18 sierpnia 1781 roku brytyjski statek Zong wypłynął z Akry w Zatoce Gwinejskiej w kierunku Jamajki pod kierownictwem kapitana Luke’a Collingwooda. Pod pokładem znajdowało się czterystu czterdziestu dwóch niewolników. Transport ubezpieczono w firmie Gilberta, szacując wartość każdego niewolnika na trzydzieści funtów szterlingów, co zaznaczono w manifeście okrętowym obok anonimowych zapisów „Murzyn”, „Murzynka” czy ditto.
Pochowani pod falami Atlantyku
Z perspektywy handlarzy niewolników byli to ludzie identyczni, nierozróżnialni, więc manifest nie wymagał dalszych uzupełnień. Przeprawa przez Atlantyk trwała średnio od sześciu do dziewięciu tygodni. Podróż Zonga zajęła szesnaście – statek dobił do brzegu Jamajki 22 grudnia w wyniku błędów nawigacyjnych Collingwooda, który pomylił Jamajkę z hiszpańską Hispaniolą i pokierował statek na zachód, a podróż powrotna, gdy zdano sobie sprawę z błędu, wymagała zmagania się z niekorzystnymi wiatrami. Na pokładzie było wówczas tylko dwustu ośmiu niewolników: sześćdziesięcioro dwoje zmarło w trakcie podróży przez Atlantyk, pięćdziesięcioro czworo kobiet i dzieci wyrzucono przez okna kajut 29 listopada, gdy odkryto fatalny w skutkach błąd nawigacyjny, 1 grudnia usunięto z pokładu czterdziestu dwu mężczyzn, w kolejnych dniach trzydziestu sześciu, a dziesięciu wyskoczyło poza burtę z własnej woli (według raportu pierwszego oficera), wreszcie ostatnie trzydzieści sześć ofiar zmarło z wycieńczenia na końcowym etapie podróży, po zawróceniu statku w kierunku Jamajki.
Dlaczego wyrzucano za burtę niewolników? Wodę uzupełniono na zwyczajowym na tej trasie przystanku, w porcie na wyspie Saint Thomas – sto dwadzieścia galonów umieszczono w stu trzydziestu beczkach duńskich, a około trzydziestu galonów w każdej z dwudziestu beczek pokładowych. Wyspę Tobago dostrzeżono na horyzoncie 18 lub 19 listopada, a kilka dni później, gdy statek minął wyspę, na której można było uzupełnić zapasy wody, przeprowadzono niepokojącą w wynikach kontrolę zaopatrzenia – większość beczek duńskich została już wówczas całkiem opróżniona, pozostały jedynie beczki na pokładzie. Ich zawartość, jak wylicza Andrew Lewis, mogła wystarczyć na dziesięć do trzynastu dni żeglugi przy zachowaniu standardowego racjonowania1. Chociaż wody było za mało dla wszystkich pasażerów, to 1 grudnia (według zeznań pierwszego oficera statku) spadł deszcz, dzięki któremu udało się uzupełnić wszystkie beczki pokładowe. Mimo to wciąż wyrzucano za burtę niewolników.
Trudno stwierdzić z pewnością, co było przyczyną tej katastrofy. M. NourbeSe Philip sugerowała, że kapitana motywowała chęć dodatkowego zysku otrzymywanego na podstawie odszkodowania. Takie świadczenia przysługiwały tylko za te z ubezpieczonych „dóbr”, które nie zginęły śmiercią naturalną. Przypuszczenie o motywacji ekonomicznej aktu zostaje też sformułowane w argumentacji przedstawicieli firmy ubezpieczeniowej, którzy chcieli uchylić wyrok sądu zobowiązujący ich do wypłaty odszkodowania za stracone „towary”: „Prawda jest taka, że zwiedziawszy się, iż nie ma dobrego rynku na niewolników, sięgnęli po takie środki, by przesunąć straty ze strony właścicieli na stratę ubezpieczyciela”2. Lewis powątpiewa jednak w słuszność tej hipotezy, a raczej w jej umocowanie w argumencie ekonomicznym, wykazując, że każdego z ocalałych niewolników sprzedano za sześć funtów więcej, niż opiewała wartość ubezpieczenia, co stanowiło znaczną różnicę.
Jest też inna hipoteza powodu tragicznych wypadków, którą można wysnuć na podstawie zeznań pierwszego oficera. Twierdził on, że kapitan zapadł na nieokreśloną chorobę, przez którą nie podejmował całkowicie świadomych decyzji. Collingwood rzeczywiście zmarł zaraz po przybyciu na Jamajkę, tak jak wielu innych członków załogi statku Zong. Jednym z niewielu dokumentów, na których podstawie można wnioskować o tym, jak postrzegano te wydarzenia końcem XVIII wieku, jest zaledwie dwustronicowy wyrok sądowy w sprawie Gregson v Gilbert z 22 maja 1783 roku. Dotyczy on sądu nad (bez)zasadnością wypłacenia odszkodowania przez ubezpieczyciela statku niewolniczego Zong i wszystkich znajdujących się na pokładzie dóbr (niewolników) właścicielowi owych dóbr.
Kiedy wniosek o wypłacenie odszkodowania złożony przez właścicieli statku został odrzucony, sprawę skierowano do sądu, który uznał prawo do odszkodowania i zlecił ubezpieczycielom wypłacenie sumy trzydziestu funtów za każdego niewolnika wyrzuconego za burtę w sytuacji braku wody. Według decyzji sądu przez wzgląd na okoliczności działania załogi były uzasadnione, a utrata – objęta ubezpieczeniem. Firma ubezpieczeniowa Gilberta odwołała się jednak od decyzji sądu, dowodząc, że „nie istniała w y s t a r c z a j ą c a k o n i e c z n o ś ć, by wyrzucić za burtę Murzynów”, oraz że „strata nie była objęta warunkami ubezpieczenia”3. Sąd wnioskował bowiem na podstawie argumentów właścicieli transportu następująco:
W ogłoszeniu wyroku stwierdzono, że przez zagrożenia na morzu, niekorzystne prądy i inne nieszczęścia statek stał się podniszczony i nieszczelny i opóźniony w swojej podróży, i z tego powodu tak wiele wody składowanej na pokładzie owego statku, podczas tejże podróży, zostało zużyte na pokładzie owego statku: że przed przybyciem do Jamajki, to znaczy przez wzgląd na ten i inne powody, na pokładzie statku nie pozostała wystarczająca ilość wody, by utrzymać przy życiu kapitana i marynarzy należących do tegoż statku oraz murzyńskich niewolników na pokładzie przez resztę rzeczonej podróży; z jakiego też powodu w trakcie rzeczonej podróży i przed dotarciem statku do Jamajki […] sześćdziesięciu Murzynów zmarło z pragnienia; i czterdziestu innych w wyniku pragnienia i wywołanego przezeń szału rzuciło się do morza i utonęło; i kapitan wraz z marynarzami w celu zachowania własnego życia i życia pozostałych Murzynów, których przez wzgląd na pragnienie wody nie mogli utrzymać przy życiu w inny sposób, byli zobowiązani wyrzucić za burtę stu pięćdziesięcioro innych Murzynów4.
W zapisie wyroku owego odwołania, znanego pod nazwą Gregson v Gilbert, o niewolnikach mówiło się jedynie jako dobrach, towarach, przedmiotach, chociaż wydawałoby się, że dowodzenie niemoralności czy uznania aktu za morderstwo stanowiłoby oczywistą linię argumentacji firmy ubezpieczeniowej. Zamiast tego adwokaci perswadowali, że postępowanie kapitana statku i marynarzy nie było motywowane wystarczającymi okolicznościami, lecz stanowiło konsekwencję uchybień samej załogi – po pierwsze, niesporządzenia odpowiednich zapasów wody oraz pominięcia wyspy Tobago, gdzie można było uzupełnić beczki, oraz, po drugie, błędu nawigacyjnego (uznania Jamajki za Hispaniolę) i wynikających stąd opóźnienia w podróży i problemów z zaopatrzeniem. Z perspektywy ubezpieczyciela to sprawa o tyle ważna, że dotychczas nie zasądzono wypłacenia odszkodowania w podobnych okolicznościach, więc mogłoby to ustanowić precedens. Podobnie jak strona oskarżycielska, tak i obrona nie odwoływała się do rozpatrywania sprawy w kategoriach moralnych, wręcz przeciwnie – streszczenie jej argumentacji zaczynało się od dobitnego stwierdzenia: „Zdecydowano, czy mądrze, czy niemądrze, nie jest teraz przedmiotem namysłu, że część towarzyszących nam stworzeń może stać się przedmiotem własności. Stąd mowa powinna być o wyrzucaniu za burtę towarów i wysiłku, by ocalić częściowo pozostałości”5. Moralne zagadnienia związane ze sprawą stanowią jej dicta, to, co nierelewantne – jej ratio jest zbieżne z materialnym interesem, tak oskarżycieli, jak obrońców.
