Ze słów czy z obrazów?

Od poło­wy maja do poło­wy czerw­ca trwa w Kra­ko­wie mie­siąc foto­gra­fii, a do jego nie­zmier­nie cie­ka­wych atrak­cji nale­żą wysta­wy i dys­ku­sje wokół bar­dzo spe­cy­ficz­ne­go medium, któ­re znaj­du­je się na sty­ku sztuk wizu­al­nych i lite­ra­tu­ry, czy­li wokół fotok­sią­żek.

Jeste­śmy przy­zwy­cza­je­ni do tego, że książ­ka potrze­bu­je słów, że są one jej pod­sta­wo­wym budul­cem, że to one pozwa­la­ją opo­wie­dzieć histo­rię, nazwać bieg wyda­rzeń i go upo­rząd­ko­wać. A prze­cież nie zawsze myśli­my sło­wa­mi. W sytu­acjach, któ­re wyma­ga­ją szyb­kiej reak­cji, pod wpły­wem dużych emo­cji, gdy nie ma cza­su, by uło­żyć sło­wa w zda­nia o line­ar­nej, gra­ma­tycz­nie popraw­nej kon­struk­cji, nasz mózg czę­sto prze­łą­cza się na myśle­nie w dużej mie­rze obra­zo­we, star­sze ewo­lu­cyj­nie. Wte­dy wła­śnie nasza opo­wieść o świe­cie wyła­nia się rów­nież z obra­zów. Ze wzglę­du na roz­wój sztuk wizu­al­nych, w tym zwłasz­cza foto­gra­fii i fil­mu, obraz stał się w naszym życiu wszech­obec­ny i łatwo dostęp­ny. Oprócz ota­cza­ją­cej nas rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra prze­cież też jest jakąś for­mą obra­zu, zewsząd „prze­ma­wia­ją” do nas róż­ne­go rodza­ju wizu­ali­za­cje: mura­le, graf­fi­ti, bil­l­bo­ar­dy, ilu­stra­cje, pik­to­gra­my i przede wszyst­kim foto­gra­fie.

Dla jed­nych fotok­siąż­ką jest po pro­stu książ­ka ze zdję­cia­mi, według innych mia­nem tym moż­na okre­ślać tyl­ko takie publi­ka­cje, któ­re zawie­ra­ją foto­gra­fie w szcze­gól­ny spo­sób dobra­ne i uło­żo­ne, a mia­no­wi­cie sku­pio­ne wokół kon­kret­ne­go tema­tu i opo­wia­da­ją­ce pew­ną histo­rię. Myślę, że ten ostat­ni pogląd prze­wa­ża, jest mi bli­ski, o tak rozu­mia­nych fotok­siąż­kach będę więc pisa­ła w tym tek­ście. Podob­nie do tej kwe­stii pod­cho­dzi tak­że kra­kow­skie wydaw­nic­two Rust Publi­shing, któ­re­go dzia­łal­ność kon­cen­tru­je się wła­śnie na tego typu publi­ka­cjach, a któ­re pod­czas festi­wa­lo­we­go mie­sią­ca zapre­zen­to­wa­ło kil­ka swo­ich nowych i bar­dzo cie­ka­wych pre­mier. Dalej w tek­ście będzie zatem mowa i o nich.

Susan Son­tag w swo­jej książ­ce O foto­gra­fii pisze tak:

„Etos” foto­gra­fii pole­ga­ją­cy na szko­le­niu nas (jak to okre­ślił Moho­ly-Nagy) w „inten­syw­nym widze­niu” – wyda­je się bliż­szy eto­so­wi moder­ni­stycz­nych poetów niż mala­rzy. I tak pod­czas gdy malar­stwo sta­wa­ło się coraz bar­dziej kon­cep­tu­al­ne, poezja (od Apollinaire’a, Elio­ta, Poun­da i Wilia­ma Car­lo­sa Wil­liam­sa) coraz bar­dziej okre­śla­ła swój sto­su­nek do wizu­al­no­ści. („Nie ma praw­dy prócz tej, któ­ra zawie­ra się w rze­czach” – oświad­czył Wil­liams). Poezja poszu­ku­je kon­kre­tu i auto­no­mii języ­ka, cze­mu odpo­wia­da poszu­ki­wa­nie czy­ste­go spoj­rze­nia w foto­gra­fii. Oba podej­ścia zakła­da­ją nie­cią­głość, nie­do­sko­na­łość for­my i kom­pen­sa­cyj­ne spa­ja­nie: wyry­wa­nie rze­czy z kon­tek­stu (by zoba­czyć je na nowo), elip­tycz­ne zesta­wia­nie ich, w zależ­no­ści od śmia­łych, choć czę­sto arbi­tral­nych wymo­gów subiek­ty­wi­zmu1.

Nie wyda­je się więc dziw­ne ani to, że nie­któ­rzy arty­ści się­ga­li do poezji i lite­ra­tu­ry, two­rząc dzie­ła na pogra­ni­czu obu sztuk, ani to, że poeci i foto­gra­fi­cy chęt­nie podej­mo­wa­li ze sobą współ­pra­cę. Zresz­tą ten flirt mię­dzy poezją a foto­gra­fią trwa do dzi­siaj – by przy­wo­łać choć­by nie­któ­re współ­cze­sne książ­ki poetyc­kie, na przy­kład publi­ka­cje For­re­sta Gan­de­ra ze zdję­cia­mi Micha­ela Flo­me­na czy Jac­ka She­ara, a z pol­skich tyty­łów: Komen­ta­rze do foto­gra­fii Witol­da Wirp­szy ze zdję­cia­mi z wysta­wy The Fami­ly of Man, Kord Nata­lii Malek ze zdję­cia­mi Anny Grze­lew­skiej, Bosor­kę Kata­rzy­ny Szwe­dy ze zdję­cia­mi poet­ki czy wresz­cie pro­zy Dar­ka Fok­sa – Wenus z Des­sau ze zdję­cia­mi auto­ra i Co robi łącz­nicz­ka z foto­mon­ta­ża­mi Zbi­gnie­wa Libe­ry.

