nie do koń­ca, ale zarzu­ca Gre­cie nie­od­po­wie­dzial­ność i nie­doj­rza­łość, a nie bie­dę. Oby­dwie powie­ści są więc opo­wie­ścią o kla­sie (i kasie), a w mniej­szym stop­niu – o emo­cjach i depre­sji.

Może to oczy­wi­ste, ale war­to napi­sać wprost: praw­dzi­we są jed­no­cze­śnie dwa twier­dze­nia. Depre­sja jest rze­czy­wi­stą cho­ro­bą (a nie wymy­słem kla­sy śred­niej), ale żeby na nią cho­ro­wać i się nie sto­czyć, trze­ba mieć nie tyl­ko zamro­żo­ne emo­cje, ale też zamro­żo­ny kapi­tał. Zmia­na warun­ków mate­rial­nych, w któ­rych żyją boha­ter­ki obu powie­ści, skut­ko­wa­ła­by zupeł­nie inną fabu­łą, nie tyko zmia­ną deko­ra­cji. To była­by opo­wieść nie tyl­ko o depre­sji i emo­cjach, ale rów­nież o ubó­stwie, degra­da­cji spo­łecz­nej, bez­ro­bo­ciu, bra­ku sił na wal­kę o cokol­wiek. Depre­sji nie da się na dłuż­szą metę prze­spać ani prze­śmiesz­ko­wać z iro­nicz­nym dystan­sem. Bo że nie da się jej poko­nać zdro­wym odży­wia­niem, bie­ga­niem mara­to­nów, jogą ani nową pra­cą, chy­ba nie trze­ba doda­wać. Pomi­nię­cie wąt­ków mate­rial­nych w obu powie­ściach wca­le nie kon­cen­tro­wa­ło­by uwa­gi odbior­ców na sta­nach i emo­cjach boha­te­rek – raczej było­by mało etycz­nym wybie­giem. Nie jest chy­ba moż­li­we etycz­ne pisa­nie o depre­sji bez pisa­nia o pie­nią­dzach. Not under this eco­no­my – lub po pol­sku: nie w tym sys­te­mie.

 

1 Z. Zale­ska, Wszyst­ko, co dobre, spra­wia, że chcę umrzeć, „Dzien­nik Lite­rac­ki” 31.12.2025, onli­ne: https://dziennikliteracki.pl/zofia-zaleska-wszystko-co-dobre-sprawia-ze-chce-umrzec-ottessa-moshfegh-eileen-lapvona-moj-rok-relaksu-i-odpoczynku-smierc-w-jej-dloniach-tesknota-za-innym-swiatem-teresa-tyszowiecka-lukasz-buchalski/ [dostęp: 9.03.2026].

– redaktorka, krytyczka literacka i literaturoznawczyni.

więcej →

Fallback Avatar

– amerykańska prozaiczka.

więcej →

Fallback Avatar

– amerykańska pisarka.

więcej →

Powiązane teksty