Chociaż obie strony procesu nie rozpatrywały aktu wyrzucenia za burtę niewolników jako morderstwa (czytamy w wyroku, że argumentacja taka nie ma zastosowania, bo rozprawa toczy się na podstawie zapisów prawa odszkodowawczego, nie kryminalnego), a sam system umożliwiający uprzedmiotowienie człowieka w formie towaru nie zostaje jakkolwiek zakwestionowany, to, przekonuje NourbeSe Philip, sposób sformułowania kontraktu ubezpieczeniowego dawał podstawy do zamordowania ludzi i uzyskania odszkodowania (za utratę własności, jako że przedmiotem aktu były towary, a nie osoby)6. NourbeSe Philip jest z wykształcenia prawniczką; prawo, w szczególności odszkodowawcze, praktykowała kilka lat zawodowo – jej zawód i specjalizacja zapewniają jej unikalne spojrzenie na treść raportu sprawy Gregson v Gilbert. Kanadyjska poetka jest zainteresowana tym, jak religijne myślenie przenika prawo i język, gdy zachodzi w nich coś w rodzaju transsubstancjacji, w której trakcie „człowiek przestaje być istotą, a staje się obiektem, rzeczą czy ruchomością”7. Twórczyni postanawia więc przepisać w swoim poemacie dwustronicowy wyrok, i to sześciokrotnie, gdyż jej książka składa się z pięciu części o łacińskich tytułach: Os (kość), Sal (sól), Ventus (wiatr), Ratio (rozum; w prawie: główna argumentacja, sedno, przeciwieństwo dicta), Ferrum (miecz) i z szóstej, zatytułowanej Ẹbọra, co w języku joruba oznacza podwodne duchy. W każdej z części poematu dochodzi do zmiany perspektywy podmiotu lub do modyfikacji reguł wymazywania, każda z partii tekstu przenosi czytelników na pokład statku Zong, by ci mogli prześledzić, jak Afrykanie tłumaczyli sobie to, co się z nimi dzieje, i jakie (ir)racjonalne pobudki doprowadziły Collingwooda do decyzji o wyrzuceniu za burtę stu trzydziestu dwóch osób8. Autorka podkreśla, że chciała zrozumieć egzystencję człowieka sprowadzonego do „bycia ładunkiem” i metaforycznie stanąć z nim na pokładzie statku, by opowiedzieć tę historię.
Pierwsza część poematu, Os, stanowi rodzaj szkieletu całego utworu, jako że NourbeSe Philip skonstruowała go (niemal)9 w całości z elementów raportu Gregson v Gilbert. Wyrazy w inicjalnym wierszu, Zong#1, zostały pokawałkowane, tak że czytelnik musi łączyć dźwięki w znaczące słowa z pewnym wysiłkiem („woda woda była nasza woda dobra woda och pewnego dnia woda woda woda woda pragnienia”).
Według Jenny Sharpe w owym pokawałkowaniu manifestuje się dramatyzm wydarzeń na pokładzie statku niewolniczego – niemożność pochwycenia oddechu przez tonących10 – a według Erin M. Fehskens słowa zyskują echo, gdyż wiedza i pamięć o tych wydarzeniach dociera do nas z przeszłości i jest dostępna jedynie we fragmentach11. Chociaż niewykluczone jest, że somatyczna bełkotliwość i dławienie głosu są zamierzonym i przejmującym obrazem tonących niewolników, to interpretacja Fehskens wydaje się bliższa wyrażanym przez autorkę intencjom. Nie tylko z tego powodu, że NourbeSe Philip, czytając ten wiersz na głos, naśladuje właśnie echo12. Także dlatego, że za podmiot mówiący w tym wierszu powinniśmy raczej uznać kapitana i załogę statku Zong: dobra woda, czyli woda słodka, była „nasza”, bo do „nas” należało prawo decydowania o tym, kto ją otrzyma, a kto nie. Taka identyfikacja podmiotu raczej z kapitanem i marynarzami niż z niewolnikami jest umocowana w samej treści poematu, ponieważ same jego słowa, zwłaszcza w części Os, mają bezpośrednie źródło w dokumencie formułowanym właśnie z perspektywy załogi. Raport z apelacji firmy ubezpieczającej Zong opiera się na zeznaniach wybranych członków załogi, a wśród materiałów dowodowych zabrakło nawet dziennika pokładowego, który przepadł wraz ze śmiercią Collingwooda. Niewolników, którym udało się przeżyć podróż, od razu sprzedano na Jamajce i nie wiadomo nic o ich dalszych losach. Zresztą, abstrahując od tych okoliczności, czy można by w procesie uwzględnić zeznania ludzi uznanych za towar? NourbeSe Philip, tworząc swój utwór zgodnie z techniką wymazywania, zdaje sobie w pewnym momencie sprawę, że jej tekst opowiada o masakrze z perspektywy handlarzy niewolników:
Jednym z najwyrazistszych „głosów” w „Zong!” jest głos należący do kogoś, kto zdaje się być białym mężczyzną i Europejczykiem. Gdybym przystąpiła do tej „historii”, chcąc napisać opowieść o statku Zong i wydarzeniach otaczających jego fatalną podróż, nie obrałabym białego, męskiego, europejskiego głosu jako jednego z prymarnych podmiotów tego tekstu. Moja „autorska intencja” popychałaby mnie ku innym głosom13.
Wątpliwości dotyczące tego, kto właściwie mówi w poemacie – niewolnik czy jego morderca – są w pewnym sensie umocowane w samej konstrukcji tego utworu, a w pierwszej kolejności, co jest nie bez znaczenia, w podtytule książki. Podtytuł informuje bowiem, że historia ta została opowiedziana autorce przez Setaey Adamu Boatenga, który stanowi pars pro toto zmarłych niewolników przewożonych na statku Zong. Imiona innych zmarłych – fikcyjne – zostały też wyliczone w paginacji, oddzielone kreską u dołu strony. A jednak choć te oddzielone kreską milczenia imiona wydają się z pozoru formą nadawania podmiotowości czy przywracania do istnienia wymazanych osób, to przypominają po trosze praktyki nadawania arbitralnych, często europejskich imion niewolnikom przez handlarzy lub właścicieli. W ten sposób Zong cały czas jakby opiera się spełnianiu swojego celu – oddawaniu głosu ofiarom masowego morderstwa: słowa, za pomocą których przemawiają ofiary, należą do ich morderców.
Zwłaszcza w części Os, gdzie wykorzystane zostały wypowiedzi prawników i sędziów, dominuje punkt widzenia właścicieli transportu. W wierszu Zong#2 niewolników określa się jako negroes, w Zong#3 opisom wyrzucania za burtę „jakiejś liczby” Murzynów towarzyszy wyjaśnienie: „ochrona / zobowiązała do / szału / pragnienia kolejnych czterdziestu / etc.” – wywołany pragnieniem szał niewolników zamieniony został w szał mordowania, jaki opanował ich właścicieli. W wierszu Zong#8 mowa jest o tym, że „wyrzucanie za burtę / własności” było uzasadnione. W Zong#12 z kolei NourbeSe Philip wykorzystuje wszystkie frazy, jakich użyto w raporcie, by wykazać, że nie trzeba uzasadniać morderstwa:
to
zostało powiedziane
zostało postanowione
zostało uzasadnione
wydawało się niemożliwe
nie jest konieczne
jest z innego porządku
nie musi być udowodnione
W części Sal Afryka okazuje się zanurzona pod wodami Atlantyku, ale jest to kraina martwa, pełna ludzkich zwłok rozkładających się poza zasięgiem naszego wzroku. Sama graficzna forma zapisu przywodzi na myśl morskie fale – tekst cofa się i przybliża, a oko czytelnika imituje nieustannie ten ruch, nieraz gubiąc się pomiędzy kolejnymi wersami, szukając połączeń wyrazów i wersów i odnajdując przypadkowe, zagubione łączliwości między błędnie skojarzonymi liniami tekstu14. Falujący zapis tekstu sprawia, że coś dzieje się z naszym błędnikiem, oczy wędrują nam nieco bezładnie po stronie, co przypomina trochę obserwowanie niestałego horyzontu z poziomu morza czy na statku. Gdy po przeczytaniu kilku tak zapisanych kartek czytelnik zamyka powieki, wzór jeszcze przez chwilę porusza się przed oczami niczym powidok owych tekstowych falowań. Podobnych somatycznych sposobów oddziaływania jest w Zong! więcej.
Im dalej posuwamy się w lekturze poematu, tym bardziej zmagać się musimy z pokawałkowaniem i mozolną pracą poszukiwania znaczenia. Powoduje to zmęczenie, a gdy je sproblematyzować – poczucie, że NourbeSe Philip celowo chce ze znaczenia zrezygnować i zmusić swojego odbiorcę, by skupił się on raczej na tym, czego doświadcza, kiedy jest wyalienowany przez tekst i nie jest w stanie nadać sensu temu, co go spotyka w procesie czytania. W ten sposób przeżywałby bowiem „to samo” poczucie absurdu i podejmowałby analogiczne i bezskuteczne próby zrozumienia tego, co się z nim dzieje, jakie w pierwszych dniach stały się udziałem pasażerów statku. Autorka oznajmia w posłowiu:
Kiedy zaczynam oddzielać słowa, coś dzieje się w oku śledzącym słowa na stronie, pracującym nad połączeniem wyrazów i odnalezieniem większego „znaczenia” – oko próbuje uporządkować to, czego nie można uporządkować, próbuje „nadać sens” czemuś, co musiało być próbą zrozumienia wydarzeń na pokładzie Zonga15.