Ta wska­za­na przez Son­tag bli­skość foto­gra­fii i poezji ma jed­nak rów­nież inny, zasy­gna­li­zo­wa­ny w powyż­szym cyta­cie, wymiar. Wyda­je mi się, że nie­któ­re zdję­cia funk­cjo­nu­ją jak wier­sze, a do ich opi­su zupeł­nie swo­bod­nie mogły­by posłu­żyć środ­ki sty­li­stycz­ne wystę­pu­ją­ce w opi­sach tek­stów lite­rac­kich. Jako pierw­sze narzu­ca­ją się oczy­wi­ście: meta­fo­ra, ale­go­ria i sym­bol, bo prze­cież wie­lu zdjęć nie moż­na trak­to­wać dosłow­nie, choć przed­sta­wia­ją kon­kret. Czę­sto nio­są w sobie ukry­te, ogól­ne sen­sy, raczej reflek­sję nad rzą­dzą­cy­mi świa­tem pro­ce­sa­mi niż jed­nost­ko­wy obraz, odsy­ła­ją widza do inne­go porząd­ku niż ten zapre­zen­to­wa­ny na foto­gra­fii. W nie­któ­rych zdję­ciach widocz­ne jest rów­nież wyko­rzy­sta­nie hiper­bo­li – wyol­brzy­mie­nia przed­mio­tu lub jego cech poprzez odpo­wied­nie skie­ro­wa­nie obiek­ty­wu, doświe­tle­nie frag­men­tu. Niczym innym niż uży­ciem ani­mi­za­cji jest z kolei taka pre­zen­ta­cja na zdję­ciach rze­czy czy frag­men­tów nie­oży­wio­nej natu­ry, że zysku­ją one dyna­mi­kę żywych orga­ni­zmów. Ope­ro­wa­nie prze­strze­nią zdję­cia, nie­oczy­wi­ste wybo­ry, w któ­rych wyni­ku na pierw­szym pla­nie ulo­ko­wa­na zosta­je postać lub rzecz przy­na­leż­na zwy­kle do dru­gie­go pla­nu, mogą skut­ko­wać swo­istą foto­gra­ficz­ną inwer­sją, odwró­ce­niem typo­we­go wizu­al­ne­go porząd­ku. W nie­któ­rych przy­pad­kach moż­na by się nawet poku­sić o stwier­dze­nie, że bar­dzo eks­pre­syj­ne foto­gra­fie por­tre­tu­ją­ce wie­lość i cha­os nio­są w sobie ele­ment kako­fo­nii, pod­czas gdy w tych har­mo­nij­nych pobrzmie­wa eufo­nia.

Bla­ke Stim­son w swo­im ese­ju The Pivot of the World: Pho­to­gra­phy and its Nation pisze:

[e]sej foto­gra­ficz­ny naro­dził się z obiet­ni­cy inne­go rodza­ju praw­dy niż ta, któ­rą dają samo poje­dyn­cze zdję­cie lub obraz, praw­dy dostęp­nej jedy­nie w prze­rwach mię­dzy obra­za­mi, w ruchu od jed­ne­go obra­zu do następ­ne­go2.

I rze­czy­wi­ście układ zdjęć w fotok­siąż­kach zwy­kle nie jest przy­pad­ko­wy. To, jak zosta­ną one ze sobą zesta­wio­ne, w jakiej kolej­no­ści zapre­zen­to­wa­ne, decy­du­je rów­nież czę­sto o opo­wie­ści. Jakub Szach­now­ski, współ­wła­ści­ciel Rust Publi­shing, stwier­dził w roz­mo­wie ze mną, że z jed­ne­go zesta­wu zdjęć cza­sem moż­na uło­żyć wie­le odmien­nych ksią­żek. U pod­staw ukła­du pre­zen­to­wa­nych w książ­ce foto­gra­fii leży więc to, co sta­no­wi fun­da­ment lite­ra­tu­ry w ogó­le, czy­li kre­owa­nie nar­ra­cji. Foto­gra­fik, autor książ­ki, ma bowiem wpływ nie tyl­ko na zawar­tość kadru, lecz rów­nież na zesta­wie­nie zdjęć, na histo­rię, któ­rą za ich pomo­cą opo­wie, na suspens i finał. To jed­nak nie wszyst­ko. Wspo­mnia­ny przez Stim­so­na „ruch od jed­ne­go obra­zu do dru­gie­go” to rów­nież prze­strzeń ide­al­na dla juk­sta­po­zy­cji. Zde­rza­nie ze sobą odle­głych obra­zów, tak typo­we dla poezji awan­gar­do­wej, poja­wia się rów­nież w fotok­siąż­kach. Cza­sem, w przy­pad­ku zesta­wie­nia rze­czy przy­wo­dzą­cych na myśl prze­ciw­ne poję­cia, może przy­brać for­mę oksy­mo­ro­nu lub anty­te­zy, któ­ra wzmac­nia eks­pre­sję i kreu­je nowe zna­cze­nie. Nie­któ­re fotok­siąż­ki funk­cjo­nu­ją zatem bar­dziej jak foto­gra­ficz­ny poemat niż pro­za­tor­ski repor­taż.

Inte­re­su­ją­cą kwe­stią jest rów­nież w fotok­siąż­kach zależ­ność mię­dzy zdję­cia­mi a towa­rzy­szą­cy­mi im tek­sta­mi. Cza­sem są to tek­sty stric­te lite­rac­kie – wier­sze, poema­ty, pro­zy poetyc­kie. W takich sytu­acjach tekst zwy­kle nie opi­su­je zdjęć, a te z kolei nie są jego ilu­stra­cja­mi, lecz wcho­dzą ze sobą w dia­log; jed­no medium dla dru­gie­go jest raczej punk­tem odnie­sie­nia, dodat­ko­wym „odbi­ciem”, uła­twia­ją­cym recep­cję książ­ki. Cza­sem tekst o cha­rak­te­rze bar­dziej ese­istycz­nym zawie­ra istot­ny kon­tekst, infor­ma­cje fak­to­gra­ficz­ne, któ­re mogą pomóc w zro­zu­mie­niu tema­tu.

Czy zatem fotok­siąż­ki są jakimś rodza­jem lite­ra­tu­ry? Czy decy­du­je o tym wyłącz­nie „lite­rac­kość” zamiesz­czo­ne­go w nich tek­stu? Prze­ko­naj­my się.

Za pierw­szą w histo­rii fotok­siąż­kę nie­wąt­pli­wie uwa­ża się Pho­to­gra­phs of Bri­tish Algae. Cyano­ty­pe Impres­sions („Foto­gra­fie Bry­tyj­skich Alg. Cyja­no­ty­po­we Impre­sje”), opra­co­wa­ną przez bry­tyj­ską bota­nicz­kę i foto­graf­kę Annę Atkins w latach 1843–1853. Publi­ka­cja ta była czę­ścią więk­sze­go opra­co­wa­nia nauko­we­go, a jej cel sta­no­wi­ło zapre­zen­to­wa­nie spo­łecz­no­ści aka­de­mic­kiej róż­nych oka­zów mor­skich. Atkins umie­ści­ła w swo­jej książ­ce „zdję­cia” wyko­na­ne poprzez doci­ska­nie rze­czy­wi­stych oka­zów do papie­ru świa­tło­czu­łe­go, czy­li w pro­ce­sie cyja­no­ty­pii, któ­ry odby­wał się bez uży­cia sre­bra.

