Łukasz Kaczyński: Minęło półtora roku, od kiedy jesteś zmobilizowany w szeregach ukraińskiej armii, dokładniej – jesteś członkiem brygady „Chartia”, która zaczęła działać cztery lata temu na terenie Charkowszczyzny. Co się zmieniło? Czym ten czas jest dla ciebie?
Serhij Żadan: To ważny czas. Czas, który w sposób istotny zmienił moje życie, wprowadzając w nie więcej pokory – pojawił się zupełnie inny poziom odpowiedzialności i inny sposób mojego społecznego funkcjonowania jako jednostki. Podpisałem kontrakty, jestem w Gwardii Narodowej, mam kierownictwo, swoje obowiązki – i to jest teraz dla mniej najważniejsze. „Chartia” to nowy model wojska, współdziałania, nowy model łączenia się ludzi. Jest bardzo innowacyjnym korpusem. Inicjuje i realizuje w naszym wojsku wiele rzeczy, dotąd tu niespotykanych. W jednych sferach nam się to udaje, w innych być może nie, ale tak czy inaczej jest to oddział z własną filozofią, ze strategią, z wizją, z silną motywacją i ukierunkowaną na to uwagą dowódców i sierżantów. To niezwykle ważna rzecz, a dla mnie osobiście wielki zaszczyt i odpowiedzialność – być częścią tego wszystkiego.
„Chartia” powstała jako DFTG [ДФТГ, Добровольче формування територіальної громади – Ł.K.], ochotniczo utworzona wspólnota terytorialna – mała grupa ochotników. W marcu 2022 roku, czyli na samym początku, oddział tworzyło kilkadziesięcioro mężczyzn i kobiet, zarówno zawodowych wojskowych, specjalistów, jak i właśnie po prostu ochotników. Nie miał ani nazwy, ani wyposażenia. Pomagaliśmy mu jako wolontariusze, to byli w dużej mierze nasi przyjaciele. Właściwie to ja wymyśliłem dla „Chartii” nazwę. Po kilku miesiącach jednostka wyszła na pozycje bojowe, zaczęła walczyć, rozrosła się do rozmiarów batalionu. Brała udział między innymi w walkach w Bachmucie. Następnie na fundamencie „Chartii” utworzono jedną z brygad Gwardii Narodowej Ukrainy. Było to już kilka tysięcy żołnierzy. A w zeszłym roku na bazie tej brygady powstał 2. Korpus Gwardii Narodowej Ukrainy, który obecnie składa się z pięciu różnych brygad. „Chartia” należy do jednej z tych brygad, ale korpus nosi tę samą nazwę. Dzisiaj to jest duży, skomplikowany i trudny mechanizm. Każda brygada ma swoją historię, ma swój bojowy szlak, swoich dowódców, ale jesteśmy teraz jednym organizmem i staramy się współdziałać, znaleźć wspólny język.
To wszystko sprawiło, że okoliczności, w jakich się znajduję, nie są już takie jak dwa lata temu. To nie jest już dotychczasowe życie artystyczne, a moja codzienność nie jest już typowym procesem twórczym, którym się dotąd zajmowałem. Służba daje jednak możliwości wykorzystywania tych doświadczeń. Służę jako specjalista od komunikacji, zajmuję się mediami, interakcją między korpusem a społeczeństwem, a doświadczenia społecznego aktywizmu i działalności kulturalnej, które zdobyłem przed mobilizacją, też znajdują tu zastosowanie. „Chartia” to ważne doświadczenie, ważny okres, który nadal trwa, a kiedy to wszystko się skończy, nikt nie wie. Teraz wszyscy mamy dużo pracy, trzeba ją należycie wykonywać – i to jest najważniejsze.
A czym jest Radio Chartia, które założyłeś? I po co w ogóle armii takie radio?
Radio Chartia to pierwsze radio ukraińskiej armii, które stworzyliśmy, gdy zostaliśmy zmobilizowani. To jeden z kierunków mojej codziennej pracy, ale jak wspomniałem, niejedyny. Do czego potrzebne jest armii takie radio? Wydaje mi się, że w tej wojnie za mało jest takiej normalnej rozmowy o wojsku. Bez propagandy, za to z naciskiem na żywe głosy, na prawdziwe twarze, z akcentem na to, że w wojsku walczą zwykli ludzie, którzy jeszcze wczoraj byli cywilami, którzy mają zamiar i chęć wrócić do domu po zakończeniu tej wojny. Ważne jest dla nas kształtowanie normalnego dialogu, normalnego kontaktu między wojskowymi a cywilami, tworzenie platformy, gdzie rozbrzmiewają głosy uczestników tych wydarzeń. Dlatego stworzyliśmy takie medium. Działa ono w formacie radia online, w naszym zespole są profesjonalni wojskowi, zmobilizowani cywile, ale też po prostu cywile. Dlatego jest to moim zdaniem znów coś nowego, bardzo ciekawy eksperyment, którego wcześniej nikt u nas nie przeprowadził. Jako pierwsi próbujemy mówić o armii, pokazując nie strategie, nie ideologemy, lecz żywych ludzi.