Przyjrzyjmy się na przykład fragmentowi z części Ferrum. Wyrazy rozpadają się na poszczególne morfemy i na różne języki (w tym na angielski, łacinę, francuski, hiszpański i języki afrykańskie – joruba i shona), tak jak rozpada się podmiot, usiłujący zaznaczyć swoje istnienie poprzez obieranie ze skóry morza (skim the skin of the sea), które równocześnie staje się podmiotowi matką (ma mère) i kałużą (mare), i poprzez nazywanie poszczególnych części ciała uwidaczniających się w tym rozbiorze. Można tu zauważyć charakterystyczną dla tej części poematu zabawę homonimią, podobieństwem brzmieniowym (układanie ciągów aliteracyjnych, jak „mer ma mer / el mar ma / mère mare” czy „ave / sa / l / ve”) i translacją (tu na przykład „jestem”: „i / am je / suis & yo / so / y”). Fragmenty te kierują naszą uwagę na kolejne źródło niezrozumienia – tym razem na niemożność znalezienia wspólnego języka przez pojmanych w różnych miejscach zachodniego wybrzeża Afryki niewolników. Jako że posługiwali się oni odmiennymi językami i dialektami, po prostu nie mogli porozumieć się w kwestii własnej sytuacji. Oto mroczne oblicze wieży Babel.
Jeszcze większe trudności w poszukiwaniu sensu nastręczają się w trakcie lektury zamykającej poemat części Ẹbọra. Nakładają się w niej na siebie dwie różne strony książki, nadrukowane na jednej kartce, ponadto wyszarzone tak, że zwłaszcza w miejscach, gdzie wyrazy są nawarstwione, niemal niemożliwe staje się samo odcyfrowanie liter – nie mówiąc o interpretacji wiersza.
Przyczyną tego skondensowania dwóch, a nawet trzech stron na jednej jest, jak twierdzi NourbeSe Philip, dosłownie ślepy traf – jej drukarka miała powielić taki błąd w przypadku k a ż d e j z inicjalnych stron poszczególnych części Zong!, a te złożyły się na Ẹbọrę:
Ukończywszy pierwszą wersję jednej z części, chciałam ją wydrukować; drukarka laserowa bez żadnego widocznego powodu nadrukowuje pierwsze dwie lub trzy strony nałożone na siebie nawzajem – jakby tańczące krumping – tak że strona przemienia się w gęsty krajobraz tekstu16.
Warto zwrócić uwagę na to porównanie układu liter i wyrazów na stronie wiersza do popularnego tańca ulicznego, którego główną zasadą jest nieograniczona i nieco wyolbrzymiona ekspresja, z dynamicznymi wymachami ramion, podskokami i tupaniem, zazwyczaj improwizowanymi. W Notandzie NourbeSe Philip zauważa, że wyrazy w jej wierszach krampują, tak jak Afroamerykanie, których „ciała wykrzywiają się i skręcają w intensywnych pozycjach, a znaczenie pojawia się często poza ludzkim pojęciem”17.
Prowadzi nas to do bardzo ważnego pytania o rolę przypadku w poemacie. Skoro błąd drukarki zadecydować miał, samodzielnie, poza wolą autorki, o kształcie ostatniej części poematu – oczywiście decyzja autorki jest taka, żeby nie naprawiać swojej drukarki, tylko całość zostawić w tym przypadkowo wytworzonym kształcie – to można podejrzewać, że sama kompozycja, zwłaszcza w częściach dalszych, poddana jest działaniu przypadku. Dlaczego tak właśnie się dzieje, wyjaśnia sama autorka:
Jedną z twórczych metod było dosłowne pocięcie tekstu [wyroku – I.P.] i losowe wybieranie słów, a następnie zapisywanie ich, ale wydawało się, że nic z tego nie wyniknie – było to podobne do losowego wybierania afrykańskich niewolników, których następnie umieszczano razem, w nadziei, że coś z tego wyniknie, że coś wyprodukują. Właścicielom zależało na tym, by współpracowali ze sobą, tak jak mnie zależy na tym, by współpracowały ze sobą słowa. W moim przypadku to gramatyka jest mechanizmem porządkującym, mechanizmem przemocy:
– jestem zainteresowana tym, by słowa nie współdziałały, by przeciwstawiały się temu porządkowi gramatyki i pragnieniu znaczenia czy też impulsowi znaczenia,
– moje pragnienie nadania im sensu musi zostać odrzucone,
– zawsze uważałam, że wiersz istnieje co najmniej w dwóch wcieleniach: tym, które chcesz napisać, i tym, które musi napisać się samo; praca nad tym tekstem wydaje się kulminacją tego rozdzielenia, ponieważ nie używam nawet własnych słów (chociaż czy kiedykolwiek słowa są moje własne?)18.
Chociaż porządek gramatyki poetka określa jako przemocowy, to z tego konkretnego powodu, że pracuje na przykładzie języka, który przemoc – masowe morderstwo – opisuje w kategoriach czysto ekonomicznych, pozamoralnych. Niezależnie od tego, a może właśnie tym bardziej, konieczne staje się posłużenie owym językiem, żeby coś zakomunikować:
Głęboko nie ufam narzędziu, z którym pracuję – językowi. Jest to nieufność zakorzeniona w pewnych wydarzeniach historycznych, które mają związek z tragedią na statku Zong. Nie ufam porządkowi tego języka, który utrwalił te wydarzenia, równocześnie oznajmiał nieistnienie ludów afrykańskich. Jego porządek ukrywa nieporządek, jego logika zasłania nielogiczność, a jego racjonalność jest irracjonalna. Jeśli jednak język ma robić to, co do niego należy, czyli komunikować, te cechy – porządek, logika, racjonalność – te reguły gramatyki muszą być obecne. To samo dotyczy języka prawa19.
U kresu poematu książka wprost zniechęca nas do czytania. Czy narzucanie czytelnikowi pasywnej roli w sytuacji nie zrozumienia, a doświadczenia katastrofy, nie wiąże się z przedłużeniem milczenia ofiar pasażerów statku Zong?20 Można też, jak sądzę, pytać o wymiar etyczny tekstu, zachęcającego do przeżywania cudzej traumy na takich samych prawach, jak robią to osoby, których ta trauma dotknęła (przypomnijmy: gdy NourbeSe Philip aranżowała słowa raportu w nowe połączenia, usiłowała wyobrazić sobie, że sama znajduje się na pokładzie statku jako jeden z niewolników-ładunków21). Przywodzi to na myśl inne wątpliwe etycznie projekty współodczuwania traumy, przybierające najbardziej dziś chyba problematyczną formę w przypadku tak zwanych bestsellerów o Auschwitz. Skoro kompozycja utworu NourbeSe Philip raz za razem skłania czytelnika raczej do doświadczania tekstu niż do jego czytania i rozumienia, pokusa jest taka, żeby z interpretacji zrezygnować albo oddać intencję jakiejś innej niż autorska instancji, co wydarzyło się dokładnie w przypadku recepcji tego poematu: w analizie Lisy Fink tekst to wyraz ustanowienia morza i jego biochemicznych procesów jako podmiotu, Jenny Sharpe twierdzi natomiast, że w poemacie są tylko dźwięki i głosy, coś cielesnego, a nie historycznego.
Jest to być może najważniejsza cecha projektu konceptualnego NourbeSe Philip – twórczyni w swoich wierszach nie konstruuje wyrazistej kontrnarracji dla historii opowiedzianej w raporcie, a na różne sposoby i z różnych przyczyn powraca do nieuniknionej porażki takiego działania. Lecz nie widzę sprzeczności w strategii autorki poematu, gdyż zasadniczym celem było właśnie opowiedzenie niemożliwości, opisanie fiaska, o którym to niepowodzeniu trzeba było, jak podkreśla poetka, mimo wszystko napisać. Odkrycie podwodnej Afryki pod warstwami tekstu nastręcza trudności, gdyż takie same trudności pojawiają się w wypadku narratywizacji historii tworzenia się owego akwatycznego cmentarza handlu transatlantyckiego. Pustych przestrzeni, które czytelnik próbuje przezwyciężyć, łącząc wzrokiem rozerwane odstępami części wyrazów i wypowiedzeń, nie da się dziś zapełnić – więcej nawet: takie zapełnianie byłoby wątpliwe etycznie, gdyż nie dysponujemy ani odpowiednimi informacjami historycznymi, ani zgodą krewnych zmarłych na ich „eksakwatyzację” i wystawienie ich cierpienia na widok innych. Pozostaje więc odczytywać to, co jest dostępne, jak ów raport sądowy, ze świadomością, że bez uzmysłowienia sobie pustki ukrytej za profesjonalnym prawniczym żargonem, bez zrozumienia fragmentaryczności i jednojęzyczności tego tekstu, umyka nam coś bardzo ważnego. Jeśli gdzieś obecni są nieobecni w tekście wyroku niewolnicy transportowani na statku Zong, to nie w języku ani w odkreślonych pod wierszami fikcyjnych nazwiskach. Kryją się oni w światłach między kolejnymi wersami poematu, w pustych przestrzeniach. Ich istnienie jest najbardziej autentyczne nie w próbach oddawania im głosu (bo nie do nich należą te słowa), ale tam, gdzie tego głosu nie ma, gdzie nie ma języka i nie ma świadectwa.