Okładka pierwszej fotoksiążki w historii. Autorka: Anna Atkins, tytuł: „Photographs of British Algae: Cyanotype Impressions” (1843).
Anna Atkins, „Photographs of British Algae: Cyanotype Impressions” (1843). Źródło: Wikimedia Commons / domena publiczna.

Książ­ka Anny Atkins mia­ła więc raczej cha­rak­ter infor­ma­cyj­ny, była swo­istym wizu­al­nym repor­ta­żem ze świa­ta alg, odci­skiem rze­czy­wi­sto­ści. Podob­nie repor­ta­żo­wy cha­rak­ter mia­ła wyda­na w latach 1861–1865 książ­ka doku­men­tal­na Ale­xan­dra Gard­ne­ra Pho­to­gra­phic Sketch­bo­ok of the War, poka­zu­ją­ca „zaple­cze woj­ny”, zawie­ra­ją­ca zdję­cia żoł­nie­rzy, umoc­nień i insta­la­cji woj­sko­wych, jak rów­nież miejsc z okre­su woj­ny sece­syj­nej. Te pierw­sze fotok­siąż­ki mia­ły bowiem począt­ko­wo w moż­li­wie jak naj­do­kład­niej­szy spo­sób opo­wie­dzieć real­ne: uchwy­cić rze­czy­wi­stość, zatrzy­mać ją, zacho­wać.

A jed­nak sto­sun­ko­wo szyb­ko te skon­stru­owa­ne ze zdjęć opo­wie­ści zaczę­ły ewo­lu­ować, przy­bie­rać róż­ne for­my, a ich cel prze­stał ogra­ni­czać się do wizu­al­ne­go repor­ta­żu. Żeby opo­wie­dzieć real­ne, cza­sem trze­ba było wyjść poza kla­sycz­ne obra­zo­wa­nie – albo ina­czej: poza to, co dosłow­ne. Auto­rzy tych publi­ka­cji nie chcie­li już tyl­ko zatrzy­my­wać i poka­zy­wać, lecz rów­nież komen­to­wać, budo­wać nastrój i wywo­ły­wać emo­cje, wresz­cie – kie­ro­wać spoj­rze­nie widza (a może czy­tel­ni­ka?) na okre­ślo­ne posta­ci, rze­czy, zja­wi­ska czy sytu­acje. Fotok­siąż­ka mia­ła być for­mą abor­da­żu na nasze spoj­rze­nie, prze­jąć je i odpo­wied­nio prze­kie­ro­wać po to, by kre­owa­na dzię­ki foto­gra­fiom subiek­tyw­na opo­wieść mogła w peł­ni wybrzmieć.

I tak foto­gra­fia sta­ła się jed­nym z ulu­bio­nych mediów arty­stów awan­gar­do­wych, zwłasz­cza sur­re­ali­stów; moż­na tu wymie­nić choć­by takie posta­cie, jak: Man Ray, Lász­ló Moho­ly-Nagy, Hans Bel­l­mer, Roland Pen­ro­se czy Lee Mil­ler, a z pol­skich – Karol Hil­ler. Wspo­mnia­ni arty­ści nie tyl­ko pre­zen­to­wa­li swo­je zdję­cia na wysta­wach w spo­sób wła­ści­wy obra­zom, lecz rów­nież się­ga­li po medium, jakim była fotok­siąż­ka, czę­sto podej­mu­jąc współ­pra­cę z poeta­mi.

To wła­śnie wte­dy, w latach 30. XX wie­ku, a dokład­nie w 1935 roku, powsta­ła iko­nicz­na publi­ka­cja sur­re­ali­stycz­na, czy­li Faci­le („Łatwe”), sta­no­wią­ca efekt współ­pra­cy dwóch wybit­nych twór­ców – ame­ry­kań­skie­go foto­gra­fi­ka Mana Raya i fran­cu­skie­go poety Pau­la Élu­ar­da. Faci­le to książ­ka, w któ­rej ero­ty­ki Élu­ar­da zosta­ły wkom­po­no­wa­ne w zdję­cia jego żony Nusch – akty wyko­na­ne przez Raya.

Paul Éluard, „Facile”.
Paul Éluard, Man Ray, „Facile”, Paris: GLM, 1935 (okładka książki). © Man Ray Trust / Artists Rights Society (ARS), New York / ADAGP, Paris.
Paul Éluard, „Facile”.
Paul Éluard, Man Ray, „Facile” (rozkładówka z książki). © Man Ray Trust / Artists Rights Society (ARS), New York / ADAGP, Paris.

Pod­da­ne hiper­bo­li i zwie­lo­krot­nie­niu cia­ło Nusch przy­po­mi­na ero­tycz­ną kra­inę, miło­sną prze­strzeń, któ­ra tu domi­nu­je. Wszyst­ko inne zosta­je przez nie przy­sło­nię­te, a jego płyn­ny i łagod­ny ruch, tak nie­sa­mo­wi­cie uchwy­co­ny przez Mana Raya, nie tyl­ko pod­nie­ca, ale rów­nież koi i uspo­ka­ja odbior­cę. W tej sce­ne­rii wszyst­ko jest jed­no­cze­śnie łatwe i wysu­bli­mo­wa­ne, sub­tel­ne i doj­mu­ją­ce, a cie­le­sne kon­tu­ry, roz­cią­gnię­te do gra­nic moż­li­wo­ści, zda­ją się wykra­czać poza prze­strzeń kart­ki, przy­bie­ra­ją for­mę kon­ty­nen­tów. Gdy prze­strzeń tak bar­dzo się roz­sze­rza, gdy jed­no cia­ło sta­je się wię­cej niż świa­tem, czas rów­nież ule­ga polu­zo­wa­niu, roz­cią­gnię­ciu i zatrzy­ma­niu. Wszyst­kie te ele­men­ty i emo­cje znaj­du­ją odzwier­cie­dle­nie tak­że w wier­szach. I tu kobie­ce cia­ło opi­sy­wa­ne jest jako płyn­na prze­strzeń, jest jed­no­cze­śnie wodą i zie­mią, ma kolor i kształt morza, a każ­dy jego ele­ment wart jest uwa­gi. Obec­na w wier­szach kapry­śna i cie­pła cie­le­sność, podob­nie jak ta na foto­gra­fiach, jest płyn­na i zmien­na. Opły­wo­we są tu zarów­no kształt wier­sza, jak i cia­ła, a mię­dzy jed­nym a dru­gim docho­dzi do jakiejś dziw­nej dyna­mi­ki odpły­wów i przy­pły­wów, któ­ra potę­gu­je wra­że­nie lek­ko­ści, ero­ty­zmu i tytu­ło­wej „łatwo­ści”.