Chciałbym cię zapytać o wiele rzeczy, ale nasz czas jest ograniczony. Wrócę na chwilę do spotkania z publicznością po prapremierze Internatu w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, kiedy mówiłeś o związkach literatury i etyki podczas wojny. Wspomniałeś o powieści Null Szczepana Twardocha, która zdobyła w Polsce i Niemczech szereg nagród, jest medialna, cieszy się popularnością, w kilku znanych mi bibliotekach trzeba ustawiać się po nią w kolejce. Według ciebie Twardoch – jako ten, który pisze „z zewnątrz” – może pozwolić sobie na więcej. A ty na co nie możesz sobie pozwolić? Na co sam sobie nie pozwalasz?
Powiedziałbym, że rzecz dotyczy nie tyle cenzury, ile autocenzury, a precyzyjniej: czysto etycznej autocenzury. Oczywiście nie mogę pisać o jakichkolwiek trwających operacjach wojskowych ani ujawniać żadnych tajemnic, które mogłyby zaszkodzić wojsku. Nie chciałbym też oceniać działań oficerów, tym bardziej że nie posiadam pełnej wiedzy na dany temat. Nie ujawniłbym również żadnych osobistych historii żołnierzy bez ich zgody. Kiedy mówisz albo piszesz o wojsku, bardzo ważne jest, abyś pamiętał, że często osoby, o których chcesz opowiedzieć, same mają ograniczone możliwości wyrażania się, bo w taki czy inny sposób wykonują ciężką, niebezpieczną, a niekiedy po prostu tajną pracę i nie o wszystkim mogą mówić.
To kwestia etyki i moralności, ale również – celowości. Kiedy mówisz o czymś, co dotyczy armii, powinieneś najpierw trzy razy się zastanowić.
To dotyczy nawet Radia Chartia, o które mnie zapytałeś. Przygotowując materiały radiowe, często filmujemy żołnierzy, a to oznacza bardzo silny nacisk na procedury bezpieczeństwa: nie możemy pokazywać miejsca przebywania żołnierzy ani ujawniać okoliczności, z których mógłby skorzystać wróg; nie możemy mówić niczego, co mogłoby zaszkodzić żołnierzom. To praca wymagająca dużej delikatności. Ale nie chodzi o jakąś państwową cenzurę, chodzi o przyzwoitość, o etykę dziennikarską i pisarską.
Mówisz: nie zaszkodzić. Co to znaczy w odniesieniu do ludzi, do kraju, a co w odniesieniu do literatury – jaka literatura nie szkodzi?
No, spójrz: na przykład nie mogę pisać o liczbie strat, ponieważ jej nie znam. Jeśli zacznę podawać takie dane, czy to wśród ukraińskich żołnierzy, czy też wśród żołnierzy okupanta, to będzie oznaczać, że przekazuję niezweryfikowane informacje. Dla niektórych osób w naszym społeczeństwie może to być motywujące, a dla innych przeciwnie – demotywujące. Z mojej perspektywy podawanie takich informacji bez posiadania odpowiednich materiałów i bez znajomości realnego obrazu sytuacji jest nieodpowiedzialne, niedopuszczalne. Oczywiście jako wojskowy nie mogę uczestniczyć w życiu partii politycznych, ponieważ mam kontrakt i jestem żołnierzem, a nie politykiem czy działaczem politycznym. To wynika również z pewnej mojej cechy – nigdy w dużej mierze nie zajmowałem się działalnością polityczną. Są po prostu konkretne rzeczy, o których myślisz, jak będą odbierane przez innych, i wtedy odpowiednio działa w tobie pewnego rodzaju filtr.
Oczywisty kontekst mojego pytania to wydane niedawno również w polskim przekładzie Arabeski. Czy jako twórca postawiłeś sobie jakąś granicę? Zatrzymałeś się w jakimś miejscu i powiedziałeś: „nie, tego nie mogę napisać”? Wykreśliłeś coś?