Fale bum-co-za-bum
„Tu nie ma niczego; żadnej widocznej historii”22, tak pisał o Wyspach Karaibskich dziewiętnastowieczny historyk James Froude, tak też opowiadali o nich inni filozofowie i historiografowie, którzy postrzegali kolonie jak niepełnoletnie dzieci imperium, wyjęte z dziejów świata. Poezja jamajskiego pisarza Ishiona Hutchinsona odwraca sens słów Froude’a: tu jest wszystko; wszędzie widoczna historia. Od debiutanckiego zbioru wierszy, Far District, Hutchinson przygląda się temu, jak naucza się dziejów jego kraju w szkole, za każdym razem opisuje przy tym nauczycieli jako sprawców przemocy – profesor w tytułowym wierszu w Far District „dźga linię czasu” linijką, wykłada:
Przed tą datą [1492], nic. Mniej barbarzyński
termin, najwłaściwszy w świetle tropiku
to znaczy
topiku – to c i e m n e w i e k i. Kilka pierwotnych
wynalazków; narzędzia kościane i kamieniane,
ale żadnego prawdziwego przemysłu, aż wreszcie cukier23
a dyrektor szkoły ze Szkoły ćwiczeń był nazywany przez uczniów Count Lasher (w przekładzie Jerzego Jarniewicza – hrabią Biczysko), „bo nie szczędził bicza ani rózgi ani dziecka i ćwiczył na potęgę licząc głośno chlast-chlast-chlasty skórzanego pasa (nasączonego naftą) po których piekła skóra na plecach i dłoniach”24. Szkoła, w której uczy się Godspeed, bohater poematu, wzorowana jest na wspomnieniach samego autora:
Szkoła miała brytyjski, kolonialny charakter, a kary stosowano w niej, by nas kształcić. Ironia polega na tym, że idziesz do szkoły właśnie po to, by ktoś cię ukształtował, a zamiast tego trafiasz do kolonii karnej, z której bardzo trudno jest uciec, a która jest jedyną furtką do lepszego życia25.
W opublikowanym w 2023 roku poemacie Szkoła ćwiczeń, trzeciej książce Hutchinsona i jedynej obecnej w polszczyźnie, dzięki przekładowi Jerzego Jarniewicza, bieg historii wyznaczają przede wszystkim trzy momenty: handel transatlantycki, konflikt na Bliskim Wschodzie w trakcie pierwszej wojny światowej oraz życie codzienne na Jamajce końca XX wieku. Te wydarzenia są jak ramiona trójkąta – każde pozostaje w związku z dwoma pozostałymi, doświetlają się one i wzajemnie warunkują. Tyle że łączące je linie uległy w Szkole ćwiczeń częściowemu zatarciu – naszkicowana przez Hutchinsona historia jest właśnie raczej punktowa niż linearna, porwana i fragmentaryczna niż pełna. Objawia się to przede wszystkim w nakładaniu się na siebie różnych porządków czasowych i przestrzennych, które sprawiają, że Godspeed może wyjrzeć za okno sali lekcyjnej, za którym właśnie dzieją się wydarzenia Wielkiej Wojny:
Pod osłoną mgły przenieśli się z EL ANAB do LATRUN.
Okna jego sali lekcyjnej wychodziły na otwarte okopy i latryny. Leptospiroza rozprzestrzeniała się błyskawicznie w budynkach z salami dla pierwszej i drugiej klasy gdzie chłopcy w mundurkach khaki chodzą w górę chodzą w dół po schodach przebijając się przez chmurę gazową much26.
Problemy z czasem historii pojawiają się też tam, gdzie czytelnik najmniej podejrzewa manipulację; wiele fragmentów kończy się podaniem siły batalionu, na przestrzeni całego tomu drastycznie zmniejszającego swoją liczebność, ale gdy przyjrzymy się tym obiektywnie wyglądającym zapisom, okaże się, że siła batalionu na kolejnych stronach poematu raz wzrasta, a raz maleje27. We fragmencie II czytamy, że oddział liczył „328 oficerów i 5 321 żołnierzy niższych stopni”, w XXV: „37 oficerów i 1 102 żołnierzy”, zaś w L: „603 oficerów i 7 130 żołnierzy”. Poemat skonstruowany jest tak, żebyśmy uwierzyli w to, że obserwujemy, jak armia brytyjska przemieszcza się podczas działań wojennych na Bliskim Wschodzie. W swoich najbardziej obiektywnie brzmiących frazach – bo czy można osiągnąć wrażenie faktograficzności wiersza w lepszy sposób niż przez przemówienie w nim językiem statystyki i danych? – poemat zwodzi nas i zawodzi.
Przyczyną tego pokawałkowania nie jest jednak brak historii, jak w przytoczonym na początku zdaniu Froude’a, a podobnie jak w Zong! brak wiarygodnych źródeł, które mogłyby o danym aspekcie historii zaświadczyć. Hutchinson książkę NourbeSe Philip zna i ceni, a zapytany o podobieństwa swojego poematu do jej projektu, mierzącego się z niemożliwością i przypadkiem, potwierdził, że analogiczne napięcie trawi też jego własny tom. Właśnie dlatego zadaniem poematu będzie gra między wskazywanymi w Szkole ćwiczeń postulatami a (nie)możliwością ich spełnienia. „Odzyskaj ich”, powtarza kilkakrotnie podmiot.
Odzyskaj ich,
pryszczatych, lodem skłutych, stłoczonych na pokładzie,
w drodze powrotnej do Starej Brytanii28
Hutchinson wydaje się przemawiać z wnętrza tekstu i przedstawiać wielkie zadanie literatury, jakim jest pamiętanie i przywracanie pamięci. Szkoła ćwiczeń kończy się memoriałem dla żołnierzy z Indii Zachodnich, w którym czterdziestu dziewięciu z nich zostaje wymienionych z imienia. Tylko tych czterdziestu dziewięciu żołnierzy udało się Hutchinsonowi wskazać na podstawie poszukiwań w archiwach Imperial War Museum, które poprzedziły powstanie jego książki29. Odnalazł je w dziennikach, listach i podpisach fotografii (zdjęcia wykonali biali oficerowie). Nie zachowały się żadne dokumenty autorstwa samych żołnierzy z Wysp Karaibskich, a o ich udziale w wojnie wzmiankowano tylko na marginesie, z rzadka odnotowując nawet ich imiona, bo chociaż walczyli w szeregach Imperium Brytyjskiego jako „ochotnicy”, to w obozach stosowano segregację rasową. Autorzy pamiętników, listów i dzienników nie sprawozdawali ich działań, ponieważ ze względu na oddzielenie w większości wypadków po prostu ich nie znali.
Łatwo byłoby skończyć czytanie poematu Hutchinsona na stwierdzeniu, że poecie udało się zrealizować swoje zamiary. Pragnął wydrzeć niepamięci mało znany epizod pierwszej wojny światowej i poprzez Szkołę ćwiczeń udało mu się tego dokonać. A jednak problem w tym, że nie mogło się to udać w pełni. Spisany na końcu książki memoriał zaświadcza o tej porażce – nie da się wymienić wszystkich poległych i walczących, a co dopiero upamiętnić ich czynów, okoliczności czy miejsc ich śmierci. Przede wszystkim nie ma wiarygodnych źródeł, które pozwoliłyby odtworzyć wydarzenia z perspektywy żołnierzy z Indii Zachodnich, archiwa są wybrakowane. Dlatego poemat cały czas przypomina nam różnymi sposobami – fragment, miks, luka – że opowiada o historii bez historii.
Jedną z podstawowych metod, która pozwala osiągnąć ten rezultat, poza wspomnianymi już jukstapozycjami dwu perspektyw czasoprzestrzennych oraz mieszaniem statystyk, jest sama konstrukcja poematu na wzór dub poetry. W eseju pomieszczonym w wydanej w 2025 roku książce Fugitive Tilts Hutchinson stwierdza, że najlepsza poezja jamajska przeniknięta jest muzyką do tego stopnia, że podporządkowuje się ją środkom i możliwościom wiersza30. Dub, technika przetwarzania nagrań polegająca na samplowaniu sekcji rytmicznych (bas i perkusja/bębny), zwykle z wykorzystaniem efektu pogłosu, narodziła się na Jamajce i zyskała popularność w latach 70. XX wieku. Jak wyjaśnia Hutchinson: „Podstawowa zasada dubu polega na jednoczesnym nawarstwianiu wielu rejestrów dźwiękowych i rozmontowywaniu, gdy tylko się rozwijają, nowych warstw dźwięku, zanim stałyby się częścią nazbyt regularnego brzmienia”31. W poemacie Szkoła ćwiczeń dub jest obecny od pierwszych stron:
That rin-trah-la-la-la-
boom-wha-dis-boom-wha-dat-ra-ra-ra-
hottaclaps-inna-di-nitty-gritty-
rin-tin-tin-tin-I-Bop-I-own-the-trumpet.
Rin-trah-la-la-la.
W przekładzie Jarniewicza ten otwierający poemat fragment otrzymuje taką postać:
Ten rin-tra-la-la-la
bum-co-za-bum-co-za-ra-ra-ra-
tara-ra-pary-ra-fa-i-kram-
bo-to-mój-bop-i-trąbka-gra.
Rin tra-la-la-la32.