Nie­co innym miło­snym wyzna­niem jest fotok­siąż­ka The Road Is Wider than Long autor­stwa kolej­ne­go sur­re­ali­sty, Rolan­da Penrose’a. Wyda­na w 1939 roku, zawie­ra dedy­ko­wa­ny Lee Mil­ler (foto­gra­ficz­ce, a pry­wat­nie żonie Penrose’a) poemat – wspo­mnie­nie z ich wspól­nej podró­ży po Bał­ka­nach, któ­ry skła­da się nie tyl­ko ze słów o zróż­ni­co­wa­nej typo­gra­fii (róż­ne kro­je i kolo­ry pisma), ale tak­że ze zdjęć – suro­wych foto­gra­fii kra­jo­bra­zów i ludzi – oraz z rysun­ków poety. Co cie­ka­we, pierw­szy egzem­plarz książ­ki został wyko­na­ny przez Penrose’a ręcz­nie, a na jego pod­sta­wie rok póź­niej wydru­ko­wa­no kolej­ne. Okład­kę książ­ki zapro­jek­to­wał Hans Bel­l­mer.

Pen­ro­se, jako autor cało­ści, decy­do­wał, w któ­rym momen­cie jakie medium wyko­rzy­sta – czy uży­je sło­wa czy obra­zu. Czy­ta­jąc i oglą­da­jąc tę książ­kę, moż­na odnieść wra­że­nie, że autor co pewien czas zmie­nia język komu­ni­ka­cji z odbior­cą, a jed­nak nie­ustan­nie pro­wa­dzi nas za rękę po tytu­ło­wej dro­dze, któ­ra zda­je się wła­śnie jed­nym wiel­kim roz­ga­łę­zie­niem, nie­koń­czą­cą się dygre­sją. Pew­ne czę­ści słow­ne poema­tu jak gdy­by wyra­sta­ją ze zdjęć, są uciecz­ką myśli, któ­re nakar­mio­ne wido­kiem, odda­la­ją się w inną stro­nę (nie zawsze miło­sną, czę­sto poli­tycz­no-spo­łecz­ną). Sło­wa nie ustę­pu­ją obra­zom pod wzglę­dem jako­ści i na odwrót, a wszyst­kie, choć w pierw­szej chwi­li wyda­ją się kla­row­ne, nio­są w sobie jakąś dziw­ność i obcość, wyłu­ska­ne z cza­su, któ­ry już wte­dy był minio­ny. Lee i Roland podró­żu­ją przez Bał­ka­ny, ale w tle tej nie­wąt­pli­wie zachwy­ca­ją­cej podró­ży maja­czy wid­mo faszy­zmu, wid­mo koń­ca świa­ta, jaki zna­li, ich świa­ta.

Roland Penrose, „The road is wider than long”.
Roland Penrose, „The Road Is Wider than Long”, Muddles Green, Sussex: Lee Miller Archives Publishing, 2021.
Roland Penrose, „The road is wider than long”.
Roland Penrose, „The Road Is Wider than Long” (rozkładówka z książki). © 2021 Lee Miller Archives.

Opo­wie­ścią o świe­cie, któ­ry prze­stał ist­nieć, a któ­ry też przy­na­le­żał do Bał­ka­nów, jest wyda­na w tym roku przez Rust Publi­shing fotok­siąż­ka ze zdję­cia­mi autor­stwa Domi­ni­ka Woj­cie­chow­skie­go, zaty­tu­ło­wa­na nota­be­ne Svi­jet, czy­li „Świat”. Woj­cie­chow­ski miesz­kał przez kil­ka lat w Chor­wa­cji i Koso­wie, bar­dzo dobrze poznał więc ten region. Zdję­cia, któ­re wów­czas wyko­nał, to prze­sy­co­ne cie­pły­mi paste­lo­wy­mi kolo­ra­mi foto­gra­fie. Znaj­dzie­my na nich pamiąt­ki z epo­ki: por­tre­ty Josi­pa Bro­za-Tita, socre­ali­stycz­ne popier­sia, sta­re mun­du­ry, pokry­te paty­ną wnę­trza, wresz­cie ludzi – straż­ni­ków pamię­ci o tam­tej epo­ce. Ude­rza­ją­ce są rów­nież foto­gra­fie miejsc i budyn­ków, zwłasz­cza zdję­cie tak zwa­nej podwój­nej szko­ły, w któ­rej bośniac­kie i chor­wac­kie dzie­ci prze­by­wa­ją razem, choć uczą się według dwóch cał­ko­wi­cie róż­nych pro­gra­mów, a któ­ra w jakimś sen­sie sym­bo­li­zu­je to, co się sta­ło z byłą Jugo­sła­wią.

Ta opo­wieść o tęsk­no­cie za czymś, co ode­szło, jest rów­nież cie­ka­wie skon­stru­owa­na. Wie­le mate­ria­łów jest swo­isty­mi metaz­dję­cia­mi – foto­gra­fia­mi foto­gra­fii, tak jak­by nostal­gię dało się opo­wie­dzieć wyłącz­nie poprzez kopio­wa­nie śla­dów tego, co bez­pow­rot­nie utra­co­ne. Autor wzmac­nia ten efekt, sto­su­jąc intry­gu­ją­cy zabieg: nie­któ­re zdję­cia umie­ścił na włók­ni­no­wych wkład­kach, któ­re jego zda­niem odda­ją cyklicz­ne minu­ty ciszy prze­ry­wa­ją­ce melo­dię książ­ki. Po pod­nie­sie­niu włók­ni­ny do świa­tła wydru­ko­wa­ny na niej obraz zani­ka, tak jak powo­li zani­ka wspo­mnie­nie o tym świe­cie.

Dominik Wojciechowski, „Svijet”.
Dominik Wojciechowski, „Svijet”, design: Jakub Szachnowski, Kraków: Rust Publishing, 2026 (rozkładówka z książki). © 2026 Rust Publishing.
Dominik Wojciechowski, „Svijet”.
Dominik Wojciechowski, „Svijet”. © 2026 Rust Publishing.