Cóż, może nie było tak, że coś wykreślałem, ale kiedy opowiadasz na przykład o relacjach między mężczyznami a kobietami w armii, to stawiasz siebie wobec bardzo delikatnej sytuacji. Zastanawiałem się, jak o tym mówić, żeby nikogo nie urazić. W Arabeskach taka sytuacja dotyczy opowiadania Wtedy Bóg wezwie kobietę. W tym tekście opisuję, jak na pogrzebie dowódcy oprócz oddziału zjawiają się dwie kobiety, które kochały zmarłego [żona oraz kochanka poznana na froncie, najpewniej związana z wojskiem – Ł.K.]. To historia, w której trzeba zdobyć się na subtelność i podać opowieść w taki sposób, żeby nikt, kto był w takiej relacji, nie mógł tego odnieść bezpośrednio do siebie. To w ogóle jest ważne – ponieważ gdy dzisiaj mówisz o wojnie, gdy przedstawiasz jakiś jeden jej aspekt, jakąś prywatną historię, i czynisz ją częścią swojej literatury, ktoś przecież może ją potraktować jako historię ogólną, uniwersalną, ale ktoś inny może ją odnieść do siebie i konkretnie do swojej sytuacji. I to może być dla niego bolesne. Było kilka momentów przed mobilizacją i jeszcze wcześniej, kiedy pisałem coś o wojnie, a potem odzywali się do mnie ludzie, o których prawdziwych historiach napisałem. Ktoś nie do końca się z czymś zgadzał, ktoś prosił o zmianę jakiegoś akcentu, ktoś prosił, żeby coś usunąć.
Ludzie różnie reagują na swoją obecność w literaturze, na to, że stają się postaciami literackimi. Co innego, kiedy piszesz o wymyślonych bohaterach albo o spokojnym codziennym życiu, a co innego, kiedy piszesz o człowieku, który znajduje się w pobliżu strefy walk i ogląda śmierć z bliska. Opowiadanie o tym wymaga wielkiego szacunku i taktu.
À propos tego, jak należy mówić – właśnie wróciłeś z Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Znam treść twojego wystąpienia i zastanawiałem się, do jakiego stopnia język, za pomocą którego opowiadasz o Ukrainie w krajach, powiedzmy ogólnie, położonych na zachód od Odry różni się od języka używanego przez ciebie w Polsce, gdzie chyba rozumiemy się nieźle? Pytam w kontekście publikacji i autorów, którzy powielają pewne stereotypy i cliché dotyczące Ukrainy (mniejsza teraz o tytuły tych publikacji).
Cóż, zacznijmy od tego, że byłem w Niemczech po raz pierwszy od trzech lat, bo nie mam teraz możliwości, żeby regularnie podróżować na Zachód i komunikować się z tamtejszą publicznością. To dla mnie dziwne doświadczenie – powrócić po trzech latach do Monachium, do Berlina, gdzie przed wojną miałem wiele wystąpień, dość rozległe kontakty, wielu przyjaciół. Czy język, którego tam używam, czymś się różni? Nie, nie różni się. Wydaje mi się, że źle jest dostosowywać się do jakichś regionalnych cech i kontekstów, wchodzić w określoną koniunkturę. Dużo ważniejsze jest to, żeby być szczerym, być sobą. Oczywiste jest, że dla nas, Ukraińców, zmieniają się okoliczności już wtedy, gdy przekraczamy granicę ukraińsko-polską. W Polsce, dzięki Bogu, nie ma działań wojennych, w Polsce, dzięki Bogu, nie ma godziny policyjnej ani alarmów powietrznych, jest to dla nas trochę jak powrót do życia sprzed tej wojny. Ale gdy odwiedzam inne kraje Europy, staram się przede wszystkim wiernie wyrażać swoje myśli i mówić o swoim kraju. W tych rozmowach bardzo ważne jest, by nie uciekać się do klisz, o których wspominasz, ale równocześnie nie odwoływać się do jakichś propagandowych ram i argumentów, trzeba mówić szczerze i otwarcie zarówno o dobrym, jak i o złym. Zawsze wydawało mi się to ważne. Te wszystkie rozmowy, które toczyły się w Niemczech, w Polsce są naprawdę istotne i potrzebne i chyba teraz trochę nam wszystkim tego brakuje – dialogów bez politycznych klisz, bez propagandy, za to szczerych i otwartych.