Melodia jest tu rozmontowywana zgodnie z opisaną przez autora metodą samplowania dźwięku, wprowadzony też zostaje pogłos (ra-ra-ra; la-la-la) oraz bas (bum). W czasie komponowania poetyckich fraz twórca powinien ten proces wykorzystywać: bazując na istniejących fragmentach i formach, zmierzać ku ich zniekształceniu poprzez echo i nawarstwianie kilku źródłowych tekstów/rytmów. Dlatego też, dowodzi Hutchinson, jest sam poeta nie tyle twórcą (poiētēs), ile przetwórcą, „tym, który odkrywa coś nowego w już istniejącym”. Poetycka praca przetwarzania tradycji i historii przypomina moment, gdy dubmaster odkrywa coś nowego w już istniejących tekstach, melodiach i rytmach. Tak rozumiana poezja „jest najszczerszą formą oporu przeciwko pojmowaniu historii jako przeszłości”33. Bo też trąbka, która gra w cytowanym fragmencie, to nie tylko bopowy dęciak, lecz także sygnałówka wojskowa. Na tej sygnałówce zagrzmi Hutchinson, a raczej jego podmiot, który nie porywa zmarłych żołnierzy do boju, do marszu, a wybudza ich z objęć śmierci; wydobywa też ciała z rozstępującego się na dźwięk sygnału oceanu. „I będą czekać w ciszy, aż usłyszą / sygnał trąbki”34 – zmarli żołnierze, zmarli niewolnicy, którzy niczym duchy towarzyszą przeprawie młodych, pryszczatych rekrutów przez ocean. Rytuał, który rozpoczyna się od rytmicznego zaklęcia i gry na trąbce, to forma obrzędu przywodząca na myśl haitańską Ceremonię Dusz, opisywaną przez George’a Lamminga: co kilka lat na brzegu morza zbierają się żyjący, a dzięki pośrednictwu kapłana dołączają do nich – nadchodzący właśnie od morza – zmarli. Niczym w mickiewiczowskich Dziadach zmarli mają do załatwienia swoje sprawy, chcą też pożalić się na krzywdy, których doznali od krewnych i znajomych, a po trwających jakiś czas negocjacjach, ukojeni, wracają do wody35. Zmartwychwstali w poemacie karaibscy żołnierze przybywają dzięki pośrednictwu kapłana-poety, który jak medium użyczy zmarłym swojego głosu.
Idea pokawałkowania składni wiersza na wzór dubu w pierwszej kolejności zwraca naszą uwagę na nieciągłość narracji, a więc i historii. W samej formie wiersza odnajdujemy potwierdzenie, że historia, którą próbuje się przedstawić w poemacie, historia udziału karaibskich żołnierzy w wydarzeniach pierwszej wojny światowej, nie podlega regułom linearnej opowieści, skoro „w formie opartej na dubie temporalność poddana jest nieopisanej presji”36. Jest właśnie taka: niepełna, pocięta, zmiksowana z innymi relacjami, asamblażowa, zasłuchana w echa dawnych słów i dźwięków. Echa są dla Hutchinsona jedynym możliwym sposobem komunikacji z przodkami: „w warstwach dźwięku słyszymy, poprzez próżnię czasu, wołanie przodków, których języka nie znamy i których twarzy nie możemy zobaczyć”37. Melodie, a nawet struktury rytmiczne, na jakich opierają się muzyka reggae czy calypso, są pogłosem rytmów o wiele starszych, być może sięgających nawet utraconych afrykańskich korzeni.
W jednym z wierszy pomieszczonych w tomie Far District można zobaczyć, że zwyczajna rozmowa zawodzi, kiedy próbujemy porozumieć się ze zmarłymi:
Widzę szemrzące w toni kości,
jak czekają na ostatnie obrzędy i spoczynek.
O, nieumarłe kości ojców,
niech wam Atlantyk lekki będzie,
zawodzą, złorzeczą:
Poświęcono nas
by dać życie tobie!
Usta nie pamiętają pieśni,
dłonie – rytuałów, pozostały tylko
sny wypaczone bólem głowy.
Morze pęcznieje w huragan,
ziemia czernieje jak rak,
błyskawica przecina serce
nieba jak chłopiec, który otwiera
okno w dusznym pokoju,
gdzie umarła matka.
O, nieumarli, skąd gniew?
Nie wiem, skąd, którędy38.
Przywołane przez Hutchinsona w wierszu kości należą najpewniej do nigdy niepochowanych niewolników, którzy zginęli w trakcie przeprawy przez Atlantyk. Ich ciała wyrzucano za burtę, stąd szlak handlu trójkątnego znaczą kości nieznanych ofiar. W cytowanym tekście wciąż próbują one opowiedzieć swoją historię – jak dokładnie, tego nie wiadomo, skoro podmiot słyszy ich słowa, gdy na nie patrzy – ale nie ma osoby, dla której ich mowa byłaby zrozumiała. Usta i dłonie nie pamiętają języka, gestów, za pomocą których przemawiają przodkowie. Historia dociera do nas jako ich echo. Dub, rozmontowując muzyczną kompozycję na części pierwsze – rytm, rym, bas, tętno – pozwala usłyszeć odprysk owego utraconego języka. W tym sensie muzyka i poezja operująca metodą wywiedzioną z dubu jest być może jedyną wiarygodną formą kontaktu ze zmarłymi, zapisem ich historii. Pochodzi bowiem od samych przodków, w przeciwieństwie do dzienników i dokumentów, które Hutchinson przeszukiwał w trakcie swojej kwerendy w londyńskim Imperial War Museum. „Muzyka projektuje i odgrywa odwróconą przeprawę statków niewolniczych przez okrutne, piękne morze. Groteskowe dźwięki płyną w niej z wnętrza kadłubów, odpływających łagodnie w złowieszczą ciszę”39; zdaniem Hutchinsona dub powstał jako odpowiedź na wrażenia dźwiękowe, których doświadczać mogli uwięzieni pod pokładami niewolnicy. Poeta rozwinął tę myśl w trakcie spotkania na Festiwalu Miłosza, odpowiadając Jerzemu Jarniewiczowi na pytanie o muzyczność poematu. Wyobraźmy sobie, co musieli słyszeć transportowani tysiące kilometrów niewolnicy – monotonne, regularne, rytmiczne uderzenia wody o deski, napieranie ciężaru Atlantyku, któremu wtórowało napieranie innych ciał, a także własnego ciała każdego z nich o łańcuchy. Wyobraźmy sobie – zachęcał Hutchinson – jak upiorny i dziwny musiał być ten nieustający huk, jak odrealniał ludzi, którzy całe dni i miesiące żyli w ciemnościach, bez ruchu i tylko w tym nieustannym bum-bum-bum…
Dźwięk ten zapisany w muzyce, w wygrywanych na bębnach rytmach, mimo przetworzeń i kontaktów z innymi kulturowymi formami, pozostał pogłosem historii, która do dziś nawiedza kolejne pokolenia. Na tym jednak nie koniec. Dub nie odgrywa tylko roli nośnika historii, ale stanowi źródło „odkupienia tożsamości uformowanej w tyglu zniewolenia i kolonizacji”40. Jamajka czy karaibska muzyka – dodaje Hutchinson w innym eseju ze zbioru Fugitive Tilts – „podkreśla możliwość – możliwość lepszego życia, lepszego położenia. To marzenie o czymś więcej, niż jest nam dostępne w danym momencie”. Poezję przenika duch wyzwolenia. To zapowiedź wydarzeń, do których doprowadziła pierwsza wojna światowa – powracający z frontu, ocaleli żołnierze karaibscy zyskali świadomość, że muszą rozpocząć walkę o własną niezależność, o wyzwolenie z szeregów imperium. Nawet mówiąc z głębi cierpienia i utraty, z kurzu i piasku, w którym umierali za imperium żołnierze z Indii Zachodnich, Hutchinson do Szkoły ćwiczeń wpuszcza światło, nadzieję. Obok „bum-co-za-bum” – „rin-tra-la-la-la”.
Początek nieskończonego wodnego szlaku
Yedda Morrison przygotowała w 2009 roku pracę konceptualną, której celem było umożliwić „biocentryczną” lekturę Jądra ciemności. Artystka od początku wiedziała, że jej pomysł zakończy się fiaskiem, gdyż nie da się zrealizować na podstawie nowelety Josepha Conrada podobnego celu, a jednak „porażka projektu w zamierzonej próbie wyartykułowania przedludzkiej dzikości – wyjaśniała – jest właśnie jego sednem”41. Biocentryczna lektura polegać miała na wymazywaniu człowieka i form jego działania z opowieści o Kongu. Tak powstawał obraz nieludzi w świecie przedstawionym Conrada – nieprzenikniony i pozbawiony sensu. Czasem obraz ten pełen jest detali, jak na początku książki, kiedy indziej pozostają zaś tylko nieliczne słowa, oddzielone światłem, które jest jednocześnie informacją, że w tych miejscach znajdowały się inne słowa, znaczenia, osoby. W pracy zachowana została także paginacja, odpowiadająca oryginalnemu wydaniu, na którego podstawie Morrison rozpoczęła wymazywanie. Ostatnim ze śladów pierwowzoru są wreszcie niedoskonałości skanu – zwłaszcza nadrukowane poza kolumną tekstu szare smugi i kropki. W miarę postępu naturocentrycznej narracji intensywność i treść niewymazana ulegają przeobrażeniu – obrazy są coraz bardziej ponure, brutalne, makabryczne, stale nawracają w nich skojarzenia z dzikością, mrokiem, trupami, kłami i skórami, tak jakby czytelnik rzeczywiście wkraczał w objęcia tytułowych ciemności.