Opo­wie­ścią o miej­scu, ale nie z prze­szło­ści, tyl­ko z „tu i teraz”, jest wyda­na w Bra­zy­lii w 1976 roku fotok­siąż­ka Quaren­ta clics em Curi­ti­ba („Czter­dzie­ści klik­nięć w Kury­ty­bie”) – efekt współ­pra­cy poety Pau­la Lemin­skie­go i foto­gra­fi­ka Jac­ka Pire­sa. Publi­ka­cja ta jest zarów­no fotok­siąż­ką, jak i książ­ką-obiek­tem, skła­da się bowiem z luź­nych, nie­nu­me­ro­wa­nych kart, umiesz­czo­nych w okład­ce, któ­ra przy­po­mi­na raczej okład­kę pły­ty winy­lo­wej niż książ­ki. Każ­da kar­ta jest jed­nym „klik­nię­ciem”, na każ­dej znaj­du­ją się zdję­cie i wiersz (haiku).

Jak opo­wie­dzieć teraź­niej­szość, codzien­ność, pozor­nie niczym nie­wy­róż­nia­ją­ce się chwi­le, któ­rych ist­nie­nie i kolej­ność zacie­ra­ją się w pamię­ci, a któ­re w ogrom­nej więk­szo­ści skła­da­ją się na życie czło­wie­ka? Lemin­ski prze­kła­dał poezję japoń­ską i zafa­scy­no­wa­ny był haiku jako for­mą, posta­no­wił więc wyko­rzy­stać w swo­im pro­jek­cie ten wła­śnie gatu­nek. Razem z Pire­sem uzna­li, że naj­lep­szą for­mą „przy­szpi­le­nia” chwi­li będzie opo­wieść, któ­ra roz­pa­da się na wie­le odręb­nych momen­tów. Para­dok­sal­nie w tej prze­sy­co­nej filo­zo­fią zen fotok­siąż­ce nar­ra­cja powsta­je dzię­ki zerwa­niu kla­sycz­nej nar­ra­cji.

Zda­niem bada­czy lite­ra­tu­ry bra­zy­lij­skiej

Czter­dzie­ści klik­nięć w Kury­ty­bie” to rzad­kie, nie­mal bez­pre­ce­den­so­we dzie­ło bra­zy­lij­skiej fotok­siąż­ki lite­rac­kiej. Struk­tu­ra luź­nych, nie­nu­me­ro­wa­nych stron unie­moż­li­wia czy­tel­ni­ko­wi pró­bę upo­rząd­ko­wa­nia lek­tu­ry. Nie­moż­ność stwo­rze­nia za pomo­cą sekwen­cji, suge­ru­ją­cych struk­tu­ry nar­ra­cyj­ne, uprzy­wi­le­jo­wa­nych punk­tów cen­tral­nych spra­wia, że książ­ka „odtwa­rza” w czy­tel­ni­ku wra­że­nie pro­kra­sty­na­cji w mie­ście, wra­że­nie zanu­rze­nia w bła­hych sytu­acjach3.

Paulo Leminski, Jack Pires, „Qurenta clics em Curitiba”.
Paulo Leminski, Jack Pires, „Quarenta clics em Curitiba”, Curitiba: Editora Etcétera, 1976 / „40 clics em Curitiba”, Paço da Liberdade / Museu da Imagem e do Som do Paraná, 2019. © Jack Pires.
Paulo Leminski, Jack Pires, „Qurenta clics em Curitiba”.
Paulo Leminski, Jack Pires, „Quarenta clics em Curitiba”, Curitiba: Editora Etcétera, 1976.
Paulo Leminski, Jack Pires, „Qurenta clics em Curitiba”.
Paulo Leminski, Jack Pires, „Qurenta clics em Curitiba”. Źródło: www.anjobarrocoleiloes.com.br.

W Bra­zy­lii uka­za­ła się jesz­cze inna nie­zmier­nie cie­ka­wa lite­rac­ka fotok­siąż­ka o mie­ście, a mia­no­wi­cie Para­nó­ia z wier­sza­mi Rober­ta Pivy, jed­ne­go z zało­ży­cie­li Gru­py Sur­re­ali­stów z São Pau­lo, i zdję­cia­mi arty­sty wizu­al­ne­go Wesleya Duke’a Lee. Para­nó­ia to sur­re­al­na, halu­cy­na­cyj­na i wizyj­na opo­wieść o São Pau­lo, mie­ście dżun­gli, mie­ście, któ­re porzu­ca swo­je prze­zna­cze­nie, prze­sta­je być miej­scem dla czło­wie­ka, jawi się raczej jako nie­za­leż­ny, arbi­tral­ny byt. Ludzie są tu zale­d­wie „wypo­sa­że­niem”, czę­ścią sce­no­gra­fii, ele­men­tem więk­szej struk­tu­ry. Zdję­cie i wiersz funk­cjo­nu­ją w tej książ­ce jako dwa prze­pla­ta­ją­ce się języ­ki, a dia­log mię­dzy nimi jest pełen emo­cji, cza­sem sprzecz­nych, ewo­ku­ją­cych wyraź­ne napię­cia. Zda­rza się, że jed­no medium repli­ku­je obra­zy sta­no­wią­ce część dru­gie­go, wykrzy­wia je i prze­drzeź­nia, wcho­dzi z nimi w kon­flikt tyl­ko po to, by po chwi­li wiersz i zdję­cie nie­ocze­ki­wa­nie w swo­jej fre­ne­tycz­nej wizji się ze sobą zgo­dzi­ły. Dzi­kość i nie­sa­mo­wi­tość obra­zów z foto­gra­fii i z wier­szy wyda­je się jed­nak pocho­dzić z dwóch prze­ciw­staw­nych zabie­gów i myślę, że to jest wła­śnie sekret wspo­mnia­nych napięć, dyna­micz­ne­go dia­lo­gu. Zdję­cia czę­sto wyko­rzy­stu­ją hiper­bo­lę, ele­ment czy detal ura­sta­ją tu do takich roz­mia­rów, że nagle wyda­ją się czymś zupeł­nie innym, a foto­gra­fik kie­ru­je swój obiek­tyw na dru­gi plan. Tym­cza­sem w wier­szach per­spek­ty­wa jest inna, zawie­ra w sobie wie­lość, spoj­rze­nie z odda­li. Razem sta­no­wią neo­no­wy, para­no­icz­ny i psy­cho­de­licz­ny obraz São Pau­lo, o któ­rym w jed­nym z wier­szy – zaty­tu­ło­wa­nym Wizja 1961 – poeta pisze tak: „kie­dy anio­łów milion ze zło­ścią krzy­czy w zgro­ma­dze­niach / z popio­łu OH mia­sto o smut­nych war­gach i drżą­cych, gdzie znaj­dę schron w two­jej twa­rzy?”.