Po premierze podkreślałeś – odwołując się do znanego eseju Milana Kundery Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej z 1981 roku – że tamto myślenie straciło dziś rację bytu, że już tak się dziś nie myśli. Zapytałem wtedy sam siebie: ale gdzie się tak już nie uważa? Kto tak nie uważa? Intelektualiści? I dlaczego – czy dlatego, że zmienił się Zeitgeist?
Chyba nie do końca umiem powiedzieć, kto dziś jest intelektualistą, a kto nie. Pojawienie się mediów społecznościowych zmieniło status obywatela oraz pozycję osoby zwyczajowo obdarzonej głosem. Dziś każdy, kto ma swój awatar na Facebooku czy na X‑ie, ma możliwość wypowiadania się, zbierania swojej publiczności, a więc jego głos może mieć pewne znaczenie. Dlatego pojęcie intelektualisty – statusu, jaki miał – wydaje mi się pojęciem z XX wieku, sprzed ery cyfrowej. Z tego powodu nie wiem, kto dzisiaj może odwoływać się do tego konceptu Europy Środkowej. Oczywiście z mojej perspektywy sama ta idea, sama struktura terminu „Europa Środkowa” opiera się na określonej koncepcji granicy między dwoma światami. W tamtym czasie, w czasach Kundery, w czasach socjalizmu, późnego socjalizmu, Europa Środkowa była w mniejszym lub większym stopniu terytorium tranzytowym pomiędzy Imperium Radzieckim a Europą Zachodnią. Europa Środkowa to nie było całkiem Imperium Radzieckie, chociaż tworzyły ją przecież kraje socjalistyczne. Były one jednak wobec niego w opozycji, nazwijmy ją: mentalnej, światopoglądowej. Natomiast my, Ukraińcy, Białorusini, czy, powiedzmy, mieszkańcy krajów Kaukazu, Mołdawii, krajów bałtyckich, my tak czy inaczej byliśmy tymi, którzy bezpośrednio należeli do imperium. Mimo że również stanowiliśmy „potencjalną” opozycję, z punktu widzenia Europy Środkowej, Polaków czy Czechów byliśmy postrzegani jako część imperium. W tej sytuacji naprawdę potrzebny był redaktor czasopisma „Kultura”, aby głośno wybrzmiało, że bez niepodległej Ukrainy nie może być niepodległej Polski. Choć zakładam, że wielu ówczesnych polskich intelektualistów tak nie myślało. Dla nich Ukraina była po prostu częścią Imperium Radzieckiego. Obecnie „graniczność” i „przygraniczność” przesunęły się na wschód – do wschodniej granicy Ukrainy oraz wschodniej granicy Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii. To inaczej problematyzuje i określa opozycyjność wobec imperium zawartą w koncepcie Europy Środkowej.
Czyli to nie tyle rezultat procesu kulturowego, ile skutek globalizacji, więzi ekonomicznych, za sprawą których żyjemy tak blisko siebie i tak jesteśmy ze sobą powiązani?
Nie zawsze i – moim zdaniem – niecałkowicie. Bezpośrednio to kwestia geopolityki. Nie tyle kwestia tego, co minione, ile tego, co przed nami. Pamiętasz Monachijską Konferencję Bezpieczeństwa? Wygłoszona tam przeze mnie przemowa dotyczyła przyszłości. Napisałem, że w taki czy inny sposób jesteśmy powiązani naszą przyszłością, tym, co nas czeka, co dopiero przed nami, a w mniejszym stopniu – naszą historią. W taki czy inny sposób jesteśmy skazani na wspólne sojusze geopolityczne, ekonomiczne czy myślowe. W przeciwnym razie staniemy się podatni na ataki i słabi. Dlatego oczywista jest dla mnie nieuchronność wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej, nieuchronność rozszerzenia tego, co dzisiaj nazywa się NATO (nie wiem, jak będzie to nazywane jutro), nieuchronność tej naszej wspólnej graniczności. Wcześniej ta linia przebiegała – określmy to umownie – wzdłuż wschodniej granicy Polski i Czech, ale teraz przesunęła się i wyraźnie przebiega już całkiem inaczej.