Chociaż deklaratywnie w polskim wydaniu powtórzono zamysł Morrison, bazując na przekładzie Anieli Zagórskiej, to gdy dokładnie przyjrzeć się obydwu książkom, okazuje się, że Mikołaj Spodaryk, autor spolszczenia, manipuluje tekstem. Początek conradowskiej opowieści w Ciemnościach przedstawia się następująco:
Warto porównać ten fragment z pierwszymi akapitami Jądra ciemności w tłumaczeniu Zagórskiej. Pogrubieniem oznaczyłam te wyrazy lub ich fragmenty oraz znaki interpunkcyjne, które wykorzystał w polskim przekładzie Spodaryk.
Jol krążowniczy „Nellie” obrócił się na kotwicy bez trzepotu żagli i stanął nieruchomo. Przypływ się skończył, wiatr ucichł prawie zupełnie, a że jacht kierował się w dół rzeki, nie pozostawało nic innego, tylko zatrzymać się i czekać odpływu.
Przymorski obszar Tamizy rozciągał się przed nami jak początek nieskończonego wodnego szlaku. Morze i niebo w oddali spajały się z sobą bez śladu, a w świetlistej przestrzeni wysuszone na słońcu żagle szkut dryfujących w górę z przypływem zdawały się tkwić spokojnie w kępach czerwonych, ostro zakończonych płócien, błyskając pokostowanymi rozprzami. Mgła stała na niskich brzegach, ścielących się ku morzu coraz cieńszą warstwą42. Powietrze było ciemne nad Gravesend, a jeszcze dalej w głąb zdawało się zagęszczać w ponury mrok, skupiony w posępnym bezruchu nad najbardziej rozległym i najpotężniejszym miastem świata.
Naszym kapitanem i gospodarzem był dyrektor różnych towarzystw. Wszyscy czterej spoglądaliśmy ku niemu serdecznie, gdy stał na dziobie tyłem do nas, patrząc w stronę morza. Na całej rzece nie było widać nic, co wyglądałoby tak bardzo po wodniacku. Przypominał pilota, który dla marynarza jest wcieleniem tego, co zasługuje na najwyższe zaufanie. Trudno było sobie wyobrazić, że teren jego pracy nie leży het tam, u świetlanego ujścia rzeki, lecz w górze Tamizy, wśród posępnego mroku43.
Spodaryk, podejmując się spolszczenia pracy Morrison, musiał powtórzyć strategię autorki w odniesieniu do nowego materiału językowego – materiału, który sam w sobie też jest już tekstem w tłumaczeniu. Gdy się nad tym zastanowimy, uświadomimy sobie, z jaką grą zapośredniczeń mamy do czynienia w wydanych przez Ha!art Ciemnościach. Tłumacz podkreślał, że jego „głównym celem było wydobycie obecności i ożywienie natury”44, a nie wewnętrzna spójność semantyczna czy gramatyczna przekładu. Duże wyzwanie translatorskie wiązało się zwłaszcza z deklinacją i fleksją języka polskiego, Spodaryk musiał bowiem w większym lub mniejszym stopniu ingerować w przekład Zagórskiej, by „uniknąć w polskiej wersji Ciemności lokalnych związków syntaktycznych, które odpowiadają za tworzenie przypadkowych sensów lub żałosną salwę metafor dopełniaczowych i narzędnikowych”45. Tłumacz stwierdza nawet, że te fragmenty książki, które przybrały formę najbardziej chaotyczną i pozbawioną spójności, najlepiej oddają autorską ideę projektu – klęska reżimów języka i gramatyki oznaczać ma bowiem równoczesny „triumf przyrody, niewyrażalnego nad znaczącym”46. Tam, gdzie nie mamy już żadnej kontroli nad znaczeniem, być może wytwarza się, według tłumacza, obraz natury.
Niekonsekwencja w realizacji konceptu Morrison i w jego spolszczeniu odsłania z jednej strony nieuniknione fiasko, jakim zakończyć się muszą wszelkie próby opisania natury za pomocą ludzkiego języka i z ostatecznie nieredukowalnej człowieczej perspektywy; a z drugiej strony ujawnia, że opozycja między naturą a kulturą jest sama w sobie wytworem antropocentrycznego spojrzenia (stąd wyłączenie człowieka poza rzeczywistość natury i ustanowienie go gdzieś poza czy ponad przyrodą jest problematyczne). Ponadto przyroda, którą próbuje się ożywić w Jądrze ciemności, jest już zawczasu przefiltrowana w jej opisach, zwykle przerażająca i mroczna. Niezależnie od tych podniesionych na wstępie zastrzeżeń warto poświęcić chwilę Ciemnościom, żeby zastanowić się, na czym właściwie polega wymazywanie człowieka z imperialistycznej narracji.
Najpierw pod lupę weźmy pozostałe po wymazywaniu słowa. O ile Spodaryk nie decyduje się na uwzględnienie w przekładzie określenia nazywającego kierunek, w którym przemieszcza się statek – „w dół” (rzeki) – zapewne dlatego, że postrzeganie świata w kategoriach dół–góra, przód–tył jest ludzkie i zakorzenione w kulturze – o tyle na tej samej stronie czytamy o „górze” (posępnego mroku). Góra ta w oryginale nie odnosi się jednak do formy ukształtowania terenu, lecz również do kierunku („w górze Tamizy”). Dalej, w tym krótkim cytacie, czytamy o „posępnym” mroku i bezruchu, jakby to była neutralna cecha świata, a nie, co jest chyba bardziej przekonujące, jego subiektywna ocena dokonana za pośrednictwem ludzkiego spojrzenia. Inną jeszcze kwestią jest to, że w wyniku wymazywania łączą się ze sobą elementy, które wcześniej nie opisywały siebie nawzajem. „Przypływ w kępach czerwonych” staje się w Ciemnościach obrazem autonomicznym, metaforycznym opisem przypływu o wschodzie słońca, które migoce i lśni na falach, zabarwiając je odbłyskami czerwieni. Kto by się domyślił, że te „kępy” to w istocie żagle odpływających statków? Albo że kości to tak naprawdę kości domina?47 W rezultacie nieoczywistych zestawień i braków czytelnik próbuje nadać sens temu, co w tekście pozostało. Tekst jednak stawia mu opór, tak jakby Morrison (i tłumacz) sukcesywnie uwalniali słowa od znaczeń. Inny wymiar, na który warto zwrócić uwagę, to przewaga rzeczowników, a potem przymiotników, w stosunku do czasowników – w cytowanym wcześniej fragmencie pojawiają się tylko dwa czasowniki: „spajać się” i „błyskać”. Spajają się z sobą w prze-pisaniu Morrison, morze i niebo (i znów: czy nie jest to coś, co może się wydawać tylko oddalonemu od horyzontu człowiekowi?), błyska z kolei przypływ – przyroda jest jednak zasadniczo w bezruchu, niesprawcza, tak jakby poza ludzkim spojrzeniem stawała się martwa. I jest to być może największy paradoks projektu Morrison – autorka usilnie pragnie ożywić w języku przyrodę, jednak ta, odarta z określeń działania, układa się co najwyżej w nieruchomą m a r t w ą n a t u r ę.
Przyczyn tej martwoty trzeba się jednak dopatrywać równocześnie w przechwyconym w Ciemnościach tekście. Można uznać, że szczególny efekt abstrakcyjności natury powstaje w przepisaniu dlatego, że już w Jądrze ciemności przyroda przedstawia sobą tak nieokreślone, rozmyte przedstawienia48. Oto kilka wrażeń Marlowa z podróży parowcem
To wybrzeże było niemal p o z b a w i o n e c e c h, n i e g o t o w e, ponure w swej m o n o t o n i i. […] Osady, istniejące od paru stuleci, ale nie większe niż główka od szpilki na ogromnym, nietkniętym ludzką ręką t l e. […] Wybrzeże codziennie wyglądało dokładnie t a k s a m o, jakbyśmy się wcale nie przemieszczali49.
Reprezentacja natury w conradowskiej nowelecie odsłania bodaj najważniejsze dla okresu imperialnego paradygmaty w podejściu do przyrody. Jeffrey McCarthy opisał je za pomocą następującego dualizmu: przyroda to z jednej strony źródło zysku i przedmiot eksploatacji, poddany człowiekowi i bierny (wynikające stąd kontakty między ludźmi i nieludźmi są w całości ukształtowane w relacji do zysku), a z drugiej byt poddany dotkliwemu okaleczeniu i przemocy tak rozległej, że już w erze kolonialnej stwarzającej poważne zagrożenie katastrofą ekologiczną. Stąd też należy objąć przyrodę pewnym rodzajem troski50. Podejścia te są ze sobą sprzeczne i wzajemnie powołują się do życia, niczym w dialektycznym splocie. Gdy Conrad pisał Jądro ciemności, podstawowym obiektem pożądania wydzieranym naturze przez kolonizatorów była już nie kość słoniowa, a drewno kauczukowe, z którego mlecznego soku zaczęto wyrabiać gumę, coraz bardziej potrzebną w przemyśle, zwłaszcza w wulkanizacji51. Na przełom wieków XIX i XX, kiedy Conrad publikował Jądro ciemności na łamach „Blackwood Magazine”, przypada właśnie tak zwany boom kauczukowy. Chociaż sok kauczukowców pozyskiwano głównie w krajach Ameryki Południowej, to również w Afryce, gdzie drzew tych rośnie jednak mniej, zmuszano miejscową ludność do ściągania go w wyniszczający dla samych roślin sposób. Conrad decyduje się mimo to skupić na polowaniach na kość słoniową; ukazuje, że obsesja zysku przemienia w tym samym stopniu ludzi i przyrodę – równie wydrążonych i opustoszałych.