Roberto Piva, „Paranóia”.
Roberto Piva, „Paranóia”, São Paulo: Instituto Moreira Salles e Jacarandá, 2000. Fotografia: Wesley Duke Lee / Instituto Moreira Salles. Tekst: Roberto Piva, „Visão de São Paulo à noite Poema Antropófago sob Narcótico” (fragment). Źródło: Ana Luiza Rodrigues Gambardella, Paulo César Castral, „A cidade fragmento: fotolivro «Paranoia» (1963)”, „Rua” 2022, vol. 28, nr 1.
Roberto Piva, „Paranóia”.
Roberto Piva, „Paranóia”, projekt graficzny i zdjęcia: Wesley Duke Lee, São Paulo: Editora Massao Ohno, 1963.
Roberto Piva, „Paranóia”.
Roberto Piva, „Paranóia”, São Paulo: Instituto Moreira Salles e Jacarandá, 2000. Fotografia: Wesley Duke Lee / Instituto Moreira Salles. Tekst: Roberto Piva, „Visão de São Paulo à noite Poema Antropófago sob Narcótico” (fragment). Źródło: Ana Luiza Rodrigues Gambardella, Paulo César Castral, „A cidade fragmento: fotolivro «Paranoia» (1963)”, „Rua” 2022, vol. 28, nr 1.

Ten para­no­icz­ny, pełen nie­po­ko­ju nastrój przy­wo­dzi mi na myśl inną fotok­siąż­kę, a mia­no­wi­cie wyda­ne w tym roku przez Rust Publi­shing Pidło ze zdję­cia­mi Łuka­sza Zają­ca. Czar­no-bia­łe foto­gra­fie pre­zen­tu­ją kra­jo­braz sztucz­nych sta­wów, w któ­rych pobli­żu foto­gra­fik dora­stał, i przy­po­mi­na­ją nie­po­ko­ją­ce abs­trak­cyj­ne fak­tu­ry i mate­rie, dziw­ną i apo­ka­lip­tycz­ną kra­inę, a nie stwo­rzo­ne przez czło­wie­ka, puste już sta­wy ryb­ne. Na zdję­ciach sta­wy i fak­tu­ry zosta­ją więc oży­wio­ne.

Jak mawia­ła bab­cia auto­ra zdjęć, z popę­ka­nej, suchej zie­mi podob­no wycho­dzi­ły dia­bły, a tym, co w tej opo­wie­ści prze­ra­ża­ło, nie były wca­le baśnio­we bie­sy, a sam fakt, że zie­mia wyschła, choć jesz­cze nie­daw­no była w niej woda. Zdję­cia są tu więc meta­fo­rą, a opo­wieść nie doty­czy sta­wów ryb­nych, lecz tego, jak postrze­ga­my obiek­ty i miej­sca, w jak odmien­ny spo­sób może­my spoj­rzeć na rze­czy pozor­nie nam zna­ne. Od stro­ny wizu­al­nej foto­gra­fie Zają­ca koja­rzą mi się z jed­ną z naj­po­pu­lar­niej­szych fotok­sią­żek, a mia­no­wi­cie z Gene­sis Seba­sti­ão Sal­ga­do, choć opo­wieść każ­dej z ksią­żek doty­czy cze­goś inne­go. Wymo­wa Pidła jest bar­dziej pesy­mi­stycz­na, nie­po­ko­ją­ca, pod­czas gdy Gene­sis to swo­ista cele­bra­cja świa­ta natu­ry.

Z kolei do antro­po­lo­gicz­no-etno­gra­ficz­nych tro­pów z jesz­cze innej książ­ki bra­zy­lij­skie­go foto­gra­fi­ka, czy­li z Ama­zo­nii, nawią­zu­je wyda­na rów­nież w tym roku przez Rust fotok­siąż­ka With Ghost and Souls, zawie­ra­ją­ca peł­ne tajem­ni­cy zdję­cia Kon­ra­da Koź­miń­skie­go. Dzię­ki tej książ­ce zno­wu wra­ca­my na Bał­ka­ny, a kon­kret­nie do Buł­ga­rii, żeby poznać słu­żą­ce prze­pę­dza­niu złych duchów obrzę­dy kukie­rów, wywo­dzą­ce się albo z tra­dy­cji trac­kich, albo daw­nych Sło­wian. Czę­ścią rytu­ału, któ­ry odby­wa się zwy­kle w kar­na­wa­le, jest eks­pre­syj­ny taniec wyko­ny­wa­ny przez kuke­ri w cha­rak­te­ry­stycz­nych wło­cha­tych maskach. Koź­miń­ski bar­dzo cie­ka­wie opo­wia­da tę histo­rię. Zdję­cia nie są eks­pre­syj­ne, a melan­cho­lij­ne, poka­zu­ją zamglo­ne, sza­ro­błę­kit­ne kra­jo­bra­zy, któ­re toną w żół­ta­wej poświa­cie. Zdję­cia kra­jo­bra­zów zesta­wio­ne są z foto­gra­fia­mi kukie­rów wyła­nia­ją­cych się nagle z kolej­nych stron, sto­ją­cych nie­ru­cho­mo, jak wspo­mnia­ne w tytu­le duchy. Para­dok­sal­nie pro­wa­dzi to do intry­gu­ją­ce­go odwró­ce­nia – uczest­ni­cy obrzę­du, któ­rzy mają chro­nić przed ducha­mi, sami sta­ją się czymś w rodza­ju duchów prze­szło­ści we współ­cze­snym świe­cie.

Ten antro­po­lo­gicz­ny trop jest rów­nież szcze­gól­nie wyraź­ny w jed­nej z naj­bar­dziej zna­nych fotok­sią­żek, publi­ka­cji The Fami­ly of Man, wyda­nej w 1955 roku jako zapis wysta­wy i zawie­ra­ją­cej pięć­set trzy zdję­cia dwu­stu sie­dem­dzie­się­cior­ga troj­ga foto­gra­fi­ków z sześć­dzie­się­ciu ośmiu kra­jów, wybra­ne i uło­żo­ne przez Edwar­da Ste­iche­na. Przed­mo­wę do książ­ki napi­sał poeta Carl Sand­burg. Por­tre­tu­je ona nie tyle ludzi jako takich, ile raczej ludzi w obli­czu prze­róż­nych aspek­tów życia – naro­dzin i śmier­ci, miło­ści, wia­ry, nauki. Zdję­ciom róż­nych auto­rów towa­rzy­szą cyta­ty – frag­men­ty wier­szy, wypo­wie­dzi, sen­ten­cje. Sło­wa funk­cjo­nu­ją tu jako swo­iste mot­ta, któ­re dzie­lą tę opo­wieść na czę­ści. Róż­nią­ce się od sie­bie sty­li­stycz­nie foto­gra­fie spa­ja czar­no-bia­ły kolor. W tej opo­wie­ści o ludz­kim życiu nie­zmier­nie waż­ne są układ zdjęć i wyni­ka­ją­ce z nie­go napię­cie, któ­re wytwa­rza się mię­dzy kolej­ny­mi zesta­wia­ny­mi foto­gra­fia­mi, a któ­re wyni­ka z nie­ustan­ne­go balan­so­wa­nia mię­dzy tym, co bli­skie i odle­głe, mię­dzy podo­bień­stwem a róż­ni­cą.