Ale wydaje mi się, że nie jest to kwestia wyłącznie geopolityki. Bez wątpienia jest to także kwestia zrozumienia kulturowego i wzajemnej kulturowej interakcji. Spójrz, w ostatnich latach między Ukrainą a Polską istnieje szereg sprzeczności ideologicznych, ale dzieje się to w sytuacji, gdy równocześnie Ukraina właściwie osłania Polskę, a część Polaków nadal uważa Ukraińców za potencjalnych wrogów. Myślę, że jest to absurdalna sytuacja. Nienormalna i kontrproduktywna. Jest ona kontrproduktywna dla nas, Ukraińców, bez wątpienia, ponieważ bardzo polegamy na Polsce i Polakach jako na naszych najbliższych sąsiadach, jako na narodzie najbliższym nam pod wieloma względami. Ale jestem przekonany, że to równie kontrproduktywne dla samych Polaków, którzy wykorzystują tę okazję, aby gloryfikować samych siebie. Nie wspierając Ukrainy, dystansując się od Ukrainy, w rzeczywistości stajecie się słabsi, narażacie się na potencjalny cios. Nie ma w tym ani logiki, ani korzyści, ani nie jest to etyczne. Tak, takie działania ze strony tych polskich, powiedzmy, polityków czy intelektualistów – jeśli nadal mówimy o intelektualistach – którzy dzisiaj pozwalają sobie na przeciwstawianie Ukraińców Polakom, są po prostu nieetyczne.
Ale są również dziennikarze, uczestnicy debaty publicznej, którzy piszą wprost, że niewspieranie Ukrainy to po prostu zdrada.
Dlatego kiedy wyrażam się krytycznie wobec któregoś z polskich polityków, dziennikarzy czy którejś z osób publicznych, nie mam na myśli stanowiska całego polskiego społeczeństwa. O ile mi wiadomo, nawet oficjalne badania socjologiczne mówią, że większość Polaków nadal wspiera Ukrainę. Świadczy to moim zdaniem o polskim społeczeństwie – jako dorosłym, poważnym i odpowiedzialnym. Tym bardziej są dla mnie niezrozumiałe i nieakceptowalne pojedyncze głosy tych, którzy dziś dążą do konfrontacji między Ukraińcami a Polakami.
Niektórzy uważają, że ta postawa – szkodzić sobie na złość samemu sobie – w obecnej sytuacji przekracza wymiar zwyczajnego demokratycznego procesu i musi być zapisana w polskim DNA. Skoro o sporze mowa: czy w Ukrainie w czasie wojny odbywają się spory literackie, gorące dyskusje? Czy teraz wszystko jest odłożone na bok, odsunięte w czasie?
To naprawdę ciekawy temat i dotyczy w pewnym sensie spraw obszerniejszych, bo bez wątpienia życie kulturalne w Ukrainie jest dzisiaj – jak inne sfery – częściowo wstrzymane. Oczywiście nie jest teraz tak intensywne, bogate, jak było przed wojną.
Wiele osób związanych z kulturą dołączyło do armii, wojska, objęło różne stanowiska, służy i walczy. Ale mimo to życie kulturalne, w tym życie literackie, trwa.
Powstaje literatura, a wręcz się ona przeobraża, bo w istocie jest coraz częściej pisana przez ludzi znajdujących się w sytuacji wojny, przez wojskowych, którzy są w armii. To wiele zmienia. Zmienia się bohater naszej literatury – wydaje mi się to bardzo ważne. Zmieniają się jej tematyka i jej intonacja, a w związku z tym zmieniają się pewne dyskusje, które od czasu do czasu się odbywają. Ostatnio czytałem coś, co wywołało spory rezonans – ciekawą publikację twórcy i żołnierza Artema Czecha. Wiele pisano o jego tekście. Artem był w armii jeszcze przed 2022 rokiem, teraz znajduje się w siłach obrony, dlatego pisał z perspektywy osoby, która zna wojnę od środka. Otóż jego zdaniem teraz nie ma o czym pisać – wszystko, co widział i czego doświadczył, już przeanalizował i opisał. Dalsze pisanie będzie już więc tylko powtarzaniem treści. Wydaje mi się, że mówiąc o sobie w ten czy inny sposób, mówił rzeczy, które można zasadniczo odnieść do tej literatury wojennej, literatury tej wojny. Wiele tematów, wiele spraw rzeczywiście już omówiliśmy i wprowadzanie ich do literatury naprawdę przestaje być skuteczne; jako temat przestają być one efektywne.