W miarę okaleczania natury, przekopywania ziemi w poszukiwaniu szlachetnych kruszców czy ropy, coraz bardziej okaleczeni są też sprawcy, których niemoralność czy nieludzkość staje się tematem utworu Conrada. Kiedy Marlow dociera do Afryki i konfrontuje swoje oczekiwania z rzeczywistością, kolonialna przemoc od razu wywiera na nim ogromne wrażenie. Jest to zresztą echo rozczarowania autora książki, który, dotarłszy do Konga, zapisuje w dzienniku:
Ale w olbrzymim pustkowiu nie stał przy mnie żaden przyjazny duch, nie nawiedziło mnie żadne wspomnienie, tylko wstrętnie przypomniała mi się pospolita brednia dziennikarska i trwała obrzydliwa świadomość najnikczemniejszej walki o łup, jaka kiedykolwiek splamiła sumienie ludzkości i historię odkryć geograficznych. Czymże okazała się wyidealizowana w chłopięcych marzeniach rzeczywistość!52
Marlow, literackie alter ego Conrada, jest kongijską rzeczywistością przerażony do tego stopnia, że widząc sześciu niewolników skutych u szyi łańcuchem i niosących na głowach ciężkie kosze ziemi, o podążającym za nimi białym, niosącym broń strażniku i jemu podobnych rozmyśla tak:
Widziałem diabła przemocy i diabła chciwości, widziałem rozpalonego diabła pożądania; ale – przysięgam na niebiosa! – wszystko to były silne, krzepkie, czerwonookie diabły, które kierowały ludźmi – ludźmi, powiadam. Jednak kiedy stałem tam, na tym zboczu, pojąłem, że w jaskrawym słońcu tego kraju przyjdzie mi zapoznać się z anemicznym, fałszywym, niedowidzącym diabłem pazernego i bezlitosnego szaleństwa. A jaki potrafi być podstępny, miałem się przekonać już niebawem, parę miesięcy później i tysiąc mil dalej53.
Tym diabłem, którego spotkać ma Marlow, jest oczywiście Kurtz. Jego wewnętrzne ciemność czy pustka ściśle związane są z rolą, jaką bohater odegrał w kolonialnym projekcie jako szef placówki handlowej położonej „w samym sercu krainy kości słoniowej”, skąd „przysyła tyle kości, co wszyscy inni razem wzięci”54. Jak zauważa McCarthy, owa niepohamowana żądza zysku Kurtza symbolicznie przedstawia się w fizycznym upodobnieniu czaszki bohatera do kości słoniowej: „Dzicz pogłaskała go po głowie i, uwierzcie, jego czaszka to była kula, kula z kości słoniowej”55. Jest to zresztą obraz reprezentujący antynomię w postrzeganiu relacji człowieka i natury – czaszka Kurtza przypomina kulę z kości słoniowej, ponieważ tak owładnęła nim idea zysku, ale także z tego powodu, że zdziczały i osamotniony, stapia się on z naturą. Ten obraz pozwala Conradowi, uważa McCarthy, zakwestionować subiektywność, która umożliwia Europejczykom raz przedstawianie się jako część natury, innym razem zaś jako jej władcy56. Rezultatem jest groźba katastrofy ekologicznej ekosystemów poddanych kolonializmowi, czego liczne dowody znaleźć można w Jądrze ciemności: w opisach wydrążonych w ziemi dołów, o których przeznaczeniu nie dowiadujemy się z narracji, tak jakby były tylko wyrazem dręczycielskiego okaleczenia, czy w fakcie, że Kurtz przechowuje „całe stosy, całe sterty” kości słoniowej, a mieszcząca je gliniana szopa wręcz kipi od ich nadmiaru – równocześnie nie ma tu mowy o ani jednym słoniu.
Skoro w ujęciu Conrada w okresie kolonializmu i w epoce wielkich odkryć geograficznych ujawnia się „tajemny antagonizm między człowiekiem a dziką naturą”57, nie może nas dziwić to, że im mocniej oddalony od cywilizacji bohater Jądra ciemności zespala się z naturą i im dzikszy się staje, tym więcej ukrytej, niedookreślonej esencji człowieczości traci. Z tą charakterystyczną dla swoich czasów ontologią natury dzieje się coś bardzo dziwnego, jeśli pozbawia się ją jej negatywnego kulturowego odbicia, tak jak czyni to Morrison. Skoro przyroda w Ciemnościach wykształca się jako antyteza człowieka (i człowieczeństwa), to w momencie, gdy pozostawi się tylko jeden element równania, zaczyna on w ogóle wymykać się rozumieniu; na przykład w takim fragmencie:
W dziczy, przestrzeni niezbadanej, kryją się tylko rozproszone znaki – kości (zwłaszcza kość słoniowa), ciała, sterty – ale bez narracji tracą sens. To samo odnieść można do kolonializmu, który wymaga teleologicznej, usensowniającej narracji, żeby nie osunąć się w szaleństwo, bezsens, stertę gromadzonych ponad miarę i konieczność dóbr. Określenia, które wskazują w dziele Conrada na nieprzenikalność świata natury i niemożność jej zrozumienia, pojawiają się też w Ciemnościach:
Tu uwagę zwraca coś jeszcze: nozdrza i oczy, które znalazły się wśród tego, co „niezbadane”, „tajemnicze” i nieludzkie. Gdy odnaleźć odpowiadający temu cytatowi fragment Jądra ciemności, okazuje się, że owe nozdrza i oczy należą do niewolników niosących kosze ziemi: „Wychudłe piersi Murzynów dyszały równocześnie, rozdęte gwałtownie nozdrza drgały, oczy patrzyły kamiennym wzrokiem w górę przed siebie”58. Jeśli celem projektu Morrison było odzyskiwanie przedkolonialnej dzikości, to – trzeba odnotować – w ramach tej dzikości mieszczą się nie tylko organizmy nieludzkie, lecz także ci z ludzi, którzy zamieszkiwali opisywane ziemie. Tubylcy wyłaniający się z lasu tak, jakby stanowili z nim jedno, to kolejny z charakterystycznych elementów opisu z conradowskiej nowelety, który w książce Morrison jest dowartościowany – przestaje być wyróżnikiem braku cywilizacji, a wyznacza nowy rodzaj symbiotycznej relacji człowieka i natury, jakby przed dyskursywnym pęknięciem, rozdzielającym to, co naturalne, i to, co kulturowe:
Rezultatem wymazania obecności kolonizatora z Jądra ciemności jest też poniekąd wymazanie jego przemocy wobec tubylców – o ile o krzywdzie wyrządzonej naturze zaświadczają wydrążone w ziemi dziury czy sterty kości, o tyle o krzywdzie wobec człowieka, w której opisy obfituje utwór Conrada, nie ma właściwie w tekście Morrison mowy. Nie oznacza to, że autorka o tej krzywdzie zapomina, gdyż, jak sama mówiła, jej projekt z góry skazany jest na niepowodzenie i o owym niepowodzeniu opowiada. Zrealizowanie idei odtworzenia przedkolonialnego Konga na podstawie Jądra ciemności jest po prostu niemożliwe. Nie da się ani w pełni wyobrazić sobie, jak by taka przeszłość wyglądała, ani wymazać kolonializmu i zapomnieć o jego konsekwencjach.
*
Na przemilczenia imperialnej historii i kultury postkolonialni twórcy odpowiadali zwykle opowieściami. Ich głosy przełamywały ciszę, wdzierały się w nią z własnymi historiami bądź wrzaskiem i buntem. W przypadku niektórych wydarzeń i doświadczeń radykalną formą odsłonięcia kolonialnego milczenia okazało się jednak fiasko mowy, języka, który nie może opowiedzieć historii – historia ta bowiem po prostu nie istnieje: albo nie ma dokumentów i źródeł pozwalających ją ubrać w słowa, albo relacje te powstały na łonie imperialnego systemu i okazują się jednostronne czy wybrakowane.
Yedda Morrison i M. NourbeSe Philip zdecydowały się na specyficzny sposób przetworzenia tych zawodnych dokumentów, zwany wymazywaniem. Wykorzystały formę i treść tekstów źródłowych nie do stworzenia opowieści alternatywnej na kanwie istniejącej narracji, lecz do manipulowania owym pierwowzorem w taki sposób, aby sam odsłonił swoje ukryte treści. Zasadniczą ideą owej dekonstrukcyjnej manipulacji było usuwanie całych fragmentów pierwotnego tekstu aż do momentu, gdy ukazał się jego szkielet, sedno znaczenia albo to, co skrywało się pod stylistycznym bądź fabularnym kamuflażem. Tak powstały poemat Zong! oraz praca konceptualna Ciemności. Obie autorki próbują opowiedzieć o czymś, o czym opowiedzieć się nie da. W wypadku poematu NourbeSe Philip niewyrażalne jest makabryczne doświadczenie ofiar katastrofy na statku Zong, jako że przepadło razem z zaginionym dziennikiem pokładowym i śmiercią nigdy niedopuszczonych do zeznawania w trakcie rozprawy niewolników, urzeczowionych jako towar. W tekście Morrison z kolei nie daje się opowiedzieć zarówno przedkolonialnej przeszłości, jak i samej natury, dla której poszukuje się głosu i reprezentacji, lecz którą ostatecznie opisuje się językiem pochodzącym z okresu imperialnego. Kontrapunktem dla tych strategii poetyckich jest Szkoła ćwiczeń Ishiona Hutchinsona, poemat, który także nawiązuje do dokumentów imperium – wybrakowanych dzienników z frontu pierwszej wojny światowej. Kwerendy w archiwach Imperial War Museum nie wystarczają, by opowiedzieć o udziale żołnierzy karaibskich w Wielkiej Wojnie, więc poeta wsłuchuje się w echa owych doświadczeń, wciąż rozbrzmiewające w jamajskim dubie.