Z kolei opo­wie­ścią, któ­ra kon­cen­tru­je się na wie­rze i praw­dzie, ich miej­scu w życiu czło­wie­ka, na ich wyzwa­la­ją­cym i znie­wa­la­ją­cym poten­cja­le, jest wyda­na rów­nież w tym roku przez Rust opo­wieść God’s Chil­dren ze zdję­cia­mi Darii Izwor­skiej. Fotok­siąż­ka, przy­po­mi­na­ją­ca kształ­tem nie­wiel­ki czer­wo­ny modli­tew­nik, zawie­ra czar­no-bia­łe zdję­cia ze spo­tkań „kościo­ła”, wyko­na­ne w więk­szo­ści przez autor­kę. Nie­któ­re z nich spra­wia­ją wra­że­nie zro­bio­nych z ukry­cia, inne z kolei są wyraź­nie pozo­wa­ne, wszyst­kie poka­zu­ją codzien­ność człon­ków wspól­no­ty reli­gij­nej, codzien­ność momen­ta­mi rado­sną i peł­ną eks­ta­tycz­nych unie­sień, nie­kie­dy zaś zamknię­tą i dusz­ną.

Autor­ka czę­sto ope­ru­je sym­bo­lem, na przy­kład sple­cio­nych lub zło­żo­nych do modli­twy dło­ni, któ­re przy­wo­dzą na myśl pod­da­nie się wie­rze, posłu­szeń­stwo, intym­ność, ale i lęk oraz napię­cie. Inny przy­kład uży­cia sym­bo­lu to zdję­cie bia­łej ser­we­ty, naj­praw­do­po­dob­niej przy­kry­wa­ją­cej hostię. Ser­we­ta jest tutaj zna­kiem tajem­ni­cy, ale i ukry­tej, a może zakry­tej praw­dy.

Daria Izworska, „God’s Children”.
Daria Izworska, „God’s Children”, design: Jakub Szachnowski, Daria Izworska, Kraków: Rust Publishing, 2026 (okładka książki). © 2026 Rust Publishing.
Daria Izworska, „God’s Children”.
Daria Izworska, „God’s Children” (rozkładówka z książki). © 2026 Rust Publishing.

„Przy­kry­wa­nie” czy „zasła­nia­nie” zosta­ło wyko­rzy­sta­ne w tej książ­ce w jesz­cze inny spo­sób. Prak­tycz­nie wszyst­kie przed­sta­wio­ne na zdję­ciach oso­by, oprócz samej autor­ki, mają twa­rze zasło­nię­te czer­wo­ny­mi kro­pla­mi soku z wino­gron, któ­ry w tej wspól­no­cie był wyko­rzy­sty­wa­ny jako sym­bo­li­zu­ją­cy boską krew ele­ment litur­gii, nato­miast nało­żo­ny na twa­rze człon­ków wspól­no­ty daje ogrom­ne pole do inter­pre­ta­cji. Z jed­nej stro­ny suge­ru­je dystans mię­dzy Izwor­ską a człon­ka­mi wspól­no­ty, wska­zu­je, że oso­by kie­dyś jej bli­skie nale­żą już do jej prze­szło­ści, z dru­giej stro­ny może być zna­kiem obcią­że­nia ich per­spek­ty­wy przez reli­gię, któ­ra – w śro­do­wi­sku o cha­rak­te­ry­sty­ce sek­ty – może przy­sła­niać ludziom świat.

Ze swo­istym „przy­sła­nia­niem” sko­ja­rzy­ła mi się z kolei zawie­ra­ją­ca pro­zy i foto­mon­ta­że książ­ka Dar­ka Fok­sa i Zbi­gnie­wa Libe­ry Co robi łącz­nicz­ka, któ­ra sta­no­wi nie­zmier­nie inte­re­su­ją­cy przy­kład dys­ku­sji mię­dzy sło­wem a obra­zem. Książ­ka ta, eks­plo­ru­ją­ca histo­rię powsta­nia war­szaw­skie­go i naro­słe wokół nie­go mity, jest opo­wie­ścią o zbio­ro­wej pamię­ci i two­rze­niu jej alter­na­tyw­nych wer­sji, książ­ką palimp­se­stem – jak pisze Karol Porę­ba w swo­im nie­zwy­kle cie­ka­wym ese­ju4, ale rów­nież wie­lo­po­zio­mo­wą grą z pyta­niem: jak stwa­rza­my boha­ter­kę? Zarów­no w fotok­siąż­ce, jak i w życiu.

Kon­struk­cja tej fotok­siąż­ki to cały festi­wal para­dok­sów. I tak każ­de­mu z sześć­dzie­się­ciu trzech tek­stów Fok­sa, skon­stru­owa­nych według matry­cy: „Kie­dy chłop­cy robią X, łącz­nicz­ka robi Y”, towa­rzy­szy zawsze jeden z sześć­dzie­się­ciu trzech foto­mon­ta­ży Libe­ry, któ­ry na zdję­ciach gru­zów War­sza­wy umiesz­cza popkul­tu­ro­we gwiaz­dy kina. Choć tytu­ło­wa łącz­nicz­ka jest jed­na, to jed­no­cze­śnie jest jej (ich?) wie­le, bo kolej­ne twa­rze i wcie­le­nia nakła­da­ją się na sie­bie, wza­jem­nie się przy­kry­wa­ją i odsła­nia­ją, two­rząc tak napraw­dę jeden obraz. Podob­nie dzia­ła­ją tek­sty Fok­sa, któ­ry opi­su­je łącz­nicz­kę jedy­nie poprzez wyko­ny­wa­ne przez nią czyn­no­ści, jak­by nawią­zy­wał do the­mer­so­now­skiej tezy, że czło­wiek jest cza­sow­ni­kiem. Z tego opi­su nie wyra­sta line­ar­na, kla­sycz­na nar­ra­cja, raczej wie­lość mniej lub bar­dziej bła­hych czyn­no­ści i zacho­wań, któ­re, choć mno­gie, zno­wu łączą się w jed­nym słow­nym obra­zie, w jed­nej boha­ter­ce. Foto­mon­ta­że nie są wzglę­dem tek­stu ilu­stra­cyj­ne – w tym sen­sie, że nie znaj­dzie­my na nich tego, co w tek­ście – a jed­nak para­dok­sal­nie tekst ilu­stru­ją, bo wizu­al­nie dopo­wia­da­ją i roz­wi­ja­ją kolej­ne por­tre­ty łącz­nicz­ki.