Wydaje mi się teraz, że cała nasza literatura, w ogóle – kultura, powinna szukać nowego języka, nowych słów, nowej intonacji. To dość trudne, dość niewygodne, ale jeśli chcemy się jakoś opowiedzieć i sobie (oraz innym) coś wytłumaczyć, jeśli chcemy siebie wyrazić, to poszukiwanie jest konieczne. Fakt, że będziemy w ogóle pisać, opisywać wojenną rzeczywistość, wyrażać pretensje wobec najeźdźcy, wobec okupanta i wobec świata – chyba już nie wystarcza. Aby naprawdę stworzyć jakiś nowy sens, naprawdę być zrozumianym i widocznym, trzeba szukać nowych strategii twórczych. Dyskusja na ten temat, nie zawsze artykułowany wprost, nie zawsze jasno wyrażany, zdaje się teraz wisieć w powietrzu, przynajmniej moim zdaniem.
Czy to wszystko pozwala utrzymać sens dawniejszych, przedwojennych spraw i pomysłów, na przykład ten zawarty w twoim eseju o Brunonie Schulzu? Udało ci się dokończyć ten tekst?
Tak, napisałem go. To właściwie nie pojedynczy esej, a kilka małych tekstów, mała książka o Brunonie Schulzu, która, mam nadzieję, wyjdzie w tym roku, po ukraińsku i po polsku. Dla mnie Schulz jest bardzo ważny, ale nie ma to związku z wojną i ze służbą. To tekst, który zacząłem pisać jeszcze przed mobilizacją, przedstawiający kwestie trochę transcendentalne, pozostające poza czasem. Bruno Schulz jest dla mnie bardzo ważnym autorem i bardzo ważną postacią, a w czasach wojny – za sprawą jego biografii – brzmi jakoś szczególnie aktualnie. Oprócz genialności, oprócz czysto historycznej wartości jego literatury, jego biografia i sztuka tworzą opowieść o absolutnie fatalnej bezbronności kultury, która w takim czasie jak dziś potrzebuje wsparcia i bardzo troskliwego podejścia. Schulz to genialny pisarz, którego po prostu zastrzelono na ulicy. Dziś również doświadczamy tego, że kultura w czasie wojny staje się niemal całkowicie bezbronna – i trochę o to toczy się ta gra. W Ukrainie w ciągu ostatnich czterech lat zniszczono wiele zabytków kultury, architektury, wiele teatrów, muzeów i innych obiektów. Ich wymiar materialny, który wcześniej umykał naszej uwadze, w czasie wojny czyni je właśnie bezbronnymi.
Do lutego w Muzeum Sztuki w Łodzi mogliśmy oglądać wystawę dzieł sztuki z ukraińskich muzeów. Ekspozycja powstała między innymi właśnie po to, żeby przenieść wspomniane dzieła poza miejsca, w których mogłyby być zniszczone. Ale wróćmy do Schulza: czytasz go w oryginale, w przekładzie na ukraiński, a może i tak, i tak?
Czytam w tłumaczeniu, chociaż mam także książki Schulza wydane po polsku. Mogę go czytać po polsku, ale w ukraińskiej literaturze jest kilka naprawdę fantastycznych tłumaczeń Schulza. W szczególności lubię tłumaczenia Jurija Andruchowycza. To, co on zrobił, jest dla mnie po prostu dziełem sztuki. Wydaje mi się, że Jurko bardzo dobrze wyczuwa pisanie Schulza, oddaje je tak subtelnie, że nie odbiera się tego jak przekład. Tak, takiej to rangi literacka robota.
Mówisz o Schulzu, że jest transcendentalny. Pamiętam, jak określiłeś swoją powieść Internat – jako historię człowieka spotykającego na swej drodze zło. Przypomniał mi się wtedy twój wiersz, który z muzyką Sobaków stał się piosenką – Marat. Opowiadasz historię życia i tajemniczej śmierci pewnego chłopaka, nad którego grobem imam mówi słowami proroka, że „zło pożera zło”. Czy myślisz dziś jeszcze tymi transcendentnymi, metafizycznymi kategoriami?
Chyba tak. Nie sądzę, żeby coś się dla mnie zmieniło. Naprawdę jestem przekonany, że zło samo siebie pożera, że nie ma ono swojej racjonalności, ale jest samodestrukcyjną siłą. To nie oznacza, że musi się samo całkowicie zniszczyć, i nie oznacza, że nie należy przyczyniać się do zniszczenia tego zła. Ale to siła, z którą trudno dyskutować na poziomie argumentów, na poziomie logiki. Ona nie potrzebuje ani twoich kontrargumentów, ani twojej logiki. To jest cała prawda o niej.