Teksty, które przechwytują Hutchinson, Morrison i NourbeSe Philip, uwikłane są w kolonialne ideologie i języki. Świadomi własnego zadłużenia w tej mowie, autorzy z góry zakładają niepowodzenie swoich projektów artystycznych w dotarciu do pełnej opowieści o historii. Czy mowa o udziale żołnierzy z krajów kolonialnych w pierwszej wojnie światowej, czy o przemocy dokonanej na przyrodzie w trakcie wyzysku Konga, czy wreszcie o ofiarach masowego morderstwa na statku niewolniczym przeprawiającym się przez Atlantyk – żadnych z tych wydarzeń nie można dziś w pełni udokumentować i opisać. O tym, czego nie da się powiedzieć, wciąż jednak mówić trzeba – właśnie po to, żeby skupić się na tym, co niemożliwe, i na przyczynach tej niemożliwości.
1 A. Lewis, Martin Dockray and the Zong. A Tribute in the Form of a Chronology, „The Journal of Legal History” 2007, nr 3 (28), s. 362. Losy statku Zong odtwarzam na podstawie tego artykułu.
2 Cytuję tu fragment wyroku sprawy Zong. Zob. M. NourbeSe Philip, Notanda [w:] Zong! As Told to the Author by Setaey Adamu Boateng, Toronto: Mercury Press, 2008, s. 210–211.
3 Gregson v Gilbert, cyt. za: M. NourbeSe Philip, Notanda, s. 210. Wyróżnienie – I.P.
4 Tamże.
5 Tamże.
6 Tamże, s. 191.
7 Tamże, s. 196.
8 Tamże, s. 194–195.
9 Mimo że NourbeSe Philip deklaruje w posłowiu i wywiadach zgodność wykorzystanych w wierszach wyrazów z treścią dokumentu sprawy, Veronica J. Austen ujawnia różnego rodzaju manipulacje oryginalnym tekstem, jak na przykład zmianę części mowy w przypadku słowa „zmarli” z przymiotnika na rzeczownik (która skutkuje przyznaniem owym zmarłym podmiotowości). Zob. V.J. Austen, „Zong!’s” „Should we?”. Questioning the Ethical Representation of Trauma, „English Studies in Canada” 2011, nr 3–4 (37), s. 68–69, 72.
10 J. Sharpe, The Archive and Affective Memory in M. Nourbese Philip’s „Zong!”, „Interventions. International Journal of Postcolonial Studies” 2014, nr 4 (16), s. 476.
11 E.M. Fehskens, Accounts Unpaid, Accounts Untold. M. NourbeSe Philip’s „Zong!” And the Catalogue, „Callaloo” 2012, nr 2 (35), s. 408.
12 Zob. nagrania dostępne na stronie internetowej poetki: M. NourbeSe Philip, Zong!, online: https://www.nourbese.com/poetry/zong‑3/ [dostęp: 2.04.2026].
13 M. NourbeSe Philip, Notanda, s. 204–205.
14 Dużą wagę interpretacyjną do tej wieloznaczności i figury morza zarówno w treści, jak i w graficznej formie poematu przywiązuje Lisa Fink. Zob. taż, „Sing the Bones Home”. Material Memory and the Project of Freedom in M. NourbeSe Philip’s „Zong!”, „Humanities” 2020, nr 9 (22), s. 1–16.
15 M. NourbeSe Philip, Notanda, s. 192.
16 Tamże, s. 206.
17 Tamże, s. 205.
18 Tamże, s. 192–193.
19 Tamże, s. 197.
20 Zob. V.J. Austen, „Zong!’s” „Should we?”…, s. 65.
21 A.D. King, The Weight of What’s Left [Out]: Six Contemporary Erasurists on Their Craft, „The Kenyon Review” 2016, online: https://kenyonreview.org/2012/11/erasure-collaborative-interview/ [dostęp: 2.04.2026].
22 Zdania te przytacza Hutchinson w objaśnieniach do tomu Far District (London: Faber and Faber, 2021, s. 95), a ja wskazuję je dzięki szkicowi Bartosza Wójcika Ishion Hutchinson. Z ziemi jamajskiej do Polski, „Czas Literatury” 2025, nr 2 (30), s. 6.
23 I. Hutchinson, Far District, s. 26.
24 Tenże, XI [w:] tegoż, Szkoła ćwiczeń, tłum. J. Jarniewicz, posł. i objaśnienia B. Wójcik, Wrocław: Wydawnictwo Ossolineum, 2025, s. 35.
25 K. Kellaway, I. Hutchinson, I Can Hear a Poem before it Arrives, „The Guardian”, 18.11.2023, online: https://www.theguardian.com/books/2023/nov/18/ishion-hutchinson-school-of-instructions-ts-eliot-prize-interview [dostęp: 2.04.2026].
26 I. Hutchinson, Szkoła ćwiczeń, s. 48.
27 Moją uwagę zwrócił na to Karol Poręba, za co bardzo mu dziękuję. Cytowane fragmenty pochodzą odpowiednio ze stron 26, 49, 74.
28 Tamże, s. 22.
29 Zob. B. Wójcik, Napis w kamieniu, źródło pogłosu [w:] I. Hutchinson, Szkoła ćwiczeń, s. 118–119.
30 I. Hutchinson, Catch a Fire: Jamaica at Fifty in Toronto [w:] tegoż, Fugitive Tilts. Essays¸ New York: Farrar, Straus and Giroux, 2025, s. 56.
31 Tamże, s. 57.
32 I. Hutchinson, Szkoła ćwiczeń, s. 11.
33 Tenże, The Search for a Faun [w:] tegoż, Fugitive Tilts, s. 25.
34 I. Hutchinson, Szkoła ćwiczeń, s. 16.
35 G. Lamming, A Monster, a Child, a Slave [w:] The Tempest. An Authoritative Text, Sources and Contexts, Criticism, Rewritings and Appropriations, red. P. Hulme, W.H. Sherman, New York–London: W.W. Norton & Company, 2004, s. 167.
36 I. Hutchinson, A Listening to Lee „Scratch” Perry in Zurich, with Lorenzo Bernet [w:] tegoż, Fugitive Tilts, s. 118.
37 Tenże, Catch a Fire…, s. 57.
38 Tenże, Bones Be Still [w:] tegoż, Far District, s. 16.
39 Tenże, Dreams of Stones. Lalibela [w:] tegoż, Fugitive Tilts, s. 171.
40 Tenże, A Listening to Lee „Scratch” Perry…, s. 122.
41 Y. Morrison, Darkness, Yedda Morrison Studio, online: https://www.yeddamorrison.com/darkness‑2 [dostęp: 2.04.2026].
42 Por. to zdanie w opracowaniu Spodaryka; autor przekładu układa je nieco inaczej, chociaż konstruuje je z elementów pochodzących z przekładu Zagórskiej.
43 J. Conrad-Korzeniowski, Jądro ciemności, tłum. A. Zagórska [w:] tegoż, Wybór prozy, wstęp i oprac. Z. Najder, Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 2015, s. 53–54.
44 M. Spodaryk, [b.t.] [w:] Y. Morrison, Ciemności, tłum. M. Spodaryk, Kraków: Korporacja Ha!art, 2018, s. 211.
45 Tamże.
46 Tamże.
47 Tamże, s. 207.
48 Na temat geograficznej nieokreśloności nowelety Conrada i jeszcze większej abstrakcyjności książki Morrison zob. R. Hampson, Rewriting Conrad: Conradian Crosscurrents in Conceptual Writing, „Conradiana” 2016, nr 2–3 (48), s. 193 i nast.
49 J. Conrad, Jądro ciemności, tłum. M. Heydel, Kraków: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2011, s. 19. Wyróżnienia – I.P.
50 J.M. McCarthy, „A Choice of Nightmares”. The Ecology of „Heart of Darkness”, „Modern Fiction Studies” 2009, nr 3 (55), s. 620–621.
51 Tamże, s. 622.
52 J. Conrad, Geografia a niektórzy odkrywcy [w:] tegoż, Dzieła, red. Z. Najder, t. XXV: Ostatnie szkice, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1974, s. 225.
53 Tenże, Jądro ciemności, tłum. M. Heydel, s. 23.
54 Tamże, s. 26.
55 Tamże, s. 63. Zob. J.M. McCarthy, „A Choice of Nightmares”…, s. 622.
56 J.M. McCarthy, „A Choice of Nightmares”…, s. 623.
57 J. Conrad, Podróże. Przedmowa do „Into the East” Richarda Curle’a, tłum. L. Elektorowicz [w:] tegoż, Dzieła, red. Z. Najder, t. XXV: Ostatnie szkice, s. 142.
58 J. Conrad-Korzeniowski, Jądro ciemności, tłum. A. Zagórska, s. 75.