Darek Foks, Zbigniew Libera, „Co robi łączniczka”.
Darek Foks, Zbigniew Libera, „Co robi łączniczka”, Warszawa: Ossolineum, 2022.
Darek Foks, Zbigniew Libera, „Co robi łączniczka”.
Darek Foks, Zbigniew Libera, „Co robi łączniczka” (rozkładówka z książki). Źródło: www.polishphotobook.tumbrl.com / culture.pl.

Całość (kola­że i tek­sty) iro­ni­zu­ją i ero­ty­zu­ją, gra­ją z ide­ali­za­cją i kul­tu­ro­wym roman­ty­zo­wa­niem posta­ci łącz­nicz­ki, a jed­nak wyko­rzy­stu­jąc stra­te­gię cove­ru – w zna­cze­niu kolej­nej wer­sji (jak w muzy­ce), ale tak­że prze­sło­ny, palimp­se­sto­we­go przy­kry­wa­nia jed­nych warstw następ­ny­mi – two­rzą wie­lo­wy­mia­ro­wą i intry­gu­ją­cą histo­rię.

A jeśli w tej mojej dygre­syj­nej i nie­co arbi­tral­nej podró­ży po obrze­żach lite­ra­tu­ry, do któ­rych – według mnie – fotok­siąż­ki się zali­cza­ją, dotar­łam do cove­rów, to na koniec tyl­ko wspo­mnę o cie­ka­wym przy­pad­ku poja­wia­ją­cym się w lite­rac­kim komik­sie Poemat w obraz­kach Dina Buz­za­tie­go (prze­kład Kata­rzy­na Skór­ska).

W komik­sie Buz­za­tie­go aż roi się od róż­ne­go rodza­ju nawią­zań lite­rac­kich, malar­skich, fil­mo­wych czy popkul­tu­ro­wych, a jed­ny­mi z nich są swo­iste „cove­ry” zdjęć. Buz­za­ti w nie­któ­rych komik­so­wych kadrach odtwa­rza bowiem mniej lub bar­dziej zna­ne foto­gra­fie, o czym cie­ka­wie pisze w posło­wiu Loren­zo Viga­nò. Ten ostat­ni pisze rów­nież o zależ­no­ści sło­wa i obra­zu w twór­czo­ści Buz­za­tie­go, stwier­dza­jąc:

[t]ak więc w uję­ciu Dina Buz­za­tie­go obraz, w porów­na­niu z pisar­stwem, nie jest po pro­stu kolej­nym spo­so­bem komu­ni­ka­cji, sta­no­wi raczej zasad­ni­czą i nie­odzow­ną część samej opo­wie­ści. Jego języ­ka5.

Niech zda­nie to posłu­ży zatem za poin­tę, ponie­waż myślę, że moż­na je odnieść do wie­lu dzieł, któ­re znaj­du­ją się na sty­ku sło­wa i obra­zu, w tym w szcze­gól­no­ści do wie­lu fotok­sią­żek.

 

1 S. Son­tag O foto­gra­fii, tłum. S. Maga­la, Kra­ków: Karak­ter, 2017, s. 106

2 B. Stim­son, The Pivot of the World: Pho­to­gra­phy and Its Nation, Cam­brid­ge: MIT Press, 2006, s. 41. Tłum. cyta­tu – A.P.

3 A.L. Fer­nan­des, A.P. Vito­rio, J. Queiroz, Quaren­ta Clics em Curi­ti­ba. Os haica­is inter­mi­di­áti­cos de Lemin­ski e Pires, „Ipo­te­si. Revi­sta de Estu­dos Lite­rários” 2015, vol. 19, nr 1, s. 16. Tłum. cyta­tu – A.P.

4 K. Porę­ba, Co robi łącz­ni­ka sześć­dzie­siąt lat póź­niej? Pamięć i nar­ra­cja w książ­ce Dar­ka Fok­sa i Zbi­gnie­wa Libe­ry, „Cza­so­pi­smo Zakła­du Naro­do­we­go im. Osso­liń­skich” 2020, t. 31, onli­ne: https://www.ossolineum.pl/wp-content/uploads/2024/01/31_2020_11_K.Poreba_Co-robi-laczniczka.…pdf [dostęp: 1.08.2026].

5 D. Buz­za­ti, Poemat w obraz­kach, posł. L. Viga­nò, tłum. K. Skór­ska, War­sza­wa: Czu­ły Bar­ba­rzyń­ca Press, 2019, s. 230.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Okładka pierwszej fotoksiążki w historii. Autorka: Anna Atkins, tytuł: „Photographs of British Algae: Cyanotype Impressions” (1843). Paul Éluard, „Facile”. Paul Éluard, „Facile”. Roland Penrose, „The road is wider than long”. Roland Penrose, „The road is wider than long”. Dominik Wojciechowski, „Svijet”. Dominik Wojciechowski, „Svijet”. Paulo Leminski, Jack Pires, „Qurenta clics em Curitiba”. Paulo Leminski, Jack Pires, „Qurenta clics em Curitiba”. Paulo Leminski, Jack Pires, „Qurenta clics em Curitiba”. Roberto Piva, „Paranóia”. Roberto Piva, „Paranóia”. Roberto Piva, „Paranóia”. Daria Izworska, „God’s Children”. Daria Izworska, „God’s Children”. Darek Foks, Zbigniew Libera, „Co robi łączniczka”. Darek Foks, Zbigniew Libera, „Co robi łączniczka”.

Czytaj także

24.07.2025 Rozmowy

„byle nie za linię koniecznie za linię”

„Często najciekawsze są i najwięcej mówią te nie do końca zaplanowane treści, położone tak trochę obok głównej linii tekstu. Dla mnie praca z wierszem to pewnego rodzaju sprzężenie zwrotne – ja wpływam na tekst, a on wpływa na mnie” – z Agatą Puwalską rozmawia Roman Honet.

13.08.2026 Laba

Pocztówka znaleziona w trzcinie

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Krzysztofa Żwirskiego z festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie.